Świat Marty W.

20 Maj 2011

Matka (,) jest tylko jedna

Filed under: maj 2011 — swiatmartyw @ 11:26 pm

Oto zasadnicze różnice pomiędzy moją mamą a teściową:

Wydarzenie/ Pytanie

Mama

Teściowa

Jedziemy do Maroka! Super, ja też chcę! A kto by tam chciał jechać?
Co na obiad? To, co upolujesz! ;) [pięciominutowy wykład na temat tego, co będziemy jeść]
Mogę się przejechać Twoim samochodem? Pewnie, przynajmniej ty będziesz kierowcą i ja będę mogła pić! ;) My darling, after my death you can do whatever you want! ;) [no ale w końcu ma nowy model BMW… a ja prawo jazdy dopiero od 3 miesięcy]
Jak wyglądam? Sexy! You’re showing a rather lot of leg! Is it supposed to be this way? :D
Prezent z podróży (z Indii) Kamasutra :D (z Nowej Zelandii) Podstawki pod kubki ;)

Poza tym obie są bardzo fajne (oczywiście moja fajniejsza, wiadomo ;), wesołe, pogadać można, napić się można… A odpowiadając na pierwsze pytanie teściowej z tabelki – my tam chcemy jechać i jedziemy jutro właśnie, świętować moje okrągłe urodziny, trzydzie… to znaczy, dwudzieste ;)

Najpierw będzie plaża i sporty wodne oraz wielbłądami przez pustynię, a następnie intensywne zwiedzanie miast oraz góry Atlas. W sumie 9 dni bez pracy, hurra! A w pracy się ostatnio dzieje, oj dzieje… Tak chwaliłam naszego nowego szefa, a tu się nagle okazuje, że ma on wobec mnie stosunek daleki od ojcowskiego… który objawia się m.in. tym, że codziennie – naprawdę codziennie – wysyła mi wiadomości na naszym wewnętrznym gadu-gadu zaczynające się od: „Did you miss me?”, „You look great today!” Hmmm… Simon planuje go zabić… ale na razie jedziemy do Maroka – w świetle ostatniego zamachu bombowego w Marakeszu, powtórzę to, co powiedział wczoraj nasz kolega: „Hope you’ll have a blast… not literally!” ;)

Do napisania po powrocie!

Reklamy

11 Maj 2011

Ochroniarz

Filed under: maj 2011 — swiatmartyw @ 8:40 pm

Od miesiąca znowu chodzę na siłownię, przeważnie dwa razy w tygodniu, a jak zaszalaję, to nawet trzy. Któregoś dnia dość długo okupowałam taką jedną maszynę do wzmocnienia mięśni pleców. W końcu usłyszałam, po polsku: „No kiedy ona się wreszcie ruszy??” Odwracam się… i szczęka mi opadła. Schwarzenegger i jego pomocnik, jak Boga kocham. Schwarzenegger w swoich lepszych dniach, ma się rozumieć, ten po lewej, nie ten po prawej ;) :

moejackson.com

Nigdy nie widziałam tak wielkich i napakowanych ludzi na żywo. Po pierwszym szoku, odzyskałam mowę i zaczęliśmy rozmawiać. Panowie prości, ale sympatyczni. Wiesz, kurwa, na budowie robię, bo w domu bieda. Jak im wyślę 300 funtów, to cały miesiąc z tego żyją. No i tak spotykamy się regularnie przy ciężarkach – więcej gada Wojtek, a że ja też gaduła, więc między jednym a drugim ćwiczeniem zawsze zamienimy kilka słów. Wyglądasz jak Terminator, mówię mu, a on na to, daj spokój, Terminatora zmiótłbym jednym palcem. U nogi?, dopytuję, ale nie odpowiada, chyba nie rozumie żartu. A może go nie śmieszy.

Dzisiaj Wojtek mówi na odchodne: „Jeśli będziesz miała jakieś kłopoty, to powiedz im, żeby spierdalali, bo ty znasz Wojtka!” :D

I co, nie podoba się mój blog?? Jakieś uwagi co do stylu pisania? A może przynudzam?? Pamiętajcie, ja znam Wojtka! :D :D

PS. Jak tu nie kochać Rodaków!

9 Maj 2011

Malta część III – czyli zwiedzanie do upadłego

Filed under: maj 2011,Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 10:46 pm

Po gruntownym zwiedzeniu Valletty, zaczęliśmy się zapuszczać wgłąb kraju pomarańczowymi autobusami bez rozkładu jazdy :). Byliśmy m.in. w Tarxien, które reklamowało się „maltańską wersją Stonehenge”. Hmmmm….:


z takim oto znanym i przez turystów chętnie obfotografowywanym motywem:


Przy okazji należy odnotować, że Tarxien i wiele do niej podobnych miejscowości, choć posiada kilku mieszkańców na krzyż, obowiązkowo musi mieć kościół gigantycznych rozmiarów:


Naprawdę, nawet w najmniejszej miejscowości stoi kościół-olbrzym, zupełnie nieproporcjonalny rozmiarem do liczby mających szansę do niego dotrzeć wiernych. Co gorsza, podczas nabożeństw głupio zwiedzać i cykać zdjęcia, a zaraz po nabożeństwach księża wszystkich wypychają i zamykają swój teatrzyk – także nawet nie można obejrzeć, co za cuda mają w tych ogromnych budowlach.

Bardzo podobało mi się w wiosce rybackiej o nazwie Marsaxlokk (wymawianej „marsaszlok”). Co prawda, za wiele do zwiedzania tam nie było, ale przynajmniej trochę wygrzaliśmy się na plaży, popatrzyliśmy na ładny kolor wody, kolorowe łódki i sympatyczny bulwar z palmami, na którym zjedliśmy pyszną rybę o lokalnej nazwie gurbell:





Ponieważ linia brzegowa jest ciekawa i kryje się w niej wiele zatoczek:

któregoś dnia popłynęliśmy na rejs po tych zatoczkach właśnie, żeby obejrzeć sobie Maltę od strony morza. Operator nie będzie ze mnie żaden, ale i tak widać, jak niesamowite mury obronne posiada ta mała wysepka:

Moje amatorskie nagranie tutaj

Kolejny rejs odbyliśmy na wspomnianą w ostatnim wpisie wyspę Gozo:

Płynęliśmy takim właśnie statkiem

Zbliżając się do Gozo... i kolejnego wielkiego kościoła :)

Na wyspie była ciekawa twierdza, a robiąc zdjęcia z jej murów nie dało się nie zauważyć… tak, tak, zgadliście, następnego kościoła-olbrzyma:


Wspomnienia z Malty zakończę notką dla przyjaciół lingwistów – maltański jest spokrewniony z językiem arabskim, i to jedyny język semicki zapisywany alfabetem łacińskim. Ze względu na wieloletnią obecność Brytyjczyków, a także bliskość Włoch, niby ma dużo zapożyczeń z angielskiego i włoskiego, ale czytając notkę taką, jak ta, którą wypatrzyłam na statku na Gozo, człowiek drapie się w głowę i nie bardzo potrafi rozpoznać, co jest co….:


KONIEC

7 Maj 2011

Malta część II – czyli trochę historii i statystyk

Filed under: maj 2011,Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 9:49 pm

Nie minął nawet tydzień od mojego powrotu, a już nie pamiętam kolejności zwiedzania, więc napiszę o ogólnych wrażeniach. Ponieważ Malta jest mała, a czasu mieliśmy dużo, nie musieliśmy się spieszyć według zasady „na prawo, na lewo, uśmiech do zdjęcia, biegniemy dalej”, tylko mogliśmy spokojnie wszystko obejrzeć, zadumać się i pofilozofować ;). Na pierwszy ogień, to akurat wiem na pewno, poszła wspaniała szesnastowieczna konkatedra Św. Jana (kliknijcie na zdjęcie, żeby zobaczyć powiększenie):


z równie wspaniałymi posadzkami:

Każda z tych płyt to tablica nagrobna

Malta jest krajem bardzo katolickim, w samej Vallettcie jest zdaje się ponad 200 kościołów – ale konkatedra robi zdecydowanie największe wrażenie. Znajdują się tam również dwa obrazy Caravaggia, w tym największy, jaki namalował, „Ścięcie Św. Jana Chrzciciela” (361 x 520 cm).

Valletta bardzo nam się podobała, choć jest malutka – zaledwie 6 tysięcy mieszkańców. Co prawda, trudno tu mówić o jasnej granicy między miastami – jedno się kończy i drugie natychmiast zaczyna, czyniąc całą Maltę jednym wielkim miastem.

Byliśmy w ładnej średniowiecznej Mdinie, dawnej stolicy Malty (ilość mieszkańców – 300) oraz przylegajacym do niej Rabacie, ze słynnymi katakumbami Św. Pawła i Św. Agaty. Według Biblii, Św. Paweł mieszkał na Malcie przez trzy miesiące w 60 r., gdy jego statek rozbił się u wybrzeży kraju.
Św. Agata natomiast, uciekła na Maltę z rodzimej Sycylii w obawie przed prześladowaniami na tle religijnym, oraz nisko urodzonym rzymskim prefektem, który starał się o jej rękę, podczas gdy ona, bogata i o niebieskiej krwi, zdecydowała się poświęcić swe życie Bogu.

Gdy wróciła na Sycylię, pojmano ją, strasznie torturowano, m.in. obcięto jej piersi, a następnie zamordowano poprzez położenie na rozgrzanych węglach. Została patronką Malty, gdyż wierzono, iż to jej interwencja uratowała kraj przez Turkami („The Great Siege”) w 1551 r.

Zwiedzać mogliśmy praktycznie wyłącznie do wczesnych godzin popołudniowych, gdyż potem wszystko zamykano. Szczytem wszystkiego był ten oto park-cmentarz, podobno bardzo ciekawy, ale jak mieliśmy się do niego dostać, gdy…:

Niektórzy się nie przemęczają ;)

Powiecie, że do 12:00 można było zdążyć – no można było, ale jeśli wszystko tak wcześnie zamykają, to trochę trudno wszędzie dotrzeć na czas, zwłaszcza że do zwiedzania jest na Malcie dużo.

Tu dochodzimy do pokrewnego tematu – Malta to kraj starych ludzi, większość młodych wyjechała szukać szczęścia gdzie indziej. Na wyspie Gozo aż połowa mieszkańców ma ponad 65 lat! W związku z powyższym, nie dość, że atrakcje turystyczne są wcześnie zamykane, wszystkie sklepy/ bary/ restauracje również! Nie mogliśmy w to uwierzyć, ale taka prawda – po 17:00 nie kupisz już nic, po 18:00 nic już nie zjesz, a po 19:00 nawet piwa napić się nie można. Skoro nie ma co robić, ulice pustoszeją. Oto zdjęcie zrobione z tarasu na dachu hotelu o 20:17:


W stolicy kraju o ósmej wieczorem na ulicy jeden człowiek. Trochę to było przygnębiające i…. nudne po prostu. Z braku laku piliśmy w hotelu, bo co tu robić, skoro wszystko zamknięte? Wesoło było, nie powiem, ale wyobrażaliśmy sobie, że będziemy siedzieć na zewnątrz w miłym barze/ restauracji i delektować się miejscowymi winami i piwami, a nie chlać Wyborową w pokoju ;).

CDN

3 Maj 2011

Malta część I – czyli dzwony i młoty

Filed under: maj 2011,Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 10:55 pm

Gdy czyta się taki tekst o Malcie wzięty z Wikipedii:

„W II połowie lat 80. XX wieku szybki rozwój gospodarczy kraju, do niedawna silnie związanego z Wielką Brytanią (brytyjskie bazy wojskowe, stocznie remontowe, przemysł metalowy). Po 1987 prywatyzacja przedsiębiorstw państwowych, napływ kapitału zagranicznego i rozwój nowoczesnej gałęzi przemysłu. Wzrost produktu krajowego brutto o 1,4% (2005). (…) PKB na 1 mieszkańca w 2005 wynosił w parytecie siły nabywczej 18800 dolarów amerykańskich. Główną gałęzią gospodarki Malty jest turystyka”…

człowiekowi zostaje w głowie „szybki rozwój gospodarczy kraju”, „napływ kapitału zagranicznego”, „nowoczesne gałęzi przemysłu”, PKB wyższe niż w Polsce, „turystyka główną gałęzią gospodarki”, i wyobraża sobie w miarę bogaty, nowoczesny kraj, z dobrą infrastrukturą dla turystów, mający dodatkowo takie szczęście, że wszyscy znają w nim angielski.

No i potem ten sam człowiek laduje na lotnisku w Valettcie, idzie do informacji turystycznej, a tam pani mocno, mocno łamanym angielskim kieruje do takiego oto wehikułu czasu, w którym jest brudno, siedzenia byle jakie, porysowane okna i ogólnie bida, nie mówiąc o kierowcy, który też ledwo co po angielsku duka:

http://en.wikipedia.org/wiki/Malta_bus. Nie mogę sobie darować, że sama żadnego zdjęcia nie zrobiłam!

Autobusy nie mają żadnego rozkładu, chodzą co 20 lub 30 minut, ale od czego to zależy – nie wiadomo.
Przyjeżdża ten sam człowiek na główny dworzec autobusowy kraju, a tam tak:

Przyznaję, że zdjęcie za szczęśliwe nie jest, po cholerę tyle tego chodnika, ale było jakoś tak „chaotycznie”, szaro i brudnawo, a ledwo co wysiadłam z autobusu, trzy osoby usiłowały sprzedać mi wycieczki, rejsy i suweniry. Jak w Egipcie, a nie w eks-brytyjskiej europejskiej kolonii. Uciekłam chyłkiem.

Po wejściu na główną ulicę wrażenia znacznie się poprawiły, choć uderzyło mnie, że wszystkie budynki mają identyczny kolor:i rzeczywiście, na całej wyspie – o czym będziecie się mieli okazję przekonać z dalszych zdjęć – króluje piaskowy kolor. Niektóre budynki próbowano pomalować, ale z jakichś względów farba się nie trzyma i tylko smętnie zwisa ze ścian, co nie wygląda zbyt ładnie.

Skręcam w naszą ulicę i… nareszcie wydobywa się ze mnie „łał” ;) Hotel super, dwupoziomowy apartament z takim oto łóżkiem:


a widok z okna fantastyczny:

Katedra świętego Jana

Było bardzo ciepło, więc po raz pierwszy w tym roku przebrałam się w szorty i poszłam na rekonesans. Zachwyciłam się Valettą, pierwsze złe wrażenia wydawały się odległe o lata świetlne:

Biblioteka, a przed nią restauracja

Ciekawe uliczki...

...schodzące do morza...

...wreszcie samo morze i ogromny port

Drzewka pomarańczowe rosnące na ulicy...

...i wreszcie pozostałości po imperium brytyjskim :)

Wieczorem przylecieli rodzice i wujkowie, wyjechałam po nich z szefem hotelu, z którym – jak to ja, niepoprawna gaduła – zdążyłam się zaprzyjaźnić. Wychodzi mama, stęskniona rzucam się jej na szyję, a ona… oblewa mnie wodą z plastikowego jajka! Zapomniałam, że to Lany Poniedziałek :D
Okazało się, że do naszego hotelu jedzie z nami również małżeństwo z Polski. Gapimy się na niego wszyscy. Gapimy się, gapimy, i wszyscy wiemy, że skądś go znamy, ale skąd? W końcu wujek wykrzykuje: „Przecież to ten dziennikarz!!!” Który, nie powiem, bo nie wiem, czy by sobie życzył, ale dobrze znany, choć nie z tak rozpoznawalnej półki jak np. Tomasz Lis. Przez następny tydzień często z nim rozmawialiśmy i jest naprawdę przesympatyczny, bardzo inteligentny i zabawny. Do końca mu nie powiedzieliśmy, że go rozpoznaliśmy, no bo co powiemy? Ooooo… pan z Wiadomości! ;)

Rodzinka się rozlokowała w pokoju, wypiliśmy powitalnego drinka i poszliśmy spać. To znaczy, chcieliśmy iść spać, ale okazało się, że wspaniała katedra św. Jana posiada kilka bardzo głośnych dzwonów, które w dodatku zachowują się nadzwyczaj temperamentnie – dzwonią co 15 minut, a liczba uderzeń nie ma najmniejszego sensu. Np. o 3:45 rano, pamiętam jak dziś, dzwoniły 4 razy, potem o 4:00, dziewięć razy nie wiadomo czemu, potem o 4:15, pięć razy, a o 4:30 szokujące 15 razy. I tak ciągle, głośno i bez sensu. I nie jakieś tam wdzięczne bim-bam-bom, jak w Panie Janie, tylko agresywne BAMMM!!!! BAMMM!!! BAMMM!!!

Nie zmrużyłam oka ani na chwilę. Rodzinka budziła się i zasypiała znowu, ale ja za nic nie potrafiłam usnąć. Ja przecież na wiosce mieszkam, u nas cicho jak makiem zasiał ;). A o 7:00 rano doszła nowa atrakcja – młoty pneumatyczne, i to dosłownie pod naszymi oknami. Co robili – nie wiemy do dzisiaj, ale huk był nie do opisania. Zrezygnowani zwlekliśmy się z łóżek o 7:30.

CDN.

Blog na WordPress.com.