Świat Marty W.

30 Maj 2010

Negocjacje

Filed under: maj 2010 — swiatmartyw @ 6:25 pm

„Youth is a wonderful thing. What a crime to waste it on children.” – George Bernard Shaw

Jedziemy samochodem do teściów, a tu Simon nagle wyskakuje ni z gruszki, ni z pietruszki, ni z żadnego innego owocu lub warzywa: „Kiedy chcesz mieć dzieci?” Miałam na końcu języka, że nigdy, bo rzeczywiście przez całe lata myślałam, że się nie zdecyduję, gdyż instynktu u mnie nie zero, a minus dziesięć nawet, a zegar biologiczny widocznie ma zepsute baterie, bo w ogóle nie tyka – ale ostatnio zaczynam mięknąć, bo a) on bardzo chce, b) moi rodzice bardzo chcą (tak bardzo, że obiecują brać na wakacje, hej! ;), c) jego rodzice bardzo chcą i deklarują nieustanną pomoc. Muszę zmienić swoje myślenie o dzieciach, bo na razie w moim umyśle dziecko = koniec życia, koniec rozrywek, koniec wszystkiego – „wszystkiego”, czyli głównie podróży. Owszem, można podróżować z dzieciakami, ale co to za męka, Jezu Chryste. A to pić, a to jeść, a to spać, a to zabawkę kup, a co to, a dlaczego, a kiedy dojedziemy, a za gorąco, a za zimno…. grrrrrrr i to mają być wakacje? Po drugie, nikt mnie nie zapędzi do ponownego siedzenia w domu – już pracowałam w domu przez ponad półtora roku i już nigdy, powtarzam, NIGDY, nie dam się tak uziemić (tutaj wchodzą Kochani Dziadkowie ;). Po trzecie, co z beztroskimi wieczorami, co ze „Sprawdź, co grają w kinie/ teatrze” i natychmiastowym wyjściem, co z imprezami i tańczeniem do białego rana. Widocznie jeszcze nie dorosłam. Simon, mimo że lekko młodszy ode mnie, najwyraźniej już tak. Tym niemniej, oboje dopiero zaczynamy „karierę” – pojutrze mój pierwszy dzień w nowej firmie, chyba byliby lekko niezadowoleni, gdybym po miesiącu pracy oznajmiła, że jestem w ciąży ;). Długie i żmudne negocjacje zakończyły się następujacym wnioskiem: dziecko za 4-5 lat. I proszę już mi nie suszyć głowy na ten temat Kochana Mamo ;).
Inne negocjacje poszły dużo szybciej – chcemy kupić czarnego Forda Fiestę, dom z jak największym ogrodem, mieć kocura dachowca oraz czarną suczkę labradora  – dokładnie w takiej kolejności (ja bym wolała owczarka niemieckiego, no ale już trudno, Simon przez całe życie miał labradory, więc nie wyobraża sobie innego psa w domu). Oczywiście na to wszystko trzeba mieć pieniądze, których na razie nie mamy, ale rozmarzyliśmy się tak z okazji mojej nowej pracy, dzięki której – jeśli nie będziemy jakoś niesamowicie szaleć – uda nam się trochę zaoszczędzić, bo do tej pory większość obciążenia finansowego spadała na Simona, z czym prawdę powiedziawszy czułam się fatalnie. Zresztą, pomarzyć zawsze dobra rzecz i przynajmniej gdy kiedyś pojawi się kasa, będziemy mniej więcej wiedzieli, na czym stoimy i jakie mamy oczekiwania co do życia :).

Przyjeżdżamy do teściów, gadka-szmatka, poszliśmy na spacer, Simon na przedzie z tatą, ja z tyłu z teściową. Nagle teściowa obejmuje mnie i mówi: „I want to be a grandma!” Jeeeeezu, dajcie mi jeszcze trochę pożyć ;)).

PS. Simon: „Jeśli będzie dziewczynka, to zbuduję jej domek dla lalek i zrobię małe mebelki, a jeśli chłopczyk, to zbuduję taki mały pociąg i szyny, i najpierw razem go pomalujemy na różne kolory i…” – krótko mówiąc, potrzebni mu kompani do zabawy ;)) potem trochę dorosną i razem będą walczyć z obcymi galaktykami i zabijać zombie…

Reklamy

28 Maj 2010

Przypowieść o gadatliwym taksówkarzu i mądrym szefie

Filed under: maj 2010 — swiatmartyw @ 9:56 am

Powiedzmy sobie szczerze – moja nowa firma znajduje się na zadupiu, do którego trudno trafić. Dzień przed rozmową o pracę usiłowaliśmy się z Simonem zorientować, jak tam dojechać, ale nawet googlemaps odmawiały współpracy, wskazując na punkt w środku niczego. Wyglądało, że przez pola w kaloszach iść trzeba.
Postanowiłam wziąć taksówkę, wierząc, że profesjonalista będzie wiedział, gdzie to, bo spóźnienie się na rozmowę o pracę raczej nie robi dobrego wrażenia.

W Anglii jest tak, że po zamówieniu taksówki dana firma od razu wysyła potwierdzenie na komórkę, a gdy samochód już czeka pod domem, przychodzi kolejny sms z dokładnym opisem, jaka marka, jaki kolor, jaka tablica rejestracyjna. Wsiadam do wskazanego srebrnego forda, podaję taksówkarzowi adres na kartce, a on pyta: „A gdzie to?” Aż mnie zmroziło ze strachu – czyli jednak te kalosze! ;) Zaparkował, wyjął GPSa, wstukał adres, myślał, myślał, kombinował, w końcu mówi: „Chyba wiem!” To „chyba” lekko mnie zdenerwowało, no ale nic, jedziemy. Kątem oka widziałam, jak ogląda mnie w lusterku. Trwało to dłuższą chwilę i też mnie irytowało. Od razu zobaczyłam, że to Turek i wyobraziłam sobie, że chce mnie na trzecią żonę ;).

– Czemu taka elegancka? – przemówił taksówkarz, gdy już mnie sobie obejrzał

Zaczęliśmy gadać… i przegadaliśmy całą drogę, facet jest bardziej gadatliwy niż ja, o co na tym świecie raczej trudno. Skarżyłam się, że już tyle czasu szukam pracy i nic, dopiero pierwsza rozmowa w ciągu pięciu miesięcy i to pewnie dlatego, że jestem Polką, bo jaką ogólną opinię mają Polacy w Anglii każdy wie. On na to, że jemu też było ciężko, bo na Turków patrzą równie podejrzliwie, że chociaż mieszka tutaj od ponad 10 lat zawsze czuł się gorszy itd. W końcu założył restaurację, a taksówką jeździ dodatkowo, bo „sama wiesz jakie tu są ceny” (oj, wiem, oj wiem!!). Gdy już się wyżaliliśmy na losy emigrantów, pan taksówkarz mówi tak:

– Jeśli nie dostaniesz tej pracy dzisiaj, idź do banku Halifax i powiedz managerowi, że znasz cztery języki. To mój znajomy i na pewno cię zatrudni, bo wiem, że kogoś szukał. Nie ważne, że nie masz doświadczenia w bankowości, nauczysz się. A jak przyjdę do banku i ciebie tam zobaczę, zapraszasz mnie na obiad! :)

Dał mi swoją wizytówkę, życzył powodzenia, a odjeżdżając przestrzegł:

– Pamiętaj, szukając pracy staraj się o stanowiska trochę gorsze od twoich kompetencji. W ten sposób łatwo zdobędziesz pracę i potem szybko awansujesz i będziesz robić to, co rzeczywiście chciałaś robić. A jeśli będziesz się starać o stanowiska odpowiadające twoim umiejętnościom, minie kolejne pięć miesięcy!

Hmm… czy ja wiem, może coś w tym jest. Rzeczywiście, przez pierwsze trzy miesiące starałam się o pracę project managera, czyli to, co robiłam dotychczas, tylko w większych firmach  – i było zero odzewu. Z drugiej strony jednak, przez kolejne dwa miesiące spuściłam z tonu i ubiegałam się o posadę asystentki w firmach dużych i małych, i co, też nic.

Gdy okazało się, że pracę dostałam, wysłałam panu taksówkarzowi smsa, że jednak nie muszę iść do banku Halifax, ale zapamiętam na przyszłość :). Odpisał od razu:

„I am so glad you got the job, I am very happy for you. Hope to see you soon”.

Pewnie, jeśli będziemy potrzebowali taksówki, na pewno do niego zadzwonię, chyba przyniósł mi szczęście :).

Nie wiedziałam, jak zacząć rozmowę z moim szefem, jak mu powiedzieć, że odchodzę. Gabriele jest jednym z najsympatyczniejszych i najzabawniejszych ludzi, jakich spotkałam w życiu. Świetny szef, świetny przyjaciel. Zaczęłam tradycyjnie, czyli od grobowego „Mam złą wiadomość”. On: „Poczekaj, najpierw usiądę, co by nie zemdleć… ok, już siedzę, wal śmiało!” Myślałam, że wybuchnie, że powie mi jaka jestem niewdzięczna, paskudna i ogólnie zła. A on tylko: „Super, bardzo się cieszę, że ci się udało. Na twoim miejscu zrobiłbym to samo! Ile można siedzieć w domu? Powodzenia!” No nie, ludzie, takich szefów, to ze świecą szukać! Grazie mille, Gabriele :). Wciąż będę dla niego tłumaczyć i oczywiście pomogę za każdym razem, gdy będzie miał jakieś pytania – na razie umówiliśmy się tak, że przez pierwszy miesiąc będę sprawdzać maile codziennie i służyć wiedzą zakumulowaną podczas mojej prawie trzyletniej kariery w tej firmie :).

Dzisiaj jedziemy do „teściów” na przedłużony weekend (w poniedziałek Spring Bank Holiday), a od wtorku zaczynam Nowe Życie. Dopiero będę miała dużo tematów do opisywania! Czuję, że w moim życiu zaczyna się bardzo ciekawy rozdział i jako czytelnicy będziecie mi w nim towarzyszyć :).

26 Maj 2010

Dzień Matki

Filed under: maj 2010 — swiatmartyw @ 11:04 am

Sprawdziłam w Wikipedii i prawie w każdym kraju obchodzi się Dzień Matki w innym dniu, a w Wielkiej Brytanii oraz Irlandii święto to jest ruchome (czwarta niedziela postu). Poniżej przedstawiam moją ulubioną piosenkę na cześć mam – niestety nie znalazłam nagrania z koncertu, więc poniższy amatorski klip zrobiony przez delfinę00 musi wystarczyć – można też zamknąć oczy i wsłuchać się w słowa…

„Nie ma jak u mamy, ciepły piec, cichy kąt
Nie ma jak u mamy, kto nie wierzy, robi błąd.
Nie ma jak u mamy, cichy kąt, ciepły piec
Nie ma jak u mamy, kto nie wierzy jego rzecz!”

Znam jeszcze: „A ja wolę moją mamę, co ma włosy jak atrament, złote oczy jak mój miś…” :D

Wszystkim Mamom, życzę cierpliwości do nas, dzieciaków! :)

24 Maj 2010

Urodziny

Filed under: maj 2010 — swiatmartyw @ 11:17 pm

Minął kolejny rok, a ja wciąż czuje się młodo :). Co prawda, czasami patrzę na zdjęcia moich koleżanek i myślę sobie „Jezu, jak ona się postarzała!! Ja też tak wyglądam??” Potem patrzę w lustro i usiłuję przekonać samą siebie, że skąd, że fiu fiu, że wszyscy, tylko nie ja… a potem dopatruję się kolejnej zmarszczki mimicznej i muszę przyznać, iż jam też nadgryziona zębem czasu ;).

Simon zorganizował mi wspaniałe przyjęcie urodzinowe, nie mogłam uwierzyć, że aż tak się postarał, a ja nie musiałam nawet palcem kiwnąć. Zaprosił znajomych, kupił wszystko na grilla, elegancko przygotował stoły i krzesła w ogródku, rozwiesił balony z napisem „Happy Birthday”, a nawet zmusił naszą wspólną koleżankę, żeby zrobiła mi tort ;). Po jedzeniu, piciu i dmuchaniu świeczek (było ich dużo mniej niż mam lat, kochany Szymek! ;), pojechaliśmy do kilku klubów, żeby zakonczyć w moim ulubionym – nic takiego, mała sala, lekko śmierdząca potem, drinki strasznie drogie, ale siedzi w niej facet, który genialnie, genialnie gra na fortepianie i równie genialnie śpiewa. Atmosfera jest super, wszyscy ryczą na cały głos (tylko oczywiście nie ja, bo nic nie znam – muszę, cholera, bardziej się brytyjską muzyką zainteresować), przytupują, podskakują. Nigdy nie widziałam, żeby ktoś się tam upił, widocznie miłośnicy fortepianowych dźwięków nie chleją na umór ;).
Tym razem też było super, zwłaszcza gdy Simon zamówił dla mnie „Happy Birthday”, a że wskazał, dla kogo to, od razu podświetlił mnie reflektor i śpiewała mi cała sala ;). Potem poprosił również o jego ulubioną „fortepianową” piosenkę, „Tiny Dancer” Eltona Johna. Oczywiście wszyscy znali słowa, a ja utknęłam na „Hold me closer, tiny dancer…” ;). Bardzo, bardzo udany dzień/ wieczór/ noc.

Moje urodziny wypadają tak naprawdę dzisiaj i dobry Pan Bóg postanowił zrobić mi nielada prezent – nową pracę. Po bitych pięciu miesiącach bezowocnych poszukiwań, frustracji i nawet chyba lekkiej depresji, wreszcie ktoś dał mi szansę zaprezentowania się na rozmowie i zrobiłam wszystko, żeby się udało. I udało się. Wciąż nie mogę w to uwierzyć, zaczynam w przyszłym tygodniu, najpierw sześć tygodni intensywnego szkolenia, a potem „prawdziwa” praca. Co będę robić? Sama dokładnie nie wiem. Moja pozycja nazywa się Web Event Specialist, czyli że niby specjalistą będę ;) tylko nie bardzo wiadomo od czego. Okaże się w przysłowiowym praniu. Najważniejsze dla mnie jest to, że dzień w dzień będę używała niemieckiego i hiszpańskiego do rozmów z/ pisania mailii do klientów firmy. Poza tym, czuję, że mam tam naprawdę dużo szans na awans/ rozwój/ naukę nowych rzeczy. Nie mogę się doczekać pierwszego dnia :). Wreszcie wyjdę do ludzi, hurra! Koniec z gotowaniem obiadków i układaniem simonowych skarpetek w równe stosiki :D.

Czego sobie życzę? Zdrowia i miłości, reszta jakoś się ułoży!

21 Maj 2010

Maskotka

Filed under: maj 2010 — swiatmartyw @ 9:29 am

Kilka tygodni temu zarejestrowałam się jako potencjalny wolontariusz na czas Olimpiady w Londynie w 2012 roku. Trzeba było wypełnić kilka formularzy, dokładnie napisać, co się umie, czego się nie umie, co się chce robić itd. Oczywiście zależy mi na zostaniu tłumaczem, do którego obowiązków należy między innymi wybawianie zagubionych kibiców z opresji, tłumaczenie ustne w szpitalach, gdyby ktoś źle się poczuł itd.

Po zarejestrowaniu się, dostałam maila z wiadomością, że będą mnie informowali na bieżąco i gdy tylko zaczną szukać osób z konkretnymi umiejętnościami, od razu się ze mną skontaktują.

Wczoraj dostałam pierwszego maila. Organizatorzy pytają, czy nie miałabym ochoty… zabawiać publiczności przed, w trakcie i po konkurencjach chodząc w przebraniu Maskotki Londyn 2012 :D :D. Widocznie moje CV nadaje się tylko do tego :D. Obie Maskotki, szczerze powiedziawszy, są okropne:

Wenlock oraz Mandeville

Mają po jednym oku na cześć London Eye, a to światełko na głowach to ukłon w stronę londyńskich taksówkarzy.

Najpierw dostałam histerycznego ataku śmiechu i wyłam przez 5 minut. Potem zaczęłam się zastanawiać… Jako tłumacz nawet nie wejdę na stadiony… Maskota wejdzie wszędzie i w przerwach między robieniem z siebie idioty, można obejrzeć konkurencje! Jako tłumacz, nie spotkam żadnej gwiazdy (czyt. słynnego sportowca, nie chodzi o Paris Hilton ;), bo zatrzymają mnie ochroniarze… a kto się boi Maskoty? Kto by nie chciał zrobić sobie z nią zdjęcia na pamiątkę? ;) No i… Maskoty są pokazywane w telewizji! ;) Jeśli zobaczycie Wenlocka machającego z całej siły do kamery i usłyszycie zduszone: „To ja, Marta!!”, będziecie wiedzieli, o co chodzi :D.

Chyba jeszcze to przemyślę :D

PS. Simon: „COOL!!! I will register as well!” ;)

Nasza pszczółka

Filed under: maj 2010 — swiatmartyw @ 9:07 am

Już wiecie, że mam fisia na punkcie sportu (czyt. kibicowania, broń Boże uprawiania czegokolwiek! a kysz, a kysz! ;), więc będziecie musieli mi wybaczyć ten wpis – nie potrafię się powstrzymać, mój patriotyzm się tego domaga :).

Gdy przed wyścigiem F1 w Monako brytyjscy prezenterzy opowiadali, że dzień wcześniej odbyła się impreza charytatywna i Robert Kubica przekazał 300 tysięcy funtów na rzecz jakiejś tam organizacji, o mało nie pękłam z dumy, prawie jakbym to ja miała taki gest, a nie on ;). A potem zrobiło mi się jeszcze lepiej, bo z komentarzy wynikało, że dwaj brytyjscy kierowcy, Lewis Hamilton i Jenson Button, nie dali nic :D. Skąpiradła jedne, tyle milionów zarabiają – i to nie tylko na samej F1, gęba Hamiltona patrzy na mnie dosłownie z każdego produktu, a ostatnio wziął się również za reklamowanie banku Santander.

Ale ja nie o tym, ja o naszej pszczółce chciałam pisać ;)




Trzecie miejsce, hurra!

Wszystkie zdjęcia pochodzą z Grand Prix Monaco i zostały zrobione przez Richarda Jonkmana & Darrena Jefforda. Wzięłam je ze strony Fan Klubu, do którego oczywiście należę :).

Robert, Robert!! Simon mowi na niego „Bumblebee” albo po prostu „Bob” :D. A ja… na pierwszej lekcji polskiego tłumaczę moim uczniom alfabet, a potem ćwiczymy czytanie na takich oto przykładach:

Lech Wałęsa
Jan Paweł
Robert Kubica…

19 Maj 2010

Tchórze dwa

Filed under: maj 2010 — swiatmartyw @ 4:18 pm

Zarejestrowałam w Wielkiej Brytanii własną działalność gospodarczą i zaczęłam się ogłaszać. Niemal od razu zgłosił się niejaki Sam, na lekcje polskiego. Nauczona doświadczeniem, pytam, drogą mailową, czy ma dziewczynę Polkę, a on na to, że tak, Magdę, która gdy się zdenerwuje, krzyczy na niego po polsku ;).

Umówiliśmy się na dzisiaj. Najpierw byłam bardzo zadowolona, że oto znalazł się następny uczeń, ale potem dopadły mnie wątpliwości. Na internecie może znaleźć mnie każdy, ciekawe, co to za jeden? Brzmi może trochę głupio, ale co, mało to psycholi na świecie? W dodatku, ponieważ siedziba mojej „firmy” znajduje się u mnie w domu, jestem z uczniami sam na sam – i krótko mówiąc, w razie czego nikt mi nie pomoże.

Simon o mało nie umarł ze śmiechu, gdy mu o tym powiedziałam. Popukał się w głowę i powiedział, że naoglądałam się za dużo „Medycyny Sądowej” na Discovery (mamy i mój ulubiony program ;). Łatwo mu mówić, ma 1,83 wzrostu i mięśnie, a ja co. W akcie desperacji już chciałam dzwonić do tego Sama i umówić się w parku, żeby najpierw go wybadać. Ale jak to by wyglądało… no i co, tablicę pod pachą przyniosę? Postanowiłam… schować mały ostry nóż w książce… strzeżonego Pan Bóg strzeże. Nie śmiejcie się, sama w domu z obcym facetem – moje zachowanie wcale nie było tak irracjonalne jak się może wydawać.

Przyszedł. Bardzo przystojny. 22-24 lata. Hindus z pochodzenia, ale mówi z perfekcyjnym brytyjskim akcentem. Jeszcze wyższy od Simona, lecz postury raczej koguciej. Wesoły, uśmiechnięty. Mieliśmy super lekcję, chłopak ma talent, nawet „dź” i „szcz” dobrze wymawiał, a jak ładnie „rrrrrr” mu wychodziło :). Podnoszę książkę, żeby coś mu pokazać….. i WYPADA Z NIEJ NÓŻ!!! :D :D. Dostałam ataku śmiechu, w końcu mówię:

– Pewnie pomyślisz, że jestem kompletną idiotką, ale ten nóż to był w razie czego, np. gdybyś okazał się mordercą!

Sam bez cienia zdziwienia:

– Świetnie cię rozumiem, ja też się trochę bałem tu przyjść! Koledzy pukali się w głowę i mówili, stary, idziesz do czyjegoś mieszkania, obca osoba, a jak to wcale nie jest dziewczyna, tylko facet i cię obrabuje albo co??
Ci jego koledzy chyba widzieli naszą reklamę „Ja też mam 12 lat” ;).

Śmialiśmy się przez dobre 10 minut :).

Tym razem się udało, ale tak na przyszłość… sama nie wiem, może pierwsze spotkanie rzeczywiście powinno się odbywać na neutralnym terenie. Pewnie jestem panikarą, ale psychole naprawdę są wśród nas, obejrzcie sobie „Medycynę Sądową”! ;).

PS. Simon dzwoni po lekcji, żeby sprawdzić, czy żyję (zmusiłam go do tego, gdybym nie odebrała, miał dzwonić na policję ;). Wszystko mu opowiedziałam. Jego komentarz: „Naprawdę miałaś nóż w książce??? On też się bał??? You need to grow up, guys!” ;). I kto to mówi, osoba, której ulubionym sposobem spędzania wolnego czasu jest granie w wojnę między galaktykami :D.

11 Maj 2010

Elo, ziom!

Filed under: maj 2010 — swiatmartyw @ 12:17 pm

Do mojej szkoły językowej zgłosiło się dwóch Anglików z zapytaniem o lekcje polskiego. Od razu sobie pomyślałam, że albo mają polskich pracowników i nie potrafią się z nimi porozumieć, albo chodzi o miłość, gdyż jak wiadomo Polki fajne są ;). Sprawdził się drugi wariant – jeden żeni się z niejaką Joanną, a drugi jest jego najlepszym kolegą i musi, biedaczysko, wygłosić na weselu przemówienie po polsku, bo rodzina panny młodej po angielsku ani be, ani me. Mam niecały rok, żeby zrobić z nich Mickiewiczów dwóch ;).

Wczoraj mieliśmy pierwsze zajęcia. Zaczęło się strasznie, bo od alfabetu. Choć interesuje ich głównie podejście komunikacyjne, czyli jak najwięcej konwersacji i gramatyka ograniczona do minimum, stwierdziłam, że litery znać powinni, chociaż niech im się przyjrzą parę razy. „Ą” jeszcze jakoś przełknęli, lecz już przy „ę” zaczęły się problemy. Obaj są przezabawni, więc nieźle się uśmialiśmy, ale fakt faktem, że to „ę” ich załamało. A potem było tylko gorzej – o ile „ż” i „ź” wyszło w miarę dobrze, to już takich cudaków jak „dz”, „dż” i „dź” nie dało rady wymówić. Pocieszałam ich, że początki zawsze są trudne, a oni tylko smutno kiwali głowami ;).

Przy okazji wyszło na jaw, iż lingwiści inaczej patrzą na świat :). James jest z tą dziewczyną już kilka lat, a nie wiedział, że w języku polskim istnieją rodzaje rzeczownika. Mój Simon co prawda nie mówi po polsku, ale ma całą masę teoretycznych informacji, które – tak myślę – ułatwiłyby mu naukę, gdyby chciało mu się wreszcie ruszyć tyłek i trochę poczytać. Obu panów załamał fakt, że „wieczór” to „on”, a „noc”, to ona. „But why, WHY?!?!” – wrzeszczeli jeden przez drugiego ;). Nie chciałam o tym wspominać już na pierwszych zajęciach, co by nie wywoływać niepotrzebnej paniki – sami się wrobili, bo zapytali czemu „dobry” wieczór, ale „dobra” noc.

Skończyło się pozytywnie, bo dialogiem: „Cześć, jestem James. Jak masz na imię?”, „Jestem David. Miło mi”, oraz „Dzień dobry, nazywam się James. Jak się pan/ pani nazywa?” – które to dialogi obu panom udało się opanować perfekcyjnie, więc byli zadowoleni. I ja też. Przyznaję, zdania są nieco sztywne i sztuczne, ale od czegoś trzeba zacząć – „Elo, ziom!” raczej nie przeszłoby na weselu ;).

10 Maj 2010

Uwagi dobrodusznie złośliwe

Filed under: maj 2010 — swiatmartyw @ 8:48 am

Zanim przejdę do Meksyku, muszę opisać to, co zastałam w domu. Znacie tę  piosenkę?

„Baby, ach te baby, człek by je łyżkami jadł. Co tu łgać, co tu kryć, spróbuj bez baby żyć – gdy ci się uda taka sztuka, toś jest chwat!”

O prawdziwości powyższego tekstu boleśnie przekonał się Simon. Gdy pisał mi smsy o treści: „Bardzo za tobą tęsknię, bez ciebie nic nie ma sensu”, myślałam, naiwnie, że chodzi mu o wyjścia, imprezy i rozrywkę ogólnie. Błąd. Beze mnie nic nie miało sensu.

Już na stacji stwierdziłam, że wyszedł po mnie jakiś długowłosy hippis. Miał iść do fryzjera zaraz po moim wyjeździe, ale przecież nie miało to sensu, więc nie poszedł. Bujna czupryna zaczęła opadać mu na oczy, ale zamiast oddać się w ręce specjalistów, nauczył się ją automatycznie odgarniać ;).

Po wejściu do domu zobaczyłam buty rozrzucone po całym przedpokoju, mimo elegancko zainstalowanej szafki. Potem było już tylko gorzej. Łazienki mogły konkurować z toaletami publicznymi w Pekinie, w lustrach nie było nic widać, bo zostały zaplute pastą do zębów, dywany się kleiły, na kanapie leżały wgniecione resztki chipsów, a w kuchni walały się niezliczone wprost opakowania po pizzy i puszki/butelki po piwie. Przed dwa tygodnie jadł tylko pizzę, bo gotowanie beze mnie nie ma sensu. Pił głównie piwo, bo kupowanie innych napojów beze mnie nie ma sensu. Nie sprzątał i nie odkurzał, bo… tak, zgadliście, bez sensu przecież! Jedynie ubrania miał uprane, uprasowane i ułożone w kosteczkę – chociaż tyle, pewnie po to, żeby jego szef nie zauważył, że baba wyjechała (choć te włosy…) ;).

W sobotę jeszcze odpuściłam, ale w niedzielę, dzień święty, zapędziłam go do roboty, a że co cztery ręce to nie dwie, a poza tym nagle sens się znalazł, w ciągu godziny dom zaczął lśnić i pachnieć. Potem obejrzeliśmy F1, pojechaliśmy na spacer, poszliśmy na kawę z lodami, powygrzewaliśmy się nad pobliską rzeczką… Zasypiając Simon wymamrotał: „Kocham cię… porządkujesz mi życie”. Ciekawe, czy zamiast „życie”, w pierwszym odruchu miał ochotę podstawić „mieszkanie” ;).

8 Maj 2010

Po podróży

Filed under: kwiecień 2010,maj 2010,Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 5:07 pm

Miałam pisać dzień w dzień, ale plan ten wziął w łeb z trzech powodów, logicznie ze sobą powiązanych. Po pierwsze, aby móc zwiedzić cały kraj, codziennie wstawaliśmy o 6:30 rano (czasami nawet o 5:20), więc gdy ok. 21:00 wreszcie udało się zjeść kolację, padałam półżywa na łóżko i nie miałam siły na nic. Po drugie, kafejki internetowe były drogie. A po trzecie, zdałam sobie sprawę, że od wielu, wielu lat nie spędziłam ani jednego dnia bez komputera. Bez sprawdzania wiadomości, portali społecznościowych i mailii. Bez denerwowania się głupotą niektórych artykułów lub komentarzy. Doszłam do wniosku, że przecież jestem na wakacjach, więc po co mi to. A teraz wróciłam i znowu jestem pełna zapału do pisania oraz miłości do cyberprzestrzeni.

Wycieczka była bardzo udana, aczkolwiek – ze względu na wielkość Meksyku i związane z tym długie przejazdy autokarem – trochę męcząca. Codzienne wstawanie o nieludzkiej jak dla mnie porze (mimo, żem skowronek) powodowało, że potem, zamiast słuchać, co opowiada przewodnik, przesypiałam z obciachowo otwartą gębą praktycznie wszystkie przejazdy. Budziłam się, wysłuchiwałam kilku zdań o Aztekach, i znowu odpływałam. Większą ruchliwość wykazywałam jedynie podczas przerw na toaletę – wiadomo jak to jest na wycieczkach, człowiek jak piesek, jak go wyprowadzają, to sikać musi. A potem znowu do autokaru, pięć minut skupienia na historii Meksyku i znowu w objęcia bogów (pewnie jakiegoś mieli od snu, ale skąd mam wiedzieć, przecież wszystkie opowiadania przespałam).

Wróciłam dopiero cztery godziny temu, po okropnej, koszmarnej podróży, podczas której – dla odmiany – nie zmrużyłam oka ani na chwilę. Nie spałam od ponad 24 godzin i zaczyna szumieć mi w głowie jak po wypiciu mocnego wina. Jednocześnie walczę z moim organizmem, bo jeśli usnę teraz, o 17:00, to obudzę się w środku nocy i tak będziemy się bawić przez kilka dni. A przecież w poniedziałek do pracy.

Gdy już trochę oprzytomnieję, wszystko elegancko opiszę i zamieszczę stosowne zdjęcia. Na razie czekam, aż chłop mi obiad zrobi i poda pod nos, a pewnie i nakarmi, bo zapadam w letarg. Meksykańskiego żarcia mam dosyć na pół roku. Pierogów mi nie ulepi, ale coś tam pichci w kuchni ze śpiewem na ustach, więc nie jest źle :). Facet w kuchni to aktualnie najcudowniejszy widok dla moich zamykających się oczu i żołądka wymęczonego ohydnym jedzeniem podawanym w Continental Airlines.

Blog na WordPress.com.