Świat Marty W.

28 lipca 2010

Przeżuta przez system

Filed under: lipiec 2010 — swiatmartyw @ 7:12 pm

Good afternoon, you’re through to Marta, how may I help you?

Nie pisałam, bo nie potrafiłam ubrać w słowa tej nowej rzeczywistości, w której przyszło mi pracować. Nigdy wcześniej nie byłam częścią wielkiej, międzynarodowej firmy, gdzie na każdym, dosłownie każdym kroku człowiek jest kontrolowany, podsłuchiwany i… zastraszany. Tak, właśnie tak, zastraszany. Ale pokolei –

W pracy czuję się jak w hangarze. W moim wydziale pracuje ponad 300 osób, wszyscy pod jednym dachem i bez żadnych wydzielonych biur. Nie można się podrapać po tyłku, żeby nie zostało to natychmiast zauważone i skomentowane. Nie wolno korzystać z internetu pod groźbą wylecenia z wielkim hukiem; nasze wewnętrzne gadu-gadu jest cały czas monitorowane, a raz na tydzień drukowane i jeżeli rozmowa między dwoma osobami okaże się dłuższa niż ileś tam linijek, grożą kary, głównie finansowe; wszystkie rozmowy przez telefon są nagrywane i potem odsłuchiwane przez Wydział Jakości, a następnie przekazywane szefostwu. Za przeprowadzenie rozmowy można dostać od 1 do 5 punktów – codziennie podsumowują średnią dla każdego pracownika i jeśli jest za niska, wzywają go na dywanik.

Po drugiej serii bezsensownego szkolenia, musiałam spędzić długie trzy dni w dziale Obsługi Klienta. Nienawidzę odbierać telefonów, nienawidzę rozmawiać przez telefon, nienawidzę fałszywie uśmiechać się do niewidzialnych klientów, nienawidzę, gdy wyładowują swoje frustracje na mnie, choć to, co się stało, to nie moja wina. Wolałabym sprzątać toalety niż pracować obsłudze klienta – naprawdę, moja telefonofobia sięga tak daleko i jest tak silna, że te trzy dni wydawały mi się wiecznością.

Drugiego dnia zostałam wezwana na dywanik do mojej szefowej. Odegrała mi jedną z przeprowadzonych przeze mnie rozmów i na moją głowę posypał się grad stwierdzeń w stylu: „Jesteś rozczarowaniem dla całej firmy!” (???) Miałam ochotę roześmiać się jej w twarz i wyjść. Powstrzymałam się resztką woli. Mój wielki błąd polegał na tym, że jeśli np. adres mailowy klienta wyglądał tak: john.smith@bbc.co.uk, ja nigdy nie potwierdzałam fonetycznie tej części po „małpie”. Może niektórzy z Was nie wiedzą, ale w Wielkiej Brytanii (i nie tylko) istnieje fonetyczny alfabet, który w tym wypadku pomaga prawidłowo zapisać adresy – czyli w wyżej podanym przykładzie należy powiedzieć tak:

– May I confirm your email address, Sir? It’s J for Juliet, O for Oscar, H for hotel, N for November, dot, S for sierra, M for Mike, I for India, T for tango, H for hotel, at, B for bravo, B for bravo, dot, co.uk

Ja nigdy nie sprawdzałam tej części po @, bo wiem przecież, jak zapisać BBC, Dell, Deutsche Bank, Thompsons Solicitors, Hogan Lovells, czy jakich my tam mamy klientów – zwłaszcza że nazwa firmy jest napisana jak byk na koncie każdej dzwoniącej osoby. Ale niestety, to że wiem, jak również to, że potrafię czytać i przepisać nazwę to za mało dla szefostwa, literować trzeba i już. I to właśnie dlatego jestem rozczarowaniem dla całej firmy.

Nie mogłam w to uwierzyć, ale OK, chcą żebym robiła z siebie idiotkę, nie ma sprawy. Płacą mi wystarczająco dużo, żebym literowała BBC do upadłego. Tym większy był mój szok, gdy następnego dnia znowu zostałam wezwana do szefowej – a tym razem towarzyszyła nam jej szefowa, co uczyniło całą sytuację dość groźną dla niżej podpisanej. Na tym nieprzyjemnym spotkaniu dowiedziałam się, co następuje – podburzam wszystkich naookoło, żeby nie literowali tej części po @, a tym samym sprzeciwiam się przepisom firmy i jestem zagrożeniem (???). Myślałam, że spadnę z krzesła. Nigdy w życiu nikogo do niczego nie namawiałam, z nikim o tym nie rozmawiałam, co to za dziecinada?!! Cholerne przedszkole ze skarżypytami-mitomanami. Niestety, taka właśnie jest atmosfera w firmie – obgadywania, oszczerstwa za plecami, z byle czym leci się do szefa, ściany mają uszy.

Po odbębnieniu tych trzech niekończących się dni, szczęśliwie dołączyłam do mojego docelowego zespołu, gdzie wszyscy są normalni, atmosfera jest luźna i pracuje się naprawdę świetnie. Możecie sobie wyobrazić, co poczułam, gdy szefowa szefowej oświadczyła, że muszę być w Obsłudze Klienta kolejny tydzień… Krótko mówiąc, z nerwów dostałam sraczki. Nie dość, iż nie cierpię odbierać telefonów, to w dodatku nie ma to NIC wspólnego z rolą, do której zostałam zatrudniona. Próbowałam się bronić, ale oczywiście nic mi to nie dało oprócz kolejnej awantury.

Żeby było jeszcze gorzej, zostałam oddelegowana do działu rezerwacji, czyli przez cały dzień zadaję 5 identycznych pytań. Czasami ktoś pomyli numer. Czasami ktoś się o coś zapyta. Czasami zadzwoni ktoś z Niemiec, to chociaż te 5 pytań zadam po niemiecku, zawsze jakaś rozrywka. Na toaletę mam 2 minuty i zanim pójdę, muszę uzyskać pozwolenie. Czasami nie dostaję pozwolenia, bo dużo klientów na linii i trzeba zadawać te 5 pytań. W takich chwilach zaczynam marzyć o pieluszce dla dorosłych… Horror. Wielki Brat. 1984. Równi i równiejsi.

W poniedziałek zrobiłam głupi błąd. Nie zadzwoniłam w jedno miejsce, a obiecałam klientowi, że zadzwonię. Zapomniałam, zapomniałam i koniec, zdarza się. Następnego dnia dostałam pisemną naganę i ostrzeżenie, że jeśli „jeszcze raz wystąpisz przeciwko zasadom firmy, będziemy się musieli pożegnać”. Osiem tygodni pracy i dwie nagany ustne oraz jedna pisemna – nieźle się zaczyna, sami powiedzcie!

Osiem tygodni, ani przez chwilę nie robiłam tego, do czego zostałam zatrudniona, tylko szkolenie ogólne -> szkolenie w moim zespole przerwane przez -> powtórne szkolenie ogólne -> obsługa klienta.

Dobrze, że okres próbny kończy się po 3 miesiącach, a nie po dwóch – na pewno bym nie przetrwała.

Na razie system mnie przeżuwa. Ciekawe, czy strawi, czy może jednak wypluje.

Reklamy

18 lipca 2010

Pióra i kapelusze, czyli moda po angielsku

Filed under: lipiec 2010 — swiatmartyw @ 3:46 pm

Właśnie minęła pierwsza rocznica ślubu dobrego znajomego rodziny Simona. Ach, cóż to był za ślub! Najstarsi farmerzy takiego nie pamiętają ;). Ponad 300 osób, dwa różne zespoły, stoły uginające się od jedzenia, morze doskonałego wina i trunków wszelakich, zabawa do białego rana… no i oczywiście stroje. Szykujemy się do kościoła, gdy nagle teściowa pyta: „A gdzie twój kapelusz?” Prawie mi się słabo zrobiło, co za faux pas! ;) Wybąkałam, że kapelusza nie mam, że u nas się nie nosi, że jeśli już, to starsze osoby… Ech, taki obciach i słoma w butach ;). Mogłam sobie chociaż kupić tzw. fascinator, czyli trochę piórek i ozdób, które wpina się we włosy… Moim skromnym zdaniem wygląda to co najmniej dziwnie, żeby nie powiedzieć głupio, ale jeśli się weszło między wrony… zresztą oceńcie sami, całe wesele spędziłam fotografując fascinators i kapelusze :) [radzę kliknąć na zdjęcia, będzie lepiej widać w powiększeniu]








Przy okazji ciekawostka – kobiety mogą zdjąć kapelusze dopiero po przemówieniu matki panny młodej i tylko wtedy, jeśli ona zdejmie swój (ale przeważnie zdejmuje, bo tańczyć ciężko ;).

Jeszcze a propos wystawnych imprez – w piątek poszliśmy na Summer Ball zorganizowany przez pracę Simona. Był zadziwiająco dobry zespół, kasyno, występ śpiewaka operowego wyłonionego w jednym z programów poszukających talentów („Britain’s Got Talent”, zdaje się; bardzo ładnie śpiewał, prawie jak ci z „Il Divo” :), dobre jedzenie i tańce do 2:00 rano. Szczęśliwie okazja nie była aż tak podniosła i panie nie miały kapeluszy ani piór, więc czułam się swojsko :).

17 lipca 2010

Akcja Ratunkowa

Filed under: lipiec 2010 — swiatmartyw @ 2:43 pm

Któregoś wieczoru Simon pyta: „Widziałaś tą mewę przed naszym domem? Chyba ma coś ze skrzydłem i nie może latać, bo już od paru dni tam siedzi, ludzie zaczęli wynosić jej jedzenie i wodę”. Powiem szczerze, że nie zauważyłam, ale gdy zwrócił moją uwagę, zaczęłam się interesować losem tej wielkiej – jak się okazało – nie mewy, tylko rybitwy. Obserowałam ją kilka dni i choć żadne ze skrzydeł nie wyglądało na złamane, coś musiało być nie tak, skoro nie odlatywała.

Po mniej więcej tygodniu zauważyłam, że znacznie zmniejszyła się jej masa ciała i wyczytałam w internecie, iż u ptaków, które nie latają, bardzo szybko zanikają mięśnie. Nie przepadam za mewami/rybitwami, bo robią dużo hałasu i, za przeproszeniem, wszędzie srają, no ale nie mogłam pozwolić, żeby mi ptak przed domem zdychał. Zadzwoniłam do Royal Society for the Prevention of Cruelty to Animals (RSPCA) – zgodzili się przyjechać, ale najpierw muszę im znaleźć weterynarza/ instytucję, która się ptakiem zajmie. Oni interweniują, ale sami nie opiekują się zwierzakami. Zadzwoniłam do Royal Society for the Protection of Birds… a oni odesłali mnie do RSPCA. Zadzwoniłam do dwóch czy trzech Wildlife Centres i w jednym zgodzili się ptaka przyjąć. No to znowu dzwonię do RSPCA, a oni mówią, że tam to za daleko. Wściekła wracam do domu i widzę, że jakiś starszy pan niesie rybitwie wodę i pokrojone kawałki bekonu. Zaczęliśmy rozmawiać, on z kolei obdzwonił kilku weterynarzy, którzy owszem, zgodzili się przyjechać, ale za opłatą 70 funtów, a jeden zaoferował zastrzelenie rybitwy za jedyne 50. Poza tym, pan się oburzał, że ktoś przynosi chleb, bo: „Czy ci głupi ludzie nie wiedzą, że rybitwy są mięsożerne i nie tkną chleba??!” Te na sopockim molo nie kręcą dziobem i chętnie chleb pożerają, nawet taki już zielonkawy ;) no ale nie będę się ze starszym panem kłócić.

Postanowiłam, że sami zawieziemy rybitwę do tego jedynego Centrum, które się zgodziło ją przyjąć. Simon nie był zadowolny: „It’s just a flying rat, shitting everywhere!!”, ale gdy zobaczył moje napełniające się łzami oczy (taki głupi, a jednak niezawodny sposób! ;), skapitulował. Na znak buntu ubrał się w koszulkę i spodnie, o których wie, że mi się bardzo nie podobają ;). Wyciągnął jakiś koszyk, w którym jego mama kiedyś tam przywiozła nam jedzenie domowej roboty, wyścielił go gazetami („Bo pewnie zasra cały koszyk, durny zwierzak!” ;), skombinował pokrywę. Wychodzimy przed dom i zaczęła się akcja pt. „Złap Rybitwę”. Simon podszedł do niej i mówi: „No chodź tu, nic ci nie zrobię. Pojedziesz do lekarza i znowu będziesz latać, no chodź!” :D (jakby rozmawiał z dzieckiem bojącym się wizyty w szpitalu ;). Na co rybitwa spojrzała na niego spode łba, rozwinęła swoje wielkie skrzydła i… odleciała! Koniec świata ;). Widocznie dobrze jej było, woda w ładnej miseczce, bekon pokrojony w kosteczkę, trochę chleba, gdyby jednak miała ochotę… A teraz znowu musi, biedaczka, śmietniki przetrząsać ;)).

Mimo wszystko cieszę się, że już jej nie ma przed domem, siedziała tam jak wyrzut sumienia. Niby tylko głupia rybitwa, ale – jak to mówił Kubuś Puchatek – „Ptak też człowiek, Prosiaczku!” :)

14 lipca 2010

Pierwsza Lekcja Polskiego

Filed under: lipiec 2010 — swiatmartyw @ 10:10 pm

Postanowiłam zacząć uczyć Simona przydatnych zdań, bez nadmiernego zagłębiania się w gramatykę – jednym słowem podejście komunikacyjne. Na pierwszej lekcji przerabialiśmy najpotrzebniejsze rzeczy, czyli prawienie mi komplementów ;) oraz podstawowe dogadywanie się z moimi rodzicami, którzy niedługo do nas przyjadą. Było tak:

– Masz ładne oczy
– Masz ładne włosy
[„Jesteś piękna” już opanował wcześniej, wraz z „Kocham cię” :]

– Chcecie coś zjeść?
– Chcecie czegoś się napić? Mam kawę, herbatę, sok, wodę i mleko.

Wszystkiego się nauczył, powtórzył, niby zapamiętał. Po 10 minutach pytam, „So, how do you say ‚Your eyes are pretty'”? Simon: „Masz wade oczu”. Prawie skonałam ze śmiechu, ale drugim tekstem to już zupełnie mnie zabił: „So, how do you say ‚Do you want a drink?'” – Simon: „Chcecie się coś okocić?” :D

Coś czuję, że długa droga przed nami ;)

12 lipca 2010

3 x K, czyli kanał, kemping i kibicowanie

Filed under: lipiec 2010,Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 9:58 pm

W zeszłą sobotę po raz pierwszy w życiu pojechałam na kemping… Już widzę Wasze pełne niedowierzania reakcje :). Jakoś tak się w moim życiu złożyło, że zawsze spałam w hotelach, hostelach lub na kwaterach prywatnych, ale nigdy nie „na zielonej trawce”, więc nie mogłam się doczekać na ten mały simonowy namiot ;).

Po dość burzliwej dyskusji, zdecydowaliśmy się na kemping nad samym Kanałem La Manche, który wyglądał na „młodzieżowy” – czyli żadnych dzieciaków („Adults only”), można rozpalać ogniska i blisko do pubu ;).

Po rozstawieniu namiotu od razu poszliśmy nad morze. Wyśmieję każdego, kto mi będzie wmawiał, że w Anglii wiecznie mgła i deszcz :). Od dwóch miesięcy panują upały, których nie powstydziłyby się kraje na Europy południowej – dzień w dzień ponad 30 stopni i słońce.

Piękny widok z klifu i moje stare trampki :)

Gorące powietrze nagrzało wodę, więc po raz pierwszy w tym roku udało nam się wykąpać. Nie lubię basenu, nie lubię widzieć „brzegu”, więc czułam się super. Za to nasze telefony komórkowe wyraźnie zobaczyły brzeg, bo przestawiły się na francuskiego operatora i zostaliśmy zasypani smsami w stylu: „Koszt rozmowy z UK wynosi 35 pensy za minutę, smsa – 18 pensów za minutę. Numer do ambasady Wielkiej Brytanii to…”

Było fantastycznie. Piękne widoki, upał, kemping położony wśród pól i lasów, z dala słychać było owieczki i krowy – no jak u teściów na farmie prawie :). Rozpaliliśmy ognisko i zjedliśmy naszą najromantyczniejszą kolację – pieczone ziemniaki z masłem i roztopionym żółtem serem oraz jajka na pół-twardo na chlebie ;). Pachniało lasem, pachniało morzem, pachniało ogniskiem. Namiot – choć brudny jak nieboskie stworzenie po tym, co spotkało go w Glastonbury – okazał się całkiem przestronny, a termiczne maty i śpiwory skutecznie broniły nas przed zimnem (którego, szczerze powiedziawszy, nie było ;). Bardzo mi się podobało, aczkolwiek jedna noc bez prysznica (i bez łazienki w ogóle) chyba mi wystarczy… choć, jak to mawiał Tytus w serii o Tytusie, Romku i Atomku, „częste mycie skraca życie, szanuj więc je należycie, bo jak umrzesz, stracisz życie!” Nie ma to jak mądrości z komiksów ;).

Wróciliśmy w niedzielę po południu, a wieczorem umówiłam się z koleżanką z pracy na wino i… finał Mistrzostw Świata. Ana jest geniuszem komputerowym w naszej firmie i jedną z najweselszych kobiet, jakie znam. Równiesz jedną z najrozsądniejszych i najszczerszych: „Nie żałuję, że zdecydowaliśmy się na dwoje dzieci, ale bardzo często mam ich serdecznie dosyć, dlatego z chęcią się dzisiaj z tobą umówiłam!” :D Po kilku lampkach wina poszłyśmy do kina, obejrzeć finał w 3D. Efekt niesamowity! Wydawało nam się, że jesteśmy na boisku i zaraz ktoś nam poda piłkę ;). Mecz, jak wiadomo, nie był może super ciekawy, ale 3D sprawiło, że bawiłyśmy się świetnie.

Po tak relaksującym weekendzie wróciłam do pracy pełna energii do działania… a tu niemiła niespodzianka. Jako że wszyscy uczestnicy mojego wcześniejszego szkolenia ocenili je negatywnie, szefostwo zadecydowało, że… musimy je odbyć jeszcze raz :/ Dołączyliśmy do grupy, która dopiero co zaczęła zajęcia z innym szkoleniowcem i przez następne dwa tygodnie będziemy wysłuchiwać dokładnie tego samego po raz drugi… Bez sensu, czyli „bez sera i keczupu”, jak zwykłam mawiać w podstawówce… :).

7 lipca 2010

Kącik Małego Inżyniera

Filed under: lipiec 2010 — swiatmartyw @ 10:52 pm

Gdy mama czasem wypowiada tacie, że „nic” nie umie w domu zrobić, on twardo odpowiada: „Może i tak, ale przynajmniej mnie stać, żeby zadzwonić po kogoś, kto wszystko potrafi!”. Znamy takiego pana Witka, prawdziwą złotą rączkę z Tczewa, który na każde pytanie typu: „Panie Witku, a da się to i tamto zrobić?”, zawsze odpowiada: „Jo, da się!” ;). U nas takie teksty są niemożliwe, bo 1) nie stać nas na fachowców, 2) złote rączki nie brudzą swoich rączek po 18:00, a my oboje przychodzimy do domu o tej porze właśnie, 3) Simon potrafi zrobić prawie wszystko – głównie dzięki swojemu tacie, z którym od małego leżał pod samochodami, rozkręcał maszyny i naprawiał co się dało, oraz dzięki wykształceniu.

Jego oficjalny tytuł naukowy brzmi „Master of Science”, czyli że niby magister inżynier. Ostatnio – ku mojemu niedowierzaniu – porzucił urządzanie rzezi w obcych galaktykach i zakupił mnóstwo kabelków, dziwnych urządzeń, baterii rozmiarów wszelakich oraz multimetr (gdybym kiedyś nie tłumaczyła instrukcji obsługi dokładnie takiego samego, to bym nie wiedziała, ale naprawdę, multimetr jak żywy).

Wracam do domu, wchodzę do salonu, a tam… Simon w oparach dymu! „Jezu, co się stało?!”, wrzeszczę przerażona. Na to spokojny głos zza oparów: „Nic. Lutuję” :)). Choć mamy dwie ładowarki do telefonu Nokia, Simon zrobił trzecią. Potem wziął się za baterie słoneczne, potem udoskonalił nasz odkurzacz (!), a teraz pracuje nad „top secret” projektem, który pokaże mi dopiero wtedy, gdy się uda. Nakupował książek, siedzi, czyta, mruczy sam do siebie, myśli, planuje.

No i dobrze. Lepiej, że lutuje w oparach dymu, niż gdyby w pubie siedział albo zombie zabijał :).

5 lipca 2010

Wieśniaczka w Wielkim Mieście

Filed under: Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 11:27 pm

Gordon Matthew Thomas Sumner, lepiej znany jako Sting, w jednej ze swoich najbardziej znanych piosenek śpiewa tak: „oh-oh, I’m an alien, I’m a legal alien, I’m an Englishman in New York …” Już zapomniałam jak bardzo mi brakowało wielkiego miasta. Zeszły weekend spędziłam u koleżanki w Londynie i podziałało to na mnie jak – nie przesadzam – katharsis. Muzea, teatry, szerokie ulice, wielkie parki, sklepy otwarte dłużej niż do 18:00, więcej niż jedno (zapyziałe) kino, ciekawy, wielokulturowy tłum, mnóstwo restauracji, kawiarni, knajpek i pubów… Z drugiej strony co chwila traciłam orientację – Agnieszka wiedziała dokładnie na której stacji trzeba się przesiąść, którym wyjściem wydostać na powierzchnię i w którym kierunku pójść, a ja… prawie trzymałam się jej spódnicy jak dziecko ;). Boże, Boże, co za szok w porównaniu z moją wioską z dwoma (dosłownie!) ulicami na krzyż. Zawsze świetnie się czułam w dużych miastach, ale że od ponad roku mieszkam na angielskiej prowincji, prawie zapomniałam, jak to jest. Pewnie, wszystko ma swoje złe strony – tłok, w metrze horror, wszędzie kolejki, dostanie się z punktu A do punktu B zajmuje wieczność (nie to, co moja wioska – 30 minut piechotą to absolutne maksimum ;), sporo podejrzanych typów, wszędzie znaki „W tej okolicy działają profesjonalni złodzieje, uważaj na portfel!”, itd. Tym niemniej, plusów jest zdecydowanie, zdecydowanie, bez porównania więcej. Przynajmniej dla mnie.

Piątek wieczór skończył się na wypiciu butelki dobrego wina i plotach do 5:00 rano. W sobotę przeszłyśmy się głównymi ulicami i obok głównych zabytków, oko nacieszyć. To był mój piąty raz w Londynie, więc niekoniecznie chciałam po raz kolejny wszędzie wchodzić, ale za to spełniło się moje wielkie marzenie – the London Eye. Ostatnio kolejka nas odstraszyła, tym razem – mimo dość przerażającej ceny – nie dałyśmy się zastraszyć ;). Każdy wie, jak wygląda London Eye, ale kto nie był, nie wie, jaki rewelacyjny widok roztacza się z samej góry:

Zdjęcie zrobione telefonem, więc jakość lekko średnia

Cieszyłam się jak mała dziewczynka, której mama kupiła watę na patyku. Chłonęłam atmosferę, miasto, ludzi, no po prostu przez dwa i pół dnia byłam tak szczęśliwa, że chciało mi się tańczyć ;). Oczywiście nie byłoby tak świetnie, gdyby nie towarzystwo – Agnieszka jest moją koleżanką ze studiów, a że lingwiści mają szczególną nić porozumienia (czyli głównie analizują dyskurs ;), w wielu dziedzinach życia rozumiemy się jak mało kto. Obie biadoliłyśmy nad naszym coraz gorszym polskim – zdarzało nam się źle odmienić, brakowało nam słówek, zaczynałyśmy rozmawiać po angielsku nie zdając sobie z tego sprawy… Poza tym, ponieważ obie mamy partnerów, którzy gadają psim językiem (określenie moich rodziców na każdy język oprócz polskiego ;), zastanawiałyśmy się jak to jest, że kobiety mają takie tendencje do cierpienia – to my zostawiłyśmy swoje rodziny i znajomych, wywróciłyśmy swoje życie do góry nogami i przeprowadziłyśmy się dla nich do obcego kraju, gdzie – nie oszukujmy się – zawsze będziemy obce i traktowane gorzej, choćby nie wiem co; to my nauczyłyśmy się ich języka, to my musimy się przyzwyczaić do nowej kultury, do wszystkich „dziwactw”, do różnic, do innego jedzenia, do innego sposobu myślenia…. A oni? Ich wiedza o Polsce i Polakach zamyka się na „Kocham cię” i „Jesteś piękna”. Czytałam kiedyś artykuł na Wirtualnej Polsce – dokładnie nie pamiętam tytułu, ale było mniej więcej tak: „Czy mógł(a)byś być z kimś, kto nie wie, kto to Reksio??” Brakuje nam tego, brakuje nam takich zwykłych wspólnych tematów z naszymi partnerami, typu: „A uczyłeś się w szkole śpiewać ‚Kundel bury’? A ‚Pierwsza żaba rzekła kum?’ [mój ulubiony hicior ;)]. A pamiętasz piosenkę do Smurfów, Chip & Dale i Gumisiów?” To wszystko jest niby małe i nieistotne, ale lingwiści naprawdę cierpią w takich chwilach ;). Z Agnieszką rozumiałyśmy się bez słów, śpiewając sobie zgodnie „Ogórek, ogórek, ogórek…”, „Szczotka, pasta, kubek, ciepła woda…”. Żadnego tłumaczenia co to, gdzie to, skąd to. Katharsis. Potrzebne mi to było.

Wieczorem przeszłyśmy się po Soho i China Town, a potem musiałyśmy się rozpychać łokciami, bo trafiłyśmy na paradę Gay Pride, na którą przybyło podobno milion osób. Tyle całujących się dziewczyn, panom nie-czestnikom parady bardzo to się podobało ;).

W niedzielę poszłyśmy na festiwal muzyki międzynarodowej, potem do rewelacyjnej restauracji, a potem… musiałam wracać na wiochę. Simon wypucował cały dom, przygotował kolację, kupił wino… Prawie mu wybaczyłam, że nie wie, kto to Reksio ;).

Wchodzę do kuchni, a tam koszyk z supermarketu. Oto wytłumaczenie:

Przed moim przyjazdem Simon poszedł na zakupy. Idzie do kasy:

Pani: Daleko pan mieszka?

Simon: Jakieś 20 minut piechotą. Why?

Pani: Jest pan samochodem?

Simon: No właśnie mówię, że 20 minut piechotą. Why??

Pani: Skończyły nam się siatki, więc będzie musiał pan wziąć zakupy w koszyku i jutro nam pan odda.

OK, wraca do domu z koszykiem. Zaczepia go starsza pani na ulicy:

Pani: Ukradł koszyk z supermarketu i tak bezczelnie idzie sobie po ulicy!!

Simon: ???? Nie ukradłem, nie mieli siatek, więc mi pożyczyli na jeden dzień!

Po 10 minutach:

Inna Pani: I don’t believe this!! Ukradł zakupy i nawet nie stara się ich schować, bezczelnie koszyk niesie!!

Simon: Nie ukradłem żadnych zakupów!!!! Nie mieli siatek i…

Inna Pani: I jeszcze na mnie krzyczy!! Ta dzisiejsza młodzież!!!

W Londynie nikt by na niego nie spojrzał, co drugi z koszykiem łazi ;).

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.