Świat Marty W.

14 listopada 2012

Wszystko przez Henia

Filed under: listopad 2012 — swiatmartyw @ 2:09 pm

Nie będę Was zanudzała opisem przygotowań weselnych – wystarczy powiedzieć, że sukienka jest, sala z dobrym jedzeniem i alkoholem jest, zaproszenia w przygotowaniu, obrączki zamówione, loty i hotel na czterodniowy wieczór panieński opłacony (lecę z koleżankami do Palermo), Simona tydzień kawalerski zaczyna nabierać kształtów. Chłopaki najpierw wymyślili, że do Gdańska….. przypłyną na wynajętym statku, ale pomysł szybko upadł, bo po pierwsze drogo,  po drugie jeden z nich ma chorobę morską, a po trzecie jeden nie potrafi pływać  ;) Skończyło się na tournée po „Europie”, czyli Londyn – Paryż – Amsterdam (hmmm… ciekawe, po co ten Amsterdam?!) – Berlin – Gdańsk. Mam nadzieję, że zapewne zatrważająca ilość wypitego alkoholu nie przeszkodzi im w trafieniu do Gdańska na czas… Reszta angielskich znajomych już zaklepała urlop na przyszły rok i przy okazji naszego wesela  również mają zamiar trochę popodróżować. Dodam, że są to ludzie lubiący coś więcej niż plaże Majorki, więc co roku wybierają się do miejsc, o których większość Anglików pewnie nie słyszała. Mogą pochwalić się wycieczką na Łotwę, Ukrainę, do Estonii, Armenii oraz Gruzji. Teraz zastanawiają się nad wszystkimi krajami, których nazwy kończą się na „-stan”.

Jak już wspomniałam wcześniej, najwięcej problemów będzie z kościołem. Poszliśmy do katolickiej parafii w naszej wiosce i ksiądz poinformował nas o mającym trwać ponad sześć miesięcy biurokratycznym koszmarze. Dokumentów do zdobycia, przetłumaczenia i złożenia jest bez liku – i oczywiście tłumacz przysięgły języka polskiego mieszkający w Anglii nie może ich przetłumaczyć, nie! Musi to być tłumacz przysięgły mieszkający w Polsce, bo tacy przecież lepiej tłumaczą….. ale zatwierdzić tłumaczenia musi nikt inny, tylko konsul w Londynie, rzecz jasna pobierając przy tym stosowną opłatę od każdego dokumentu.

Czeka nas też kurs przedmałżeński – najpierw kilka spotkań tylko z samym księdzem, a następnie cały weekend z innymi parami oraz świeckimi nauczycielami. Ale będzie zabawa, już to sobie wyobrażam. Według księdza, będziemy rozmawiać na tak fascynujące tematy jak np. „Czym jest małżeństwo?”, jak również o byciu „otwartym na życie”, czyli oczywiście o niestosowaniu antykoncepcji. Dowiedzieliśmy się również, że nie wolno nam mieszkać razem ani robić żadnych świństw – choć ten temat zamarł księdzu na ustach, bo chyba zdał sobie sprawę, że mówiłby do ściany. Czasami nie mogłam się powstrzymać i przy co bardziej katolickim tekście wybuchałam stłumionym śmiechem. Simon powie mi potem zniesmaczony: „You were giggling like a schoolgirl!!”

Tak naprawdę to jesteśmy strasznymi hipokrytami. W Boga wierzymy, ale do kościoła nie chodzimy ani nie stosujemy się do jego – naszym zdaniem nieżyciowej – nauki (patrz mój nerwowy śmiech przy „byciu otwartym na życie”) – po prostu staramy się być dobrymi ludźmi i postępować rozsądnie. Tym niemniej, chcemy ładnie się ubrać i ślubować sobie miłość przed Bogiem… i księdzem, którego po cichu oskarżam o niedzisiejsze podejście do życia. Zresztą nie tylko poglądy niedzisiejsze – msze też mają mało wspólnego z życiem zwykłych parafian – wszystkie hymny śpiewa się po łacinie, więc średnia wieku w kościele wynosiła na oko 70 lat. Młodzieży nie było w ogóle.

Po tych wszystkich przejściach, tym większym zaskoczeniem był dla mnie polski ksiądz w Gdańsku, który bez problemu zgodził się na udzielenie nam ślubu, choć Simon to innowierca: „Anglikanie to nasi bracia w wierze, tylko Henio narozrabiał!” ;) Przed takim księdzem mogę ślubować. Po polsku. Biedny Simon będzie zmuszony wymówić „Ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż Boże Ojcze wszechmogący i wszyscy święci”. Powiedzcie to sobie na głos i zadumajcie się nad losem mojego przyszłego męża ;)

Reklamy

9 listopada 2012

Czego nie robi się dla pieniędzy

Filed under: listopad 2012 — swiatmartyw @ 12:41 am

Pięć miesięcy temu do firmy przyjęto nowego informatyka – na oko czterdzieści kilka lat, szczupły, przystojny, ponad dwa metry wzrostu. Wydawał się miły i wesoły, a jego tubalny śmiech słychać było w całym biurze. Szybko się zaprzyjaźniliśmy, zwłaszcza że pracowaliśmy i wciąż pracujemy razem nad jednym projektem. Po opisanej tutaj kraksie z moją Hondą w roli głównej, dwa razy musiałam wracać z pracy pociągiem, co zajmowało ponad dwie godziny, więc gdy w zimny i ciemny piątkowy wieczór kolega zapronował mi podwiezienie do domu, moja radość nie miała granic. Jednak radość szybko zmieniła się w lekkie zdziwienie, gdy okazało się, że kolega nie przypadkiem jedzie do mojej wioski, lecz po prostu tam mieszka. Czemu nie powiedziałeś wcześniej, pytam, przecież moglibyśmy podwozić się do pracy i zaoszczędzilibyśmy trochę kasy na benzynie. A bo się bałem. Bałeś się?, myślę jeszcze bardziej zdziwiona. Chłopie, masz dwa metry przecież!, żartuję, a on z poważną miną: „Bałem się, że nie będziesz chciała ze mną jeździć. Ja jestem bardzo niepewny siebie. Z wielkim podziwem słuchałem twoich opowieści o podróżach po świecie, bo ja bym nie mógł. Za bardzo się boję”. Ooookaaayyy….. „Dziwak!!!”, wrzasnął diabełek nad moim uchem, ale aniołek zaraz uspokoił: „Daj mu szansę, zobaczymy, jak będzie”.

Teraz już chyba za późno, ale trzeba było jednak słuchać diabełka. Chcę wierzyć, że ja zachowuję się tak samo w pracy i poza nią, że jestem taką samą osobą – nie muszę nic przed nikim udawać, więc nie udaję. Mój kolega natomiast z chwilą zamknięcia drzwi samochodu zmienia się nie do poznania. Z wesołego faceta staje się niesamowitym malkontentem wszędzie widzącym problemy i krytykującym wszystko i wszystkich. Jego bezsensowny upór doprowadza mnie do szału – scenka z dzisiaj rano: nie pamiętam, jak doszliśmy do tego tematu, ale powiedziałam mu, że mam znajomego w Nowej Zelandii. Gadamy, gadamy i nagle – nie wiem, co mnie podkusiło, pewnie sam diabeł – mówię, że według tego znajomego, gdy zacznie wiać mroźny wiatr znad bieguna, temperatura w ciągu 20 minut potrafi spaść o dobre kilkanaście stopni. „Co za bzdura, na pewno tak nie jest!!”, niespodziewanie wrzasnął mój pasażer, czym tak mnie zaskoczył i wystraszył, że o mało nie straciłam panowania nad kierownicą. Czemu, pytam, przecież nie byłeś chyba? To skąd wiesz? „A bo to niemożliwe”. No nie ma to jak dobry argument, cholera. Głupia brnę dalej: „Mówił mi, że czasami widać dryfujące lodowce, więc pewnie z tym mroźnym wiatrem coś jest na rzeczy”. Kolega zrobił się czerwony i z irytacją w głosie zaczął tyradę – że mam tamtemu nie wierzyć, bo biegun południowy jest za daleko od Nowej Zelandii i że żadnych lodowców nigdy nie widać, bo już by się dawno zdążyły roztopić (co się stało z brakiem pewności siebie??); że nawet jeśli temperatura trochę spada, to i tak nie jest zimno w porównaniu z Anglią (a czy ja powiedziałam, że jest?? A poza tym, tak, jest! Przecież w NZ pada śnieg); że pewnie chciał zobaczyć, czy uda mu się wcisnąć mi kit i dlatego tak gadał – z całą pewnością, to mnie przekonało! Matko Boska. Smęcił tak dobre pięć minut, a ja miałam ochotę go wysadzić. W biegu.

Gdybyście się zastanawiali, to tak, jest starym (no, starszawym – 45) kawalerem i nie ma dziewczyny. Codziennie wysłuchuję jego mądrości na tematy wszelakie, od polityki do sposobów krojenia marchewki (!! podobno istnieje wyłącznie Jedyny Słuszny Sposób, pozwalający na wydobycie maksimum smaku….o_O). Czasami staram się dyskutować, czasami siedzę cicho – zwłaszcza, gdy prowadzi on, gdyż jego styl doprowadza mnie do białej gorączki. Na autostradzie zawsze jeździ 80km/h, zamiast 120, jak wszyscy naokoło i – uwaga!! – boi się wyprzedzać, więc zawsze wleczemy się wolnym pasem. To jedyna do tej pory oznaka tej jego domniemanej „nieśmiałości”, którą zdążyłam zauważyć. Ja bym to nazwała bycie kiepskim kierowcą, i tyle.

Wczoraj podczas przerwy na lunch musiałam wymienić akumulator i chciałam, żeby ktoś ze mną pojechał, bo polskim zwyczajem wmówiłam sobie, że jak zobaczą kobietę, to wcisną jej stary akumulator, który pewnie zaraz padnie, a facet będzie im patrzył na ręcę, więc jest nadzieja, że nie będą próbowali żadnych sztuczek. Swoją drogą, to Simon zawsze się ze mnie śmieje, gdy wyskakuję z takimi teoriami – on jest święcie przekonany, że gdybym np. sama pojechała kupować używany samochód czy do warsztatu właśnie, nikt by mnie nie oszukał, nie sprzedał pojazdu z zaniżonym przebiegiem (i tysiącem innych ukrytych usterek) ani nie wstawił felernej części, „bo takie rzeczy w Anglii się nie zdarzają”. A w Polsce podobno się zdarzają. A w Anglii sami polscy mechanicy. No.

Nikt nie wiedział, gdzie jest salon Hondy, tylko  mój współpasażer właśnie. Pojechaliśmy, wszystko sprawdził, dostałam nowiutki akumulator, było super – nie mogę powiedzieć, naprawdę mi pomógł i nie kręcił nosem. Ale dzisiaj rano zabił mnie tesktem: „Ty się boisz jeździć?” Ja? JA? Kto jeździ 80km/h i nie potrafi wyprzedzać, hę? – myślę, ale zachowuję pokerową twarz i pytam, czemu. „No bo wzięłaś mnie wczoraj do salonu Hondy, miałem wrażenie, że sama bałaś się jechać, bo nie poradziłabyś sobie z jednoczesnym patrzeniem na GPSa i na drogę”. Może to był angielski żart, którego jak zwykle nie załapałam?

Żeby trochę zamknąć mu buzię, postanowiłam…. wyedukować go muzycznie i padło oczywiście na polskie piosenki. Puszczam mu coś tam, smutny, ale jednocześnie piękny tekst, o śmierci, rozstaniu, przemijaniu, tęsknocie. Tłumaczę jak potrafię najlepiej. Wzruszam się przy tym i już, już mi łezka płynie…. gdy nagle kolega zaczyna rżeć: „HAHAHAHAHAHA, co za debilny tekst, i jaki śmieszny!!!”

I ja się tak męczę, żeby zaoszczędzić 50 funtów miesięcznie?

2 listopada 2012

Zapowiedź trudnych relacji, czyli o tym, że czasami lepiej nic nie rozumieć

Filed under: listopad 2012 — swiatmartyw @ 11:45 am

Moich rodziców i rodziców Simona różni prawie wszystko – wykształcenie, zainteresowania, sposób spędzania wolnego czasu, stopień zaciekawienia światem itd. Nie, nie ma nic złego w innym od „znanego” mi stylu życia, ale coraz bardziej zaczynam dziękować losowi, że nasi rodzice nie potrafią się dogadać, bo chyba by się… nie dogadali.

Weźmy chociażby wizytę teściów w zeszłym miesiącu. Przyjechali w piątek, siedzimy, gadamy, pijemy winko. Pytam, czy jest coś, co by chcieli zrobić w ten weekend, gdzieś pojechać może, coś zobaczyć albo do kina pójść? Nie, cieszą się, że są z nami i to im wystarcza. No wspaniale, mówię, my też się cieszymy, ale co będziemy robić? Siedzieć i rozmawiać. Acha, no ale przez dwa i pół dnia? Może na spacer chociaż? Nie, przecież już wszędzie byliśmy. No byliście, ale co w takim razie…? Dałam spokój, po co mam się denerwować w piątek wieczór. Usnęli przed telewizorem ok. 21:00.

Sobota. Od rana wyjątkowo świeciło słońce i Simonowi, który oczywiście lepiej wie, jak z nimi rozmawiać, udało się namówić ich na spacer. Po spacerze wróciliśmy do domu w dobrych humorach – ale mina natychmiast mi zrzedła, gdy teściowa spytała, czy mamy ocet, bo chciałaby wymyć nam łazienkę (octem? pierwsze słyszę). Przecież myłam ją wczoraj i lśni, aż oczy bolą, próbuję żartować, ale nie, teściowa nalega, bo „ma więcej doświadczenia”. Jest prawie 40 lat starsza, więc pewnie więcej razy czyściła łazienki, zgadza się, lecz zapewniam, nie ma potrzeby, może herbatki z mlekiem zrobię? Nie ustępuje. Zaciek na szklanej ściance od prysznica widzi i chętnie by go usunęła. Nie mamy octu – wypalam w końcu, i nawet nie kłamię. Przy następnej wizycie w łazience długo szukam zacieku, w końcu znajduję i usuwam kwasem, który powstał z całej sytuacji.

Wymyśliłam, że w niedzielę pojedziemy do osławionego Longleat, czyli parku safari, do którego wybieraliśmy się od miesięcy. Może przed wyjściem pranie nastawisz? – pyta niewinnie teściowa. Nastawię po powrocie. Ale jeśli teraz nastawisz, to po powrocie będzie już gotowe i razem rozwiesimy! – kusi mnie wizją popołudnia spędzonego wspólnie przy lince na pranie. Bo zauważyłam, że kosz na brudną bieliznę pełen – ciągnie – więc warto zrobić pranie w weekend, żeby na poniedziałek już było. Zalewa mnie fala gorąca. Ja rozumiem, że ona chce dobrze, ale skoro grzecznie odmawiam, to powinna dać spokój. Aż tak się boi, że synuś nie będzie miał czystych majtek na następnych dzień? Simon wyczuwa napięcie i z przesadną radością w głosie oznajmia: „To ja nastawię pranie, a wy sobie rozmawiajcie!” i  brzmi tak, jakby było to spełnieniem jego weekendowych marzeń.

Ale to nic, to wszystko nic w porównaniu z dalszymi wydarzeniami. W drodze do Longleat mimo inteligentnego GPSu z milionem opcji w nowym BMW teściów, teściowa nie ustaje w pouczaniu Simona, gdzie jechać. Wyciągnęła mapę i wydaje komendy kompletnie niezgodne ze zdrowym rozsądkiem, bo mapa, jak się okazuje, nieaktualna, a GPS jak najbardziej o nowej drodze poinformowany. Dwie i pół godziny dobrych rad doprowadza mnie do szału i dzikiej pasji w jednym. Mam ochotę krzyczeć PATRZ PRZEZ OKNO, PODZIWIAJ JAK ŁADNIE I DAJ MU SPOKOJNIE PROWADZIĆ!!!!!! Uff, na pewno lepiej by mi się zrobiło, ale oczywiście milczę i tylko raz na jakiś czas posyłam Simonowi znaczące spojrzenie. W odpowiedzi on tylko lekko się uśmiecha pod niezgolonym z okazji weekendu wąsem i mruczy: „Yes, mum, we will go left at the next junction”. I potem skręca w prawo. Lament teściowej. Potem widzimy znaki. Jednak dobrze. Teściowa wertuje mapę. I tak w kółko.

Przejeżdżamy koło Stonehenge. Teściowa przyznaje, że nigdy tam nie byli. Ze zdziwienia wybałuszam oczy, ale komentarze zachowuję dla siebie. To może wysiądziemy? – proponuję. Chociaż na chwilę? Nie, nie trzeba, bo… PRZECIEŻ WIDAĆ Z DROGI! Widać z drogi!! Opadają mi ręcę, szczęka i wszystko inne też. Simon szepcze prawie niesłyszalnie „Nie wszyscy interesują się historią jak twoi rodzice, musisz być bardziej tolerancyjna” – to a propos mojej zszokowanej miny. Rozumiem, że może nie mieli ochoty stać w gigantycznej kolejce po mega drogie bilety, ale żeby nie chcieć wysiąść chociaż na 5 minut? Zwłaszcza, że nigdy nie byli? Moi rodzice marzą o zobaczeniu Stonehenge…. dobra, daję sobie na luz, nie będę się z nimi spierać.

Ale szczytem wszystkiego była wizyta w pałacu na terenie Longleat. Piękna budowla z XVI w., oryginalne obrazy, meble i księgi zebrane przez pokolenia, wszędzie napisy DO NOT TOUCH oraz DO NOT USE FLASH. Dla tych, którzy mnie nie znają – od małego chodziłam z rodzicami po muzeach różnego formatu i nawet do sześciolatki docierało, gdy mama mówiła: „Pamiętaj kochanie, niczego nie można dotykać paluszkami” (gdybym wtedy była mądrzejsza, mogłabym mamie zaserwować odpowiedź w stylu „A noskiem można?” ;) Do teściowej widocznie nikt nigdy tak nie mówił, bo zaraz przy wejściu dopadła i zaczęła obmacywać szesnastowieczny stół z okrzykami: „It’s sooo lovely! Look at it! Look at it! Sooo lovely!!” Z wrażenia normalnie się zapowietrzyłam i przez dobre 5 sekund nie mogłam oddychać. „Don’t touch!!” – syknęłam zgorszona, na co teściowa zabiła mnie tekstem: „Whatever, if I want to touch something, I will!” o_O Było mi za nią wstyd. Po kilku salach, a zwłaszcza tej, gdzie teściowa usiadła na siedemnastowiecznej kanapie i głośno stwierdziła, że wygodna oraz zrobiła zdjęcie z lampą, moje zażenowanie wzrosło do takiego stopnia, że wyprzedziłam ich i zwiedzałam sama. Swoją drogą, dlaczego żaden z pracowników, obecnych w każdej sali, nie zwrócił jej uwagi?

Teść pozostał obojętny na poczynania żony i oglądając kolejne sale, zawsze coś dowcipnie skomentował – np. gdy weszliśmy do przepięknej biblioteki z ponad pięcioma tysiącami ksiąg, rozejrzał się wokół i mówi: „I wonder whether they have Farmers Weekly?” ;-)

Chcę podkreślić, że normalnie lubię teściową, ale tamtej niedzieli doprowadziła mnie do pasji i miałam ochotę ją udusić. Gdy jakiś czas później rozmawiałam z Simonem o tamtym weekendzie, przyznał, że „mama robi się coraz bardziej zrzędliwa” i że „pogorszyło jej się w ciągu ostatniego roku”. Drżę na myśl o naszej starości, bo Simon to wykapana matka, więc pozostaje mi się modlić, żeby geny humorystyczno-optymistyczne miał po tacie… Teść we wszystkim jest w stanie znaleźć pozytywny aspekt i wszystko potrafi skomentować z humorem – gdy teściowa powtarza tę samą historię po raz piąty w ciągu godziny, on pyta ze śmiechem: „I think we might have already heard this one, dear, don’t you think?” Albo gdy opowiadała o kimś z hrabstwa Kent i to „Kent” powtarzała w każdym zdaniu…. Yes, he is from X, a small village in Kent. Do you know where Kent is? You do know where Kent is, good! Yes, so he is from Kent. And he comes to Yorkshire every few months, from Kent! I cannot believe he can be bothered to drive up from Kent! We mnie się gotuje, a teść tylko: “Sorry, where is he from again?” ;)

Wyładowałam swoje frustracje, a teraz kilka zdjęć z Longleat:

Były lwy sztuczne…

i takie, z którymi raczej nie warto żartować :)

…zwłaszcza, jeżeli są tak blisko…

Według przewodnika, zarówno lwy, jak i tygrysy świetnie przystosowały się do angielskiego klimatu, mają apetyt (jak widać) i ładnie się rozmnażają… Szkoda, że ja się jeszcze nie przyzwyczaiłam do angielskiego klimatu! ;)

Przy tygrysie wyszło, jak bardzo moje poczucie humoru różni się od angielskiego. Mówię: „O, widocznie ktoś jednak wysiadł z samochodu!”, na co teściowa: „No co ty, przecież to jego jedzenie, pewnie jakaś krowa”. Bez komentarza :D

Nie mieliśmy jedzenia, więc pokazał nam cztery litery

Już nie muszę jechać do Kenii :)

A w tym pałacu właśnie teściowa doprowadziła mnie do białej gorączki i prawie morderstwa

PS. A może ja po prostu jędzą jestem i niepotrzebnie czepiam się dobrej kobiety? Zawsze mogłoby być gorzej, jak u tej biednej bloggerki: http://z-mojej-perspektywy.uchwycone-chwile.pl/2012/08/22/dlaczego-nie-lubie-tesciowej/

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.