Świat Marty W.

30 Maj 2011

Maroko część II – Agadir

Filed under: Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 9:38 pm

Śniadanie zjedliśmy przy naszym hotelowym basenie:


Było smacznie i ciepło, aczkolwiek w Maroku nie obowiązuje niestety zakaz palenia, tak jak w Anglii, więc oczywiście większość turystów, głównie Niemców, Francuzów i Anglików, kopciła jak kominy. Usłyszałam jak jeden facet mówi: „Bloody hell, finally I can smoke wherever the fuck I want!!”

Posileni marokańskimi naleśnikami, poszliśmy się kłócić w recepcji o lepszy pokój. Ku naszemu zdumieniu, jak spod ziemi pojawił się nasz rezydent (którego istnienia nawet nie podejrzewaliśmy, jako że wszystko rezerwowaliśmy sami) i załatwił przeprowadzkę w przeciągu dwóch minut. Przy okazji opowiedział nam o Agadirze i sprzedał wycieczkę :) więc obie strony były zadowolone.

Nowy pokój również nie był pięciogwiazdkowy, jak na europejskie standardy góra trzy gwiazdki, ale przynajmniej miał jedno, ogromne łoże oraz widok na ocean:


Po rozpakowaniu się poszliśmy na rekonesans. Agadir średnio nas zachwycił, gdyż nie ma tam zbyt wiele do zwiedzania. Nic nie ma, szczerze powiedziawszy, oprócz wzniesienia z napisem „Allah, Ojczyzna, Król”, z którego roztacza się widok na całe miasto:

peterandjonieuropeanvacation.blogspot.com (wszystkie moje zdjęcia są z naszymi gębami)

Widok ze wniezienia. Proszę zauważyć wielbłądy :-)

I to samo wzniesienie nocą:

tripwow.tripadvisor.com

Plaże są mniej niż przeciętne – prawie nie ma nich „puszystego” piasku, więc leży się na twardym, no i rozebrać się do bikini głupio, bo Marokanki patrzą z wielką dezaprobatą. Trudno, nie po to mam nowy kostium, żeby go nie pokazywać ;) Od razu przyczepiło się do mnie kilku młodych panów, ale na szczęście oni tylko po arabsku i francusku, a ja w tych akurat językach się nie specjalizuję, więc napatrzyli się i poszli ;).
Marokanki nie kąpią się w ogóle. Siedzą smętnie okutane w trzy warstwy ubrań i z chustkami na głowie, i tylko dzieci pilnują. Przypomniało mi to zdjęcie z rozdziału o strojach kąpielowych z sympatycznej książki „Po słońce i wodę. Polscy letnicy nad Bałtykiem w XIX i w pierwszej połowie XX wieku”:

Chwała Bogu, że te czasy, przynajmniej w Europie, minęły…

Ocean mi nie zaimponował w tym sensie, że można było iść i iść przed siebie, a woda wciąż sięgała do pasa. Poza tym pływały w niej gigantyczne meduzy, takich jeszcze nie widziałam, choć już z niejedną meduzą stawałam oko w… galaretę ;) Były co prawda niegroźne, czyli nieparzące, ale gdy człowiek pływa i nagle dotknie taki kisiel… brrr!

Po kilku godzinach stwierdziliśmy, że już nam wystarczy Agadiru, czas zaplanować wycieczki!

CDN

Reklamy

29 Maj 2011

Maroko część I – czyli Nigdy Nie Rozmawiaj z Nieznajomym

Filed under: Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 9:21 pm

Wróciliśmy – opaleni, wypływani, nazwiedzani, objedzeni, szczęśliwi! Maroko bardzo nam się podobało, więc kilka następnych wpisów będzie właśnie o naszej wycieczce. Zdjęć jest tyle, co wrażeń, czyli jakiś tysiąc :) ale postaram się Was nie zanudzić i skoncentrować na najważniejszych przygodach.

Allahu Akbar, że postanowiliśmy wyjechać z domu z ogromnym zapasem czasu. Na autostradzie przewrócił się tir, co spowodowało prawie półtoragodzinny korek, którego, jak to na autostradzie, nijak nie dało się wyminąć. Gdyby nie to, że mieliśmy trzy godziny na pokonanie godzinnej trasy, po prostu spóźnilibyśmy się na samolot i byłyby, krótko mówiąc, jaja. I tak wpadliśmy dosłownie pięć minut przed zamknięciem bramki. Trzęsłam się jak osika, to nie na moje nerwy ;).

Dolecieliśmy do Agadiru szczęśliwie, 29 stopni, ciepło, przyjemnie. Ponieważ mniej więcej w tym samym czasie wylądowało kilka innych samolotów, kolejki do odprawy paszportowej były nieziemskie, a praca panów w okienkach równie nieziemsko wolna. Staliśmy i staliśmy, po godzinie przesunęliśmy się dosłownie może o metr. Z nudów zaczęłam robić fotki, choć nie wolno było ;)


Wiedziałam oczywiście, że francuski jest drugim urzędowym językiem w Maroku, ale nie zdawałam sobie sprawy, że wszyscy, naprawdę wszyscy, potrafią się nim sensownie posługiwać. Wyobrażałam sobie, że to raczej tak jak z angielskim w Indiach – a tu się okazało, iż nawet pan sprzedający migdały z platformy przyczepionej do grzbietu osiołka bez problemu potrafi dogadać się z kupującymi przed nami Francuzami, a po sprzedaży pięć minut opowiada im o życiu w Maroku :). Ale wracajmy do kolejki na lotnisku.

Gdy otworzono nowe okienko, rzuciłam się do niego jak lwica, jak tygrysica :). Przed nami stało dwóch Kanadyjczyków, którzy nie mieli długopisu do wypełnienia dokumentów wjazdowych – ja dałam im jeden, a stojąca za nami pani drugi. Gdy tylko się odezwała, od razu wiedziałam, że jest z Yorkshire. Simon natychmiast zaczął z nią rozmawiać, oczywiście okazało się, że urodziła się w wiosce obok niego :) a obecnie mieszka w Hiszpanii i przyjeżdża do Maroka od kilku lat. Na pytanie, jak najlepiej dostać się z lotniska do centrum, pani oświadczyła, iż wyjeżdża po nią znajomy i może nas podwieźć, bo ona też do centrum. I od tego wszystko się zaczęło.

Nie wiem czemu, chyba z racji mojego doświadczenia z Dominikany, gdzie napatrzyłam się na setki takich sytuacji, ale od razu wiedziałam, co to za „znajomy” ma po nią wyjechać. Moje „podejrzenia” sprawdziły się w 100%. Pani miała 65 lat (sama nam powiedziała) i jak na swój wiek wyglądała rewelacyjnie, ale chłopak, który po nią wyszedł mógł mieć maksymalnie 23. Rachel nawet przez chwilę nie robiła tajemnicy z tego, jaki charakter ma ich znajomość. Pocałowała go, zmierzwiła mu włosy. Także, drogie panie, życie nie kończy się wraz z utratą kolagenu i zmarszczkami :) Oczywiście, prawda jest taka, że najczęściej tej młodszej i biedniejszej stronie chodzi wyłącznie o kasę, ale skoro ta starsza strona może sobie na to pozwolić i przy okazji mieć z tego trochę radochy… Najważniejsze, że im ten układ odpowiadał.

Mohammed wynajął samochód, a w wypożyczalni powiedzieli mu, żeby się nie przejmował lampką oznaczającą rychły koniec paliwa, bo lampka ta po prostu się zepsuła i pokazuje, co chce. Jak to w życiu bywa, ledwo wyjechaliśmy na odcinek drogi, na którym nie było dosłownie nic, tylko piasek i krzaczki do horyzontu, samochód stanął. Mohammed z Simonem sprawdzili wszystko, co się dało, w końcu Simon mówi: „Erm… I don’t want to say they lied to you in that car rental place [ach, ci grzeczni Anglicy! ;)] but in my opinion, there is no fuel…” Po kolejnych 30 minutach szarpania się z samochodem, otwierania maski i grzebania w silniku, Mohammed musiał przyznać, że chyba rzeczywiście. Zadzwoń po taksówkę, żeby przywiozła benzynę, mówi Rachel, a jej młody kochanek na to, że nie ma telefonu komórkowego, bo zgubił dzień wcześniej. Z westchnieniem, Rachel daje mu swój, narzekając przy tym, ile będzie ją kosztowała rozmowa z hiszpańskiego telefonu.

I chyba zapłaci nieźle, bo Mohammed rozmawiał dobre 20 minut. Ile można zamawiać taksówkę? Przez kolejne 30 czekaliśmy na ratunek. Rachel co 5 minut nas przepraszała, bo gdybyśmy wzięli autobus z lotniska, byliśmy w hotelu w przeciągu maksymalnie 40 minut. „It’s ok, it’s really ok!”, przekonywał co chwila Simon. Zabijaliśmy czas rozmawiając o Yorkshire.

Gdy wreszcie dojechała benzyna, okazało się, że jest jej zaledwie… 0,25 ml – zamiast przywieźć cały karnister, taksówkarz napełnił swoją pustą butelkę po wodzie mineralnej ;). „Idiot!”, syknął Simon przez zęby, ale oczywiście zaoferował pomoc i po wlaniu benzyny zgłosił się na ochotnika do pchania samochodu, żeby zastartował. Jakimś cudem zastartował. Była 23:00.

Po dosłownie 100 metrach stanął. Silnik wydawał straszne dźwięki, coś nie działało. Na szczęście jakimś cudem udało się dojechać do najbliższej stacji benzynowej, gdzie się okazało – przynajmniej według miejscowych mechaników – że w samochodzie był zły olej i coś tam jeszcze się przegrzało, trudno było zrozumieć, bo ich angielski kończył się na „Where from? England? Welcome to Morocco!”

Następne 30 minut spędziliśmy na stacji. Byłam głodna, zmęczona i bardzo, bardzo chciałam już do hotelu. No ale nie wypada przecież. Znowu opowieści o Yorkshire.

Za naprawę samochodu, benzynę oraz taksówkę trzeba zapłacić. Mohammed nie ma przy sobie ani grosza, Rachel ma tylko euro, których nie chcą przyjąć, mimo że – jak się później okazało – zwykle przyjmują po oficjalnym kursie, 1 euro – 10 dirham. Kto płaci? Jak to kto, my! Tylko my mamy lokalną walutę… A chcieliśmy zaoszczędzić na autobusie :P

Grubo po północy zajeżdżamy do hotelu, niby pięciogwiazdkowego. Wielkie niby! Przedsionek jeszcze jako taki:


ale… nie ma naszej rezerwacji. W dodatku pan z recepcji bardzo niemiły, na wyjaśnienia Simona, że taka a taka firma i proszę, oto numer rezerwacji, pan wrzeszczy: „SIT DOWN AND WAIT!!!” Mohammed usiłuje nam pomóc, ale co może zrobić, nie ma nas w spisie i już.

Po kolejnych 30 minutach rezerwacja magicznie się znajduje. Jedziemy z bagażowym do naszego pokoju, a tam… już ktoś mieszka! Zrezygnowani wracamy do recepcji. Po kolejnych 30 minutach przyznają nam inny pokój, wchodzimy i… zamieramy z wrażenia. To ma być pięciogwiazdkowy hotel??


Na zdjęciu może dobrze nie widać, ale farba odłazi, a wszystko jest zakurzone. W dodatku śmierdziało wilgocią. I nie było pilota od klimatyzacji. Kolejna awantura z panem w recepcji, wrzaski, że zapłaciliśmy 100 funtów więcej za widok na ocean i jedno duże łóżko (a nie trzy pojedyncze, jak w obecnym pokoju). Nie ma szefa, nic nie mogę zrobić, idźcie spać i przyjdźcie jutro, radzi pan. Zrezygnowani wleczemy się na kolację, zsuwamy łóżka i zasypiamy jak kamień.

CDN

20 Maj 2011

Matka (,) jest tylko jedna

Filed under: maj 2011 — swiatmartyw @ 11:26 pm

Oto zasadnicze różnice pomiędzy moją mamą a teściową:

Wydarzenie/ Pytanie

Mama

Teściowa

Jedziemy do Maroka! Super, ja też chcę! A kto by tam chciał jechać?
Co na obiad? To, co upolujesz! ;) [pięciominutowy wykład na temat tego, co będziemy jeść]
Mogę się przejechać Twoim samochodem? Pewnie, przynajmniej ty będziesz kierowcą i ja będę mogła pić! ;) My darling, after my death you can do whatever you want! ;) [no ale w końcu ma nowy model BMW… a ja prawo jazdy dopiero od 3 miesięcy]
Jak wyglądam? Sexy! You’re showing a rather lot of leg! Is it supposed to be this way? :D
Prezent z podróży (z Indii) Kamasutra :D (z Nowej Zelandii) Podstawki pod kubki ;)

Poza tym obie są bardzo fajne (oczywiście moja fajniejsza, wiadomo ;), wesołe, pogadać można, napić się można… A odpowiadając na pierwsze pytanie teściowej z tabelki – my tam chcemy jechać i jedziemy jutro właśnie, świętować moje okrągłe urodziny, trzydzie… to znaczy, dwudzieste ;)

Najpierw będzie plaża i sporty wodne oraz wielbłądami przez pustynię, a następnie intensywne zwiedzanie miast oraz góry Atlas. W sumie 9 dni bez pracy, hurra! A w pracy się ostatnio dzieje, oj dzieje… Tak chwaliłam naszego nowego szefa, a tu się nagle okazuje, że ma on wobec mnie stosunek daleki od ojcowskiego… który objawia się m.in. tym, że codziennie – naprawdę codziennie – wysyła mi wiadomości na naszym wewnętrznym gadu-gadu zaczynające się od: „Did you miss me?”, „You look great today!” Hmmm… Simon planuje go zabić… ale na razie jedziemy do Maroka – w świetle ostatniego zamachu bombowego w Marakeszu, powtórzę to, co powiedział wczoraj nasz kolega: „Hope you’ll have a blast… not literally!” ;)

Do napisania po powrocie!

11 Maj 2011

Ochroniarz

Filed under: maj 2011 — swiatmartyw @ 8:40 pm

Od miesiąca znowu chodzę na siłownię, przeważnie dwa razy w tygodniu, a jak zaszalaję, to nawet trzy. Któregoś dnia dość długo okupowałam taką jedną maszynę do wzmocnienia mięśni pleców. W końcu usłyszałam, po polsku: „No kiedy ona się wreszcie ruszy??” Odwracam się… i szczęka mi opadła. Schwarzenegger i jego pomocnik, jak Boga kocham. Schwarzenegger w swoich lepszych dniach, ma się rozumieć, ten po lewej, nie ten po prawej ;) :

moejackson.com

Nigdy nie widziałam tak wielkich i napakowanych ludzi na żywo. Po pierwszym szoku, odzyskałam mowę i zaczęliśmy rozmawiać. Panowie prości, ale sympatyczni. Wiesz, kurwa, na budowie robię, bo w domu bieda. Jak im wyślę 300 funtów, to cały miesiąc z tego żyją. No i tak spotykamy się regularnie przy ciężarkach – więcej gada Wojtek, a że ja też gaduła, więc między jednym a drugim ćwiczeniem zawsze zamienimy kilka słów. Wyglądasz jak Terminator, mówię mu, a on na to, daj spokój, Terminatora zmiótłbym jednym palcem. U nogi?, dopytuję, ale nie odpowiada, chyba nie rozumie żartu. A może go nie śmieszy.

Dzisiaj Wojtek mówi na odchodne: „Jeśli będziesz miała jakieś kłopoty, to powiedz im, żeby spierdalali, bo ty znasz Wojtka!” :D

I co, nie podoba się mój blog?? Jakieś uwagi co do stylu pisania? A może przynudzam?? Pamiętajcie, ja znam Wojtka! :D :D

PS. Jak tu nie kochać Rodaków!

9 Maj 2011

Malta część III – czyli zwiedzanie do upadłego

Filed under: maj 2011,Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 10:46 pm

Po gruntownym zwiedzeniu Valletty, zaczęliśmy się zapuszczać wgłąb kraju pomarańczowymi autobusami bez rozkładu jazdy :). Byliśmy m.in. w Tarxien, które reklamowało się „maltańską wersją Stonehenge”. Hmmmm….:


z takim oto znanym i przez turystów chętnie obfotografowywanym motywem:


Przy okazji należy odnotować, że Tarxien i wiele do niej podobnych miejscowości, choć posiada kilku mieszkańców na krzyż, obowiązkowo musi mieć kościół gigantycznych rozmiarów:


Naprawdę, nawet w najmniejszej miejscowości stoi kościół-olbrzym, zupełnie nieproporcjonalny rozmiarem do liczby mających szansę do niego dotrzeć wiernych. Co gorsza, podczas nabożeństw głupio zwiedzać i cykać zdjęcia, a zaraz po nabożeństwach księża wszystkich wypychają i zamykają swój teatrzyk – także nawet nie można obejrzeć, co za cuda mają w tych ogromnych budowlach.

Bardzo podobało mi się w wiosce rybackiej o nazwie Marsaxlokk (wymawianej „marsaszlok”). Co prawda, za wiele do zwiedzania tam nie było, ale przynajmniej trochę wygrzaliśmy się na plaży, popatrzyliśmy na ładny kolor wody, kolorowe łódki i sympatyczny bulwar z palmami, na którym zjedliśmy pyszną rybę o lokalnej nazwie gurbell:





Ponieważ linia brzegowa jest ciekawa i kryje się w niej wiele zatoczek:

któregoś dnia popłynęliśmy na rejs po tych zatoczkach właśnie, żeby obejrzeć sobie Maltę od strony morza. Operator nie będzie ze mnie żaden, ale i tak widać, jak niesamowite mury obronne posiada ta mała wysepka:

Moje amatorskie nagranie tutaj

Kolejny rejs odbyliśmy na wspomnianą w ostatnim wpisie wyspę Gozo:

Płynęliśmy takim właśnie statkiem

Zbliżając się do Gozo... i kolejnego wielkiego kościoła :)

Na wyspie była ciekawa twierdza, a robiąc zdjęcia z jej murów nie dało się nie zauważyć… tak, tak, zgadliście, następnego kościoła-olbrzyma:


Wspomnienia z Malty zakończę notką dla przyjaciół lingwistów – maltański jest spokrewniony z językiem arabskim, i to jedyny język semicki zapisywany alfabetem łacińskim. Ze względu na wieloletnią obecność Brytyjczyków, a także bliskość Włoch, niby ma dużo zapożyczeń z angielskiego i włoskiego, ale czytając notkę taką, jak ta, którą wypatrzyłam na statku na Gozo, człowiek drapie się w głowę i nie bardzo potrafi rozpoznać, co jest co….:


KONIEC

7 Maj 2011

Malta część II – czyli trochę historii i statystyk

Filed under: maj 2011,Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 9:49 pm

Nie minął nawet tydzień od mojego powrotu, a już nie pamiętam kolejności zwiedzania, więc napiszę o ogólnych wrażeniach. Ponieważ Malta jest mała, a czasu mieliśmy dużo, nie musieliśmy się spieszyć według zasady „na prawo, na lewo, uśmiech do zdjęcia, biegniemy dalej”, tylko mogliśmy spokojnie wszystko obejrzeć, zadumać się i pofilozofować ;). Na pierwszy ogień, to akurat wiem na pewno, poszła wspaniała szesnastowieczna konkatedra Św. Jana (kliknijcie na zdjęcie, żeby zobaczyć powiększenie):


z równie wspaniałymi posadzkami:

Każda z tych płyt to tablica nagrobna

Malta jest krajem bardzo katolickim, w samej Vallettcie jest zdaje się ponad 200 kościołów – ale konkatedra robi zdecydowanie największe wrażenie. Znajdują się tam również dwa obrazy Caravaggia, w tym największy, jaki namalował, „Ścięcie Św. Jana Chrzciciela” (361 x 520 cm).

Valletta bardzo nam się podobała, choć jest malutka – zaledwie 6 tysięcy mieszkańców. Co prawda, trudno tu mówić o jasnej granicy między miastami – jedno się kończy i drugie natychmiast zaczyna, czyniąc całą Maltę jednym wielkim miastem.

Byliśmy w ładnej średniowiecznej Mdinie, dawnej stolicy Malty (ilość mieszkańców – 300) oraz przylegajacym do niej Rabacie, ze słynnymi katakumbami Św. Pawła i Św. Agaty. Według Biblii, Św. Paweł mieszkał na Malcie przez trzy miesiące w 60 r., gdy jego statek rozbił się u wybrzeży kraju.
Św. Agata natomiast, uciekła na Maltę z rodzimej Sycylii w obawie przed prześladowaniami na tle religijnym, oraz nisko urodzonym rzymskim prefektem, który starał się o jej rękę, podczas gdy ona, bogata i o niebieskiej krwi, zdecydowała się poświęcić swe życie Bogu.

Gdy wróciła na Sycylię, pojmano ją, strasznie torturowano, m.in. obcięto jej piersi, a następnie zamordowano poprzez położenie na rozgrzanych węglach. Została patronką Malty, gdyż wierzono, iż to jej interwencja uratowała kraj przez Turkami („The Great Siege”) w 1551 r.

Zwiedzać mogliśmy praktycznie wyłącznie do wczesnych godzin popołudniowych, gdyż potem wszystko zamykano. Szczytem wszystkiego był ten oto park-cmentarz, podobno bardzo ciekawy, ale jak mieliśmy się do niego dostać, gdy…:

Niektórzy się nie przemęczają ;)

Powiecie, że do 12:00 można było zdążyć – no można było, ale jeśli wszystko tak wcześnie zamykają, to trochę trudno wszędzie dotrzeć na czas, zwłaszcza że do zwiedzania jest na Malcie dużo.

Tu dochodzimy do pokrewnego tematu – Malta to kraj starych ludzi, większość młodych wyjechała szukać szczęścia gdzie indziej. Na wyspie Gozo aż połowa mieszkańców ma ponad 65 lat! W związku z powyższym, nie dość, że atrakcje turystyczne są wcześnie zamykane, wszystkie sklepy/ bary/ restauracje również! Nie mogliśmy w to uwierzyć, ale taka prawda – po 17:00 nie kupisz już nic, po 18:00 nic już nie zjesz, a po 19:00 nawet piwa napić się nie można. Skoro nie ma co robić, ulice pustoszeją. Oto zdjęcie zrobione z tarasu na dachu hotelu o 20:17:


W stolicy kraju o ósmej wieczorem na ulicy jeden człowiek. Trochę to było przygnębiające i…. nudne po prostu. Z braku laku piliśmy w hotelu, bo co tu robić, skoro wszystko zamknięte? Wesoło było, nie powiem, ale wyobrażaliśmy sobie, że będziemy siedzieć na zewnątrz w miłym barze/ restauracji i delektować się miejscowymi winami i piwami, a nie chlać Wyborową w pokoju ;).

CDN

3 Maj 2011

Malta część I – czyli dzwony i młoty

Filed under: maj 2011,Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 10:55 pm

Gdy czyta się taki tekst o Malcie wzięty z Wikipedii:

„W II połowie lat 80. XX wieku szybki rozwój gospodarczy kraju, do niedawna silnie związanego z Wielką Brytanią (brytyjskie bazy wojskowe, stocznie remontowe, przemysł metalowy). Po 1987 prywatyzacja przedsiębiorstw państwowych, napływ kapitału zagranicznego i rozwój nowoczesnej gałęzi przemysłu. Wzrost produktu krajowego brutto o 1,4% (2005). (…) PKB na 1 mieszkańca w 2005 wynosił w parytecie siły nabywczej 18800 dolarów amerykańskich. Główną gałęzią gospodarki Malty jest turystyka”…

człowiekowi zostaje w głowie „szybki rozwój gospodarczy kraju”, „napływ kapitału zagranicznego”, „nowoczesne gałęzi przemysłu”, PKB wyższe niż w Polsce, „turystyka główną gałęzią gospodarki”, i wyobraża sobie w miarę bogaty, nowoczesny kraj, z dobrą infrastrukturą dla turystów, mający dodatkowo takie szczęście, że wszyscy znają w nim angielski.

No i potem ten sam człowiek laduje na lotnisku w Valettcie, idzie do informacji turystycznej, a tam pani mocno, mocno łamanym angielskim kieruje do takiego oto wehikułu czasu, w którym jest brudno, siedzenia byle jakie, porysowane okna i ogólnie bida, nie mówiąc o kierowcy, który też ledwo co po angielsku duka:

http://en.wikipedia.org/wiki/Malta_bus. Nie mogę sobie darować, że sama żadnego zdjęcia nie zrobiłam!

Autobusy nie mają żadnego rozkładu, chodzą co 20 lub 30 minut, ale od czego to zależy – nie wiadomo.
Przyjeżdża ten sam człowiek na główny dworzec autobusowy kraju, a tam tak:

Przyznaję, że zdjęcie za szczęśliwe nie jest, po cholerę tyle tego chodnika, ale było jakoś tak „chaotycznie”, szaro i brudnawo, a ledwo co wysiadłam z autobusu, trzy osoby usiłowały sprzedać mi wycieczki, rejsy i suweniry. Jak w Egipcie, a nie w eks-brytyjskiej europejskiej kolonii. Uciekłam chyłkiem.

Po wejściu na główną ulicę wrażenia znacznie się poprawiły, choć uderzyło mnie, że wszystkie budynki mają identyczny kolor:i rzeczywiście, na całej wyspie – o czym będziecie się mieli okazję przekonać z dalszych zdjęć – króluje piaskowy kolor. Niektóre budynki próbowano pomalować, ale z jakichś względów farba się nie trzyma i tylko smętnie zwisa ze ścian, co nie wygląda zbyt ładnie.

Skręcam w naszą ulicę i… nareszcie wydobywa się ze mnie „łał” ;) Hotel super, dwupoziomowy apartament z takim oto łóżkiem:


a widok z okna fantastyczny:

Katedra świętego Jana

Było bardzo ciepło, więc po raz pierwszy w tym roku przebrałam się w szorty i poszłam na rekonesans. Zachwyciłam się Valettą, pierwsze złe wrażenia wydawały się odległe o lata świetlne:

Biblioteka, a przed nią restauracja

Ciekawe uliczki...

...schodzące do morza...

...wreszcie samo morze i ogromny port

Drzewka pomarańczowe rosnące na ulicy...

...i wreszcie pozostałości po imperium brytyjskim :)

Wieczorem przylecieli rodzice i wujkowie, wyjechałam po nich z szefem hotelu, z którym – jak to ja, niepoprawna gaduła – zdążyłam się zaprzyjaźnić. Wychodzi mama, stęskniona rzucam się jej na szyję, a ona… oblewa mnie wodą z plastikowego jajka! Zapomniałam, że to Lany Poniedziałek :D
Okazało się, że do naszego hotelu jedzie z nami również małżeństwo z Polski. Gapimy się na niego wszyscy. Gapimy się, gapimy, i wszyscy wiemy, że skądś go znamy, ale skąd? W końcu wujek wykrzykuje: „Przecież to ten dziennikarz!!!” Który, nie powiem, bo nie wiem, czy by sobie życzył, ale dobrze znany, choć nie z tak rozpoznawalnej półki jak np. Tomasz Lis. Przez następny tydzień często z nim rozmawialiśmy i jest naprawdę przesympatyczny, bardzo inteligentny i zabawny. Do końca mu nie powiedzieliśmy, że go rozpoznaliśmy, no bo co powiemy? Ooooo… pan z Wiadomości! ;)

Rodzinka się rozlokowała w pokoju, wypiliśmy powitalnego drinka i poszliśmy spać. To znaczy, chcieliśmy iść spać, ale okazało się, że wspaniała katedra św. Jana posiada kilka bardzo głośnych dzwonów, które w dodatku zachowują się nadzwyczaj temperamentnie – dzwonią co 15 minut, a liczba uderzeń nie ma najmniejszego sensu. Np. o 3:45 rano, pamiętam jak dziś, dzwoniły 4 razy, potem o 4:00, dziewięć razy nie wiadomo czemu, potem o 4:15, pięć razy, a o 4:30 szokujące 15 razy. I tak ciągle, głośno i bez sensu. I nie jakieś tam wdzięczne bim-bam-bom, jak w Panie Janie, tylko agresywne BAMMM!!!! BAMMM!!! BAMMM!!!

Nie zmrużyłam oka ani na chwilę. Rodzinka budziła się i zasypiała znowu, ale ja za nic nie potrafiłam usnąć. Ja przecież na wiosce mieszkam, u nas cicho jak makiem zasiał ;). A o 7:00 rano doszła nowa atrakcja – młoty pneumatyczne, i to dosłownie pod naszymi oknami. Co robili – nie wiemy do dzisiaj, ale huk był nie do opisania. Zrezygnowani zwlekliśmy się z łóżek o 7:30.

CDN.

Blog na WordPress.com.