Świat Marty W.

26 listopada 2011

Szaleństwo Simona W.

Filed under: listopad 2011 — swiatmartyw @ 10:03 pm

Brak natchnienia pomieszany z lenistwem sprawił, że nie pisałam już od bardzo dawna. Ku mojemu zdumieniu otrzymałam piętnaście „skarg” – większość od ludzi, których nie znam osobiście – że dlaczego nie piszę, że mój blog poprawiał im humor, a teraz co, że mam przestać się lenić, ruszyć szarymi komórkami i coś spłodzić. Nastała ku temu świetna okazja, gdyż powiększyła nam się rodzina i od środy jest nas trójka. Mamy chłopczyka – słodkiego, przyjacielskiego rozrabiakę, który wchłania w siebie zatrważające ilości jedzenia. A wygląda tak:


Od dawna chciałam mieć kota, ale Simon, choć kocha zwierzęta, nie był tym pomysłem zachwycony – głównie dlatego, że całe dni pracujemy, a wieczorami przeważnie nas nie ma, bo a to siłownia, mój kurs włoskiego lub jego kurs polskiego, a to drinki ze znajomymi, pub quiz, kino, kolacja… a w weekendy prawie zawsze gdzieś jeździmy. A zwierzak wiadomo, sam być nie lubi.

Ostatnio byłam lekko przybita, bo ni z tego, ni z owego tak bardzo zaczęłam tęsknić za Gdańskiem, że aż mi się zdarzało popłakiwać w kącie. Super było podróżować po świecie i mieszkać w różnych krajach – nigdy nie zapomnę Sylwestra pod palmami Dominikany, pierwszej randki z Simonem na Wielkim Murze, picia mleczka kokosowego na plaży w Tajlandii… nie żałuję ani dnia, ale po 6 latach poza krajem nagle strasznie zachciało mi się być „u siebie”. Rozumieć naprawdę wszystko, co mówią w telewizji czy piszą w gazetach; rozumieć wszystkie żarty; rozumieć odnośniki kulturowe; rozumieć te ich durne akcenty… Było mi do tego stopnia źle, że chciałam się spakować i wracać. Wykrzyczałam Simonowi, że mam dosyć mieszkania w tej beznadziejniej wiosce z dwoma ulicami na krzyż i jednym mega drogim kinem, chodzenia do ciągle tych samych beznadziejnych klubów, że ja potrzebuję rozrywki, teatrów, dużego miasta, morza… i że to wszystko jego wina. Wszystko. Właśnie tak.

Simon zareagował kupnem biletów na jedną z najpopularniejszych sztuk na West Endzie, „Kobieta w czerni”, i zabraniem mnie na cały weekend do Londynu. Mamy tam wielu znajomych, więc wybawiliśmy się i wytańczyliśmy za wszystkie czasy, było naprawdę fantastycznie. Spektakl zrobił na mnie takie wrażenie, że wrzeszczałam ze strachu jak mała dziewczynka i prawie wypięłam się pupą do sceny jak za dawnych lat (mama wie, o co chodzi ;). Ustaliliśmy, że co wtorek będziemy chodzić na romantyczną kolację, a potem do kina, a co weekend na imprezę z prawdziwego zdarzenia. Ni stąd, ni zowąd Simon zaczął planować kupno mojego wymarzonego domu (głupie 400.000 funtów, czyli 2 miliony złotych – będziemy go spłacać chyba jeszcze po śmierci…), zorganizował Sylwestra w Belfaście, ze zdwojoną energią zabrał się za naukę polskiego… a gdy któregoś wieczoru wypaliłam, że chcę mieć kota, i to teraz, zaraz, JUŻ!!! zgodził się od razu.

„Możemy mieć kota, ale nie będę płacił za jego utrzymanie”

Poszliśmy do schroniska, wchodzimy do klatek z kotami, zaraz obok klatek z psami. Ja w ryk, bo wszystkie od razu przybiegły do drzwi i zaczęły się łasić i miauczeć, a przecież wszystkich wziąć nie możemy. Stałam jak słup soli w rogu i ryczałam, a Simon z każdym się pobawił, z każdym „porozmawiał”, przeczytał opisy na klatkach… a potem pięć minut mnie pocieszał, że co prawda nie weźmiemy wszystkich, ale dzięki nam choć jeden będzie miał wygodne życie. Zza ściany łez zobaczyłam, że jeden kotek spodobał się Simonowi trochę więcej niż inne. Widać było, że bardzo starał się zrobić na nas dobre wrażenie, bo prawie tańczył i robił akrobacje w swojej klatce. „Who’s putting on a cute show?”, zachwycał się Simon – a mi już było wszystko jedno, chciałam jak najszybciej stamtąd wyjść i nie słyszeć rozpaczliwego miauczenia kotów i wykańczającego mnie wycia psów.

Idziemy do recepcji, mówimy, że chemy wziąć takiego a takiego kota. Ha! Nie wiem, jak to wygląda w Polsce, ale tutaj trzeba się nadawać na właściciela – i w sumie słusznie. Musieliśmy wypełnić czterostronnicową aplikację, a potem mieliśmy rozmowę z… psychologiem. Czy zdajemy sobie sprawę, że ten kot ma dopiero dwa lata i będzie żył jeszcze około 11 lat? Czy rozumiemy, że na pewno nam coś w domu zniszczy, bo tak to już po prostu jest? Czy jesteśmy pewni, że stać nas na utrzymanie, które obejmuje nie tylko jedzenie i piasek do kuwety, ale również szczepienia, ubezpieczenie, leczenie w wypadku choroby? Co stałoby się z kotem, gdybyśmy zdecydowali skończyć nas związek? Czy jest coś, co by spowodowało, że oddalibyśmy kota z powrotem do azylu? Jeeeezu, męczył nas prawie godzinę. Ale to dobrze – przynajmniej ludzie, którzy nigdy wcześniej nie mieli zwierząt mają szansę lepiej zrozumieć, co ich czeka.

Zakończyliśmy test psychologiczny i… odesłali nas do domu bez kota. Powiedzieli, że mamy to sobie jeszcze przemyśleć i wrócić za kilka dni. Na razie nam go zarezerwują za opłatą 20 funtów, bezzwrotną oczywiście.

Pojechaliśmy do wielkiego sklepu „Pets at home” i… tam rozpoczęło się szaleństwo Simona W. Ponieważ wcześniej oświadczył, że nie będzie za nic płacił, włożyłam do koszyka najtańszą karmę, nie jakiś tam Whiskas za nie wiadomo ile, tylko taką z dolnej półki. Simon przeszył mnie morderczym wzrokiem: „Co, karma za 2 funty?? Nasz kot nie będzie jadł takiego gówna!! Musimy mu kupić coś lepszego!” Chciałam się roześmiać, ale postanowiłam siedzieć cicho i czekać na rozwój wydarzeń. Przez następną godzinę w duchu dusiłam się ze śmiechu, a Simon zyskał w moich oczach 100 punktów.

„Który piasek do kuwety chcesz kupić?” – „Może ten…?”, pokazuję nieśmiało na pierwszy z brzegu, a Simon na to: „Nie, lepiej ten obok, zobacz, tu jest napisane <Najnowsza technologia>!” – „Ale on jest 10 funtów droższy…”, szepczę pod nosem. Simon z poważną miną: „No co ty, kotu żałujesz??”

„Która kuweta?” – „Może ta…” – „Taka brzydka?? Daj spokój, musimy mu ładną kupić!!”

„I miejsce do spania musi mieć wygodne… i obróżkę z dzwoneczkiem… i coś do drapania… i zabawki… i klatkę, żeby go przenosić… i suchy pokarm też, bo to zdrowe dla zębów… no i miseczki przecież, trzy, na suchy pokarm, mokry i wodę!”

Przy kasie okazało się, że kot, którego jeszcze nie mamy kosztował nas 162 funty (810 złotych!!). Zrezygnowana wyciągam kartę, a tu Simon rzuca się do kasy i mówi: „Nie, nie, ja zapłacę, w końcu to nasz kot!”

„Możemy mieć kota, ale nie będę płacił za jego ubezpieczenie”

No bo przecież nie jest rasowy, więc na pewno nic mu nie będzie. Dobra, myślę sobie, ja zapłacę, nie są to wielkie pieniądze, a ubezpieczenie lepiej mieć w razie czego. Weterynarze są niesamowicie drodzy w Anglii, byle gie kosztuje zaraz kilkadziesiąt funtów.

Oglądam jakiś tam program, a Simon obok mnie sprawdza coś w internecie. Zaglądam mu przez ramię, a tam… fora, na których ludzie dyskutują o ubezpieczeniach dla kotów oraz otwarte dziesięć stron z różnymi opcjami, opisami, co jest wliczone, a co nie, do jakiej sumy będą płacić za operacje itd. „Myślałam, że nie chcesz płacić za ubezpieczenie?” – „A jeśli jakiś inny kot go zaatakuje? Albo pies nie daj Boże? I trzeba będzie szyć albo co?? A jeśli załapie jakąś chorobę od innych kotów z osiedla?? Wzięliśmy kota, to musimy być za niego odpowiedzialni!!” :D

Nie dał mi obejrzeć programu, bo co chwilę mówił: „Muszę jeszcze dodać koszty akcji poszukiwawczej, gdyby się zgubił – wtedy płacą za drukowanie plakatów ze zdjęciem i opisem, a także akcji ratunkowej, gdyby np. utknął na wysokim drzewie i trzebaby było dzwonić po straż pożarną”.

„Hm”

„I jednak zwiększę do siedmiu tysięcy funtów ubezpieczenie od operacji i jeszcze dwa tysiace funtów za każdą chroniczną chorobę”

„Hm”

„A co myślisz, wrzucić jeszcze koszty kremacji i pogrzebu?”

„???????????????”

:D :D


Ten kot nawet nie wie, jak bardzo jest obkupiony i ubezpieczony od wszystkiego ;)

I love you, Simon :-*

PS. A obecnie nasze życie wygląda tak (wiem, co mówię, bo kot mi właśnie prawie leży na klawiaturze):

Reklamy

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.