Świat Marty W.

19 sierpnia 2010

Krytyka angielskiego mini-społeczeństwa

Filed under: sierpień 2010 — swiatmartyw @ 8:05 pm

… po wnikliwej obserwacji moich 300 współpracowników.

Jak już pisałam wcześniej, nigdy nie pracowałam w wielkiej, międzynarodowej firmie w Polsce, więc tak naprawdę nie wiem, jak to wygląda, jakich ludzi przyjmuje się do pracy i czego się od nich wymaga, ale nie chce mi się wierzyć, że jest tak jak w Anglii –

Będąc nieprzeciętną gadułą oraz – co idzie w parze – osobą niezwykle towarzyską, rozmawiam ze wszystkimi naookoło i słucham, co mają do powiedzenia – o sobie, o pracy, o życiu w ogóle. Mimo iż większość jest naprawdę sympatyczna, z przykrością muszę stwierdzić, że nigdy wcześniej nie spotkałam tylu ludzi tak kompletnie pozbawionych ambicji życiowych oraz ciekawości świata. Bez przesady, nie chcę robić z siebie profesora od wszystkiego, ale w moim domu od początku było jasne, że pójdę na studia – nie było się nad czym zastanawiać – rodzice studiowali, dziadkowie studiowali, wujkowie prawdziwi i przyszywani studiowali, ciocie studiowały. Najbardziej naturalna rzecz pod słońcem. Oczywiste było również, że podróże kształcą – i nie chodzi tylko o te dalekie i drogie wycieczki, bo pieniądze raz były, a raz ich nie było, ale wtedy jechało się nad jezioro gdzieś w Polsce albo do rodziny na Białoruś – i też kształciło.

Pośród poznanych przeze mnie w pracy Anglików nikt, powtarzam, nikt, nie ma dyplomu magistra – cztery osoby zrobiły licencjat, ale dalej już się nie chciało. I tutaj ciekawy paradoks – z jednej strony, to właśnie dzięki temu, że jestem magistrem od razu dostałam pracę na całkiem wysokim szczeblu; z drugiej strony, osoby bez wykształcenia –  choć zaczynają od przysłowiowego parzenia kawy – mają możliwość awansu na kierownicze stanowiska.
I tu dochodzimy do przyczyn napięć na linii szefostwo – Marta W. Obie moje szefowe są zaledwie po lokalnym, wioskowym liceum, czyli zakończyły edukację w wieku 17 lat. Po dziesięciu latach pracy zajmują wysokie stanowiska i jeżdżą takimi samochodami, że głowa mała, ale… nie potrafię tego dobrze wytłumaczyć – czegoś im brakuje, jakiejś takiej ogłady, ciekawości świata właśnie, zainteresowań. Co roku obie latają na wakacje na Majorkę i smażą się na plaży przez bite 3 tygodnie, poza tym nigdzie nie były. Pytam szefową szefowej o jej ulubioną książkę (to było jeszcze na początku naszej znajomości, gdy wydawało mi się, że da się z nią utrzymać poprawny kontakt), a ona na to: „Bridget Jones’s Diary”. Ja na to: „Acha. Ale nie chodzi mi o czystą rozrywkę, tylko o bardziej ambitną literaturę”. Ona: „Bridget wygrywa na wszystkich frontach, chciałabym być taka jak ona!”. I to z ust drugiej najwyżej postawionej osoby w firmie. Ja nie twierdzę, że ona źle wykonuje swoją pracę, ale mam wrażenie, że poza znajomością programów komputerowych firmy oraz sprzedawanych przez nas usług, nie ma w tej głowie nic. Murakamiego na pewno by nie zrozumiała :). Zarówno ona, jak i moja bezpośrednia szefowa urodziły swoje pierwsze dziecko w wieku 19 lat. Teraz mają 27 lat, troje dzieci, bez wykształcenia, nigdy nie podróżowały – no nie moja bajka po prostu. Nie mam z nimi o czym rozmawiać, a gdy skrytykowałam jedną z zasad firmy, już przeczytaliście, co się działo. Dla przypomnienia, tutaj.

Czy w Polsce takie osoby mają szansę na zostanie szefami? Podobno założyciel Nokii skończył zaledwie podstawówkę – ale on miał przynajmniej pomysł i wiedział, jak go zrealizować. Moje szefowe nie miały pomysłu, po prostu pięły się po drabinie hierarchii firmowej – ciekawe, czy w Polsce ktoś po wioskowym liceum miałby taką szansę.

Jeszcze o wykształceniu – ktoś mógłby mi zarzucić, że przecież studia w Wielkiej Brytanii są słono płatne i nie każdego stać. A ja mówię na to tak – omalże wszyscy, bogaci i biedni, zaciągają na studia pożyczki studenckie, które są oprocentowane zaledwie 3% w skali roku, a zacząć spłacać należy dopiero wtedy, gdy się dostanie pracę o odpowiednio wysokim dochodzie. Simon też się zapożyczył, choć jego rodziców byłoby stać na te 3 tys. funtów rocznie. Teraz spłaca po 85 funtów miesięcznie i – jak sam mówi – przynajmniej ma satysfakcję, że nie wziął od nich pieniędzy.

Oczywiście, nie każdy nadaje się na studia, i to z wielu powodów. Tym niemniej, ambicja od dyplomu nie zależy – a ja codziennie patrzę na ludzi, którzy od pięciu, siedmiu, ośmiu lat przez 7,5 godziny dziennie odbierają telefony i łączą klientów do różnych konferencji, zadając w kółko te same trzy pytania… patrzę na ludzi, którzy zarabiają 900 funtów miesięcznie i narzekają, że tak mało, ale nie robią nic, żeby się rozwijać, żeby brać udział w szkoleniach, żeby coś zmienić w swoim życiu… patrzę na ludzi, którzy praktycznie nic nie wiedzą o świecie, co boleśnie wychodzi w zwykłych rozmowach – np. dzisiaj jedna z moich koleżanek (i to ta z licencjatem!) musiała zadzwonić do klienta z Genewy i nie potrafiła się połączyć – utknęła przy kodzie międzynarodowym, bo nie miała pojęcia, w jakim kraju jest Genewa… Gdy jej powiedziałam, usłyszałam: „Wow! You’re so clever!”… No rzeczywiście, very clever, pani od geografii nie pozwoliłaby mi skończyć podstawówki, gdybym nie znała takich podstaw.

Czasami mi się wydaje, że jestem z innej bajki. No i w sumie jestem, z innego kraju, z innej kultury, z innym światopoglądem, z inną gradacją ważności. Simon twierdzi, że w Wielkiej Brytanii nie liczy się wykształcenie, tylko umiejętności. Tym niemniej, sam jest magistrem inżynierem, bo czuł „że tak trzeba”. Ja też tak czułam, i wiem, że moi rodzice wyrwaliby sobie włosy z głowy, gdybym nie miała wykształcenia, kiepską pracę i brak wiedzy na temat Genewy…

Reklamy

17 sierpnia 2010

Romans pozamałżeński

Filed under: sierpień 2010 — swiatmartyw @ 9:38 pm

Zakochałam się w innym mężczyźnie. Spędzam z nim każdą przerwę w pracy i cały półgodzinny lunch. Wieczory poświęcam wyłącznie jemu, Simon zszedł na dalszy plan. Zachwyca mnie, bawi, zaskakuje, zmusza do refleksji na tematy, na które wcześniej nie poświęciłam nawet jednej szarej komórki. Fascynuje mnie do tego stopnia, że ostatnio nawet wylądowaliśmy w łóżku – choć ekstaza szybko się skończyła, bo nie potrafię czytać na leżąco, od razu usypiam. Oto mój obiekt westchnień:


I pomyśleć, że do tej pory uważałam Azjatów za nieatrakcyjnych! :) Spijam każde słowo z pióra tego pana i żałuję, ach jak żałuję, iż nie potrafię przeczytać jego genialnych książek w oryginale, i pozostają mi jedynie tłumaczenia profesora Harvardu – na pocieszenie, autoryzowane przez samego Mistrza.

Moja nowa czytelnicza miłość to Haruki Murakami, najbardziej znany współczesny japoński pisarz. Koleżanka zapytała, czy czytałam, ja że kto, co, nic nie wiem, więc poznała nas ze sobą w londyńskiej księgarni… i tak się zaczęło. Czytam w autobusie  – a jest to nielada poświęcenie z mojej strony, bo praktycznie od razu robi mi się niedobrze, gdyż nie mogę czytać w środkach komunikacji miejskiej; ssę miętówkę, głęboko oddycham, żeby nie zwymiotować, i czytam, czytam, czytam, aż dojadę do pracy. Nerwowo odpowiadam na maile, warczę na klientów, żeby już wreszcie sobie poszli i żebym mogła czytać dalej. Gdy zegar wybija 11:00, pędzę na przerwę z książką pod pachą. Nie raz, nie dwa przyszłam z przerwy kilka minut za późno, bo nie mogłam sie oderwać. Wszystkie książki mają plamy po jedzeniu, bo podczas lunchu z nikim nie rozmawiam, nie odpowiadam na powitania nawet, tylko przeżuwam moją kanapkę i czytam, czytam, czytam!

Zaczęłam od książki, która odniosła największy sukces, „Norwegian Wood”, nazwanej tak na cześć piosenki Beatlesów o takim samym tytule:

Polska okładka:


Opis na okładce brzmi okropnie, ale postanowiłam uwierzyć koleżance – mimo że miało być o miłości, czego nie cierpię. Jestem z takich, co reagują alergicznie na książki, filmy i wszystko o miłości, związkach, problemach w związkach, analizach stosunków damsko-męskich itd. Połknęłam tą książkę wraz z obwolutą. Nie mogłam uwierzyć, jak bardzo mi się podobała, mimo że rzeczywiście, dużo o miłości. Tym niemniej, spojrzenie Murakamiego jest tak świeże, tak odmienne od tandetnych dylematów Bridget Jones i jej podobnych, że każde słowo to zaskoczenie, każde zdanie, to odkrycie, każdy rozdział to olśnienie. Nie przesadzam, przeczytajcie sami.

Mam kolegę, Portugalczyka, który studiował w Tokio przez trzy lata. Gdy minęła początkowa fascynacja nowym krajem i kulturą, zaczął się strasznie męczyć, dusić w labiryncie fałszywych grzeczności, nieokazywania uczuć, powierzchownych przyjaźni, niesamowitej presji społecznej, wszechobecnej depresji, przygniatającego tłoku i braku przestrzeni. Nie mógł się również przyzwyczaić, czy też zaakceptować faktu, że tak łatwo o przygodny seks, że mężczyzn najbardziej podniecają kobiety przebrane za uczennice, że jego koleżanki z uniwersytetu akceptowały liczne i oficjalne zdrady swoich chłopaków, „bo tak po prostu jest”. O tym właśnie jest ta książka – z japońską historią w tle, co czyni cały kontekst jeszcze lepiej zrozumiałym.

„South of the Border, West of the Sun” (po polsku: „Na południe od granicy, na zachód od słońca”) podobała mi się średnio – głównie dlatego, że wydawała mi się zbyt podobna do „Norwegian Wood”. Pewnie gdybym przeczytała ją jako pierwszą odniosłabym inne wrażenie.

Obecnie czytam zdecydowanie najlepszą powieść z dotychczasowych, „The Wind-Up Bird Chronicle” (po polsku: „Kronika ptaka nakręcacza”):


Polska okładka:


Jestem na 557 stronie i nie chcę, żeby się skończyła. Przeczytałam kilka recenzji i wynika z nich, że to najtrudniejsza powieść Murakamiego. Czy ja wiem? Jest dziwna, niepokojąca, niesamowicie działająca na wyobraźnię, miejscami tak brutalna, że np. musiałam ominąć dwustronicowy opis tortur – ale niesamowita, znowu z historią w tle, historią tak przecież ciekawą. Po przeczytaniu „Kroniki” najpierw zabiorę się za historię Japonii, a dopiero potem za następne dzieła Mistrza.

Kończę te literackie wynurzenia, muszę czytać, czytać, czytać! Przez chwilę chciałam zacząć uczyć się japońskiego, ale nie, jednak nie, za leniwa jestem. Tym niemniej, przecież każdego ze znanych mi języków obcych nauczyłam się dla konkretnego mężczyzny (motywacja idiotyczna, ale ile z niej pożytku!), więc kto wie…

6 sierpnia 2010

Szlachetne zdrowie…

Filed under: sierpień 2010 — swiatmartyw @ 10:39 am

Od soboty kręciło mi się w głowie i jakaś taka słaba byłam, ciągle tylko spać i spać. W końcu poszłam do lekarza i okazało się, że mam ostre wirusowe zapalenie błędnika, które po angielsku nazywa się acute viral labyrinthitis, gdyby ktoś był zainteresowany :). Podobno te małe włoski w moich uszach przestały przesyłać sygnały do mózgu i ten nie wie, gdzie góra, a gdzie dół – i w związku z tym robi mi w głowie szum, żebym się lepiej nigdzie nie ruszała, bo cholera wie, gdzie ta podłoga ;). Mam leżeć, dużo spać, brać podejrzanie wyglądające tabletki trzy razy dziennie i po prostu się nie przemęczać. Trzydziestka się zbliża, zaczynam się sypać chyba :/

PS. Piszę o tym koledze, a on na to: „How are you trying to get rid of this? I’d probably go for a cup of tea, with milk of course. That’s a Yorkshire cure for pretty much everything” :)

5 sierpnia 2010

Wspomnienie z Budapesztu

Filed under: sierpień 2010 — swiatmartyw @ 7:53 pm


… czyli ubrania i obuwie :)) Fe, jak nieładnie :). Zdjęcie zrobione przez kolegę ze studiów – Lingwistę Bystrego Obserwatora. Dzięki Andrzej, śmiałam się 5 minut :)

3 sierpnia 2010

Zwycięstwo z systemem

Filed under: sierpień 2010 — swiatmartyw @ 10:34 pm

Dwutygodniowy horror w Obsłudze Klienta (patrz niżej) skończył się tak samo niespodziewanie, jak się zaczął. W poniedziałek zostałam wezwana na dywanik szefowej i okazało się co następuje –

1. wszystkie przeprowadzone przeze mnie rozmowy zostały przed nią przesłuchane, a było ich 453, więc nie zazdroszczę ;) średnio rozprawiałam się z jednym klientem w 238 sekund, co podobno jest przyzwoitym wynikiem,

2. stwierdzono, że jestem wystarczająco dobra, żeby… już tego więcej nie robić i wreszcie zacząć pracę tam, gdzie powinnam,

3. zostałam zapisana na 5 (słownie: pięć) szkoleń, które mają uczynić ze mnie Wzorowego Pracownika…

…a to wszystko oznacza, że na razie mnie nie zwolnią, mimo nagan, co jakby nie było troszkę mnie cieszy ;).

Szkopuł w tym, iż zarówno moja szefowa, jak i osoba, która miała mnie szkolić są na urlopie, więc wczoraj, dzisiaj i do końca tygodnia czeka mnie przeraźliwa nuda, bo nic jeszcze nie umiem, więc nie jestem w stanie sama nic zrobić – także nudzę się jak stado najbardziej wynudzonych mopsów. To już na rezerwacjach było ciekawiej ;)). Człowiek pogadał z innymi nieszczęśnikami z wydziału, ponarzekał na klientów, pośmiał się… a teraz cały dzień muszę udawać, że coś robię, co jest nadwyraz męczące. Przysnęłam już kilka razy, nawet coś mi się śniło. Ale już nic nie będę gadać, niczego się nie będę czepiać, jest super! ;)

Doświadczenie w Rezerwacjach nauczyło mnie czegoś cennego – następnym razem, gdy zadzwonię do Virgin Media i ZNOWU nie będą potrafili znaleźć naszego konta, i ZNOWU wyłączą nam HD, i ZNOWU przyjdzie zawyżony rachunek, i ZNOWU nic nie będą wiedzieć na temat przedłużenia kontraktu, zamiast wściec się jak dotychczas, pomyślę sobie o tych biednych ludziach, którzy mają tak stresującą i fatalnie płatną pracę, pomyślę sobie z jaką ulgą „witałam” każdego cierpliwego klienta, uśmiechnę się do siebie i po raz dziesiąty przeliteruję moje imię: Of course I can repeat! It’s M for Mike, A for Alpha, R for Romeo, T for Tango, A for Alpha… What’s that? No, no „H” in the middle, thank you!… Of course I can hold, that’s no problem at all! ;))

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.