Świat Marty W.

12 sierpnia 2013

Jedno zdjęcie jak tysiąc słów

Filed under: Kraj ojczysty — swiatmartyw @ 8:12 pm
Na plaży w Sopocie

Na plaży w Sopocie

Pisze do Was już nie panna, a pani W. Przynajmniej to „W” się nie zmieniło i bloga nie muszę przerabiać :) Moja mama też urodziła się jako W, dwa razy za mąż wychodziła i zawsze za W. Widocznie w naszej rodzinie kobiety tak mają.

Było po prostu fantastycznie, dokładnie tak, jak sobie wymarzyliśmy. Nic nie mogło pójść lepiej niż poszło. Anglicy zachwyceni Gdańskiem, pogodą (bo oczywiście większość myśli, że Polska przez 99% roku jest skuta lodem), weselem, morzem… Najważniejsi Anglicy, czyli rodzina Simona, nie mogli przestać trajkotać o tym, jak bardzo wszystko im się podobało i choć ten jeden raz wiedziałam, że mówią szczerze. Niedługo wrzucę więcej zdjęć oraz krótkie nagranie-niespodziankę :) Na razie, dla chętnych, przemówienie Simona – długie, ale zapewniam, że łatwo się czyta :)

Dobry wieczór, Szanowni Państwo!

Chciałbym skorzystać z tej okazji, aby wygłosić kilka podziękowań. Dziękuję, Panie X, za wspaniałą mowę, a przede wszystkim za to, że pozwolił mi Pan ożenić się z Pańską córką. Mam nadzieję, że – tak jak Pan w ciągu ostatnich dwudziestu kilku lat – będę umiał troszczyć się o nią z równie wielką dozą miłości.

Pragnę także z całego serca podziękować Mamie Panny Młodej, Pani Y. Mama Marty niestrudzenie pomagała nam w organizacji wesela i w sprowadzeniu tutaj wszystkich gości z rozmaitych stron świata, czuwając nad tym, by wszystko doskonale się udało. Chciałbym wręczyć jej teraz skromny dowód naszej wdzięczności…

W ciągu ostatnich pięciu lat spędziłem z Rodzicami Marty mnóstwo czasu. Mogę szczerze przyznać, że była to absolutna przyjemność. Każda wizyta sprawia mi niezwykłą radość, dlatego nie mogę się już doczekać naszych wakacji w Polsce, ponieważ dzięki moim wspaniałym Teściom każdy przyjazd tutaj jest wyjątkowy.

Wspierali nas z niezwykłą życzliwością i hojnością, zwłaszcza w pokryciu kosztów wesela, pomimo naszych stałych protestów. Są dla mnie tacy serdeczni i ciepli, że nie czuję się już gościem w ich domu, a członkiem Rodziny.

Mam nadzieję, że będziemy się teraz częściej spotykać. Lubię spędzać z nimi wieczory przy kieliszku wódki, a zwłaszcza liczę na to, że uda mi się jeszcze raz zaprosić Panią Y do tanga o piątej nad ranem.

Proszę więc teraz wszystkich Gości, by przyłączyli się do podziękowań dla Państwa XY za ich wielką pomoc.

Toast za Państwa XY!

To dobry moment, aby zwrócić się do moich Rodziców, którzy także nas wspierali w związku z tą szczególną okazją, zarówno logistycznie – organizując wszystkich naszych krewnych i przyjaciół – jak i finansowo.

Powinienem zacząć od podziękowania za opiekowanie się mną przez te wszystkie lata, za stałe zachęcanie mnie do podążania własną drogą w życiu.

Dziękuję Wam za to, że co roku znajdowaliście pieniądze, żeby wysłać mnie na narty, że kupiliście mi pierwszy komputer (ale mimo to ciągle suszyliście mi głowę, żebym nie siedział za długo przed monitorem), że namawialiście mnie na studia, żebym zdobył wiedzę i poszerzył horyzonty poza Yorkshire. Przykro mi, że wylądowałem tylko w Lancashire [Simon studiował w Lancaster]

A potem wspieraliście mnie, gdy wpadłem na pomysł, żeby wyruszyć w roczną podróż. Jednym słowem – uważam, że bez Was nigdy bym nie poznał mojej żony i nie spotkalibyśmy się wszyscy tutaj.

Mamo, chcę Ci podziękować za to, że przez te wszystkie lata gotowałaś dla mnie smakołyki i że mnie wychowywałaś. Mam taką nadzieję, że choć żartowałaś, że przyszedłem na świat przypadkiem, to okazałem się jednak przypadkiem szczęśliwym.

Tato, dziękuję, że wciągnąłeś mnie w kibicowanie Formule 1 – jest to nasza rodzinna pasja, którą podziela również moja żona, z czego się bardzo cieszę. Dziękuję, że wytrzymywałeś moje wybryki na farmie, że wymieniałeś wszystkie te słupki przy bramie, drzwi traktora i rozmaite inne elementy, które nie wiedzieć czemu, rozlatywały się na kawałki.

Nie sądzę, bym mógł Ci dorównać w zdolnościach niszczycielskich, wyrażających się zwłaszcza częstotliwością oddawania do naprawy land-rovera… albo kosiarki – ale w ogólnym rozrachunku, uśredniając nasze wyniki wypracowane przez lata, zaryzykuję stwierdzenie, że jednak o włos Cię pod tym względem wyprzedzam.

Miałem cudowne dzieciństwo – nikt nie mógłby marzyć o lepszym. Niech świadczy o tym fakt, że do dziś zdarza mi się prowadzić wewnętrzną walkę między chęcią kontynuowania kariery w branży zaawansowanych technologii a pragnieniem, by wrócić do domu, znów wskoczyć na traktor i zajmować się zwierzętami. Dziękuję Wam obojgu za to wspaniałe wychowanie.

Toast za moich Rodziców!

Pragnę również podziękować wszystkim Państwu, naszym wspaniałym Gościom, za to, że możemy się wspólnie cieszyć tym szczególnym dla nas dniem. Jesteśmy wdzięczni, że przyjęliście zaproszenie i przyjechaliście tu wszyscy oraz że tak hojnie przyczyniliście się do naszej wymarzonej i wyczekiwanej od ponad roku podróży poślubnej.

Urocza chatka w North York Mo…. Nie, nie, a tak na poważnie – chcemy się wybrać do RPA: Kapsztad, safari i być może inne atrakcje.

Podziękowania kieruję też do wszystkich tych, którzy przybyli z daleka. Zazwyczaj na wesele syna farmera z Yorkshire goście zjeżdżają się z takich zakątków świata, jak Richmond, Sheffield, a może nawet i Manchester, ale dziś gościmy Przyjaciół i Rodzinę z Anglii, Polski, Niemiec, Kuby i Kanady.

Jeszcze raz serdecznie dziękuję, że pokonaliście taki kawał drogi, żeby być tu dziś z nami. Ja i Marta nie moglibyśmy sobie wymarzyć, by świętować ten dzień w zacniejszym gronie Przyjaciół i Rodziny, którzy tak nas wspierają.

Niektórzy z naszych bliskich niestety nie mogli do nas dziś dołączyć. Wypijmy toast za tych Krewnych i Przyjaciół, którym mimo szczerych chęci z różnych powodów nie udało się przyjechać na nasz ślub.

Toast za nieobecnych Przyjaciół i Krewnych!

{Potem nastąpiły przemyślenia Pana Młodego na temat przebiegu dnia i tego, jak wygląda dziś Panna Młoda, czyli ja}

I w ten sposób mogę płynnie przejść do opowieści o mojej żonie. Jak zapewne wszyscy Państwo wiedzą, poznałem Martę podczas pobytu w Pekinie. Gdy zobaczyłem ją po raz pierwszy, pomyślałem: „Ta dziewczyna przypomina chińską petardę.” Bo oto stała przede mną piękna kobieta, ubrana w żywą czerwień – i miała w sobie tyle energii, co mały dynamit.

Marta wciąż ma tyle energii i magnetyzmu, że po prostu nie można się oprzeć jej przyciąganiu. Jest niesamowicie inteligentna, wie więcej o świecie, niż ja kiedykolwiek zdołam się dowiedzieć, a obecnie szlifuje piąty język, nie wspominając o chińskim i rosyjskim, w których też jest w stanie się porozumieć [akurat, haha! mój kochany mąż bardzo mnie przecenia]

Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, powiedziano jej, że jestem Holendrem. Myślę jednak, że ten mit szybko się rozwiał, gdy tylko zacząłem roztaczać swój brytyjski urok. Pierwszych kilka randek potrafiliśmy przegadać aż do świtu – wiem, że to brzmi jak banał, ale wydawało mi się, że czas znika, gdy jestem przy niej. Pocieszam się, że to właśnie po części dlatego opuściłem wtedy tyle lekcji chińskiego – choć mogły być inne powody.

Wszystko zaczęło się zapowiadać poważnie, gdy Marta zaproponowała, że dołączy do mnie w dalszej podróży do Hongkongu i Tajlandii. Odtąd utrzymywaliśmy już stały kontakt i chociaż Marta znalazła mnie na drugim końcu świata, to przyjechała bliżej domu, żeby być ze mną.

Opuściła rodzinne strony i przyjechała do „dziwnego miejsca”, żeby zamieszkać ze mną. Wiem, że bywały trudne chwile, ale zawsze trwała przy mnie, dawała mi wsparcie, dopingowała do podejmowała nowych wyzwań, odwiedzania nowych miejsc, poszerzania horyzontów – i dzięki temu stawania się lepszym człowiekiem.

Marta jest moim najlepszym przyjacielem. Równie dobrze się z nią rozmawia, co jej słucha. Mam nadzieję, że zdołam jej dać chociaż połowę tej siły, stabilizacji i otuchy, którymi mnie obdarzała przez ostatnich pięć lat.

Przy wszystkich swoich zaletach Marta raczej nie grzeszy cierpliwością. Tak więc po trzech latach bycia razem zacząłem odbierać subtelne sygnały, że oczekuje ode mnie czegoś więcej. Drogie Panie, żeby było jasne: my nie jesteśmy zbyt wyczuleni na subtelne sygnały. Zajęło to zatem trochę czasu. Mimo wszystko chciałem zrobić jej jak największą niespodziankę.

Kupiłem potajemnie pierścionek, przemyciłem do samolotu, którym lecieliśmy na wycieczkę do Nowego Jorku i Kanady, a nawet zmyliłem ją, mówiąc, że nie mam nic do umieszczenia w hotelowym sejfie.

Nadszedł wreszcie odpowiedni moment i zadałem jej to ważne pytanie – i w ten sposób znaleźliśmy się tutaj. Marta jest dla mnie bardzo ważna. Pozwólcie, że powtórzę to, co powiedziałem jej wtedy: Marta, I love you, 我爱你, Kocham Cię. Czy wyjdziesz za mnie? Mam nadzieję, że będziemy dawać sobie nawzajem szczęście do końca naszego wspólnego życia, gdziekolwiek los nas poprowadzi.

Szanowni Państwo, toast za moją żonę Martę!

Zanim usiądę, chciałbym wspomnieć o kilku innych ważnych osobach. Pragnę podziękować naszej Świadkowej, też Marcie zresztą, za to, że wygląda pięknie, za altruizm i wkroczenie w ostatniej chwili, kiedy okazało się, że koleżanka Marty ze szkoły, Magda, nie będzie mogła być Świadkową, oraz za przygotowanie Marty do dzisiejszej roli absolutnie zniewalającej Panny Młodej i za wspieranie jej w dniu ślubu.

Toast za naszą Świadkową i wszystkie piękne Panie!

Dziękuję również Agnieszce i Marcie za przetłumaczenie i sformatowanie naszych przemówień. Mam tylko nadzieję, że nie przemyciły w polskiej wersji zbyt wielu kompromitujących szczegółów o nas.

I wreszcie dziękuję mojemu Świadkowi Michaelowi za zgromadzenie tu wszystkich kolegów, zorganizowanie wieczoru kawalerskiego, dopilnowanie, bym dotarł na czas do kościoła i za to, że nie wygląda w dniu mojego ślubu lepiej ode mnie. Michael jest jednym z moich najlepszych przyjaciół, choć na co dzień dzieli nas ponad 3000 kilometrów.

Bardzo się cieszę, że jest dziś ze mną. Oddaję mu teraz głos, żeby mógł już zacząć się nade mną pastwić. Ostrzegam jednak, że Michael jest nałogowym kłamcą i świetnie sobie radzi z Photoshopem, więc nie wierzcie we wszystko, co zobaczycie i usłyszycie.

Dziękuję.

Reklamy

10 stycznia 2013

Strzelić miśka

Filed under: Kraj ojczysty — swiatmartyw @ 5:12 pm

Zmieniła mi się koncepcja tego wpisu, więc poprawiam. Zmiany w drugiej części.

W tym roku długo nie potrafiłam cieszyć się nadchodzącymi Świętami – pewnie dlatego, że w moich wioskowych sklepach już od października grali Jingle Bells, a na wszystkich wystawach szczerzyły się renifery z czerwonymi nosami. Telewizję zalała fala reklam o szybkich (i rzecz jasna lichwiarsko oprocentowanych) pożyczkach na zorganizowanie Świąt/ kupienie prezentów, oraz o tym, jak to wspaniale być panią domu, wysprzątać wszystko na błysk, a potem przygotować kilkanaście wyszukanych dań, podczas gdy domownicy grają na nowym Xboxie. Nie dla mnie takie klimaty! Zaraz bym pogoniła towarzystwo, żeby mi pomogło!!

Przyznam, że nie mogę na Simona narzekać – w drugi weekend grudnia kupił piękną choinkę (on zawsze chce świeżą, ja – sztuczną, bo mi szkoda, więc doszliśmy do kompromisu i jednego roku kupujemy, a następnego wygrzebujemy ze strychu), zrobił pyszne grzane wino i……. tak się ululaliśmy, że skończyło się na krzywym zawieszeniu lampek oraz tańcach do takich hitów jak „Frosty, the Snowman” i „Santa, Baby”… Simon przypomniał mi również o alternatywnych słowach do Jingle Bells:

Jingle bells
Batman smells
Robin laid an egg
Batmobile lost its wheel
Joker got away!

Następnego dnia poszło nam nieco lepiej, bo udało się powiesić bombki i łańcuchy, mimo że kot bardzo, ale to bardzo chciał nam w tym pomóc – skutkiem czego zawinął sobie łańcuch wokół szyi i nie potrafił go zdjąć, co oznajmił światu żałosnym miauczeniem. Po uwolnieniu z łańcucha, zainteresował się nisko wiszącą bombką i gdy tak patrzyłam, jak się na nią przyczaja, poczułam, że cieszę się na Święta. Co prawda w tym roku Simon pojechał do swoich rodziców, a ja do swoich, więc trochę tęskniłam, ale z drugiej strony spędziłam czas w domu z rodziną i znajomymi, w moim ukochanym mieście, ze ślicznymi, grubaśnymi kotami moich rodziców, które grzeją lepiej niż kaloryfer. Ich wspaniałe właściwości grzewcze przydały się już pierwszej nocy, gdy w jednej z dzielnic Gdańska pękła rura z ciepłą wodą i przy temperaturze -16 C, pół miasta zostało bez ogrzewania. Żeby było cieplej, spałam z rodzicami w jednym łóżku, pod dwoma pierzynami, kocem huculskim…. no i dwoma kotami właśnie. W kupie raźniej, przeżyliśmy :)

kominek

Przez te kilka dni w Gdańsku latałam jak kot z pęcherzem. Zakupy świąteczne, zabawianie prababci, załatwianie wesela… Spotkanie z DJem uzmysłowiło mi, ile rzeczy musimy jeszcze przemyśleć… Simon na początku uparł się na zespół rockowy, ale – zgodnie z moimi przypuszczeniami – gdy posłuchał, jak nasze zespoły śpiewają po angielsku, szybko zmienił zdanie. Najbardziej załamaliśmy się przy „łiiiiiiiiiiiiii ar ze czempionz, maj frjendzzzzz” oraz „… szi klemz zet ajem ze łan!” (że niby „Billie Jean”). Po co nam to, całe wesele tylko bym się denerwowała, a po paru głębszych wygłosiła przemowę na temat fonetyki ;) Tak naprawdę to tylko jedna grupa śpiewała przyzwoicie… ale zaśpiewali taką cenę, że nawet w przeliczeniu na funty było drogo. Trudno, będzie DJ. Wydaje się sensowny i przysięga, że zna angielski, choć za wiele w tym języku powiedzieć nie chciał…. W razie czego wyrwę mu mikrofon i sama zacznę gościom tłumaczyć, o co chodzi w kolejnej zabawie ;)

Swoją drogą, to moim zdaniem między innymi dlatego właśnie żaden polski wokalista/ zespół nie zaistniał na arenie międzynarodowej – przez okropny akcent. Pewnie, przeszkodą zawsze są pieniądze, ale takiej Edycie Górniak na przykład nie brakuje ani pieniędzy, ani talentu, ani repertuaru tak naprawdę – kilka piosenek mogło w swoim czasie spokojnie zawojować listy przebojów – no ale ten akcent, Jezu, Jezu. I niby w Londynie dłuższy czas mieszkała – chyba w polskiej dzielnicy…. Kiedyś próbowałam Simonowi puszczać angielskie wypociny naszych (bardzo dobrych) wokalistów, ale skończyło się na tym, że on się co chwila krzywił, a ja byłam tak zażenowana, że nie mogłam słuchać.

Przy okazji spotkania z DJem nauczyłam się nowego wyrażenia. „Na pierwszy taniec macie coś przygotowane czy chciecie strzelić miśka?” Hm? Dopiero po kilku sekundach w moim zanglicyzowanym mózgu pojawiło się światło. Ja bym chciała salsę, ale Simon boi się kompromitacji, więc pewnie będzie misiek. Aktualnie poszukuję sympatycznych wolnych piosenek, do których da się miśkowato pokręcić – może coś mi poradzicie? Oczywiście słowa muszą być mniej więcej o miłości – Polakom byłoby pewnie wszystko jedno, ale 70% gości będą stanowili Anglicy, więc sami rozumiecie, że nasza ulubiona piosenka „Fuck her hard” raczej nie przejdzie :D  Jakiś czas temu usłyszałam kilkadziesiąt pierwszych sekund piosenki Adele i pomyślałam sobie, bingo! Puszczam Simonowi, a on otwiera oczy ze zdziwienia: „Babe, do you understand what she sings??” Ekhm, no nie wsłuchałam się w drugą zwrotkę, a tam, że ten jej facet, którego tak kochała w pierwszej zwrotce, w drugiej jednak okazał się kłamcą i w ogóle ostatnim chamem. Także odpada :D

Zarówno DJa, jak i fotografa znalazłam z polecenia, więc od dzisiaj codziennie będę wznosić modły, żeby nie nawalili. Mam podwójny stres – chcę, żebym wszystkim podobało się wesele, ale także, żeby Anglikom, a zwłaszcza rodzinie Simona, podobało się w Polsce, żeby podobali im się Polacy, nasze zwyczaje, sposób bycia itd. Fotograf Adam: „Acha, czyli nie przychodzić w dresie, tylko wbić się we frak!” ;)

Sylwestra spędziłam już w Anglii i po raz pierwszy od kiedy pamiętam nie byłam na imprezie. Poszliśmy na kolację do jednej z naszych ulubionych restauracji, a potem w domu na kanapie rozpiliśmy dwie butelki wina, obejrzeliśmy dwa filmy Woody’ego Allena, pokaz ogni sztucznych na żywo z Londynu, rozmawialiśmy o tym, co przyniesie nam rok 2013 i o 3:00 nad ranem poszliśmy spać. Było bardzo miło, naprawdę….. ale mam nadzieję, że przyszłego Sylwestra spędzimy na dzikiej imprezie ;)

Plany na rok 2013 (miesiące nie obfitujące w żadne atrakcje zostały pominięte):

Kwiecień – wesele kuzynki w Warszawie. Cieszę się podwójnie, bo przy okazji wesela pokażę Simonowi, gdzie studiowałam, gdzie pracowałam, gdzie balowałam…

Maj – pięć dni na Sycylii z koleżankami w ramach wieczoru panieńskiego. Jedna koleżanka będzie w zaawansowanej ciąży, więc obym nie musiała odbierać porodu, bo zemdleję ;) ani tłumaczyć moim łamanym włoskim, że bambino, bambino!! ;) Plus wesele znajomych w Liverpoolu.

Lipiec – nasze wesele!

Sierpień – nasze drugie wesele, w Yorkshire.

Październik – wesele znajomych w Yorku, no i nasza podróż poślubna – tylko tygodniowa niestety, bo po tych wszystkich weselach nie będę miała już zbyt dużo czasu wolnego.

Listopad – wesele znajomych w Belfaście.

Koniec grudnia lub początek stycznia 2014 – prawdziwa podróż poślubna, w dalekie i ciepłe kraje.

Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku, kochani Czytelnicy!

11 kwietnia 2012

Dwunarodowa Wielkanoc, czyli wszystko co nie nasze jest dziwaczne

Filed under: Kraj ojczysty,kwiecień 2012 — swiatmartyw @ 7:59 pm

Przerwa w pisaniu spowodowana jest wstawaniem do pracy w środku nocy oraz gigantycznymi korkami, w które wpadam, w których stoję w nieskończoność i które wykańczają mnie psychicznie i zabijają wenę twórczą. Po półtorej godziny jechania na pierwszym, no, góra drugim biegu, mam ochotę wyłącznie na obiad i bezmyślne gapienie się w telewizor z kotem na kolanach. Kończy się to tym, że ze zmęczenia, powszechnie zwanego starością, przysypiam przed tymże telewizorem i ok. 22:00 Simon budzi mnie i prosi, żebym się przeniosła do sypialni, bo swoim chrapaniem zagłuszam mu program (i myśli). O 22:30 już śpię w łóżku, z kotem wtulonym w me stopy (masochista!). Najgorzej jest w poniedziałki, środy i czwartki, gdy prosto z pracy jadę na siłownię lub włoski – wtedy jestem w domu ok. 21:30, jem byle co i od razu idę spać. W weekendy natomiast odsypiam ile wlezie, co prowadzi do tego, że budzę się o 14:00 i zanim się obejrzę, już jest wieczór…

…chyba że pojedziemy do teściów i już o 9:00 (skandal!) teściowa wpada do sypialni z radosnym: „Get up love, it’s a lovely morning!! Look out of the window, lovely, isn’t it??” Wyglądam jednym zaspanym okiem, no i rzeczywiście, owieczki, baranki, słońce i uwielbiane przez rodzinę Simona żonkile, jak nic trzeba iść na spacer!

I bawić się z psem w ogrodzie:

oraz iść do kościoła, bo przecież Niedziela Palmowa. Dojeżdżamy pod kaplicę, a tam… przecieram oczy, ale nie, jednak nie znika… osioł jak żywy!!

Ja lekko zdziwiona, a teściowa tłumaczy jak głupiej, że przecież Jezus wjechał do Jerozolimy na ośle, więc oni też na procesji zawsze mają osła. Osioł drze się jakby nie wiem, co mu się działo, pewnie ma dosyć tych wszystkich głaszczących go dzieciaków i heretyczek robiących mu zdjęcia.

Po procesji za osłem, dochodzimy do kościoła na króciutką (a jakże) mszę zakończoną hymnem na melodię „What shall we do with a drunken sailor”, znaną po polsku jako „Morskie opowieści”, co powoduje u mnie niekontrolowany wybuch śmiechu.

We have a king

1. We have a king who
rides a donkey (x3)
And his name is Jesus!

Sing, sing, loud hosannas
Sing, sing, loud hosannas
Sing, sing, loud hosannas
for our king, for Jesus

2. Trees are waving a
royal welcome (x3)
For our king, for Jesus

3. We have a king who cares
for people (x3)
And his name is Jesus.

4. What shall we do with our life
this morning (x3)
Give it up in service!

Teściowa znowu spieszy z wytłumaczeniem, że to dlatego, ponieważ Kościół chciał, żeby ludzie łatwo zapamiętali tę pieśń, więc po prostu ułożyli słowa do znanej wszystkim melodii. Hm, może i dobrze, wszyscy śpiewali bez zająknięcia ;)

W Wielką Sobotę rano wylądowaliśmy w Gdańsku. Pogoda beznadziejna, szaro i mokro, ale jednak to moja szarzyzna i moja wilgoć, moja, gdańska, a tym samym lepsza od angielskiej ;) Wraz z rodzicami oraz ich znajomymi pojechaliśmy zobaczyć kilka grobów Chrystusa w różnych kościołach oraz poświęcić pokarmy, co zdziwiło Simona prawie tak, jak mnie widok osła. Chciał wiedzieć, po co, na co i dlaczego to robimy.  Jako że stosunkowo niedawno oglądaliśmy „Skrzypka na dachu”, mogłam mu zanucić: „Tradition!!” ;)

W towarzystwie moich rodziców są osoby, które twierdzą, że znają angielski. Ucieszyłam się, że będzie kto miał porozmawiać z Simonem, bo on taki biedny, cicho siedzi cały dzień, a przecież normalnie to gaduła z niego taka, że nawet ja – JA – nie mam z nim szans. Niestety, za każdym razem konwersacja wyglądała następująco:

Ja: Ty znasz angielski, prawda?

Przyszywana/y ciocia lub wujek: No tak, radzę sobie.

Ja: A to świetnie, bo zobacz, to jest mój chłopak Simon, on jest Anglikiem i chętnie by sobie pogadał.

Przyszywana/y ciocia lub wujek: (panika na twarzy) (jąkając się) Ja… ja… już dawno nie rozmawiałem… wszystko zapomniałem, wiesz jak to jest, tyle lat…

…i w te pędy od nas uciekali ;) Honoru broniła mama, która poczyniła niesamowite postępy w języku dynastii Windsorów, pękałam z dumy! Go mum, go!! ;)

W Niedzielę Wielkanocną obudził nas śnieg:

Po pierwszym szoku i okrzykach, że zimno, że co to za Wielkanoc itd. zaczęły się przygotowania. Zastawienie stołu, wyłożenie potraw, ich obrona przez kotami, którym oczy aż się śmiały na widok schabu i polędwicy sopockiej, smażenie jajek w skorupkach na ostatnią chwilę, żeby były ciepłe (to moja specjalność), wreszcie robienie się na bóstwo i odkrycie, że wszystkie moje rajstopy są podarte, a sukienka mamy pękła w szwie ;)

Chcieliśmy, żeby Simon też miał trochę swoich tradycji, więc, zgodnie z jego życzeniem, mama kupiła pięć czekoladowych jajek z niespodziankami i schowała po domu. Simon chodził i szukał na zasadzie ciepło-zimno. Jajka znalazł, ale… tylko jedno było tak naprawdę z czekolady, reszta to plastiki zawierające tak przydatne mu niespodzianki, jak gumki do włosów, różowe lustereczko z podobizną Miley Cirus, czy też naklejki z Kubusiem Puchatkiem i Prosiaczkiem :D Śmiechu było co niemiara:

Po śniadaniu pojechaliśmy na cmentarz, zapalić na grobach naszych bliskich żółte znicze z wytłoczonymi baziami (tradition!!) oraz wstawić żonkile, gdyż są to jedyne kwiaty, których nie zjadają sarny (cmentarz położony jest w lesie, a sarny nie znają konceptu poszanowania grobów). Simonowi oczywiście nie podobają się nasze cmentarze, bo dla niego cmentarz to zaniedbane, chylące się tablice porośnięte mchem, które odwiedza się raz na kilka lat, a nie wypucowane na połysk granity i marmury, złote litery, kwiaty i znicze. „Pamiętaj – mówi do mnie przy wyjściu – gdybym umarł przed tobą, to masz mnie wpakować do najtańszej trumny albo nawet do worka na śmieci i postawić mi najtańszy nagrobek, tylko płytę. Uwierz mi, będę martwy, naprawdę będzie mi wszystko jedno”. „Pamiętaj – odpowiadam – gdybym umarła przed tobą, to masz mnie spalić i włożyć moje prochy do najładniejszej urny, jaka będzie dostępna w zakładzie, wygrawerować moje imię i daty urodzenia oraz śmierci złotymi literami, a potem wstawić do szklanej kasety i wmurować w ścianę salonu. Jak nie, to będę cię straszyć”. Każde z nas stwierdziło, że to drugie ma nierówno pod sufitem, ale obiecaliśmy sobie trzymać się tych instrukcji. Jesteśmy zgodni co do jednego – stypa ma być wesoła, bo oboje lubimy imprezować, więc takimi mają nas zapamiętać. I żadnych czarnych ubrań, moim ulubionym kolorem jest czerwony, a jego zielony i niebieski. To tak w razie czego, gdybyście się wybierali na pogrzeb ;)

W poniedziałek Simon przeżył szok swojego życia, gdy z samego rana został oblany lodowatą wodą. Napadliśmy na niego w trójkę, wrzaskom i piskom nie było końca :) Cały dom był później zalany wodą, ale ile uciechy ;) O 11:00 pojechaliśmy z rodzicami oraz ich najlepszymi przyjaciółmi na spacer nad morze (tradition!!). Zawsze jest tak samo – jedziemy samochodem do Sopotu, idziemy na molo, siedzimy na słoneczku przy marinie, potem wracamy na plażę, karmimy łabędzie:

a następnie idziemy do chaty góralskiej na herbatę z prądem, grzane wino, grzane piwo i smażonego oscypka. Tak jest od kiedy pamiętam i tak będzie póki wszyscy będą w stanie się ruszać ;)

Jeszcze kilka słów o angielskim moich rodziców – kilka miesięcy temu zaczęli chodzić na kurs angielskiego i podchodzą do sprawy niezwykle ambitnie, kują po nocach, przepytują się, wypożyczają uproszczone wersje znanych powieści z biblioteki British Council (ostatnio na tapecie było „Love Story” :) Mama zna mniej słówek, za to gada cały czas, tata zna więcej, ale jeszcze trochę się boi mówić – no chyba że popije żubrówki, wtedy to co innego! ;) Szło im naprawdę nieźle, tylko trzy razy zaliczyli śmieszne wpadki:

Tata: I am going to milk! (czyli „idę wydoić”, zamiast „I am going to buy milk”)

Mama: Do you want Jesus cake? (czyli “czy chcesz chrystusowe ciasto”, zamiast “cheesecake”)

No i tekst dnia: Do you want to play semen? (czyli „czy chcesz zagrać w spermę”, zamiast w marynarza)

Po tym ostatnim Simon o mało się nie popłakał ;) Ale ogólnie był pod wrażeniem postępu moich rodziców, oby tak dalej!

Było super, szkoda, że tylko 4 dni. Nie wiem, kiedy będę w Gdańsku następnym razem, prawdopodobnie dopiero na Boże Narodzenie – no chyba że znowu mnie zwolnią, wtedy będę miała czasu a czasu! ;)

10 marca 2012

Grunt to optymizm

Filed under: Kraj ojczysty,marzec 2012 — swiatmartyw @ 4:23 pm

W zeszłą niedzielę wróciłam z tygodniowego pobytu w Gdańsku. Było fantastycznie, jak to w domu – spędziłam dużo czasu z rodziną i znajomymi, wygadałam się za wszystkie czasy, naspacerowałam plażą, nacieszyłam oko dużym miastem, najadłam smakołyków, a przede wszystkim oderwałam się trochę od tej nie do końca wesołej angielsko-małomiasteczkowej rzeczywistości. Nie bez znaczenia jest również fakt, że po raz pierwszy od października zeszłego roku cały czas mówiłam po polsku i z przerażeniem zdałam sobie sprawę, jak często brakuje mi słówek i jak często zastanawiam się nad odmianą. Nawet kolega to zauważył: „Twój polski jest niezły, ale nativem to już nie jesteś!” ;-) Boże, jak cudownie było włączyć wiadomości i wszystko rozumieć… Otworzyć gazetę i wszystko rozumieć… Pójść do sklepu i nie tracić pięciu minut na wymianę zbędnych grzeczności… A propos telewizji – obejrzałam Teleexpress i nie mogłam uwierzyć, jak bardzo Orłoś się zestarzał, a Sierocki utył ;-) Oglądam ich od tylu lat, pewnie oni, gdyby mnie znali, też by powiedzieli, że najlepsze lata mam już za sobą ;-)

Ważną częścią każdego pobytu w domu są wizyty u cioci-prababci. Z racji tego, że zbliża się do setki, sama już z domu nie wychodzi, więc zawsze cieszy się z odwiedzin i pogawędek. Jak każdy, ciocia ma swoje lepsze i gorsze dni – gorsze głównie wtedy, gdy coś ją bardzo boli, ale na szczęście zdecydowanie dużo jest tych lepszych. Choć przeżyła wojnę, liczne przeprowadzki i różne okropieństwa, o których stara się nie mówić, pozostała jedną z najbardziej optymistycznych i wesołych osób, jakie znam. Najbardziej podoba mi się jej teoria, że wódka konserwuje od środka i stąd to długie życie, bo ciocia za kołnierz nigdy nie wylewała ;-)

Przychodzę pierwszego dnia, ciocia pierze coś w misce. Podnosi, spłukuje, patrzy krytycznym okiem i mówi: „Białe, nie białe, wodę widziało!” :-)

Szukając swojej sztucznej szczęki: „Martuś, znajdź mi te moje zęby państwowe”.

Szukając kul: „Widziałaś gdzieś te moje szczudła?”

Filozoficznie o życiu: „Ja tam myślę, że Pan Bóg o mnie zapomniał i nieprędko umrę. Wiesz, on ma te Afganistany, Pakistany, Iraki, Irany, tych durnych terrorystów, co On ma pamiętać o starej babie z Gdańska?”

„Ludzie mówią, że każdy wiek ma swoje dobre i złe strony. Bo ja wiem? Mam własne mieszkanie, do pracy wstawać nie muszę, emerytura mi wystarcza, twoja mama i wujek zawsze jakieś zakupy mi zrobią i sprawdzą, czy żyję, czytam ciekawe książki, rozwiązuje krzyżówki, oglądam telewizję, dzwonię do rodziny na Białorusi [ciocia wciąż zna rosyjski na wysokim poziomie], w weekendy zawsze mama mnie zawiezie na spacer nad morze, potem do kawiarni zaprowadzi, kawę i ciasto kupi… a że boli? No boli, bo człowiek już bardzo stary, ale łykam środki przeciwbólowe, biorę szczudła i do przodu, co mi tam!”

Tata przyszedł i ciocia przez godzinę wmuszała w niego ciasto, aż już nie mógł i jęknął, że mu brzuch urośnie. Ciocia: „I dobrze, w brzuchu siła!”

No i tekst roku – moja mama coś źle się czuła, ja dostałam zapalenia rogówki, wujka coś strzykało… Mama: „Ciociu, co ty zrobisz, gdy my wszyscy pomrzemy?” Ciocia: „A to nie szkodzi, mam rodzinę w Warszawie!” :-D :-D

Ten ciociny optymizm udzielił mi się do tego stopnia, że nawet przestałam myśleć o moim bezrobociu. I jak to w życiu bywa, gdy przestałam o tym myśleć, zadzwonił telefon….

Najgorsza możliwa praca wg Marty W. – gadanie z debilami przez telefon i robienie im strasznie długich i nudnych raportów, których pewnie i tak nie przeczytają. Zgadnijcie, co robię, macie jeden strzał.

W normalnych okolicznościach przyrody w życiu bym takiej pracy nie przyjęła, ale ponieważ nie zarabiałam już od ponad dwóch miesięcy i wszystkie nasze oszczędności stopniały, postanowiłam się przemęczyć. Praca jest tylko na 4 do 6 tygodni, potem zdecydują, co ze mną zrobić – jeśli zaproponują mi cały etat, dadzą mi również więcej obowiązków, także potencjalnie może zrobić się ciekawiej. Plusy – używam wszystkich języków w mowie i w piśmie, minusy – oprócz wyżej wymienionych, na dojazd muszę liczyć 45 minut samochodem rano i ok. godziny po południu. Niestety, mimo super dróg i autostrad, samochodów jest tyle, że zwłaszcza popołudniami wszystko do horyzontu stoi, a moja średnia prędkość wynosi niewiele ponad 30 km/h. Do tego dochodzą ogromne ciężarówy, które również jeżdżą tą trasą i które na rondach zajmują przy skręcie wszystkie trzy pasy. Wiele osób o tym nie pamięta i potem na każdym rondzie wypadek, co oczywiście jeszcze bardziej spowalnia ruch. Oprócz nudy i nerwów związanych ze staniem w korku, zużywa się więcej paliwa, także większe koszty, a poza tym nie zdążam na 18:15 na siłownię, co doprowadza mnie do rozpaczy, bo po całym dniu siedzenia przy biurku chętnie bym sobie poskakała w rytm muzyki. Wizja samotnego biegania po bieżni do mnie nie przemawia.
Pensja byłaby w porządku, gdyby nie te dojazdy. W sytuacji, gdy, według obliczeń Simona, miesięcznie będę musiała wydać ok. 300 funtów na paliwo (1500 złotych), po uiszczeniu naszych zwykłych opłat niewiele mi zostanie, chyba tylko na przysłowiowe waciki.

Ale trudno, jest jak jest. Wysłałam ponad 50 podań i tylko z tej firmy się do mnie odezwali, więc póki co, trzeba brać, co dają. Wszyscy w biurze są naprawdę super mili, szef wydaje się sympatyczny – może jakoś to będzie.

Ciocia nie wie, że byłam bezrobotna, bo dla niej drukuje się osobną gazetkę („Po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy”, jak śpiewał Wojciech Młynarski). To właśnie będąc u niej w domu dostałam telefon z mojej nowej firmy, może to jakiś optymistyczny znak :-)

16 grudnia 2011

Burdelmama

Filed under: grudzień 2011,Kraj ojczysty — swiatmartyw @ 2:04 pm

Siostra mojej prababci w skrócie nazywana ciocią mieszka w czteropiętrowym powojennym bloku w Gdańsku. Jako że wprowadziła się tam w latach ’50, była świadkiem wielu wyprowadzek, przeprowadzek, sąsiedzkich intryg, śmierci, narodzin, a nawet jednego szaleństwa. Myślała, że widziała już wszystko, dopóki pewnego późnego wieczora nie zapukał do jej drzwi pan pod wpływem, który na widok pani po dziewięćdziesiątce najwyraźniej się wystraszył: „Czy to numer sześć??”, wybełkotał wielce zdziwiony. „Nie, proszę pana, szóstka jest na górze, tu jest czwórka… a pan do kogo?”, ciocia lubi być zorientowana ;) „Aaa… nie, do nikogo, ja tylko tak… do kolegi!”, tłumaczył się pan. „Acha, no dobrze, ale niech już pan więcej nie pije, bo na całą klatkę czuć” – ciocia nie da się zastraszyć jakiemuś typowi w środku nocy, o! ;)

Po kilku dniach znowu dzwonek o bardzo późnej porze. Ciocia ma ponad 90 lat (sama dokładnie nie pamięta ile) i porusza się o kulach, więc zanim doczłapała do drzwi, minęło trochę czasu. Panu widocznie do czegoś bardzo się spieszyło (do czego, ciekawe!!), bo przywitał ciocię opryskliwie, ale po sekundzie mina mu zrzedła i niepewnie zapytał: „Ja przepraszam panią, czy to numer sześć?!”

Sytuacja zaczęła się powtarzać coraz częściej, aż w końcu ciocia dzwoni do mojej mamy i mówi: „Słuchaj, u mnie na górze chyba jest ten… no jak to się nazywa, gdzie te panie seks dają… Boże, Boże, człowiek stary, słów zapomina… burdel, o właśnie, burdel!!” Mama najpierw myślała, że ciocia przesadza, że może po prostu sąsiedzi bardzo imprezowi, ale po małym dochodzeniu okazało się, że rzeczywiście! Jako że ciocia ma dużo poczucia humoru, wciąż otwierała drzwi kolejnym klientom i miło się do nich uśmiechała, na co oni w popłochu pytali, czy to aby na pewno numer sześć?? :D W końcu jej się znudziło otwierać, więc potem tylko krzyczała przez drzwi: „Burdel na górze!” :D

Ostatnio znowu zadzwoniła do mojej mamy: „Wiesz, ja stamtąd czasami jakieś płacze słyszę. I wtedy mi się żal robi, biorę kulę, stukam w sufit i wołam, zostaw ją, zostaw!!!” Być może ciocia źle te płacze interpretuje…. ale i tak dzielna, wszędzie znieczulica, a ciocia nawet o panie dba.

Sąsiedzi starają się pozbyć tego miejsca, gdzie panie dają seks, ale wbrew pozorom nie jest to łatwa sprawa. Walka trwa…

14 sierpnia 2011

Nie ma jak w domu!

Filed under: Kraj ojczysty — swiatmartyw @ 5:17 pm

Pominę kilka wizyt w szpitalu i różne inne zdrowotne okropności – skupmy się na pozytywach.

Widzieliśmy nowy stadion na Euro 2012:


Już prawie gotowy, jeszcze tylko dookoła muszą jakąś infrastrukturę zrobić. W nocy, podświetlony stadion ma wyglądać jak bryła bursztynu – widziałam na projektach, naprawdę super pomysł. W środku jest podobno fantastyczny – rodzice byli, myśmy się niestety nie załapali.

W Sopocie wybudowano Marinę:


Wszystko bardzo ładnie wygląda, tylko niestety dzień był pochmurny, więc zdjęcie tego nie oddaje.

Gdy tylko pogoda się poprawiła, popędziliśmy na plażę:


Szczerze powiedziawszy, temperatura wody była mocno niezadowalająca, ale oczywiście dla chłopaka z północy Anglii nie stanowiło to żadnego problemu – kąpał się non-stop i jeszcze na windsurfing poszedł… Ja opalałam się na piasku i też byłam zadowolona. W końcu ja też weszłam do morza – piskom nie było końca, ale gdy wreszcie się zanurzyłam, nawet nie było tak źle! :)

Głównym punktem programu była wycieczka na Hel – co Simona strasznie rozbawiło i cały dzień nucił „Road to Hell” ;) Nakupował pocztówek z napisem „Hel” i porozsyłał chyba wszystkim znajomym, z dopiskiem „zobaczcie, gdzie mnie Marta na wakacje wzięła…” W przypływie pomroczności jasnej zrobiłam sobie tatuaż z henny (bo na prawdziwy nie starcza mi na razie odwagi) i do teraz chodzę ze smokiem na ramieniu – wakacje! :D

Robiliśmy sobie również bliższe wycieczki – np. na Kaszuby. Nie mogliśmy zrezygnować z odwróconego domku :)


Simon zrobił zdjęcie i wysłał swoim rodzicom z komentarzem: „Popełnili błąd i zatrudnili Irlandzkich budowniczych!”… Nie ma to jak tolerancyjni Angole ;)

W Wieżycy weszliśmy na punkt widokowy, z którego – według mojej mamy – miało być widać tysiąc jezior…. Rozglądamy się, rozglądamy….


Jedno jak w mordę strzelił! :D Podobno reszta ukryła się za wzniesieniami… hmm…
Wynajęliśmy rowerek wodny i popłynęliśmy sprawdzić, czy aby na pewno więcej niż jedno – no i rzeczywiście, więcej, ale z tym tysiącem to chyba lekka przesada…



Było naprawdę fantastycznie.

Prawie codziennie jeździliśmy do centrum Gdańska, żebym mogła przejść się Starówką i oczy nacieszyć…. takiej architektury nie ma w naszej angielskiej wiosce, oj nie! Niestety mam zaledwie jedno zdjęcie bez naszych gęb – zapraszam do obejrzenia reszty na Facebooku, jeśli ktoś mnie zna trochę lepiej i ma ochotę.

W tle Kościół Mariacki - największy kościół na świecie zbudowany z cegły

Na ulicach były tłumy – nie dość, że lato, to jeszcze Jarmark Domikański. Kupiliśmy parę souvenirów oraz patriotyczną koszulkę dla bratanka Simona, który ma… 6 miesięcy i jeśli chodzi o garderobę, z pewnością wszystko mu jedno ;) Ale i tak go przypilnuję, żeby nosił!! A gdy troszkę podrośnie, ciocia Marta nauczy go śpiewać w najczystszej polszczyźnie: „Polska, biało-czerwoni, Polska, biało-czerwoni!!” :)


Oczywiście zrobię go fanem Lechii Gdańsk, to chyba jasne! :D

W domu było fantastycznie – wreszcie wszystko i wszystkich rozumiałam, wszyscy rozumieli mnie, nikt mnie nie oceniał na podstawie akcentu, niczemu nie musiałam się dziwić, wiedziałam dokładnie gdzie pójść i co powiedzieć, żeby wszystko załatwić… ech, nie ma jak w domu!!! Bardzo, bardzo, bardzo nie chciałam wracać. Ba, przez jedną szaloną sekundę chciałam nawet zostać i Simona najzwyczajniej w świecie zaszantażować – albo Anglia, albo ja! Na szczęście ta szalona sekunda szybko minęła, więc spakowałam się i poczłapałam na lotnisko…

Już ponad sześć lat mieszkam za granicą, w różnych krajach, na różnych kontynentach – i mam dosyć. Nie chcę wiecznie czuć się cudzoziemką, chcę być u siebie, gdzie wszystko znam, gdzie wszystko jest swojskie i „normalne”. Niestety, nie ma na to szans – i dlatego od powrotu jestem w dołku. Pocieszam się, że w październiku znowu polecę do Gdańska, już zaczęłam odliczać dni!

2 stycznia 2011

Wigilia 2010

Filed under: Kraj ojczysty — swiatmartyw @ 7:39 pm

Ale sobie narobiłam zaległości, tu już Nowy Rok, a ja jeszcze Wigilii nie opisałam. No to zaczynamy :)

Było tak – mama w kuchni, a my z tatą… takie oto dzieło ulepiliśmy na balkonie :P


Oryginalnie miał to być Simon, ale nie mogliśmy znaleźć bardziej adekwatnego ogórka ;)

Na balkonie się działo:


Tak, Mikołaj ma pustą butelkę po wódce, Polak przecież ;)

Jako że w tym roku mieliśmy na Wigilii aż 10 osób, prezenty ledwo się zmieściły pod choinką – choinką krzywą, dodam, gdyż stale atakowaną przez Dwie Rude Kule. Wiadomo przecież, iż bombki doskonale nadają się do zabawy, że nie wspomnę o ściąganiu łańcuchów oraz jedzeniu lamety.


Po przygotowaniu stołu, pierwsi goście od razu zajęli honorowe miejsca:


Barszcz z uszkami, pierogi, sałatka warzywna, śledzie, karp, łosoś… wszystko pycha! :) Atmosfera super, prezenty super! Pasterka trochę męcząca, bo już stara jestem i nie mogę długo stać ;)

Za rok, jeśli wszystko dobrze pójdzie, Wigilia u teściów na farmie, dla całej mojej najbliższej rodziny, czyli pięciu sztuk. Na moje nieśmiałe uwagi, że może nie, że może kłopot, teściowa odpowiedziała machając ręką: „Co za różnica, czy gotuję dla 30 czy dla 35 osób? ” ;) Ja bym się chyba zastrzeliła, gdybym musiała dla takiej ilości gęb pierogi ulepić ;) Na szczęście ona uwielbia gotować – także czeka nas indyk, gęś i pudding. Nie wiem, co na takie ekstrawagancje powie moja prababcia ;) Ale to dopiero za rok, na razie dojadamy resztki ciast z tegorocznej Wigilii – nie dość, że teściowa musiała gotować dla 30 osób, to jeszcze dla mnie musiała piec ciasta bez cukru… a pod choinkę kupiła mi super seksowną bieliznę :P Rewelacja z takim Świętym Mikołajem polskim i angielskim!

28 grudnia 2010

Jak pech, to pech

Filed under: Kraj ojczysty — swiatmartyw @ 10:59 pm

Wigilię opiszę następnym razem, najpierw muszę się skupić na dniu dzisiejszym, który obfitował w pokaźne pokłady pecha.

7:30 – mama nie może wyjechać z garażu, opony, mimo że zimowe, ślizgają się na podjeździe. Nie pomaga sypanie piaskiem, energiczne usuwanie oblodzenia butem ani klnięcie pod nosem

8:00 – spanikowana dzwonię po taksówkę

8:10 – taksówka przyjeżdża i pan pyta, jak ma jechać. Proponuję mu jeden wariant, on go odrzuca i mówi, że najszybciej będzie obwodnicą. Niechętnie się zgadzam – niechętnie, bo w uszach wciąż brzmią mi opowiadania mamy o przewróconych na obwodnicy TIR-ach i wielogodzinnych korkach

8:20 – niestety, wypadek. Dachował samochód osobowy, na szczęście nic się nikomu nie stało, choć samochód do kasacji. Z radia dowiadujemy się, że korek ciągnie się przez 4 km. Obwodnica, jak to obwodnica – nie cofniesz się, bo za tobą sznur samochodów, a poza tym wszystkie pasy w jedną stronę, i nie pojedziesz do przodu, chyba że będzie zjazd. Oczywiście nie było. Ciśnienie skacze mi do 220 na 200. Taksówkarzowi też, biadoli, że trzeba było jednak pojechać inną trasą. Przyjeżdża policja, zaczyna się wolniutkie przepuszczanie samochodów prawym pasem. Tak wolniutkie, że ciśnienie skacze mi do 250 na 220. Chce mi się płakać ze złości, nie zdążę na samolot! Dzwonię do mamy. Mama, osoba nieco przesądna, co i mi się czasami udziela, twierdzi, iż wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, żebym nie leciała, bo coś się stanie. Nie polepsza to mojego samopoczucia, oj nie. Ciśnienie 270 na 250

8:30 – wolniutko dojechaliśmy do jakiegoś zjazdu. Następne pół godziny to popis kunsztu taksówkarskiego. Pan zna skróty przez okoliczne działki, wioski i pola. Jako że pola są całkowicie pokryte śniegiem, wpadamy w poślizg, a potem dwa razy zagrzebujemy się w śnieżno-lodowo-błotnej brei. Ciśnienie już chyba 300 na 270. Zaraz mi serce wyskoczy. Jemu też. Denerwujemy się oboje, nerwowo zerkamy co chwilę na zegarek. Zgodnie wrzeszczymy na kierowców przed nami, „jedź, cholera, jedź!!”

9:00 – mimo że na liczniku widnieje 100, pan bierze ode mnie tylko 50 złotych. Wyskakuję z taksówki, biorę walizkę i z językiem po pas wpadam do hali odlotów. Zdążam dosłownie w ostatniej chwili. Zdaję bagaż, przechodzę przez wszystkie kontrole. Wymieniam resztki złotówek na funty. Ciśnienie spada do 200 na 180. Może już mogę się zrelaksować?

9:15 – nie mogę. Patrzę na płytę lotniska i… no właśnie, nic a nic nie widać. Nic. Mleko. Mgła tak gęsta, że nożem można ją kroić. Dzwonię do mamy i mówię, że kiepsko to widzę (dosłownie!). No i wykrakałam. Lot do Londynu został odwołany, ale przynajmniej polecą z Bydgoszczy, podstawiają autokary. Lot do Bristolu, czyli mój – odwołany. Prosimy do kasy po zwrot pieniędzy lub przebukowanie lotu. W tym samym czasie odwołali jeszcze loty do Edynburga, Warszawy i Frankfurtu. Ludzie złoszczą się i klną. Wszyscy naraz zaczynają szturmować kasy. Zanim odebrałam bagaż, znalazłam się w 3/4 kolejki.

przez następne dwie godziny – kolejka

Trafia mnie szlag. Cierpliwość nigdy nie była moją mocną stroną. Dzwonię do Simona i proszę o sprawdzenie wszystkich opcji. Wspólnie dochodzimy do wniosku, że dzisiaj już nie ma co się szarpać – w grę wchodziła podróż pociągiem do Warszawy lub Poznania, a wiadomo jak pociągi ostatnio chodzą, często z peronów, których nie ma ;) Zabukował mi lot na jutro, co prawda do innego miasta, ale też blisko naszej wiochy.
Idę po zwrot pieniędzy i zaświadczenie dla pracodawcy. Zaświadczenie dostałam, nawet po angielsku, ale na pieniądze trzeba będzie czekać: „Mam mówić, że 2 tygodnie, ale ja bym w to nie wierzyła, już prędzej miesiąc” – pani przy kasie przynajmniej jest szczera.

Czekam na autobus do domu. Oczywiście nie przyjeżdża. Marznę w temperaturze -18 C przez dobre 30 minut, w końcu daję za wygraną. Taksówka. Cholera, nie mam złotówek! Przecież wszystko wymieniłam na funty… Lecę do bankomatu. W taksówce klnę jak szewc przez całą drogę do domu.

Napisałam maila szefowej, lecz – zgodnie z polityką firmy – muszę do niej zadzwonić jutro z samego rana i poinformować ją o wszystkim osobiście. Ciekawe, czy mi uwierzy. Już jestem u szefostwa na celowniku, więc jeśli będą chcieli, mogą sprawę rozdmuchać. Zobaczymy.

Jutro drugie podejście, oby się udało!

22 grudnia 2010

Zasypane drogi, śniegu cały świat!

Filed under: Kraj ojczysty — swiatmartyw @ 1:41 pm

Jadę, jadę w świat sankami, sanki dzwonią dzwoneczkami,
dzyń, dzyń, dzyń, dzyń, dzyń, dzyń, dzyń, dzyń, dzyń! :)

Nasz balkon

Będziemy tu dzisiaj lepić bałwana :)

Widok z pierwszego piętra na ogród

Ja: Mama, podwieziesz mnie do centrum?

Mama: Dam ci sanki, zjedziesz sobie! ;)

Dzyń, dzyń, dzyń…

20 grudnia 2010

Dom, słodki dom

Filed under: Kraj ojczysty — swiatmartyw @ 7:39 pm

Zdjęcia dodane 22.12

Miałam więcej szczęścia niż rozumu. Lotniska pozamykane, loty odwołane, ludzie koczują całymi dniami przy kasach biletowych w nadziei na cud – a ja przyjechałam na lotnisko w Bristolu, wsiadłam do samolotu i wylądowałam w Gdańsku 20 minut przed czasem! Odebrali mnie rodzice, zawieźli do domu, a tam… chleb oliwski! ser żółty królewski! miód gryczany! ogórki kiszone! kapusta kiszona! bigos! kefir! :)) Już nawet nie pamiętałam, jak bardzo się za tymi smakami stęskniłam. Wreszcie nikt nie zmusza mnie do picia herbaty z mlekiem, wreszcie nie ma głupich dwóch kranów, dywanów w łazienkach i oszczędzania na ogrzewaniu (w Anglii wyłączamy na noc, bo inaczej chyba byśmy zbankrutowali)! W domu, wreszcie w domu, po roku! Ludzie normalnie gadają też! ;) Super!

Niestety są też negatywy. Warunki na drogach fatalne – i to nie tylko na ulicach, ale również na chodnikach. Posypali wszystko solą i utworzyła się breja nie do przejścia. Dlaczego ktoś tego nie odśnieży? Samochody jadą 10 km/h, ludzie drepczą krok za krokiem, bo ślisko albo błoto… Autobusy przychodzą z gigantycznym opóźnieniem, dzisiaj dosłownie prawie zamarzłam na przystanku, tak długo czekałam. Ktoś się skarżył, że czeka już od godziny, ktoś inny pocieszał, że to normalne…

Żeby nie było, że narzekam bez sensu:

Chodnik w centrum Gdańska

Stan ulic, bez opon zimowych ani rusz!

Pan w sklepie Play obsłużył mnie bez jednego uśmiechu. Nie żeby kupno karty SIM było specjalnie zabawne, no ale tak w ogóle nic? Żadnego miłego słowa? Żadnego dziękuję, do widzenia? To już chyba wolę fałszywie uśmiechniętych angielskich sprzedawców ;). Pani z Empiku też łypała na mnie złym wzrokiem, mimo że wydałam w jej sklepie fortunę.

A propos wydawania fortuny – nie zdawałam sobie sprawy, że w Gdańsku jest tak drogo. Wymieniłam 100 funtów i naiwnie myślałam, iż na wszystko mi starczy… a tu figa. Jutro czeka mnie kolejna wycieczka do kantoru, jeśli chcę kupić rodzinie sensowne prezenty. No dobra, przyznam się – kupiłam sobie boskie czarne szpilki w moim ulubionym RYŁKO :). Ceny takie jak w Anglii, ale przynajmniej wiem, że to dobra marka, moja ulubiona zresztą. Miałam wielką ochotę na śliczną sukienkę z Zary, ale 250 złotych to jednak lekka przesada. Już niosłam ją do kasy, ale w ostatniej chwili zwyciężył głos rozsądku ;).

Ponieważ wyjechałam z Gdańska w 2000 r., tak naprawdę nie mam już tutaj znajomych  – a przynajmniej takich znajomych, którzy chcieliby się ze mną spotkać ;) – oprócz jednej koleżanki z osiedla oraz sąsiadki. Tłumaczę sobie na pocieszenie, że nie liczy się ilość, tylko jakość ;).

W planach mam również pójście do dentysty. Mimo iż nasza dentystka jest potwornie droga jak na polskie warunki (rok temu zapłaciłam 220 złotych za jedną plombę i usuwanie kamienia, to chyba drogo??), w porównaniu z Anglią jej ceny są po prostu śmieszne (jedna plomba 120 funtów, czyli 564 złote, zgodnie z dzisiejszym przelicznikiem). Mam nadzieję, że tego nie czyta, bo jeszcze mnie skasuje po angielsku ;).

Nie mogę doczekać się środy – idziemy na balet „Dziadek do orzechów” wystawiany przez zespół ze słynnego Teatru Bolszoj. Ponieważ uwielbiam Czajkowskiego, znam całego „Dziadka” na pamięć, będę sobie nucić pod nosem ;).

Nie wolno również zapomnieć o moich Rudych Kulach Szczęścia, tu pokazanych na kolanach mamy :)

Moje cuda kochane :)

Ten okropny ręcznik na kanapie to dlatego, że Kule Szczęścia wszędzie zostawiają swoje rude futro :)

Jak dobrze być w domu!!

19 stycznia 2010

Główne Wydanie Nudy

Filed under: Kraj ojczysty,Przemyślenia różne,styczeń 2010 — swiatmartyw @ 7:12 am

Gdy przyjeżdżam do Polski, jedynym serwisem informacyjnym, który mogę ścierpieć jest „Teleexpress”. 15 minut, najważniejsze wiadomości z kraju i ze świata, trochę muzyki, na koniec lepszy lub gorszy żart. 15 minut i z grubsza wiem wszystko. Kiedyś bardzo lubiłam „Fakty” na TVN-ie, ale z czasem zmieniły się one w trzydziestominutowe rozgrzebywanie tanich sensacji. Pierwsza wiadomość – siedmioletnią Marysię pogryzł pies w Koziej Wólce pod Radomiem. Wywiad z jednym sąsiadem. Z drugim sąsiadem. Z wójtem. Z panią ze sklepu naprzeciwko. Jeszcze tylko brakuje wywiadu z psem. Przykro mi droga Marysiu, ale to mnie w ogóle nie obchodzi. To nie jest wiadomość do głównego wydania dziennika, najwyżej do koziowólczych wiadomości lokalnych.
Druga wiadomość – długość spódniczek posłanek. No, ludzie! Zbliżenie kamery na jedną, drugą, trzecią spódniczkę. W końcu wywiad z obleśnym posłem, który wyraża swoje zadowolenie, że tyle posłanek – mimo zimna! – decyduje się na pokazywanie swoich wdzięków. Minęło 15 minut.
Trzecia wiadomość – zarząd jakiejś tam gminy nie ma pieniędzy na drogę i samochody grzęzną w błocie. Litości. Zróbcie z tego program do „UWAGI”, czy innego „NA ŻYWO”, a nie trąbcie o tym 10 minut w porze największej oglądalności. I tak wam drogi nie wybudują.
W ciągu ostatnich kilku minut szybkie migawki ze świata. Koniec.

Byłam pewna, że styl wiadomości na BBC jest kompletnie inny. Nie wiem skąd było we mnie tyle wiary w Brytyjczyków, bo ich serwisy informacyjne to nuda przekraczająca nawet Marysię.
Pierwsza wiadomość – śnieg. Jeden reporter nadaje z Yorkshire, drugi z Suffolk, trzeci z Gloucestershire, czwarty gdzieś ze Szkocji, piąty z Belfastu, szósty z Londynu, siódmy z Essex… O, Boże, już wystarczy! Każdy ma do powiedzenia to samo – że śnieg i zimno, i złe warunki na drogach, i nie ma wystarczająco dużo soli, i sakramentalne „nie wychodźcie z domu, jeśli nie musicie”. 15 minut.
Druga wiadomość – premier Gordon Brown został wybrany najgorzej ubranym politykiem roku. Przez następne 10 minut na ekranie migają garnitury, krawaty, skrapetki i butonierki. Normalnie się ubiera – ciemny garnitur, koszula i krawat, co tu krytykować? Gdyby chodził w ubraniach od Armaniego to dopiero by wrzało! Że pewnie z kasy państwa bierze. Albo łapówki przyjmuje. Zanim nadawać o takich bzdetach, lepiej skupiliby się na posłach, którzy rzeczywiście z kieszeni podatników wynajmują sobie luksusowe mieszkania w Londynie i jeżdżą na egzotyczne wycieczki.
Przygotowuję się na przyjęcie ciosu trzeciej wiadomości, ale zostaje mi to darowane – w studiu BBC pojawia się sześcioosobowy chór żołnierzy i przez ostatnie minuty programu śpiewają partiotyczne pieśni. Koniec głównego wydania wiadomości.

Od kilku dni z BBC nie można dowiedzieć się niczego oprócz Haiti. Jeden ekspert od trzęsień ziemi, drugi ekspert od Karaibów, trzeci ekspert od pomocy humanitarnej, czwarty ekspert od… Ja rozumiem, że to straszna tragedia, która zasługuje na odpowiednią ilość pokazywania, komentowania i analiz – ale na litość boską, to już nic innego na świecie się nie dzieje? Śnieg i Haiti, Haiti i śnieg. I krzywy krawat Gordona Browna.

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.