Świat Marty W.

22 kwietnia 2010

Przed podróżą

Filed under: kwiecień 2010,Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 11:06 am

Mam typową Reisefieber, nie potrafię się na niczym skupić i myślę tylko o jutrzejszych lotach, które chyba jednak dojdą do skutku, odpukać i odpluć. Gdzie jadę? Na to pytanie odpowie Wam poniższy filmik. Jest to kawałek naszej – rodziców i mojej – ulubionej komedii, najlepszej komedii świata, bez dwóch zdań. Każdego z moich trzech chłopaków poddawałam tej próbie i niestety, żaden nie zdał, mimo że każdy innej narodowości ;). Żeby taka wspaniała komedia się nie podobała, no nie wierzę!! My z rodzicami oglądamy ją średnio kilka razy w roku, a tę scenkę poniżej, nawet kilkanaście, tak na poprawę humoru. Myślałam, że chociaż Simonowi będzie się podobać, bo przecież po angielsku, więc rozumie tekst itd. – o, naiwności! Po pierwsze, przecież to nie angielski humor, a po drugie, właśnie dlatego, że rozumie tekst, powiedział, że „po jego trupie” takie głupoty będzie mi śpiewał :D.

O co chodzi w skrócie – trzy upadłe gwiazdy Hollywoodu, Trzej Amigos, którzy mają o sobie świetne zdanie, zostają wynajęci przez ubogą meksykańską wieśniaczkę do ochrony jej wioski przed diabolicznym El Guapo („Piękniś”). Niestety, María nie zdaje sobie sprawy, że to aktorzy i „walczą” tylko na ekranie, a w prawdziwym życiu są strasznymi tchórzami.
Scenka: pewien Niemiec właśnie urządził w kantynie straszną masakrę i zapowiedział, że niedługo zjawią się jego znajomi, których „na pewno rozpoznacie” i którzy „nie będą tak pobłażliwi” jak on. Gdy wchodzą Trzej Amigos, wszyscy zebrani myślą, że to właśni oni… a ci zaczynają śpiewać „Mój mały kwiatuszek ma najsłodszy uśmiech…” :D

You and I will settle down in a cottage built for two…. dear little buttercup, sweet little buttercup, my little buttercup, IIIII loooove youuuu! KLASYKA!!! :D

PS. Mam nadzieję, że będę miała dostęp do internetu w tym Meksyku – żeby Wam „na żywo” wszystko opisywać!

Reklamy

21 kwietnia 2010

Mętlik w głowie

Filed under: kwiecień 2010 — swiatmartyw @ 9:23 pm

Od kilku godzin próbuję znaleźć polisę ubezpieczeniową na czas zbliżającej się, miejmy nadzieję, podróży (sio, chmuro! paszła won!). Przeczytałam już chyba z 15 różnych ofert, ale wciąż nic z tego nie rozumiem. Nie potrafię skupić się na takim suchym bełkocie, czytam, ale odlatuję myślami, czytam jeszcze raz, i ciągle widzę to samo – pod nagłówkiem „Ubezpieczyciel pokryje koszty…” jest jedna, góra dwie strony, a pod nagłówkiem „Z ubezpieczenia wyłączone są…” następuje 20 do 30 stron. Owszem, przewiozą moje zwłoki z powrotem do Anglii (chyba że popełnię samobójstwo, wtedy nie!), ale jeśli rozboli mnie ząb, zapłacą wyłącznie za „doraźne uśmierzenie bólu”, nie za plombę; mogę się leczyć niby do sumy 3 milionów funtów (HA HA HA! bujać to my, ale nie nas!), ale jeśli po przyjeździe do szpitala od razu nie zadzwonię powiedzieć, że coś się stało, zostawią mnie samą sobie. No pięknie, a co, jeśli np. zemdleję i ktoś mnie do tego szpitala przywiezie, a ja zadzwonię dopiero po jakimś czasie? Za zgubiony bagaż oddadzą mi 150 funtów, chyba że udowodnią, iż zostawiłam go na chwilę bez opieki. Już widzę jak dają ludziom po 20 funciaków, żeby świadczyli przeciw takim frajerom ;)… i tak dalej. Jednym słowem, co jedna polisa to większe oszustwo – ale tak zupełnie bez ubezpieczenia jakoś głupio w obcym kraju… i na tym właśnie zarabiają, na takich naiwniakach i strachajłach jak ja.

20 kwietnia 2010

Złośliwość rzeczy martwych

Filed under: kwiecień 2010 — swiatmartyw @ 7:34 am

Od paru dni oglądam i czytam wiadomości z coraz bardziej rosnącym przerażeniem. Po prostu nie mogę uwierzyć, że jakaś „głupia” chmura pyłu wulkanicznego jest na najlepszej drodze do pokrzyżowania nam planów wakacyjnych. Ciągle podają, że jeszcze dzisiaj nie, ale już jutro samoloty zaczną latać. Następnego dnia – nie, nie, dzisiaj jeszcze nie, ale jutro już na pewno… i tak od pięciu dni. Wczoraj oglądaliśmy dość dramatyczne sceny na lotnisku w Pekinie – linie British Airways ogłosiły, że to „siła wyższa”, więc nie pokrywają żadnych kosztów, a bilet w jedną stronę Pekin-Londyn kosztuje 2.600 funtów (11.524 złotych!). Poza tym skończyły im się wizy, a za każdy dzień bez wizy obowiązuje kara 50 funtów. Ludzie są zrozpaczeni. Jeszcze gorzej mają w Moskwie, gdzie pod strażą zostali odprowadzeni do hotelu, nie mogą wychodzić z pokojów, a za każdy dzień pobytu dostają gigantyczne rachunki. Nasze biuro podróży też już zapowiedziało, że w razie czego wszystkie pieniądze przepadają. Jak w jakimś kiepskim thrillerze, cholera. Nie widać tej chmury przecież, a gra nam na nosie, i tylko czekać, aż rozlegnie się straszna muzyka…DAM DAM DAM! A może złowieszczy chichot?

Mamy lecieć w piątek, więc wciąż tli się w nas nadzieja, ale z drugiej strony, właśnie przeczytałam, że następna chmura pyłu zbliża się do Wielkiej Brytanii… Najbardziej denerwuje mnie to, że British Airways przeprowadziły wczoraj test – jeden z ich samolotów latał przez dwie godziny, dokładnie w tej chmurze właśnie, i po wylądowaniu nie stwierdzili żadnych uszkodzeń silników. No to o co chodzi…? Taki przestój nie jest w niczyim interesie, ani pasażerów, ani linii lotniczych, więc może przestańmy panikować…?

A żeby było jeszcze gorzej, od wczoraj znowu leżę chora. Stare dobre zapalenie płuc. Miało być pięknie, a wyszło jak zwykle.

19 kwietnia 2010

Kampania wyborcza po angielsku

Filed under: kwiecień 2010 — swiatmartyw @ 9:41 am

Na początku kwietnia Gordon Brown ogłosił, że wybory odbędą się 6 maja. Podoba mi się, że w Wielkiej Brytanii mają tylko miesiąc na kampanię wyborczą, a nie jak u nas. Tutaj krótka piłka, jeśli w 30 dni nie przekonasz ludzi, sorry Winnetou. Tym niemniej, sposoby zdyskredytowania innych partii wydają mi się niezbyt fair i jakoś nie pasują do taktownych Anglików. Idę na zakupy, a tam zza rogu –

"Zabrałem miliardy z emerytur. Głosuj na mnie"

Na następnej ulicy –

"Spowodowałem rekordowe bezrobocie wśród młodzieży. Głosuj na mnie"

Istnieje co najmniej osiem wersji tego plakatu, co jedna to bardziej obraźliwa, za każdym razem z dopisanym na dole „Lub zagłosuj na zmianę. Głosuj na Konserwatystów”. Czy coś takiego byłoby dozwolone w Polsce? Czy zaraz by się zaczęły pozwy do sądu i ogólna nienawiść? Gordon Brown zareagował, moim zdaniem, rewelacyjnie – podczas niedawnej debaty między trzema kandydatami powiedział do lidera Konserwatystów, Davida Camerona: „Chciałbym podziękować Konserwatystom za porozklejanie plakatu z moją twarzą w całym kraju. To prawdopodobnie jedyne zdjęcie, na którym się uśmiecham” ;).

Plakaty dyskredytujące Browna może osiągnęłyby zamierzony cel, gdyby nie to, że billboardy z Cameronem zbierają niesamowite cięgi za photoshop, z którym wyraźnie przesadzono – po lewej „prawdziwy” Cameron, po prawej taki, jak na billboardach (co u licha stało się z jego nosem? ;):


Hitem ostatnich dni stało się przerabianie tych plakatów za pomocą różnych programów i umieszczanie ich w internecie, np.

Oryginalny plakat

…oraz jego warianty:

Cameron jako Harry Potter

Cameron jako Lady Gaga

lub po prostu:


Stare polskie przysłowie mówi, że gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta – według opinii publicznej, pierwszą debatę wygrał Nick Clegg, lider Liberalnych Demokratów, którego plakatów nie widziałam w ogóle…

18 kwietnia 2010

Blenheim Palace

Filed under: kwiecień 2010,Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 8:20 pm

Gdy podczas rozmowy o pracę, zapytano Simona o mnie, i co najbardziej we mnie lubi, odpowiedział z rozbrajającą szczerością: „She keeps me active. Bez niej chyba cały czas tylko oglądałbym telewizję i grał w gry komputerowe!” Pracę dostał, więc odpowiedź musiała się spodobać ;). Nie chcąc być „gołosłowna”, co weekend organizuję nam wycieczkę w inne miejsce. Simon zwiedził pół świata (dosłownie), ale o swoim własnym kraju wie niewiele – a ja jak to ja, poszłam do informacji turystycznej, wzięłam broszurki i pozaznaczałam miejsca, do których chciałabym pojechać. Jakieś dwa tygodnie temu usłyszałam, jak mówi koledze przez telefon: „Stary, ja wiem, co będę robił w każdy weekend do końca 2012!” :D

W ten weekend pojechaliśmy do Blenheim Palace, miejsca urodzin Sir Churchilla. Trzeba przyznać, że mały Winston miał gdzie się bawić i jeździć na ulubionym kucyku podarowanym mu przez babcię ;)

Widok z góry. Skopiowane z oficjalnej strony, http://www.blenheimpalace.co.uk

Tył lewego skrzydła pałacu z wodnymi tarasami i fontanną

Widok poniżej poziomu fontanny

Tył pałacu

Nie będę opisywać historii pałacu, jeśli kogoś interesuje, może sobie poczytać na wyżej wymienionej stronie lub w Wikipedii (ale tylko po angielsku, po polsku jest dosłownie pięć zdań). Dość powiedzieć, że jest to imponująca, monumentalna budowla w stylu barokowym (rzadkość w Anglii), otoczona 28 tysiącami metrów kwadratowych ogrodów z jeziorkami, rzeczkami, kaskadą, ogrodem różanym itd. Spędziliśmy tam prawie sześć godzin, z czego co najmniej trzy w samym pałacu. Wystawa dotycząca Churchilla ciągnie się przez wiele komnat, a informacji do przeczytania oraz gablot do obejrzenia jest mnóstwo. Można również wejść do pokoju, w którym się urodził oraz przeczytać listy, które pisał do rodziców na różnych etapach swojego życia (pierwszy w wieku 8 lat, pisał o tym, jak poszedł na spacer i znalazł wiele pięknych kwiatów :). Na ścianach wiszą namalowane przez niego obrazy, większość całkiem niezła – jakoś umknął mi ten talent z życiorysu Churchilla, co pokazuje, że miałam oczywiste braki, więc z tym większym zainteresowaniem przeczytałam i obejrzałam każdy fragment wystawy, spróbujcie mnie teraz na czymś zagiąć ;).

Przepiękny pałac, wspaniałe ogrody, małe świątynki dedykowane różnym celom (np. Temple of Health), labirynt z równo przyciętych krzewów, jezioro, w którym można łowić ryby (!), wylęgarnia egzotycznych motyli oraz kilometry, kilometry tras spacerowych z rewelacyjnymi widokami. Ludzie przynoszą koce, jedzenie i picie, i robią sobie pikniki. Inni grają w krykieta. Inni łowią ryby. Atmosfera jak na wakacjach w luksusowym ośrodku wypoczynkowym. Chodziliśmy po terenie pałacu tak długo, aż zapadł zmrok i zostaliśmy grzecznie wyproszeni. Bardzo warto! Wstęp co prawda drogi, 18 funtów, ale bilet jest ważny przez rok. Na pewno w lecie tam wrócimy, z kocem i wałówką na cały dzień, bo od cen w kawiarni pałacowej można dostać zawału. Nie każdy urodził się jako wnuk księcia Marlborough, więc kanapki wskazane :).

16 kwietnia 2010

O trzymaniu języka za zębami

Filed under: kwiecień 2010 — swiatmartyw @ 7:21 am

Dla czytelników wrażliwych na przekleństwa: będą. Uzasadnione.

Niedawno pisałam, jaką jestem nudziarą jeśli chodzi o kolory noszonych przeze mnie ubrań. Ale… nastała wiosna, słońce świeci, ptaszki śpiewają, kwiatki rozkwitają… – udzieliła mi się radosna atmosfera i w napadzie szaleństwa kupiłam sobie wielką pomarańczową torbę oraz pomarańczowo-żółtą apaszkę. Widać mnie z kilometra.

Ktoś „na górze” uznał, że pęknięcia tynku na naszym budynku [nie czuję, że rymuję!] należy załatać i przysłali ekipę złożoną z dwóch Polaków. Wczoraj wychodzę na spacer z moją wściekle pomarańczową torbą i słyszę jak jeden pan mówi do drugiego: „Ty, patrz, ale torba, ja pierdolę!” Dostałam ataku śmiechu, a gdy wreszcie się uspokoiłam, mówię do tegoż pana: „A mi się podoba, taka wiosenna, optymistyczna”. Pan o mało nie spadł z drabiny z wrażenia, ale zamiast powiedzieć coś w moją stronę, oznajmij koledze: „Kurwa, nawet nie można już nikogo obgadać, co drugi to Polak!!” :D

W trakcie czterech miesięcy spędzonych w miasteczku Ipswich zwanym (godzina na północny-zachód od Londynu), popełniłam taki oto tekst – niektórzy już znają, ale większość jeszcze nie, więc się nim podzielę, bo akurat idealnie wpisuje się w dzisiejszą tematykę:

Fenomen Polskiej Mordy (październik 2009)

Kochani,

Jak pewnie zdazyliscie sie zorientowac, od miesiaca mieszkam w malym angielskim miasteczku. Sto tysiecy osob, przy czym wydaje sie, ze znakomitą wiekszosc stanowia emigranci. Sprzedawcy w wiekszosci punktow uslugowych ledwo co dukaja po angielsku, ale ich zakwefione po oczy klientki oraz klienci z gigantycznymi turbanami na glowach tez nie posluguja sie zbyt wysmakowanym slownictwem, takze ciag komunikacyjny zostaje zachowany. Jesli akurat sprzedawca i kupujacy sa z tego samego kraju, reszta kolejki musi potulnie czekac, az tamci skoncza entuzjastycznie wymieniac powitania, oraz ani chybi ploteczki i rodzinne historie na szybko.

Najwiecej jest Hindusow, jako ze glowny pracodawca w Ipswich to British Telecom, posiadajacy wiekszosc swoich Centrow Obslugi Klienta w Bombaju i Delhi. Kazdy pracownik przyjezdza do Anglii na kilka miesiecy, raz zeby zdobywac nowe umiejetnosci, a dwa zeby poduczyc sie… angielskiego. Rzuce rekawice kazdemu, kto powie, ze Hindusi znaja angielski. Nie znaja. Angielski jest oficjalnym jezykiem w Indiach powiecie? Ha-ha-ha – to moj jedyny, jakze wysublimowany, komentarz. Co to jest, zeby po polaczeniu sie ze swoim bankiem (banki tez maja zamorskie call centres) Szymek musial piec razy literowac swoje imie i nazwisko, bo pan w Delhi niestety nie rozumie roznicy miedzy „j”, „g” i „h”. Co to jest, ze przy jakimkolwiek problemie – czy to z kablowka, czy to z telefonem komorkowym, czy z bankiem wlasnie – rodowity Anglik nie moze porozmawiac z innym Anglikiem, tylko meczy sie z osoba majaca wyrazne trudnosci ze zrozumieniem najprostszych zdan. Brytyjskie firmy powoli wycofuja sie z tego „eksperymentu”, bo choc koszty wyraznie sie obnizyly, spokojni Anglicy zaczeli masowo protestowac, nie zwazajac na milion nowopowstalych organizacji oskarzajacych caly narod o rasism. Poki co firmy probuja sie ratowac takimi przyspieszonymi kursami jezykowymi wlasnie, stad zalew Hindusow (bardzo milych skad inad, i gotujacych swietne jedzenie na kazdym rogu miasta).

Ale mniejszoscia numer dwa, duzo bardziej kolorowa mimo bialego koloru skory, i duzo bardziej widoczna mimo rasowego podobienstwa do Anglikow jestesmy MY, polskie ziomale. Widac nas na 10 metrow. A slychac, ho ho, na jakies 30. Panowie sa przewaznie wytatuowani od stop do glow, ci bardziej konserwatywni ograniczaja sie do szyi, calych ramion i lydek. Obcieci na zero. Wysocy. Poteznie zbudowani – w sumie nic dziwnego, wiekszosc pracuje na budowie, a tam chucher nie potrzebuja. U dziewczyn piercing robi furore, kazda ma przynajmniej jeden na twarzy. Ciuchy – przewaznie rozowe, oraz buty na niebotycznych obcasach. Cecha wspolna dla obu plci – 200 godzin miesiecznie spedzanych na solarium. Polskie Mordy.

Ide do sklepu po cos na obiad (o moich przygodach z gotowaniem innym razem), w drzwiach zderzam sie z rodakiem mruczacym przez zacisniete zeby: „Kurwa, co za jebany kraj!!!” Pewnie biedak nie znalazl twarogu. Albo kefiru Mackowy. Albo paluszkow Lajkonik. Na szczescie w Ipswich sa dwa ogromne (tak – ogromne) polskie sklepy, moze tam mu sie poszczesci. Mala dygresja – wchodze z Szymkiem do jednego z tych sklepow, rozmawiamy po angielsku. Podchodze do lady, widze u pani w srednim wieku panike w oczach. „Dzien dobry, czy jest moze suszona kielbasa?”, pytam w jezyku przodkow i pani az wydycha powietrze z ulga: „Chwala Bogu – mowi – tak sie balam, ze jest pani Angielka, a ja tu dopiero od dwoch dni, jezyka nie znam i nic nie wiem gdzie co lezy!”

Jestemy w klubie ze znajomymi, muzyka gra, ciala sie wija. Nagle wchodzi grupa osob wygladajacych jak opisano powyzej. Znajomi usmiechaja sie polgebkiem, a ja zamykam oczy i wystosowuje modlitwe takiej o to tresci: „Boze, tak rzadko o cos Cie prosze, spraw, zeby to byli Rosjanie, Czesi, Slowacy, no ktos inny, tylko nie my, dobrze?”. Przeciskam sie do baru, sprawdzic skutki modlitwy. „To co, kurwa, po piwenku? Bo driny to tutaj sa zajebiscie drogie, ostatnio zamowilem skrudrajwera i kurwa 7 funtow zaplacilem, ja pierdole!” A przeciez prosilam o tak niewiele.

Wchodze na basen (o torturach zwiazanych z basenem kiedy indziej). Akurat trwa AquaFit, na dwoch pierwszych torach razno podskakuja panie raczej okragle, lecz usmiechniete i pelne zapalu do cwiczen. Mloda pani instruktor pokazuje nowe cwiczenie i przekrzykujac muzyke instruuje: „Wytrzymaj, Wytrzymaj, trzy, dwa, jeden… i pusc!” Lekcje wodnego aerobiku dla Polek nie znajacych angielskiego. Ciekawe jak takie „wytrzymaj, trzy, pusc” brzmi dla Anglikow. Plyne sobie na moim torze, starajac sie wyrobic dzienna porcje, gdy zrownuje sie ze mna pani z posrebrzala skronia, i mowi: „My God, they are everywhere, don’t you think?” Nie zdawala sobie sprawy, ze rozmawia z Polska Morda. Mruknelam cos niewyraznie i przyspieszylam. Nie lubia nas, ale czy trudno sie dziwic?

Basen wczoraj. Wchodza dwaj panowie wygladajacy jak powyzej. Pierwszy tatuaze od stop do glow, drugi tylko cale plecy i lydki, konserwatysta jeden. Obaj opaleni, prawie skwierczacy jeszcze. Poplywali troche, doslownie 5 minut, i jeden mowi do drugiego: „Wez kurwa, choc pogadamy na lawce, bo nie chce mi sie juz kurwa meczyc”. Spojrzalam z ukosa. Moje spojrzenie wywolalo szept jednego: „Ta to chyba jest od nas, ma jakas taka Polska Morde!”. Tak sie zaczelam smiac, ze o malo nie utonelam. Na szczescie smiech zagluszyla muzyka i pani krzyczaca: „Szesc, piec, cztery… trzymamy, trzymamy, jeszcze troche… trzy…”
Wychodzac z basenu przechodzilam akurat obok tychze dwoch panow i mowie ze smiechem: „Polska Morda, co?” Ten bardziej skwierczacy, z zadowoleniem: No wiedzialem, kurwa! Ja mam dobre oko, zawsze polska morde rozpoznam!”

I tak sobie zyjemy, Hindusi, Arabowie, Chinczycy, Turcy i Polskie Mordy. Jeszcze troche i przepedzimy stad tych Angoli. Uda sie na pewno.

Wasza Polska Morda

15 kwietnia 2010

10 zapisów wciąż mających moc prawną w Wielkiej Brytanii

Filed under: kwiecień 2010,Never too old to learn — swiatmartyw @ 8:30 am

1. Nie wolno umrzeć w budynku parlamentu.

2. Naklejenie znaczka pocztowego do góry nogami z wizerunkiem brytyjskiego monarchy jest traktowane jako akt zdrady.

3. W Liverpoolu, kobieta nie może chodzić topless, chyba że pracuje jako sprzedawczyni w sklepie z egzotycznymi rybkami.

4. Ciastek z nadzieniem bakaliowym („mince pies”) nie wolno jeść 25 grudnia.

5. W Szkocji, jeśli ktoś zapuka do twoich drzwi i spyta, czy może skorzystać z toalety, nie wolno mu odmówić.

6. Kobieta w ciąży może zrobić siusiu w dowolnym miejscu, również do kasku policjanta.

7. Głowa każdego wieloryba, który zostanie znaleziony martwy na brzegu morza, automatycznie staje się własnością króla; ogon – królowej.

8. Zatajanie przed urzędem skarbowym informacji, których wolałbyś nie ujawniać, jest nielegalne, ale legalne jest przekazywanie urzędowi informacji, na których ci nie zależy.

9. Nie wolno wejść do budynku parlamentu w zbroi.

10. W Yorku, legalne jest zabicie Szkota na terenie starożytnych murów miasta, ale tylko wtedy, gdy ma ze sobą łuk oraz strzałę.

Ostatnie jest oczywiście ulubionym zapisem Simona ;).

Szósty zapis może kiedyś mi się przyda, kto to wie… Lepiej wiedzieć, niż nie wiedzieć w razie czego ;).

Ciekawe, jaką karę przewidywali za to pierwsze? Więzienie? Grzywnę? :D
(przyznaję, żart kiepski, ale już tyle mieszkam w Anglii, że mi się ich głupawy humor udziela)

14 kwietnia 2010

Prawda i tylko prawda

Filed under: kwiecień 2010 — swiatmartyw @ 9:18 pm

agde.blox.pl

ŻENUA!

Filed under: kwiecień 2010 — swiatmartyw @ 11:38 am

… jak to mówią moi znajomi. Patrzyłam i nie wierzyłam. Michael chyba w grobie się przewraca. A Lionel Richie, gdyby to zobaczył/ usłyszał, pewnie by do niego dołączył.

Kto będzie następny, Biedronka? „Biedronką być… mieć sześć kropeczek… Biedronką żyć, sprzedawać sok i chleb, to moje życie…” Żenada!!!

Aby się zniesmaczyć na resztę dnia, kliknijcie tutaj

13 kwietnia 2010

Uzależniona

Filed under: kwiecień 2010 — swiatmartyw @ 1:10 pm

Na osobę pracującą w domu czeka wiele podstępnych pułapek. Nie dość, że czasami wygląda to dosłownie jak w „Dniu Świra”, to nawet we względnej ciszy i spokoju można cały dzień siedzieć przed komputerem i nie zrobić dosłownie nic. Szef nie patrzy przez ramię, nie ma innych, bardziej zdyscyplinowanych pracowników, którzy mieliby na człowieka zbawienny wpływ, w każdej chwili można zrobić sobie przerwę… jedną przerwę, drugą przerwę, trzecią przerwę… A wszystkiemu winna nowoczesna technika.

Na głównego winowajcę mianuję portal społecznościowy Facebook. Wychodząc z założenia, że wystarczy mi Nasza Klasa, długo broniłam się przed jeszcze jedną platformą do dzielenia się moim życiem osobistym ze światem, ale w tym wypadku do założenia konta zostałam niejako zmuszona. Wszyscy znajomi z pekińskiej szkoły językowej umawiali się na imprezy, kolacje czy wycieczki właśnie za pośrednictwem Facebooka, potem umieszczali tam zdjęcia z tychże okazji, a proszenie za każdym razem, żeby do mnie dzwonili przed imprezami, a potem, żeby przysłali mi fotki na maila było po prostu uciążliwe. Poza tym wiedziałam, że po wyjeździe z Pekinu kontakt się urwie, a ponieważ poznałam naprawdę fantastycznych ludzi z całego świata, na znajomości z którymi mi zależało i zależy, ugięłam się i w maju 2008 założyłam konto.

Stwierdzenie, że zaglądam na FB często, byłoby wierutnym kłamstwem. Zaglądam codziennie po kilka razy. Połowa moich znajomych to właśnie ci poznani w Pekinie, którzy potem rozjechali się po całym świecie – no więc siedzę i oglądam zdjęcia Willy’ego z Singapuru, Eriki z Indonezji, Daniela z Japonii, Gabi z RPA (i 240 innych…). Oglądam zdjęcia znajomych z wakacji, wymieniamy się informacjami gdzie warto pojechać, jaki hotel dobry i tani itd. Czytam polecane przez nich artykuły, oglądam polecane przez nich filmiki, komentuję, wymieniamy się poglądami, pomagamy sobie – np. jakiś czas temu musiałam znaleźć lot z Sydney do Auckland, i mieszkająca w Sydney koleżanka podpowiedziała mi najtańsze linie. Znam ludzi, którzy twierdzą, że takie portale to dziecinada, obciach i strata czasu. Ja tak nie uważam. Pozostaję w kontakcie ze znajomymi, z bardzo dobrymi znajomymi, co w tym złego. Nie dodaję do swojego konta każdej przypadkowo poznanej osoby, tylko ludzi, którzy naprawdę zrobili na mnie jakieś wrażenie. Ktoś powie, „jak można mieć 240 dobrych znajomych, to niemożliwe”. Widocznie mam szczęście, a poza tym tyle podróżowałam i w tylu krajach byłam, że raczej mnie to nie dziwi. Dzięki temu, że choć raz na jakiś czas napiszemy do siebie parę zdań, czuję, iż w pewien sposób wciąż uczestniczę w ich życiu. W zeszłym roku Simon poleciał na Oktoberfest do Monachium, gdzie spotkał się z kilkoma osobami poznanymi w Pekinie; w tym roku lecimy razem i spotkamy się z ludźmi z Niemiec, Szwajcarii i Francji. Inna grupa międzynarodowa wybrała się razem na wycieczkę po Portugalii. Dwa miesiące temu odwiedził nas znajomy z Francji, w lipcu przyjeżdża koleżanka z Australii, parę razy byliśmy w Londynie napić się wina z Holendrem, z którym dzieliłam pekińskie mieszkanie. I wszystko zostało omówione i dopięte na ostatni guzik na Facebooku. Nie ma w tym nic obciachowego. Nie mówiąc o takich luksusach jak np. zaproszenia z dosłownie całego świata – praktycznie w każdym interesującym mieście Europy, Stanów, Kanady, części Ameryki Południowej oraz Australii mam zapewnione lokum u znajomych. A jeśli chodzi o zdjęcia, czy informacje osobiste, zamieszczam tylko tyle, ile chcę, żeby inni o mnie wiedzieli. Nie publikuję przecież swoich fotek w bieliźnie, ani nie wpisuję w polu „Napisz, co teraz robisz” głupot w stylu: „Pokłóciłam się z chłopakiem i płaczę”, „Robię zakupy przez internet kartą kredytową numer…..” albo „Właśnie schowałam szkatułkę ze złotą biżuterią pod łóżkiem” – przeważnie nic nie wpisuję, bo po co. I nie, nie jest to mój sposób na poprawę samopoczucia, mam 240 znajomych, hurra, ludzie mnie lubią! Nic z tych rzeczy – mam wspaniałą rodzinę i fajnego faceta, który mnie kocha mimo że mam trudny charakter, pierwsze zmarszczki mimiczne i cellulitis – i to się liczy najbardziej, a za super znajomych mogę być tylko jeszcze bardziej wdzięczna losowi.

Drugim uzależnieniem jest z całą pewnością ten blog. Wieczorami często nie mogę zasnąć, tak intensywnie myślę o już opublikowanych wpisach i kombinuję, jak je poprawić pod względem stylistycznym, a może jeszcze coś dopisać? Wierzcie lub nie, ale znam wszystkie na pamięć. Poza tym wymyślam nowe tematy – czasami aż muszę w nocy wstać i zapisać, żeby nie zapomnieć. Następnego dnia „w pracy”, zamiast tłumaczyć jak Pan Bóg przykazał, zaczynam pisać, pisać, pisać, poprawiać, pisać dalej… Teoretycznie moje godziny pracy to 7 – 11, zauważcie jak wiele wpisów opublikowałam właśnie w tym przedziale czasowym. Oczywiście, jeśli jest coś pilnego do zrobienia, mobilizuję się i to robię, ale jeśli akurat mamy wolniejszy dzień…

Trzecim uzależnieniem wreszcie jest sprawdzanie mailii. Jakbym rzeczywiście aż tyle ich dostawała. Mam kilka kont, każde założone z innego powodu/ do innego celu, więc zanim „obskoczę” wszystkie, przychodzi mi do głowy, że może na tym pierwszym już coś…? To jest dopiero dziecinada i głupota, podświadomie myślę chyba, że w tej setnej sekundzie, w której mrugnęłam i nie patrzyłam na ekran, dostałam najważniejszego maila świata.

Ostatnie uzależnienie to uzależnienie od informacji. Tradycyjnie zaczynam od Onetu i Wirtualnej, potem brytyjski Times Online, potem niemieckie i hiszpańskie yahoo, wreszcie New York Times. Zanim skończę, już zaczynam myśleć, że a nuż ktoś dodał nowe zdjęcia na Facebooku? A może ktoś dopisał komentarz na blogu? A może jakiś mail przyszedł? Do roboty, kobieto, do roboty!!

PS. Ostatni odcinek z reguły nielubianego przeze mnie „Southparku” jest o Facebooku właśnie, wyjątkowo polecam.

12 kwietnia 2010

Show Must Go On

Filed under: kwiecień 2010 — swiatmartyw @ 8:49 am

Już od miesiąca było wiadomo, że na ten weekend przyjeżdża do nas pięcioro znajomych. Gdy gruchnęła wiadomość o katastrofie, od razu włączyłam BBC, ale po pierwsze, nikt jeszcze nie wiedział nic na pewno, i nie było zdjęć z wypadku, więc tylko w kółko pokazywali Lecha Kaczyńskiego na oficjalnych spotkaniach z zeszłego roku, a po drugie za niecały miesiąc wybory partii rządzącej i premiera, więc wszystkie brytyjskie serwisy informacyjne skupiają się głównie na tym. Po trzecie, znajomi nie przejechali 400 km, żeby patrzeć się na mnie wślepioną w ekran telewizora i komputera – szczerze powiedziawszy, chciałam zostać w domu i słuchać informacji na bieżąco, ale nie wypadało, trzeba ich było jakoś zabawić.

Nastała angielska wiosna, 17-20 stopni dzień w dzień, więc wybraliśmy się na spacer po mieście, trzech dużych parkach, wynajęliśmy łódki i zorganizowaliśmy wyścig po jeziorze, graliśmy w siatkówkę, zrobiliśmy sobie piknik na najwyższym wzniesieniu w okolicy, z ładnym widokiem na całą okolicę oraz, w oddali, na granicę z Walią. Wszystko super, ale ja nie mogłam przestać myśleć o tym, co się stało. Na szczęście zarówno Simon, jak i znajomi mają iPhony z bezproblemowym połączeniem z internetem, więc raz na jakiś czas prosiłam, żeby wstukali mi onet, i dzięki temu czułam, że jestem „bliżej” naszej narodowej tragedii. Zaskoczyły mnie ich reakcje – jeden stwierdził, a reszta się zgodziła, że taka katastrofa przydałaby się w Anglii, żeby „tych wszystkich idiotów wreszcie szlag trafił i do władzy doszli o wiele lepsi ludzie, którzy nie potrafią się przebić przez ten mur bałwanów”. Ja nawet przez chwilę tak nie pomyślałam – choć tak teraz rzeczywiście będzie, do głosu dojdą ci, którzy do tej pory pozostawali w cieniu. Ciekawe z jakim skutkiem, ciekawe, co to będzie!

W niedzielę rano oglądaliśmy na żywo m.in. relację dwuminutowej ciszy z Warszawy. Rich pyta: „Co to za dźwięk?” Mówię, że syreny. „Ale czemu?” Każdy naród inaczej wyraża smutek/ szacunek – pamiętacie, że gdy ogłoszono, iż Papież zmarł, Włosi zebrani na placu Św. Piotra zaczęli klaskać? Nam też się to wydawało dziwne. W Anglii jest tylko minuta ciszy.

Dzisiaj rano rozmawiam ze znajomym z Niemiec, a ten mówi tak: „Nam też by się taka tragedia przydała, wreszcie by nie było Angeli i tych wszystkich idiotów, którzy tylko gadają, a nic nie robią! Obecna koalicja to najgorsze, co mogło się Niemcom przydarzyć!” Nie wiedziałam, że jest aż tak źle, myślałam, że Angela Merkel ma ogólnie dobre notowania.

Myślicie, że co powiedział mój szef, Włoch? Dokładnie to samo. „Świat bez Berlusconiego byłby lepszym miejscem. A cały rząd jest skorumpowany i siedzi w kieszeniach mafii”.

A ja wciąż nie potrafię myśleć, że coś pozytywnego wyniknie ze śmierci tylu ludzi. Przecież zginęli również ci „dobrzy”. Czas pokaże.

10 kwietnia 2010

Szok

Filed under: kwiecień 2010 — swiatmartyw @ 6:48 pm

O 9:03 dostałam smsa od mamy i aż wyskoczyłam z łóżka. Od razu włączyłam BBC i oglądałam jak uderzona obuchem w głowę. Lech Kaczyński nie był moim prezydentem, ale jasne jest, że nigdy nie życzyłam mu śmierci. Ani jemu, ani nikomu innemu. Straszna tragedia dla Polski, zginęło tylu wybitnych polityków! Najbardziej żal mi chyba Jerzego Szmajdzińskiego, z którego żoną miałam okazję oglądać przesympatyczny wywiad. Mówiła, jakim wspaniałym, dowcipnym człowiekiem jest jej mąż, jak lubi gotować i jak śpiewa w kuchni. Nie chce się wierzyć, że tylu odeszło :( Nie potrafię sobie wyobrazić jak dalej potoczą się losy Polski. Czy my nie mamy jakiegoś straszliwego pecha? Wojny, zabory, powstania, rozbiory, wojny, obozy, komunizm… a teraz śmierć tak wielu członków elity intelektualnej kraju. Dzisiaj na BBC Piotr Kraśko powiedział, że Polacy w czasach kryzysu odkładają różnice na bok, jednoczą się i wspierają. Oby rzeczywiście tak było i tym razem.

8 kwietnia 2010

Śmieciowisko

Filed under: kwiecień 2010 — swiatmartyw @ 8:42 am

Jesteśmy tylko we dwójkę, ale produkowanymi przez nas śmieciami moglibyśmy obdzielić chyba z trzy rodziny. Kartony po sokach, mleku, pizzy, opakowania po jajkach, tortillach, płatkach śniadaniowych, tacki, na których było mięso, wędliny lub sery, stosy torebek po warzywach i owocach, butelki po piwie i winie, plastikowe butelki po napojach, puszki… Simon codziennie wynosi tego kilka worków. Ma fisia na punkcie recyklingu, więc i mnie terroryzuje – odpady organiczne do jednego pojemnika, szkło do drugiego, plastik do trzeciego, papier/ karton do czwartego… Tak go mama nauczyła, robi tak od zawsze, więc nie ma z tym problemu, a ja… zapominam, po prostu zapominam, robię coś w kuchni i pac! obierki od ziemniaka do szkła albo torebki herbaty do kartonu. Ojoj, niedobrze jest wtedy, dostaję reprymendę i wysłuchuję kazania na temat dobroczynnego wpływu recyklingu na środowisko. Tutaj bardzo wiele osób jest „zielonych”, co im się chwali zresztą. Przed każdym domem stoją wielkie śmietniki w różnych kolorach i dodatkowo na każdym z nich jest napisane co gdzie wrzucać.

Pamiętam, że miałam taką „zieloną” fazę w Warszawie. Cały tydzień skrupulatnie sortowałam śmieci i w sobotę, bardzo z siebie zadowolona, poszłam wszystko prawidłowo wyrzucić. Po pierwsze, ze śmietnika na szkło wystawały ubrania, z tego na makulaturę zwisały jakieś stare zabawki, a ten na plastik przepełniony był workami z odpadami treści różnej. Po drugie, po tym jak – mimo że zniechęcona – poukładałam moje śmieci odpowiednio, podjechała śmieciarka i… panowie wrzucili wszystko do jednego pojemnika (obserwowałam dokładnie!). Strasznie mnie to zniechęciło i zaniechałam sortowania, bo po co. No i z taką mentalnością przyjechałam do Anglii – a tutaj naprawdę się starają, i to prawie wszyscy, więc chyba będę musiała nieco zzielenieć.

PS. Kolor zielony zawsze przywołuje u mnie następujące wspomnienie –
Pierwszy rok studiów, bardzo nudny i niepotrzebny wykład z panem, który znany był z tego, że za kołnierz nie wylewał, a jego przezwisko powinno brzmieć Czujny Obserwator Biustów Studentek. Jedna z moich koleżanek ufarbowała sobie włosy na zielono i wyglądała naprawdę całkiem nieźle. Wykładowca, rozsiewając woń alkoholu i strzelając oczkami na lewo i prawo w poszukiwaniu biustów, zadał jej jakieś pytanie, na które nie znała odpowiedzi. „Co pani taka zielona?”, zapytał mimo wszystko dość trzeźwo ;).

Pod wrażeniem Alexis

Filed under: kwiecień 2010 — swiatmartyw @ 6:08 am

„Life Stories” to cykl wywiadów z mniejszymi lub większymi gwiazdami (jak dotąd raczej mniejszymi) prowadzony przez dość znanego, choć niezbyt lubianego dziennikarza, Piersa Morgana. Niezbyt lubianego dlatego, że przez wiele lat był redaktorem dwóch raczej paskudnych brukowców, które nie grzeszyły poziomem intelektualnym i wzbudzały wiele kontrowersji (jeden z prezenterów „Top Gear”, Jeremy Clarkson, nawet Morgana… pobił za ciągłe śledzenie go przez dziennikarzy wynajętych na polecenie Morgana, oraz ośmieszające artykuły). Morgan, chcąc nieco podbudować reputację, dał się poznać również jako juror w programach mających odkrywać talenty, a także różnych reality show – ze skutkiem raczej marnym. Tym niemniej, przeprowadzane przez niego od roku wywiady ogląda za każdym razem ok. 4,5 miliona osób.

27 marca został wyemitowany wywiad z Joan Collins, która szerszej publiczności dała się poznać jako diaboliczna Alexis z serialu „Dynastia”. Byłam mała, gdy „Dynastia” stała się popularna w Polsce, ale pamiętam dobrze, jak cała rodzina zbierała się w dużym pokoju i śledziła losy rodziny Carringtonów. Kompletnie nie wiem już, o co chodziło, ale Joan Collins zapamiętałam, podobnie jak jej filmową rywalkę, Lindę Evans, oraz eks-męża Johna Forsythe, który zresztą kilka dni temu zmarł (w wieku 92 lat, mam nadzieję, że też tyle dożyję).

Zasiadłam przed telewizorem bez większych nadziei i w zasadzie tylko dlatego, że Simona nie było w domu i nie miałam co robić. Przez następną godzinę słuchałam jak urzeczona. Joan Collins nie tylko świetnie wygląda – ma 76 lat, a dałabym jej 45 – ale ma również nieprzeciętne poczucie humoru i niesamowity refleks. Ktoś mógłby pomyśleć, „5 mężów, ostatni młodszy o 32 lata, wariatka jakaś!”, a tymczasem na każdego męża jest bardzo logiczne wytłumaczenie ;). Wbrew pozorom miała bardzo smutne życie i tylko dzięki wrodzonemu optymizmowi udało jej się to wszystko przetrwać. Dzięki poczuciu humoru również udało jej się skutecznie obronić przed złośliwymi atakami Piersa Morgana, który za kilka pytań powinien najzwyczajniej w świecie dostać od niej w łeb.
Może wyjdę na kompletną ignorantkę, ale naprawdę nie wiedziałam, że Joan Collins urodziła się w Londynie, byłam pewna, że jest Amerykanką – wszystko przez to, że grała w „Dynastii”. Pewnie niektórzy z Was pukają się teraz w głowy… trudno, człowiek uczy się całe życie ;).

Poniżej pierwsza część wywiadu, na youtube można znaleźć wszystkie 5, jeśli kogoś interesuje. Nie jest to szczyt intelektualnych rozważań, ale słucha się miło i jest wesoło.

7 kwietnia 2010

Notka prawie humorystyczna

Filed under: kwiecień 2010 — swiatmartyw @ 8:13 am

W poniedziałek wieczorem poszliśmy na występ jednego z nasłynniejszych komików, Irlandczyka Dary O’Briaina.

Żeby zobaczyć tego pana na żywo trzeba kupować bilety z półrocznym wyprzedzeniem – ja obudziłam się „dopiero” w połowie grudnia, więc udało się zdobyć tylko siedzenia w 3/4 sali na kwiecień.

Dara znany jest przede wszystkim jako gospodarz świetnego satyrycznego programu „Mock the Week”, w którym znani komicy podśmiewują się z wydarzeń minionego tygodnia. W porównaniu do innych satyryków, jego poczucie humoru jest zdecydowanie mniej kontrowersyjne, choć – jak wszyscy inni – używa słówka „fuck” i jego pochodnych w każdym zdaniu. Poniżej mała próbka – niestety w Chinach youtube zablokowane, więc będzieci musieli uwierzyć mi na słowo, że Dara wypluwa z siebie milion słów na minutę na temat safari, na którym nie widział ani jednego zwierzaka, tylko same jeepy ;)

Występ, na który poszliśmy, rozpoczął się – tradycyjnie – od rozmowy z wybranymi osobami z publiczności. Zawód każdej z osób został wyśmiany w sposób dość brutalny – w Polsce chyba by za to oberwał ;). Reszta była zabawna, nie powiem, roześmiałam się kilka razy – ale bez przesady. Za to siedzący wokół mnie Angole o mało nie pospadali z krzeseł. Simon nie wziął szkieł kontaktowych, tylko okulary, i ponieważ tak się śmiał, że lały mu się łzy, okulary ciągle parowały (szkła pewnie by wypłynęły ;).
Ale Darze nie wystarczało. W pewnym momencie zaczął na nas krzyczeć, z bardzo wkurzoną miną: „Co takie słabe oklaski?? Nażarli się, napili, ja tu ciężko pracuję, a wy co, co to jest?!?! Myślicie, że tak łatwo gadać przez dwie godziny bez przerwy?? Spróbujcie kiedyś, po 5 minutach wam się znudzi słuchanie samych siebie! Bo nie jesteście zabawni!! A ja jestem zabawny!! Więc należą mi się oklaski, no dalej, no!! Co z was za skurwiele, co za banda leniwych idiotów, jesteście do niczego!!” Aż mi się źrenice rozszerzyły ze zdziwienia. Jeszcze nigdy nikt mnie nie wyzwał ze sceny, i to w tak niewybredny sposób w dodatku. Patrzę na Simona… a ten znowu płacze, ociera łzy, czyści okulary i szepcze: „On jest taki świetny… ha ha ha rewelacyjny!!”
Ciekawe po ilu latach mieszkania w tym kraju będę w stanie powiedzieć: „…a potem wyzwał nas od leniwych skurwieli HA HA HA, no mówię ci, ten facet jest fan-tas-tycz-ny!!”

Podobno Anglików jest bardzo ciężko czymkolwiek urazić (byle nic przeciwko ulubionej drużynie footbolowej!), Simon ma teorię, że my Polacy jesteśmy na swoim punkcie przewrażliwieni, bo tyle lat wojen, dziwnych ustrojów i opresji, a Anglicy nie biorą siebie na tak bardzo poważnie. Chyba rzeczywiście mamy inną wrażliwość, inne poczucie humoru oraz inną tolerancję – tym bardziej należy podziwiać mojego byłego nauczyciela Steffena Möllera, który jakoś się pod nas wpasował i zrobił przecież całkiem sporą karierę. Brytyjscy komicy raczej nie mieliby w Polsce szans…

6 kwietnia 2010

Wielkanoc w Polsce oczami niemieckich znajomych

Filed under: kwiecień 2010 — swiatmartyw @ 7:38 am

Woda święcona? W plastikowej butelce, proszę sobie koszyczek pokropić, dziś samoobsługa :D

Zdjęcie autorstwa A.Krüger

5 kwietnia 2010

Moja pierwsza Wielkanoc w Anglii

Filed under: kwiecień 2010,Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 12:42 pm

CZWARTEK

W czwartek zapędziłam Simona go malowania jajek. Tak się zaangażował, że aż przyjemnie było popatrzeć ;). Mieszał barwniki, sumiennie odmierzał ocet, delikatnie kładł jajka do kubków i potem co chwilę sprawdzał, czy już. Przy okazji zachlapał siebie, mnie i połowę kuchni niebieskim barwnikiem, a potem wdeptał go w dywan, ale nie będę się czepiać szczegółów ;).

PIĄTEK

Gdy oświadczyłam mu, że w piątek pościmy, popatrzył na mnie oczami wielkimi jak spodki. Wytłumaczyłam czemu i co będziemy jeść w zamian, i trochę się uspokoił ;).
Cały piątek spędziliśmy na wycieczce krajoznawczej. Mieszkamy w naprawdę malowniczej części Anglii, a że pogoda coraz lepsza, zaczynamy powoli odkrywać okolice. Oprócz spaceru po łąkach i lasach, wybraliśmy się do kompleksu jaskiń będących fragmentem wciąż działającej kopalni rudy żelaza. Niektóre formy rudy występują pod postacią czerwonej, żółtej, fioletowej i brązowej ochry, więc – jak możecie się domyślić – przejechałam palcem po niskim suficie jednej z jaskiń i wypaćkałam szyję Simona na fioletowo, a on zrobił mi wielką czerwoną kropkę na nosie. Nie schodziło przy pocieraniu, więc gdy potem weszliśmy do sklepu, panie za ladą nie potrafiły powstrzymać śmiechu ;).
Tego samego dnia wieczorem Simon patrzy na mnie żałośnie i mówi: „Już za pięć minut północ, mogę zjeść trochę tych pysznych kabanosów, bo taki głody jestem?” ;). Chyba jednak nie przerobię go na wegeterianina.

SOBOTA

W sobotę wybraliśmy się na super wycieczkę, o której marzyłam od dawna – Stonehenge! Mimo kropiącego co chwila deszczu i dość przenikliwego zimna, na miejscu zastaliśmy tłumy – ledwo udało się zaparkować, a w kolejce po bilety staliśmy całą wieczność. Rzeczywiście, tak jak mówili nam znajomi, nie można podejść blisko, bo w przeszłości ludzie przychodzili z młotkami i odłupywali kawałki kamieni na pamiątkę albo skrobali „Byłem tu”. Nic dziwnego, że zrobili ogrodzenie! Dostaliśmy przewodniki audio i przez następną godzinę słuchaliśmy o faktach i legendach dotyczących tego magicznego miejsca. Bardzo nam się podobało, mimo że spodziewaliśmy się czegoś o wiele większego. Simon trzy razy naookoło mnie przegonił i zrobił zdjęcie pod każdym możliwym kątem. Warto!

Bliżej nie da się podejść

Pobliskie Woodhenge za to można sobie spokojnie odpuścić. Nic już tam nie ma, oprócz betonowych słupów w miejscach, w których kiedyś stały drewniane konstrukcje.

Kamienne Kręgi Avebury – choć trzy razy większe niż Stonehenge – nie robią aż takiego wrażenia, ale warto, bo można podejść do samych kamieni, które są ogromne, a poza tym okolica prezentuje się wyjątkowo malowniczo.

Na koniec pojechaliśmy zobaczyć Białego Konia (3 tysiące lat!). Miało być tak:

Skopiowane z blogs.discovermagazine.com

… a było tak:


Za nic nie mogliśmy znaleźć odpowiedniego kąta, zawsze jakaś część konia była niewidoczna. Poza tym mgła i zimno skutecznie nas odstraszyły, po 30 minutach poszukiwania dobrego punktu obserwacyjnego, zaczęłam szczękać zębami i pojechaliśmy do domu.

NIEDZIELA

Wstaliśmy z samego rana – raz, żeby przygotować śniadanie wielkanocne, a dwa – oczywiście! – żeby oglądać wyścig w Malezji. Robert od razu uprzedzał, że podium nie będzie, więc czwarte miejsce to i tak świetny wynik, brawo!
Jednym okiem oglądałam F1, a drugim sprawdzałam jakość przygotowywanej sałatki warzywnej, jajek faszerowanych i wszystkich innych cudów, które jakoś udało mi się zrobić. Mówię Simonowi, żeby ubrał się w garnitur i krawat do śniadania; popatrzył na mnie dziwnie i poszedł się przebrać mrucząc pod nosem coś, co brzmiało jak „dziwaczni Katolicy!” ;). O 10:30 połączyliśmy się z rodzinką w Gdańsku (Skype to jeden z najlepszych wynalazków!), życzyliśmy sobie Wesołego Alleluja i zasiedliśmy do śniadania. O mało nie pobiliśmy się o jajka faszerowane ;). Wszystko Simonowi smakowało oprócz ciast – choć muszę przyznać, że babka i mazurek były po prostu stare i suche. Chyba zrobię awanturę w polskim sklepie ;).
Dzień był przepiękny, więc wybraliśmy na długi spacer, a po powrocie najpierw zrobiłam dobry żurek z kartonu, a potem… schowałam kilka czekoladowych jajek po całym domu i Simon ich szukał ;). Niech on też ma coś, do czego jest przyzwyczajony :).

PONIEDZIAŁEK

Wyobrażacie sobie minę Simona dzisiaj rano, gdy zaczęłam oblewać go wodą?? „Co!! Co!! O co chodzi!!”, piszczał biedny spod kołdry ;). „Dziwaczni Katolicy”, ot co!

2 kwietnia 2010

„Boże, spraw, żebym był takim człowiekiem, za jakiego uważa mnie mój pies”

Filed under: kwiecień 2010 — swiatmartyw @ 5:25 pm

Charles de Gaulle: „Im lepiej poznaję ludzi, tym bardziej zaczynam lubić psy”.

Te genialne cytaty natchnęły mnie do wpisu o „najleszym przyjacielu człowieka” – poza tym, musi być sprawiedliwie, było o kotach, to teraz o psach.

Ja lat 11 średnio chciałam mieć psa, bo w domu był już kot, mój ukochany, najlepszy, najcudowniejszy itd. Jednak mama się uparła, więc pojechaliśmy wybrać psa i zdecydowaliśmy się na rasowego szczeniaka owczarka niemieckiego. To się nazywa pies! Tak powinien wyglądać pies, a nie, z kokardą na łysym ogonie i utrefionymi lokami.

Sandra (nazwana tak przeze mnie na cześć popularnej wówczaj piosenkarki, o której dzisiaj już mało kto pamięta) była pięknym psem, naprawdę pięknym* i,  jak to owczarek, mądrym – zdobyła srebrny medal na kursie „psa przyjaciela” i  do końca życia chodziła przy lewej nodze, choć aportować bez kiełbasy już się jej nie chciało ;). Była niesamowicie szybka – kiedyś nawet, po kilkunastominutowej szaleńczej gonitwie, dorwała biednego króliczka. Nie lubiła małych psów, które bez przerwy jazgotały – jeden taki stał na balkonie i godzinami szczekał swoim cienkim głosikiem, więc przy najbliższej okazji, gdy spotkali się na spacerze, Sandra po prostu urwała mu kawałek ucha… Jezu, ale była z tego draka! Właściciele podali nas do sądu, ale gdy przyszła pani z ubezpieczenia, nie wiedziała, że chodzi o pogryzienie psa:

Pani: Wzrost poszkodowanego?

Moja mama jajcara: No… raczej niski.

Pani: Stan cywilny poszkodowanego?

Mama: Zdaje mi się, że kawaler.

Pani: Jak by pani opisała poszkodowanego?

Mama: Mały, kudłaty i z ogonem wywiniętym do góry… i ciągle szczeka! :D

Pani się wściekła, że chodziło o psa, a nie człowieka, bo wzięła zły formularz i były jeszcze większe jaja. Rodzice musieli zdaje się sporo zapłacić odszkodowania. A tamtego psa, do końca jego życia, nazywaliśmy „Ogryzek” ;). Wiem, że to wszystko brzmi strasznie brutalnie, ale musicie zrozumieć Sandrę – Ogryzek godzinami siedział na balkonie i szczekał, szczekał, szczekał… bez końca. Ktoś musiał go uciszyć…

Przyznaję, wolałam naszego kota od Sandry, a to z dwóch powodów – po pierwsze, obie panie żyły ze sobą zgodnie z przysłowiem, czyli jak pies z kotem, czego nie mogłam tolerować ze względu na moją miłość do kota, a po drugie… z psem – a zwłaszcza z tak dużym psem – trzeba często i na długo wychodzić na spacer. Mi się nie chciało. Miałam naście lat i moja postawa wobec wszystkich i wszystkiego była dość buntownicza. Wychodziłam, jasne, ale rzadko kiedy wytrzymałam dłużej niż 15-20 minut. Co innego spacery weekendowe wzdłuż morza, te lubiłam – spacerowaliśmy godzinami, było rzucanie kijków i uganianie się za łabędziami (pies, nie ja ;). Byłam dumna spacerując z takim dużym, pięknym psem, a poza tym czułam się bezpiecznie – nawet mędy z osiedla nigdy mnie nie zaczepiły, gdy byłyśmy razem.

Rodzice Simona, ze względu na swoją profesję, potrzebują dwóch psów – jednego do pilnowania owiec, drugiego do polowań. Niestety, od wielu lat prześladuje ich straszny pech, który jest tak wielki, że aż zabawny –

Bessy, czyli pies do polowań – czarny labrador – wszystko pięknie łapie – problem w tym, że nie chce oddać. Na nic zdają się perswazje, kuszenie kiełbasą, prośby i groźby. Nie odda i koniec ;). Tata Simona przestał z nią chodzić na polowania już dawno temu i teraz Bessy doskonale sprawdza się jako pies kanapowy:

Bessy ze wspomnianym niżej Białym Kotem, w kuchni na farmie

Jak widzicie, trzyma w pysku kijek, który – nie przesadzam – rzuciłam jej podczas spaceru kilka godzin wcześniej. Nie odda i już.

Pies wytresowany do pilnowania owiec kosztuje tutaj 2 tysiące funtów. Pierwszy bał się owiec. Teść super zabawnie opowiadał, jak ten zobaczył owcę i podkulił ogon pod siebie, a gdy zaczęła beczeć, to uciekł i schował się za teścia :D. Został oddany sąsiadce, pieniędzy od nieuczciwego sprzedawcy nie udało się odzyskać.

Drugi był najzwyczajnieszym w świecie leniem o wspomnianej już niżej filozofii pt. „Olewam, nie robię” ;). Nie można go było przekonać, żeby biegał wokół owiec i zaganiał je gdzie trzeba. Teść mówił, że sam zaczął biegać, żeby mu pokazać, co robić, ale Bagder tylko popatrzył się na niego ze zdziwieniem i ułożywszy się pod drzewem, usnął. Trzynaście lat swojego życia spędził zadowolony na kanapie.

Przed kupieniem trzeciego, tata Simona mówi tak: „Nie stać mnie na kolejnego darmozjada, następnego psa będziemy trzymać w komórce przy oborze i nie będziemy się spoufalać, to może nie wyląduje przed kominkiem jak tamten ostatni”. Kupił psa, nazwał go Rob i zamknął w komórce. Wytrzymał tak dwa dni. Jeśli ktoś lubi zwierzęta, nie potrafi ich nie pogłaskać, nie przytulić, nie powiedzieć dobrego słowa – no i tak się zaczęło.
Rob owce zaganiał… do czasu. Któregoś dnia wchodzę do salonu na farmie, a tam Rob na fotelu, śpi jak zabity. Teść popatrzył, pokiwał głową i mówi: „Znowu dwa tysiące w plecy, i w dodatku śpi na moim fotelu. Sam będę te owce zaganiał, już trudno. Ale fotela mu nie oddam!” :D

Jeśli kupię kiedyś psa, musi to być owczarek niemiecki albo wodołaz – przynajmniej nie będę im musiała szyć ubranek na zimę i grzać za pazuchą. No i nikt mi nie podskoczy ;).

*Niestety wszystkie jej zdjęcia zostały zrobione „tradycyjnym” aparatem, więc muszę poprosić mamę, żeby mi jakieś zeskanowała, wtedy umieszczę je na blogu.

1 kwietnia 2010

Jak zrobić człowieka w balona

Filed under: kwiecień 2010 — swiatmartyw @ 2:43 pm

Prima Aprilis – w brytyjskiej prasie roi się od żartów, od szyb samochodów zastępujących okulary (firma produkująca daną szybę konsultuje się z twoim okulistą!), po rewelacje typu „Papież twierdzi, że prezerwatywy wywołują AIDS”.

Nigdy, nigdy nie udało mi się tego dnia nikogo oszukać. Dół moich umiejętności krętaczych osiągnęłam trzy lata temu, gdy oświadczyłam rodzicom, że jestem w ciąży. Zamiast wyrywać sobie włosy z głowy i zgrzytać zębami z żalu, bo jak to, panna z dzieckiem, po drugiej stronie słuchawki usłyszałam: „O, to super!” Gdy zdziwiona zamilkłam, mama dodała: „No co, studia skończyłaś, nie masz 16 lat, my ci pomożemy, będzie dobrze!” Usiłowałam ratować sytuację i powiedziałam, że mój chłopak nie chce słyszeć o dziecku. „A po co nam zięć? – odparował tata – To już nie te czasy, ważne, że dziecko będzie!”. Byli autentycznie rozczarowani, gdy wybąkałam, że to prima aprilis ;).
Po tej spektakularnej porażce zaprzestałam wszelkich prób.

Dzisiaj w pracy dostaliśmy zamówienie na tłumaczenie na kilka języków afrykańskich. Sprawdzałam pokolei, gdzie się jakim mówi, bo przyznam, że np. język Yoruba dość mnie zaskoczył, a tymczasem mówi nim ponad 50 milionów ludzi. Wszystkie udało się zlokalizować, tylko tego ostatniego, Girglia, coś nie mogłam znaleźć. Mówię do szefa: „Weź mi pomóż, co to za język??” A on: „Ha ha, sam ten ostatni wymyśliłem, prima aprilis” ;). Co prawda przyznał, że spodziewał się innej reakcji z mojej strony, typu: „Jezu!! Nie mamy w bazie danych tłumaczy na Igbo!”, a ja tylko poszukałam w internecie… i znalazłam :). Całe zamówienie było oszustwem wycelowanym w niczego nie spodziewającego się project managera :).

Zachęcona tym, że jemu się udało, postanowiłam nabrać Simona. Rano zostawił mi swoją kartę, żebym mogła zrobić zakupy na Wielkanoc. Poszłam do polskiego sklepu, kupiłam żurek, kabanosy, jajka, barwniki, ciasta  itd., a nawet żonkile, choć bazi nie było niestety. Simon wraca do domu, a ja z miną poważną: „Boże, jak w tym kraju jest drogo! Wiesz, ile wydałam? Ponad 150 funtów, na te trochę jedzenia!” Simon: „Trudno, Wielkanoc to Wielkanoc”. No załamka. Myślałam, że dostanie ataku szału, a tu co ;). Przy okazji wydało się, jak nic nie wie o cenach, bo tak naprawdę wydałam 30 funtów ;).

Nie próbuję więcej, widocznie się nie nadaję :D.

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.