Świat Marty W.

28 czerwca 2011

Na poprawę humoru

Filed under: czerwiec 2010 — swiatmartyw @ 6:45 pm

Mój ulubiony były uczeń przysłał mi taki oto link – módlmy się, żeby ten filmik nie był odzwieciedleniem kondycji polskiego kina:

PS. Jutro przedłużanie włosów w chińskim zakładzie… Hmmm…. taniej niż u Anglików, oby jakość nie taka jak podróbek Rolexa w Pekinie… (chociaż działał mi aż rok! ;)

Reklamy

27 czerwca 2011

O tym, jak to różnice kulturowe mogą doprowadzić do płaczu, zgrzytania zębów i niespodziewanych wydatków

Filed under: czerwiec 2010 — swiatmartyw @ 8:29 pm

Przerywam marokańskie opowieści, aby poskarżyć się na teściową. Tak, właśnie tak, poskarżyć, jak skarżypyta bez kopyta.

Gdy miesiąc temu poszłam do salonu fryzjerskiego w naszej wiosce, wyszłam zszokowana. Pani skasowała mnie 30 funtów (ok. 140 złotych), obcięła mi włosy o milimetr zamiast o 4 cm i jeszcze nawet ich nie wysuszyła, bo „nie miała czasu”. O, nie, postanowiłam sobie, idę do teściowej, przecież już kiedyś mi obcinała, będzie dobrze. Chytry dwa razy traci, moi drodzy czytelnicy, a w tym wypadku nawet, jak niedługo się przekonacie, dziesięć razy.

Ponieważ teściowie mają we wszystkich łazienkach głupie dywany, salon fryzjerski zrobiłyśmy w kuchni – w której oczywiście nie ma lustra. Tnie, tnie, miło sobie rozmawiamy, tnie, tnie. Nawet jakieś warstwy jej wyszły, mówi, nie tak „na krechę”. Super, myślę sobie naiwnie. Czas mija… Coś już długo tnie jak na te 4 cm, no ale nic, pewnie wyrównuje. Hmmm…. no niemożliwe, żeby aż tak długo. Zaczynam się niespokojnie wiercić i przeczuwam tragedię. Dotykam włosów, tzn. miejsca, gdzie kiedyś były włosy… a tam pustka, powietrze. Lecę do lustra i… odbiera mi mowę. I teraz hit tygodnia – teściowa nie wiedziała, co to znaczy 4 centymetry, więc obcięła 4 cale, czyli 10 cm… Słownie: dziesięć centrymetrów. Pół życia miałam włosy do pasa, ostatnio nosiłam powiedzmy za biust, a teraz…. nie dotykają mi nawet ramion. Wyglądam 10 lat starzej, daję słowo. Pewnie większość z Was sobie teraz chichocze, ale mi raczej nie jest do śmiechu. W piątek idziemy na wielki bal, na który trzeba się odpicować ponad stan, a ja nie mam włosów. Ku przestrodze potomnych, gdybyście kiedyś musieli iść do niezbyt rozgarniętego angielskiego fryzjera – centymetr NIE równa się cal, 4 cm = 1,57 cala…

Co tu zrobić, co tu zrobić. Nawet w kucyk nie mogę ich związać, takie krótkie :-/ Wyjście jest tylko jedno – przedłużanie włosów. Jutro umawiam się na konsultację, mam nadzieję, że w piątek po południu znajdą dla mnie te 4 godziny, żeby do wieczora, na ten bal, wyprowadzić mnie na ludzi. Cena – ok. 300 funtów, bo włosy mam gęste (tzn. miałam). No i tak właśnie, nie chciałam płacić 30 funtów u wioskowej fryzjerki, to teraz mam.

Pamiętacie, gdy pisałam o różnicach między moją mamą a teściową? Dochodzi jeszcze jedna – moja mama wie, co to znaczy centymetr :-/

18 czerwca 2011

Maroko część IV – czyli wielbłądy i wodospady

Filed under: Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 6:35 pm

W dzień moich trzydzie… to znaczy dwudziestych urodzin chcieliśmy wybrać się na nurkowanie – jednak ku naszemu rozczarowaniu nie mogliśmy znaleźć ani pół informacji na ten temat. Skutery wodne, proszę bardzo, motorówki, proszę bardzo, rejsy katamaranem, proszę bardzo – a nurkowania nie było i już.

Z braku laku postanowiliśmy wybrać się na dwugodzinną przejażdżkę wielbłądami. Simon jeszcze nigdy nie jechał na wielbłądzie, więc jemu podobało się jeszcze bardziej niż mi. Nasz wielbłąd nazywał się Atlas i miał 10 lat, twierdził pan przewodnik, który podczas przerwy pozwolił się Simonowi przebrać w swoje wdzianko – no i wyszło tak:

Simon the Camel Rider ;-)

Po południu wybraliśmy się na wycieczkę do jednego z największych wodospadów w Afryce Północnej – oczywiście już nie pamiętam, jak się nazywa, w końcu czwarty krzyżyk mi idzie, czego można się spodziewać ;)
Po długiej i morderczej sesji targowania, wynegocjowaliśmy przyzwoitą cenę i pojechaliśmy nieco rozpadającą się taksówką do wodospadu. Po drodze była Dolina Palmowa:


Z nieba lał się straszliwy żar, dlatego na wszystkich zdjęciach mamy miny dość cierpiętnicze. Chyba nie muszę dodawać, że w taksówce nie było klimatyzacji… ;)

Po dwóch godzinach jazdy, naszym oczom ukazał się wodospad:


Z bliska wyglądał naprawdę fantastycznie:


…ale miał jedną zasadniczą wadę – temperatura wody wynosiła 7 stopni. Brrrr!, krótko mówiąc. Simon – oczywiście – wskoczył od razu, chłopak z północy Anglii przecież ;) a ja… z południowego wybrzeża Bałtyku ;)) więc czaiłam się i czaiłam, zanurzałam jedną nogę, wyskakiwałam… w końcu mówię sobie, za stara jestem, żeby tak się krygować, i siup! do wody. Nie wytrwałam w niej zbyt długo, przyznaję, ale przynajmniej mam satysfakcję. Jeszcze dwa zdjęcia ku pamięci potomnych:


Wieczorem poszliśmy do doskonałej pod każdym względem marokańskiej restauracji. Wystrój super, jedzenie absolutnie przepyszne i pięknie podane, obsługa przemiła. Tylko rachunek zabójczy ;) – no ale trudno, urodziny przecież, poza tym pewnie już nigdy do Agadiru nie pojedziemy.


Urodziny udane!

9 czerwca 2011

Maroko część III – czyli Fiatem Punto przez pustynię

Filed under: Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 10:08 pm

Gdy zdecydowaliśmy się wynająć samochód na cały dzień, zaczęliśmy żartować, że na pewno dostaniemy Fiata Punto. Ha ha ha, Fiatem Punto przez pustynię, ha ha ha. Wybraliśmy sobie Volvo, ale w ostaniej chwili okazało się, że nie ma. Została tylko niezbyt dobra Dacia Logan (tańsza wersja Renault) – no trudno, niech będzie.

Wycofujemy się z parkingu, wjeżdżamy na ulicę i… koniec, drążek nie chce przeskoczyć z rewersu na pierwszy bieg. Szarpiemy, klniemy i nic. Na szczęście pan, który nam to cudo wynajął jeszcze stoi przed hotelem. On też szarpie, klnie i też nic. „Łejt, łejt!!”, krzyczy i, zdenerwowany, chwyta za telefon. Dosłownie za 2 minuty zjawia się jego kolega z… oczywiście, Fiatem Punto. Patrzymy na siebie porozumiewawczo.

W samochodzie nie było ani trochę paliwa, ledwo udało nam się dopchać go na stację. Zatankowaliśmy i hurra, na podbój Maroko!!
Po trzech minutach zatrzymała nas policjant i łamanym angielskim poinformował, że należy się mandat 700 dirham (ok. 65 funtów) za niezatrzymanie się na znaku Stop…


No zgadza się, znak Stop jak byk, ale ponieważ napisane było po arabsku, nasze mózgi tego nie zarejestrowały i znak zignorowały.
Od mandatu uratował nas Wayne Rooney.

Pan policjant: Where from?
Simon: England…
Pan policjant: England? Ah yes, Wayne Rooney, I like! Good play!
Oboje, wietrząc szansę na wymiganie się od płacenia: Yes, he is a very good player, Manchester United hooray!
Pan policjant: Yes, Manchester United very good! OK, you go now. Next time, 700 dirham!

Dzięki, Wayne! ;)

Simon zostawił mnie w spa, a sam pojechał surfować (maksymalnie udało mu się utrzymać na desce 10 sekund, ale radochy miał co niemiara ;). Specjalnością marokańskich spa jest hammam, co po arabsku oznacza „łaźnię”, a  w praktyce oznacza dokładne umycie oraz peeling całego ciała, a na końcu dokładne nawilżanie kilkoma substancjami. Bolesny peeling, dodam, po którym pani z dumą pokazuje zdarte z ciebie warstwy martwej skóry. Moja chyba aż taka martwa nie była, bo wszystko mnie bolało ;) ale nawilżanie i pucowanie było super przyjemne. W przewodniku Lonely Planet pada takie zdanie: „Nigdy przedtem nie byłeś i nigdy więcej nie będziesz taki czysty” – i to w 100% opisuje, jak się czułam. Każdy milimetr mojego ciała został wyszorowany, wypeelingowany i nawilżony – naprawdę każdy milimetr, więc podczas hammamu wstyd trzeba odłożyć na bok.

Następnym przystankiem była miejscowość Sidi Ifni, do której jechaliśmy aż 3 godziny. Tu należy zauważyć, iż marokańskie drogi są rewelacyjne – nie widzieliśmy ani pół dziury, wybrzuszenia, czy też niewyasfaltowanych ulic. Gdyby nie widoki za oknem, byłabym skłonna uwierzyć, że jesteśmy w Anglii ;) A tak przy okazji – wydawało nam się, że poza miastami Maroko będzie pustynią – nic bardziej mylnego:

W drodze do Sidi Ifni

Nie jest to może najlepsze zdjęcie na świecie, lecz pokazuje typ krajobrazu, który na dobrą sprawę mógłby podszywać się pod europejski. Dlatego niepotrzebnie się nabijaliśmy, Fiat Punto wspaniale dał radę ;)

Wreszcie dojechaliśmy, warto było!



Oczywiście cykaliśmy każdemu łukowi po 10 zdjęć, ale oszczędzę Wam tego, bo się zanudzicie. Dość napisać, że było pięknie! Poza tym, mam słabość do oceanów… pociąga mnie ich siła, od razu do nich włażę i chcę się bić z falami ;) Kto ma mnie na Facebooku, ten wie…

CDN

PS. Dziś w nocy wyjeżdżam „do Europy”, jak to mówią Anglicy, czyli do Luksemburga, Francji oraz Belgii. Obiecuję skończyć Maroko po powrocie i nadążyć za teraźniejszością! :)

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.