Świat Marty W.

24 kwietnia 2012

Uwaga, idioci na drodze

Filed under: kwiecień 2012 — swiatmartyw @ 7:43 pm

Taki znak powinien znajdować się na angielskich autostradach przynajmniej co kilka kilometrów. Nigdy nie prowadziłam samochodu w Polsce, więc nie potrafię porównać stopnia zidiocenia, ale wierzcie mi, wielu angielskich kierowców dostaje za kierownicą małpiego rozumu (wyrażenie to uważam za obrazę dla małp).

  • Idiota typu „Mam Duży i Drogi Samochód, Więc Cała Autostrada Należy Do Mnie”

Taki idiota zmienia pasy z częstotliwością co 10 sekund, oczywiście nie włączając kierunkowskazu, bo po co, a gdy wreszcie dorwie się do pasa szybkiego ruchu, pędzi po nim z tak zawrotną szybkością, że mijane samochody wpadają w rezonans. Gdy zdarzyło mi się to po raz pierwszy, pomyślałam, że jestem świadkiem…  trzęsienia ziemi ;) Cały samochód zaczął się trząść, a szyby wibrować z nieco złowieszczym piskiem.

Idiota taki nie wpuszcza nikogo na pas szybkiego ruchu, bo przecież musiałby zwolnić (jako że inni mogą nie mieć tendencji samobójczych), więc od razu zaczyna migać długimi światłami i trąbić, nawet jeśli znajduje się kilka dobrych mil za mną. Jedyna pociecha w tym, że jeśli kamery złapią idiotę na przekroczeniu 100 mil na godzinę (160 km), automatycznie zostaje mu zabrane prawo jazdy. Na to liczę.

  • Idiota typu „Nie Umiem Wyprzedzać, Więc Popatrzę Sobie, Co Słychać u Innych”

Wyprzedza mnie taki i nie chce mu się dokończyć manewru, więc jedzie równo ze mną na sąsiednim pasie i patrzy mi do samochodu, zamiast na drogę. Czasami nawet macha, gdy przelotnie się na niego spojrzę ze strachem pomieszanym z politowaniem.

  • Idiota typu „Wyprzedziłem, Więc Już Mnie Nic Nie Obchodzi”

Wyprzedza mnie taki, wjeżdża na mój pas kilka metrów przed maską i zaczyna gwałtownie hamować, bo zdał sobie sprawę, że się był zagalopował, a kamer wokół mnóstwo (czy wszystkie działają to inna sprawa, ale lepiej nie ryzykować). Wbijam się w hamulec, bo jeśli bym w niego wjechała, to byłaby moja wina, choćby nie wiem co. Zawsze wina tego z tyłu, że niby nie zachował odpowiedniej odległości. Ale co zrobić, jeśli idiota nie potrafi ocenić mojej szybkości i dzielącego nas dystansu? Choć między Bogiem a prawdą, gdybym w niego wjechała przy mojej normalnej autostradowej szybkości 120 km/h, to nie byłoby ani mnie, ani jego i nie miałby się kto policji tłumaczyć.

  • Idiota typu „Mnie Chcesz Wyprzedzić, MNIE?? A Właśnie, Że Nie Wyprzedzisz!!”

Wlecze się taki, więc wyprzedzam i…. urażona duma nie pozwala mu na taką zniewagę. Pół biedy, jeśli przyspiesza i znika w sinej dali, gorzej, jeśli decyduje się jechać na równi ze mną, żeby przypadkiem mnie na swój pas nie wpuścić. Dzisiaj rano miałam taką własnie sytuację – pan w wypasionym Audi poczuł, że rzuciłam mu rękawicę i po jego trupie, nie wpuści, choćby nie wiem co! Zwalniam, żeby w takim razie z powrotem wskoczyć za niego, skoro tak przyspieszył, a on… też zwalnia i znajdujemy się w punkcie wyjścia. Specyficzny Typ Idioty. W końcu nie wytrzymałam i docisnęłam gaz, żeby wreszcie się go pozbyć. Oby żadna kamera tego nie uchwyciła.

  • Idiota typu „A Co To Jest Pas Szybkiego Ruchu?”

Wlecze się taki jak ślimak, a że wyprzedzić niby nie wolno, za nim wlecze się cała kawalkada. Czasem ktoś zatrąbi, ale przeważnie wleczemy się w pełnej nienawiści ciszy. Wreszcie ktoś nie wytrzyma i wyprzedzi, a za nim inni, mając nadzieję, że kamera tego nie widziała.

  • Idiota typu „Będę Palił Głupa, Może Uda Mi Się Wepchnąć”

Angielskie autostrady są naprawdę bardzo dobrze oznakowane, wręcz jak dla… idiotów. Zwężenie autostrady za 3 mile, przesuń się na lewy pas. Zwężenie autostrady za 2 mile… za 1 milę… za 700 jardów… za 500 jardów… za 300 jardów… za 100 jardów… i nagle z prawej strony pojawia się kilka samochodów rozpaczliwie usiłujących się dostać na lewy, czyli mój, pas, bo ich kończy się np. robotami drogowymi. Wrzucają kierunkowskaz albo i nie, i wpychają się przede mnie, choć już od dawna wiedzieli, że jest zwężenie. No ale przecież zaoszczędzili minutę, opłacało się!

To samo odnosi się do idiotów na rondach. Rodzajów rond jest wiele i przyznam, że niektóre są skomplikowane (np. dość znane na południu „Magic Roundabout”, na którym byłam tylko raz, ale łaska boska, prowadził Simon. Pięć rond połączonych razem i ni cholerę nie wiadomo, kto ma pierwszeństwo), ale na żadnym z prawego pasa nie można skręcić w lewo… Jedzie taki prawym, bo nie ma na nim korka, a następnie pali głupa przed samym skrętem i wpycha się na lewy – i znowu zaoszczędził kilka minut, hurra!

PS. A oto wspomniane Magiczne Rondo:

  • Idiota typu „Mgła i Deszcz, ale Nie Zapalę Świateł, Bo Mi Się Nie Chce”

Po drodze do pracy muszę wjechać w dolinę, w której panują dość specyficzne warunki pogodowe. Choćby wszędzie indziej było słonecznie, a na niebie ani pół chmury, tam będzie mgła i deszcz. W takich warunkach rozsądek podpowiada włączenie świateł, a nawet świateł przeciwmgielnych, jeśli ktoś bardziej inteligentny. Okazuje się, że rozsądek nie jest mocną stroną co poniektórych i włączenie świateł przekracza ich możliwości. Wyróżniają się tutaj właściciele, o ironio, srebrnych samochodów, które w deszczu i mgle po prostu się rozpływają. Jadę, wycieraczki chodzą jak szalone, widoczność mocno ograniczona. Nagle przede mną jak spod ziemi wyrasta wielka cysterna/ traktor/ TIR wlekący się jednak trochę za wolno. Chcę wyprzedzić, zabieram się za manewr i…. nagle z prawej strony mija mnie szaro-bury samochód bez świateł, którego nie widziałam i na który ani chybi bym się nadziała, gdyby nie Anioł Stróż. Trąbię i wyzywam, najgorsze wyrazy po kilka razy.

  • Idiota typu „Śpiewam Sobie Na Cały Głos i Przegapiam Zjazd z Autostrady, Ląduję na Autostradzie do Londynu, W Panice Włączam GPS i w Końcu Znajduję Właściwą Drogę, ale Spóźniam Się do Pracy 15 Minut i Zostaję Przez Wszystkich Wyśmiana”

To oczywiście ja. Tylko raz mi się zdarzyło, ale miałam nauczkę, że wycie karaibskich przebojów na cały głos może mnie lekko zdekoncentrować ;)

PS. Nie martw się mama, ja naprawdę bardzo uważam :)

Reklamy

22 kwietnia 2012

O tym, jak Vader zaczął się szlajać

Filed under: kwiecień 2012 — swiatmartyw @ 5:52 pm

Mimo że „na poważnie” czeka mnie to pewnie dopiero za dobre 20 lat, już teraz zaczynam rozumieć, jak czują się rodzice, których nastoletnie dzieci przyprowadzają do domu „podejrzane” towarzystwo, którego rodzice nie potrafią zaakceptować.

Vader przyprowadził kolegę.

Nie śmiejcie się, sprawa jest poważna ;)

Kot ten albo jest przedstawicielem jednej z tych dziwacznych ras, które mają bardzo mało futra spod którego widać skórę, albo był (jest?) na coś chory, co spowodowało wypadanie sierści. Krótko i zwięźle mówiąc, wygląda jak szczur. Nawet pysk ma taki długi i wyciągnięty, i spode łba na świat patrzy. Na domiar złego, Szczur pod naszą nieobecność urzęduje u nas w domu, zjada vaderowe jedzenie (bardzo mu Whiskas smakuje, a jeśli chodzi o chrupki, to woli Go-Cat) i – to już szczyt wszystkiego – śpi na naszym łóżku, podczas gdy Vader urzęduje w swoim futrzastym namiocie:

Wygląda, jakby zamykał drzwi ;)

Gdy po raz pierwszy zobaczyłam Szczura wylegującego się na naszym łóżku, zatkało mnie ze strachu, gdyż myślałam, że to… no cóż, szczur! Na początku nawet trochę mi się go żal zrobiło, bo pomyślałam, że może jest bezdomny, ale gdyby tak było, to nie byłby Tłustym Szczurem, tylko Wychudzonym Szczurem, a określenie „wychudzony” zdecydowanie do niego nie pasuje. Na samym vaderowym jedzeniu aż tak by się nie roztył, zwłaszcza że Vader chyba też coś od czasu do czasu je.

No i tak, Vader ma kolegę. Rano Tłusty Szczur już na niego czeka pod oknem i razem znikają w siną dal. Simon widział nawet, jak we dwóch z sukcesem odparli atak innego kota i nie wpuścili go do naszego ogródka. Mamy tylko nadzieję, że jeśli ten kot rzeczywiście jest na coś chory, to Vader się od niego nie zarazi – w przeciwnym razie po osiedlu będą chodzić dwa Tłuste Szczury, ani chybi siejąc postrach pośród kotów wyglądających bardziej konwencjonalnie ;)

W czwartek wracam do domu i witają mnie cztery zwierzaki – Vader, Tłusty Szczur, zamordowany i bezgłowy ptak oraz na pół zjedzona żaba. Vader nigdy przedtem nie dopuszczał się takich zbrodni, najwyżej muchę pogonił – ten jego kolega ma na niego zły wpływ! ;) Niestety, tak jak nastolatkowi ewentualnie jakoś można wytłumaczyć, że jego towarzystwo jest podejrzane, a w najgorszym razie zabronić wychodzić z domu, tak do Vadera żadne argumenty raczej nie dotrą, a przecież nie zablokujemy mu wyjścia na dwór, bo tam załatwia swoje potrzeby, a poza tym nudno tak, w czterech ścianach. I takim oto sposobem nasz dom stał się sypialnią i jadalnią dla Tłustego Szczura oraz punktem znoszenia martwych zwierzątek… Lovely.

19 kwietnia 2012

Klient nie wszędzie nasz pan

Filed under: kwiecień 2012 — swiatmartyw @ 9:07 pm

Każdy, kto mieszkał w Anglii albo przynajmniej oglądał zaskakujący dobry film „The best exotic Marigold Hotel”, wie, jak bardzo Anglicy nie lubią rozmawiać z centrami obsługi klienta z bazą w Indiach. Mało co można zrozumieć, do końca nie wiadomo, o co chodzi, mechanicznie odczytywany jest skrypt, który bardzo często nie pasuje do zaistniałej sytuacji. Z tego względu wiele firm za punkt honoru uważa posiadanie centr obsługi klienta w Wielkiej Brytanii. Oczywiście, wśród ich pracowników zdarzają się jakieś mało uprzejme wyrzutki, ale zdecydowana większość jest przemiła, wręcz aż za słodka i za bardzo chcąca zrobić człowiekowi dobrze.

Odnosi się to zreszto nie tylko do wielkich korporacji typu banki, ale również do mniejszych przybytków, np. salonów piękności, w których ostatnio bywam coraz częściej, bo piękność wyraźnie zaczyna mi przemijać. Podsumowując , do tej pory spotkałam się w Anglii z dwoma typami telefonicznych rozmówców – albo nie wiadomo, o co chodzi, albo traktują cię jak Najważniejszego Klienta na Świecie.

My, Polacy, wymyśliliśmy trzeci wariant.

Kupiłam na Grouponie masaż oraz maseczkę dla siebie, a dla mamy – to już w Polsce – brzmiący dość przerażająco zabieg na twarz (żelazko przeciwzmarszczkowe), po którym będzie wyglądać 10 lat młodziej. Dzwonię umówić się na wizytę i…:

Ja Polska Anglia
Dryń, dryń! Nooooo?
[słowo daję, jeszcze nigdy nie słyszałam, żeby ktoś tak odbierał telefon!]
Good morning! Thank you for calling our SPA. My name is Rachel, how can I help you today?
Dzień dobry, wczoraj kupiłam voucher na Grouponie i chciałabym się umówić na wizytę. Gdzie…? Ach, Groupon, no tak… Great! Yes, we have sold a lot of those, this is a really, really good treatment, I have tried it myself and was very impressed!  I am sure you will feel fantastic afterwards!
Czy [jakaś tam] data byłaby możliwa? A co to za dzień? Let me check, bear with me whilst I check in the system… Thanks for waiting, yes, this date is perfect for us! What time would suit you best?
Może być 12:00? Może. Yes, that’s great, you are very lucky actually because it will be our best masseuse attending to you. She is truly fantastic!
To teraz niech mi poda numer tego Grouponu.
[że niby kto?]
Would you mind giving me the voucher number? If you don’t have it at hand, don’t worry, I can call you at your earliest convenience.
Chce pani moje nazwisko i dane kontaktowe? Nie, przyjdzie pani i już. To do widzenia. Klik! Yes, please, if you would be so kind.
Podaję dane. Fantastic, I have all I need, we are looking forward to seeing you then! Is there anything else I can help with? … OK then, see you soon, have a lovely day, bye!

Gdybyście kiedyś zastanawiali się nad podjęciem pracy w angielskim centrum obsługi klienta, zapamiętajcie ten wpis… Trzeba być tak słodkim, że aż człowieka mdli od samego siebie. Trust me, I’ve been there. Dwa najgorsze tygodnie mojego życia, gdyż okazało się, że słodycz niestety nie jest jedną z moich cech.

I hope you had fun reading this post! Thank you for visiting and I am looking forward to your comments!! (Szeroki Uśmiech i Błysk Śnieżnobiałych Zębów)

17 kwietnia 2012

Cyrograf

Filed under: kwiecień 2012 — swiatmartyw @ 7:18 pm

Tydzień przed Wielkanocą dostałam do podpisania trzydziestostronicowy „oficjalny” kontrakt z moją firmą (przedtem miałam status pracownika tymczasowego). Czytam, czytam… i czym dłużej czytam, tym bardziej mnie zatyka i tym bardziej nie chce mi się wierzyć, że takie świństwa są zgodne z prawem. Podpisałam, bo co mam zrobić? Chcę podróżować i chcę kupić dom (no i mam kota na utrzymaniu ;), więc muszę zarabiać, jedna pensja nam nie wystarczy. Zrobiłam szybki wywiad wśród ludzi, którzy pracują tu już 4-5 lat i zapewnili mnie, że żadna z wypunktowanych przeze mnie rzeczy nigdy nie miała miejsca i że firma się zabezpiecza „w razie czego”. Uwierzyłabym, ale po ostatnich przejściach zaczęłam się robić ostrożna i już nie mielę językiem na prawo i lewo, nie zwierzam się, nie staram się ze wszystkimi zaprzyjaźnić i generalnie wpadam w paranoję ;) Nikomu nie wierzę, nikomu nie ufam, na pohybel fałszywym Angolom, hurra!! ;)

Jeśli firma będzie chciała wycisnąć ze mnie wszystkie soki życiowe, czarno na białym jest napisane, że się na to zgodziłam – ba, nawet podziękowałam im, że zaoferowali mi stały kontrakt już po dwóch tygodniach. Oto, co teoretycznie mogą mi zrobić:

– zmusić mnie do pracy ponad 48 godzin w tygodniu (górnego limitu niestety nie podano, przeoczenie pewnie haha!) bez dodatkowego wynagrodzenia (aktualnie pracuję, jak prawie cała Anglia, 37,5 godzin w tygodniu, czyli 7,5 dziennie),

– zmusić mnie do pracy w weekendy oraz święta, oczywiście bez dodatkowego wynagrodzenia, a jakże,

– kazać mi odwołać moje już zaplanowane, opłacone itd. wakacje (!!!!!!), jeśli jest bardzo dużo pracy,

– przestać płacić składki na mój fundusz emerytalny BEZ PODAWANIA POWODU,

– nie podwyższać mi pensji „przez czas nieokreślony” (normalnie co roku we wszystkich porządnych firmach dostaje się podwyżkę, żeby wyrównać koszty inflacji – w przeciwnym razie zarabia się przecież mniej w stosunku do nowych cen),

– przez pierwsze sześć miesięcy zwolnić mnie z dnia na dzień, bez ostrzeżenia (normalnie trzy),

– jeśli ośmielę się zachorować, pierwsze trzy dni urlopu zdrowotnego są bezpłatne, nawet jeśli lekarz pisemnie potwierdzi, że mało nie wyzionęłam ducha,

– MUSZĘ posiadać prawo jazdy, a w razie jego utraty zostanę zwolniona w trybie natychmiastowym (po co, przecież nigdzie nie jeżdżę z firmą, a na spotkania z klientami z mojej „działki” – jeśli w ogóle pojadę, w co wątpię – do Niemiec, Polski , Hiszpanii, Belgii i Holandii – chyba wyślą mnie samolotem do cholery?); gdybym otrzymała punkty karne, muszę im NATYCHMIAST powiedzieć (???).

No i tak, jeśli zechcą, mogą mnie, za przeproszeniem, nieźle udupić. Dobrze, że nie kazali podpisać krwią, dopiero bym się zaczęła martwić… ale i tak bym pewnie podpisała, kot nie może przecież głodny siedzieć ;)

11 kwietnia 2012

Dwunarodowa Wielkanoc, czyli wszystko co nie nasze jest dziwaczne

Filed under: Kraj ojczysty,kwiecień 2012 — swiatmartyw @ 7:59 pm

Przerwa w pisaniu spowodowana jest wstawaniem do pracy w środku nocy oraz gigantycznymi korkami, w które wpadam, w których stoję w nieskończoność i które wykańczają mnie psychicznie i zabijają wenę twórczą. Po półtorej godziny jechania na pierwszym, no, góra drugim biegu, mam ochotę wyłącznie na obiad i bezmyślne gapienie się w telewizor z kotem na kolanach. Kończy się to tym, że ze zmęczenia, powszechnie zwanego starością, przysypiam przed tymże telewizorem i ok. 22:00 Simon budzi mnie i prosi, żebym się przeniosła do sypialni, bo swoim chrapaniem zagłuszam mu program (i myśli). O 22:30 już śpię w łóżku, z kotem wtulonym w me stopy (masochista!). Najgorzej jest w poniedziałki, środy i czwartki, gdy prosto z pracy jadę na siłownię lub włoski – wtedy jestem w domu ok. 21:30, jem byle co i od razu idę spać. W weekendy natomiast odsypiam ile wlezie, co prowadzi do tego, że budzę się o 14:00 i zanim się obejrzę, już jest wieczór…

…chyba że pojedziemy do teściów i już o 9:00 (skandal!) teściowa wpada do sypialni z radosnym: „Get up love, it’s a lovely morning!! Look out of the window, lovely, isn’t it??” Wyglądam jednym zaspanym okiem, no i rzeczywiście, owieczki, baranki, słońce i uwielbiane przez rodzinę Simona żonkile, jak nic trzeba iść na spacer!

I bawić się z psem w ogrodzie:

oraz iść do kościoła, bo przecież Niedziela Palmowa. Dojeżdżamy pod kaplicę, a tam… przecieram oczy, ale nie, jednak nie znika… osioł jak żywy!!

Ja lekko zdziwiona, a teściowa tłumaczy jak głupiej, że przecież Jezus wjechał do Jerozolimy na ośle, więc oni też na procesji zawsze mają osła. Osioł drze się jakby nie wiem, co mu się działo, pewnie ma dosyć tych wszystkich głaszczących go dzieciaków i heretyczek robiących mu zdjęcia.

Po procesji za osłem, dochodzimy do kościoła na króciutką (a jakże) mszę zakończoną hymnem na melodię „What shall we do with a drunken sailor”, znaną po polsku jako „Morskie opowieści”, co powoduje u mnie niekontrolowany wybuch śmiechu.

We have a king

1. We have a king who
rides a donkey (x3)
And his name is Jesus!

Sing, sing, loud hosannas
Sing, sing, loud hosannas
Sing, sing, loud hosannas
for our king, for Jesus

2. Trees are waving a
royal welcome (x3)
For our king, for Jesus

3. We have a king who cares
for people (x3)
And his name is Jesus.

4. What shall we do with our life
this morning (x3)
Give it up in service!

Teściowa znowu spieszy z wytłumaczeniem, że to dlatego, ponieważ Kościół chciał, żeby ludzie łatwo zapamiętali tę pieśń, więc po prostu ułożyli słowa do znanej wszystkim melodii. Hm, może i dobrze, wszyscy śpiewali bez zająknięcia ;)

W Wielką Sobotę rano wylądowaliśmy w Gdańsku. Pogoda beznadziejna, szaro i mokro, ale jednak to moja szarzyzna i moja wilgoć, moja, gdańska, a tym samym lepsza od angielskiej ;) Wraz z rodzicami oraz ich znajomymi pojechaliśmy zobaczyć kilka grobów Chrystusa w różnych kościołach oraz poświęcić pokarmy, co zdziwiło Simona prawie tak, jak mnie widok osła. Chciał wiedzieć, po co, na co i dlaczego to robimy.  Jako że stosunkowo niedawno oglądaliśmy „Skrzypka na dachu”, mogłam mu zanucić: „Tradition!!” ;)

W towarzystwie moich rodziców są osoby, które twierdzą, że znają angielski. Ucieszyłam się, że będzie kto miał porozmawiać z Simonem, bo on taki biedny, cicho siedzi cały dzień, a przecież normalnie to gaduła z niego taka, że nawet ja – JA – nie mam z nim szans. Niestety, za każdym razem konwersacja wyglądała następująco:

Ja: Ty znasz angielski, prawda?

Przyszywana/y ciocia lub wujek: No tak, radzę sobie.

Ja: A to świetnie, bo zobacz, to jest mój chłopak Simon, on jest Anglikiem i chętnie by sobie pogadał.

Przyszywana/y ciocia lub wujek: (panika na twarzy) (jąkając się) Ja… ja… już dawno nie rozmawiałem… wszystko zapomniałem, wiesz jak to jest, tyle lat…

…i w te pędy od nas uciekali ;) Honoru broniła mama, która poczyniła niesamowite postępy w języku dynastii Windsorów, pękałam z dumy! Go mum, go!! ;)

W Niedzielę Wielkanocną obudził nas śnieg:

Po pierwszym szoku i okrzykach, że zimno, że co to za Wielkanoc itd. zaczęły się przygotowania. Zastawienie stołu, wyłożenie potraw, ich obrona przez kotami, którym oczy aż się śmiały na widok schabu i polędwicy sopockiej, smażenie jajek w skorupkach na ostatnią chwilę, żeby były ciepłe (to moja specjalność), wreszcie robienie się na bóstwo i odkrycie, że wszystkie moje rajstopy są podarte, a sukienka mamy pękła w szwie ;)

Chcieliśmy, żeby Simon też miał trochę swoich tradycji, więc, zgodnie z jego życzeniem, mama kupiła pięć czekoladowych jajek z niespodziankami i schowała po domu. Simon chodził i szukał na zasadzie ciepło-zimno. Jajka znalazł, ale… tylko jedno było tak naprawdę z czekolady, reszta to plastiki zawierające tak przydatne mu niespodzianki, jak gumki do włosów, różowe lustereczko z podobizną Miley Cirus, czy też naklejki z Kubusiem Puchatkiem i Prosiaczkiem :D Śmiechu było co niemiara:

Po śniadaniu pojechaliśmy na cmentarz, zapalić na grobach naszych bliskich żółte znicze z wytłoczonymi baziami (tradition!!) oraz wstawić żonkile, gdyż są to jedyne kwiaty, których nie zjadają sarny (cmentarz położony jest w lesie, a sarny nie znają konceptu poszanowania grobów). Simonowi oczywiście nie podobają się nasze cmentarze, bo dla niego cmentarz to zaniedbane, chylące się tablice porośnięte mchem, które odwiedza się raz na kilka lat, a nie wypucowane na połysk granity i marmury, złote litery, kwiaty i znicze. „Pamiętaj – mówi do mnie przy wyjściu – gdybym umarł przed tobą, to masz mnie wpakować do najtańszej trumny albo nawet do worka na śmieci i postawić mi najtańszy nagrobek, tylko płytę. Uwierz mi, będę martwy, naprawdę będzie mi wszystko jedno”. „Pamiętaj – odpowiadam – gdybym umarła przed tobą, to masz mnie spalić i włożyć moje prochy do najładniejszej urny, jaka będzie dostępna w zakładzie, wygrawerować moje imię i daty urodzenia oraz śmierci złotymi literami, a potem wstawić do szklanej kasety i wmurować w ścianę salonu. Jak nie, to będę cię straszyć”. Każde z nas stwierdziło, że to drugie ma nierówno pod sufitem, ale obiecaliśmy sobie trzymać się tych instrukcji. Jesteśmy zgodni co do jednego – stypa ma być wesoła, bo oboje lubimy imprezować, więc takimi mają nas zapamiętać. I żadnych czarnych ubrań, moim ulubionym kolorem jest czerwony, a jego zielony i niebieski. To tak w razie czego, gdybyście się wybierali na pogrzeb ;)

W poniedziałek Simon przeżył szok swojego życia, gdy z samego rana został oblany lodowatą wodą. Napadliśmy na niego w trójkę, wrzaskom i piskom nie było końca :) Cały dom był później zalany wodą, ale ile uciechy ;) O 11:00 pojechaliśmy z rodzicami oraz ich najlepszymi przyjaciółmi na spacer nad morze (tradition!!). Zawsze jest tak samo – jedziemy samochodem do Sopotu, idziemy na molo, siedzimy na słoneczku przy marinie, potem wracamy na plażę, karmimy łabędzie:

a następnie idziemy do chaty góralskiej na herbatę z prądem, grzane wino, grzane piwo i smażonego oscypka. Tak jest od kiedy pamiętam i tak będzie póki wszyscy będą w stanie się ruszać ;)

Jeszcze kilka słów o angielskim moich rodziców – kilka miesięcy temu zaczęli chodzić na kurs angielskiego i podchodzą do sprawy niezwykle ambitnie, kują po nocach, przepytują się, wypożyczają uproszczone wersje znanych powieści z biblioteki British Council (ostatnio na tapecie było „Love Story” :) Mama zna mniej słówek, za to gada cały czas, tata zna więcej, ale jeszcze trochę się boi mówić – no chyba że popije żubrówki, wtedy to co innego! ;) Szło im naprawdę nieźle, tylko trzy razy zaliczyli śmieszne wpadki:

Tata: I am going to milk! (czyli „idę wydoić”, zamiast „I am going to buy milk”)

Mama: Do you want Jesus cake? (czyli “czy chcesz chrystusowe ciasto”, zamiast “cheesecake”)

No i tekst dnia: Do you want to play semen? (czyli „czy chcesz zagrać w spermę”, zamiast w marynarza)

Po tym ostatnim Simon o mało się nie popłakał ;) Ale ogólnie był pod wrażeniem postępu moich rodziców, oby tak dalej!

Było super, szkoda, że tylko 4 dni. Nie wiem, kiedy będę w Gdańsku następnym razem, prawdopodobnie dopiero na Boże Narodzenie – no chyba że znowu mnie zwolnią, wtedy będę miała czasu a czasu! ;)

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.