Świat Marty W.

31 marca 2010

Mrucząca futrzasta kula, czyli kot na punkcie kotów

Filed under: marzec 2010 — swiatmartyw @ 9:04 am

Wbrew pozorom wpis nie będzie tak trywialny jak by na to wskazywał tytuł, aczkolwiek jeśli ktoś z Was kotów bardzo nie lubi, może go sobie odpuścić, bo nie zaistnieje między nami nić porozumienia.

Bardzo wielu ludzi wiesza na kotach psy, że tak się wyrażę. Zupełnie niesprawiedliwie – w moim domu zawsze były koty – najpierw przez 13 lat jeden, aktualnie od 3 lat dwa – i przeżyły z nami przeprowadzki, wyjazdy, remonty oraz inne zaburzenia spokojnego kociego życia (np. pojawienie się ogromnego psa ;). Nigdy nie uciekły, nie zaatakowały ze złością, nie przyniosły żadnych chorób. Owszem, zniszczyły kanapę i zdemolowały choinkę ;) – ale bez przesady, wiadomo, że zwierzak w domu czasem coś przeskrobie.

Nasza pierwsza kotka była typowym dachowcem, wyglądającym dokładnie jak kot reklamujący Whiskas. Obecnie mamy dwa rudzielce – nieplanowane, ale jeden miałczał w niebogłosy w piwnicy, a drugiego znaleźliśmy chorego na ulicy. I co, jak się takimi biedakami nie zająć i na pewną śmierć wydać?

Czasami walczą, czasami się kłócą, gryzą jeden drugiego w ucho lub ogon i uciekają – ale większość czasu spędzają w zgodzie:



Rodzice Simona mają trzy koty. Pierwszy został po kotce, która się okociła i zniknęła w sinej dali:

Blacky wygrzewający się na moich kolanach

Z drugim historia była dużo bardziej zabawna –

Pewnej ostrej, śnieżnej zimy, Simon lat 17 upił się na imprezie i o 4 nad ranem w pijanym widzie zadzwonił do mamy, żeby przyjechała go odebrać – pamiętajcie, że mieszkają na farmie na takim odludziu, że nawet psy i koty tam d… nie szczekają. Taksówek nie było (na ich wiochę trzeba zamawiać z 1,5 h wyprzedzeniem), najbliższy autobus za kilka godzin, więc co robić – nic, tylko mama. Mama się wściekła i wyklęła go od pijaków… ale przyjechała.
Simon półprzytomny podsypiał na tylnym siedzeniu, gdy nagle obudziło go ostre hamowanie oraz głos mamy: „Na drodze jest mały kotek, idź go złapać, bo zamarznie albo ktoś go rozjedzie!”. Simon: „Mamo, ale… jest minus 15 i śnieg, a ja nawet kurtki nie mam, a poza tym jest mi niedobrze!”, mama: „Idź!! Pobiegasz trochę za kotem, to ci przynajmniej alkohol z krwi wyparuje!!” I tak oto, o 5:30 rano Simon został wyrzucony na śnieg, żeby złapać małego kociaka, który na domiar złego był biały :D. Mówi, że wytrzeźwiał od razu :D. Gonił za biedakiem ponad 10 minut, kilka razy się przewrócił… ale złapał. No i już były dwa koty.

Przyłapany na gorącym uczynku - nie dość, że na stole, to jeszcze zlizuje mleko :)

Trzeci kot zaczął się pojawiać jakieś dwa lata temu. Przychodził do obory i patrzył biedny, co krowy jedzą, taki był głodny. Rodzice Simona zaczęli wynosić mu jedzenie, w końcu dał się pogłaskać, podrapać za uszkiem, przypomniał sobie, jak się mruczy. Ostatniej zimy przyszedł do ciepłego domu i żałośnie popatrzył na mamę Simona. Został.

Ten przydługawy wstęp posłużył mi za pretekst do pokazania Wam genialnych, króciutkich filmików obrazujących najbardziej typowe zachowania kotów. Facet zrobił wielką karierę umieszczając te filmiki na youtube, w końcu założył własną stronę i co jakiś czas dodaje kolejne arcydzieło. Na poprawę humoru, koniecznie słuchajcie z włączonym dźwiękiem:

1. „TV Dinner” – o tym, jak koty potrafią przeszkadzać podczas gdy my chcemy obejrzeć w spokoju jakiś program.

2. „Let Me In” – o sposobach kotów na otworzenie drzwi.

3. „Cat Man Do” – o tym, jak koty budzą nas rano :).

4. „Fly Guy” – genialnie o łapaniu muchy przez kota.

Kolejność jest przypadkowa, wszystkie mi się podobają, i na stronie znajdziecie jeszcze więcej, w zakładce „Films”. Ostatni filmik wydaje mi się super zabawny biorąc pod uwagę fakt, że moje koty nigdy nic nie złapały – choćby przechodziło im przed nosem i ciągnęło za ucho albo nadepnęło na wąsy. Mam najbardziej leniwe koty świata, o życiowej filozofii pt. „Olewam, nie robię” ;).

Wczoraj pokazałam te filmiki Simonowi i chichotał jak dziecko. Była to część mojej kampanii na rzecz kupienia kotka – oboje twierdzimy, że dom bez zwierząt jest po prostu smutniejszy. Co prawda, jeśli ów kotek zniszczy naszą nowiutką skórzaną kanapę… to Simon zrobi z niego skórkę jak nic! ;). Trudno, kupimy drugą. A kotka pewnie rozpieścimy do granic możliwości i będzie tak jak dwa tygodnie temu, gdy weszłam do kuchni w domu rodziców Simona – patrzę, jego tata je na stojąco, a na trzech krzesłach trzy koty. A na ławie pies. Teść:

– Sorry love, no place for us today I’m afraid! :D

Reklamy

30 marca 2010

Przykazania imigranta

Filed under: marzec 2010 — swiatmartyw @ 8:46 am

Mija dziewięć miesięcy od mojego przyjazdu do Anglii, więc wzięło mnie na podsumowanie. Jeśli znacie kogoś, kto wybiera się na Wyspy na dłużej, koniecznie mu to pokażcie, na pewno się przyda… A teraz, pół żartem, pół serio, do rzeczy:

1. Zawsze, ZAWSZE zabieraj ze sobą parasol, w tym kraju naprawdę często pada. Jeśli rano widać na niebie małą, niegroźną chmurkę, bądź pewien, że do południa zmieni się ona w wielkie chmurzysko i zaleje wszystko w zasięgu wzroku.

2. Przyzwyczaj się do picia herbaty z mlekiem. Po kilku miesiącach nawet nie wydaje się już taka zła.

3. Nie zdziw się, że każdy będzie rozmawiał z innym, przeważnie niezrozumiałym na początku akcentem, wtrącając słówka typowe dla swojego miasta/ obszaru i dziwiąc się strasznie, że nie rozumiesz, bo przecież wszyscy tak mówią (w ekstremalnych wypadkach dotyczy również magistrów lingwistyki stosowanej ;).

4. Żeby móc wtrącić się do rozmowy, obejrz czasem jakiś serial lub odcinek show promującego nowe talenty – choćbyś nie wiem jak pogardzał taką formą rozrywki. Potem, oglądając programy satyryczne, łatwiej się zorientujesz, z kogo się śmieją.
W serialu „Lead balloon”, którego kawałek miałam wątpliwą przyjemność obejrzeć wczoraj, pomocą domową jest niejaka Magda, którą opisuje się jako „przybitą, ponurą osobę z Europy Wschodniej”. Jak nas widzą, tak nas piszą… ale jak tu nie być przybitym, skoro do domu daleko i herbatę z mlekiem pić karzą :).

5. Przyzwyczaj się, że będą cię pytali jak się masz, a potem kontynuowali rozmowę/ mijali cię bez słowa i nie czekając na odpowiedź. Nie przejmuj się, zapytaj „how are you” i przed siebie, nie odwracając się ;).

6. Nie dziw się, gdy ktoś nazwie cię „love”. Nie miej złudzeń, zakochany nie jest, to po prostu forma grzecznościowa.

7. Zapomnij o angielskim, którego nauczyłeś się w szkole. Na północy używają „me” zamiast „my”, np. „O’right love, get  in me car”. Na północnym zachodzie powtarzają dwa razy to samo w zdaniu: „This was very nice, this”; „He is very handsome, this lad is”.

8. Pamiętaj, że jeśli ktoś na ciebie wpadnie/ nadepnie/ szturchnie, to tobie wypada przeprosić. Taki pokręcony kraj.

9. Jeśli ktoś cię nie zrozumie, też musisz przeprosić. Naprawdę.

10. Wsiadając do autobusu obowiązkowo trzeba przywitać się z kierowcą, wysiadając, pożegnać. Kierowcy bardzo często zagadują pasażerów, zamiast na drogę patrzyć :) więc trzymaj się mocno.

11. Przyzwyczaj się, że wielu Anglików wybiera się na roczną podróż dookoła świata i potem są w stanie wymienić wszystkie egzotyczne miejsca ze szczegółami – ale stolice europejskie? Bez szans – oprócz tych najbardziej znanych. Niektórzy wciąż mówią „Czechosłowacja”.

12. Poczucie humoru… angielskie. Zależy czy komuś odpowiada, mi akurat średnio.

Jeśli coś sobie jeszcze przypomnę, to dodam :). Wszystko prawda, cała prawda i tylko prawda!

PS. Z większymi szczegółami pisałam już o różnicach kulturowych w „Obłudny jak Anglik„, „Różnic kulturowych ciąg dalszy„, „Ale w koło jest wesoło” oraz „Co kraj, to dziwaczne obyczaje„.

29 marca 2010

Brum, brum!

Filed under: marzec 2010 — swiatmartyw @ 10:54 am

Widzieliście, jak wczoraj pomogłam Robertowi Kubicy zająć drugie miejsce w wyścigu Formuły 1? Prułam na złamanie karku ;-) i dzięki mojemu dopingowi wszystko wspaniale się udało. Co prawda, do szału doprowadzali mnie brytyjscy komentatorzy, którzy mówili tylko i wyłącznie o Hamiltonie i Buttonie, jakby żaden inny kierowca nie istniał. O jednym, o drugim, o jednym, o drugim, słówko o prowadzącym przez większość czasu Vettelu, znowu o Buttonie, znowu o Hamiltonie. Wyścig trwał przez 58 okrążeń i dopiero na 44 jeden komentator mówi do drugiego: „My tak ciągle rozmawiamy o Buttonie, a tu Kubica na drugim miejscu!”, „Tak, bardzo mi zaimponował w tym wyścigu” – odpowiedział drugi i znowu o Buttonie i Hamiltonie. Ja rozumiem, że to Brytyjczycy i swoich się faworyzuje, ale bez przesady.

Dzisiaj rano czytałam komentarze dotyczące wyścigu na stronach brytyjskich i polskich. Na brytyjskich było tak: „Hurra, Button wygrał, Hamilton wysoko, a Kubicy jak dobrze poszło, ten kierowca jeszcze pokaże, na co go stać!” A w polskich komentarzach: „Buu, czego się cieszycie, Kubicy udało się tylko dlatego, że na starcie była kraksa i przesunął się z 9 miejsca na wyższe”. To chyba nasza cecha narodowa, jeśli komuś się uda, to od razu fala krytyki. Skoro taki mądry jesteś jeden z drugim, to sam wsiądź do bolidu i pokaż, co potrafisz. Pewnie na pierwszym zakręcie wyleciałby z trasy, to może przestałby głupoty wypisywać.

Ja w moim Oplu Corsie też pruję na złamanie karku – dosłownie – ku przerażeniu mojego instruktora. Jakoś się dogadaliśmy, choć początki były ciężkie. Pan okazał się ostoją spokoju, czemu dał wyraz podczas ostatniej lekcji: „Nie chcę nic mówic (chrząk)… ale (ziew)… jesteśmy po prawej stronie ulicy… co raczej odradzałbym w Anglii!” :D Boże, jak się zestresowałam! Dalej za kierownicę i siup! na lewo. Pan: „Po co tak nerwowo, przecież nic nie jechało… ale tak na przyszłość przypominam!” No zapamiętam, zapamiętam, do końca życia już chyba! ;-)

Wiecie, że w Anglii „Opel” nazywa się „Vauxhall”? Chyba zmienili na „Opel” dla reszty świata, bo „Vauxhall” trudniej wymówić. Tak przy okazji, chipsów „Lays” też nie ma – tutaj nazywają się „Walkers”.

Koniec pracy na dzisiaj, ubieram się i idę szaleć w moim Vauxhallu – po lewej stronie jezdni, jeśli uda mi się nie zapomnieć ;-).

27 marca 2010

Ja, Barbie i Miss Piggy

Filed under: marzec 2010 — swiatmartyw @ 6:22 pm

Całe życie ubieram się właściwie w cztery kolory – brązowy, czerwony, czarny i biały. Żaden inny do mnie nie pasuje, w zielonym wyglądam jak Kermit Żaba, w niebieskim jak Wodnik Szuwarek, w Szarym jak szara myszka, w żółtym jak kurczak, w pomarańczowym jak klaun, a w różowym… no właśnie.

Dostaliśmy zaproszenie na wieczór panieński koleżanki Simona. Do tej pory myślałam, że na wieczór panieński zaprasza się tylko dziewczyny, no ale witamy w Anglii, co kraj, to obyczaj. Cieszyłam się, dopóki Vicki nie napisała, że tematem przewodnim całego wieczoru ma być kolor różowy i wszyscy zaproszeni mają się ubrać na różowo od stóp do głów. Jako że oprócz różowawych skarpetek, nie pamiętam gdzie i czemu kupionych, nie miałam nic różowego, zrezygnowana wybrałam się na zakupy.

Moją uwagę przykuł sklep, na wystawie którego wisiały różowe spódniczki z koronki. Bingo, pomyślałam sobie. Wzięłam taką jedną, dobrałam do niej równie różowy top i poszłam do przymierzalni. Wbiwszy się w strój, podniosłam wzrok… i o mało nie dostałam zawału. Z lustra przyglądała mi się podstarzała lalka Barbie. Wściekle różowe ciuchy dodały mi 10 lat i sprawiły, że wyglądałam po prostu groteskowo – mniej więcej tak (nawet cienie pod oczami się zgadzają ;):

Wypadłam ze sklepu jak oparzona i zaczęłam się martwić, co ja teraz zrobię z tym głupim różowym. A potem zachorowałam i ponieważ wciąż nie czuję się lepiej, odwołałam swój udział w imprezie. Szkoda, choć z drugiej strony przynajmniej nie muszę paradować po Manchesterze w wersji Miss Piggy po ostrej diecie… a może przemawia przeze mnie zazdrość i chciałabym wyglądać choć w połowie tak apetycznie ;)

26 marca 2010

Tęsknota za malowanym jajem

Filed under: marzec 2010 — swiatmartyw @ 9:09 am

W zeszłym roku spędziłam Wielkanoc sama. Pojechałam na miesięczne szkolenie do Hong Kongu zorganizowane przez Szefa Szefów naszej firmy, które w końcu się nie odbyło, bo Szef Szefów nie miał czasu. I tak oto zostałam sama, na małej, zapyziałej wysepce oddalonej 45 minut promem od stałego lądu. Powiecie „Hong Kong! Aż tak źle ci chyba nie było!” Po pierwsze, byłam już w Hong Kongu rok wcześniej, 7 dni, i zwiedziłam wszystko, co się dało. Po drugie, 45 minut promem dla osoby cierpiącej na silną chorobę morską to koszmar. Po trzecie, byłam sama, a samotne włóczenie się po obcym mieście nieodmiennie wpędza mnie w depresję. A po czwarte… nie było Wielkanocy. Nie było atmosfery, malowania jajek, przygotowywania koszyczka, święcenia, śniadania wielkanocnego, tradycyjnego u nas w domu spaceru brzegiem morza… Będąc na Karaibach spędziłam Wielkanoc z mieszkającymi tam Polakami, w Chinach – w polskiej ambasadzie. A w Hong Kongu nie wiedziałam gdzie iść i co z sobą zrobić. Obudziłam się w niedzielę rano, a tu jak zwykle, handel tandetą na ulicach, wrzaski w restauracjach, łowienie ryb w brudnych wodach portu…

Poszłam na spacer wokół wyspy, w końcu wdrapałam się na punkt widokowy. Nie było jakoś szczególnie brzydko, tylko po prostu to nie było to. Obiecałam sobie, że za rok będę miała „normalną” Wielkanoc.

I co? W rodzinie Simona Wielkanocy się nie obchodzi. Bardzo mnie to zaskoczyło, bo do tej pory myślałam, że we wszystkich odłamach chrześcijaństwa świętuje się Zmartwychstanie, na którym przecież opiera się cała religia. Simon: „Gdy byliśmy mali, szukaliśmy jajek czekoladowych w ogrodzie i rano szło się na mszę… teraz chyba tylko mama idzie do kościoła, ale poza tym nic się nie dzieje”.

Nie chcę za bardzo filozofować, ale dopiero teraz zdaję sobie sprawę, jak bardzo jestem przywiązana do tradycji i jak mi dziwnie, że w tym roku znowu nic nie będzie. Tzn. trochę będzie, bo mama wysyła mi w paczce barwniki do jajek i baranka ;). Zająca i jakiś koszyczek może dostanę tutaj. Pytam Simona: „Pomożesz mi malować jajka?” Simon z miną zdziwioną: „Malować jajka?? A po co?? Nie możemy już kupić jakichś… jakichś pomalowanych?” ;). Nie daruję mu, niech maluje.

W zeszłym roku przekonałam go, że w Polsce 6 grudnia mężczyźni obdarowują swoje ukochane prezentami, które wkładają im do butów. Bardzo się dziwił: „Jak to? I Dzień Kobiet, i Walentynki, i na Mikołaja też?? A kiedy my coś dostajemy od was??” ;). Uwierzył, i rzeczywiście oba kozaczki znalazłam wypchane po brzegi :D. Wczoraj usiłowałam go przekonać, że na Wielkanoc mężczyźni przebierają się za zające i w takim stroju paradują cały dzień, no i oczywiście też dają prezenty swoim ukochanym. Simon: „What?? No way! No, no, I’m not buying this!!” :D Jako że w przyszłym tygodniu ma 4 dni wolnego (od piątku do poniedziałku), pojedziemy na jakąś wycieczkę – ja bym chciała do Stonehenge, choć wszyscy mówią, że nie warto, bo ogrodzili cały teren i nie można blisko podejść.

A teraz mam prośbę – napiszcie mi proszę, co jecie na Wielkanoc, może coś mi się z tego uda ugotować. Żurek załatwię z polskiego sklepu, jakąś babkę piaskową i mazurka pewnie też, sałatkę warzywną dam radę zrobić chyba… ale co jeszcze zaserwować temu mojemu niewiernemu Anglikowi, żeby mu zasmakowało i rozkochał się w polskiej tradycji?? Czekam na propozycje :).

25 marca 2010

Życia na gorąco część druga

Filed under: marzec 2010 — swiatmartyw @ 10:32 am

Po tym jak mnie potraktowali wczoraj, zadzwoniłam do „teściowej” i z oburzeniem wszystko jej opowiedziałam. Ona na to, że to angielski sposób na ograniczenie liczby hipochondryków, którzy okupują gabinety, bo mają katar, a także na odstraszenie takich, co na byle co chcą antybiotyk. Coś w stylu „jeśli naprawdę chory, to zadzwoni jeszcze raz, a jeśli nie, to może da spokój”.

Mimo wzięcia wszystkich zalecanych przez pana farmaceutę lekarstw, w nocy o mało nie opuściłam Was na dobre. Nie spałam ani sekundy, tylko strasznie się dusiłam i spędziłam sporo czasu w łazience, oszczędzę Wam szczegółów.

Dzisiaj rano dzwonię znowu. Rozmawiałam z inną lekarką i zaczęłam tak: „Wiem, że mam infekcję płuc, bo to już nie pierwszy raz, i chcę antybiotyk!” A ona na to: „Przyjdź za pół godziny, recepta będzie czekać w pierwszym okienku z lewej”. Żadnych pytań, widocznie wystarczył jej huk w słuchawce spowodowany moim kaszlem ;). Z drugiej strony, no co to jest, żeby pacjenta nawet nie osłuchać magicznym stetoskopem? A może to wcale nie infekcja płuc, jak podejrzewam z doświadczenia (co roku mam to samo), tylko jakieś inne cholerstwo? No nic, idę po antybiotyk i zobaczymy, czy przetrwam następną noc. Jeśli nagle przestaną się pojawiać kolejne wpisy na blogu, znaczy, że nie przetrwałam ;).

PS. Mam nową teorię – chcą się pozbyć imigrantów, ale nie wiedzą jak, więc pod przykrywką pomocy przyczyniają się do ich zgonu ;).

24 marca 2010

Życie na gorąco

Filed under: marzec 2010 — swiatmartyw @ 11:27 am

Piszę na gorąco, bo to, co właśnie się stało, przechodzi ludzkie pojęcie, i nie wytrzymam do jutra, muszę dać wyraz swojemu świętemu oburzeniu już dzisiaj.

Podczas weekedu z owcami na farmie teściów paskudnie się przeziębiłam. Już w pociągu powrotnym na naszą wiochę kichałam, kasłałam i plułam flegmą na wszystkich pasażerów.

Oczywiście do lekarza nie poszłam, bo po co, jakoś to będzie. Było tylko gorzej. Bezsenne noce, duszenie się non-stop, ból w płucach, temperatura, zużywanie 100 chusteczek higienicznych dziennie, silny bół głowy – wszyscy to znamy.

W końcu dzisiaj, w środę, zdecydowałam, że koniec tego. Jestem oficjalnie zarejestrowana w National Health Service (NHS), więc chyba raz na jakiś czas mogą mnie osłuchać i opukać. Dzwonię umówić się na wizytę… a tu pani przełącza mnie do gabinetu lekarza, który najpierw wysłuchał mojego kaszlu oraz skarg wszelakich, a następnie powiedział tak:

– Hmm… rzeczywiście, kaszel brzmi niedobrze… Płucz gardło, pij dużo wody i soków i nie wychodź z domu do przyszłego wtorku. A na ból w płucach weź ibuprofen.

Słucham???? Jakaś wizyta, jakieś zbadanie gardła, jakieś lekarstwo może?? Płucz gardło?? Czym, może woda z solą? A potem może mam sobie pijawki przystawić? Na zbicie temperatury zimne okłady na czoło pewnie? Na katar zatyczki do nosa? A już ten ibuprofen na ból w płucach po prostu mnie rozwalił. Zanim zdążyłam zaprotesować, pan się wyłączył.

Tak właśnie wygląda opieka lekarska w wysokorozwiniętym kraju pierwszego świata. Zawijam się w ciepłe ciuchy i idę do apteki, może chociaż tam ktoś mi pomoże. Jeśli będą chcieli odprawić mnie z kwitkiem, to udam, że mdleję, tak dla dramatyzmu ;-). Nie pozbędą się mnie tak łatwo, chcę jakieś lekarstwo!

Angielskie planowanie

Filed under: marzec 2010 — swiatmartyw @ 9:21 am

Powinnam pracować jako organizator. Wszystko jedno czego, wycieczek, wystaw, festiwali, byleby coś wymagało konkretnego planu oraz jego twardego realizatora. Jestem energiczna i przeważnie wiem, jak osiągnąć zamierzony cel. Tu zadzwonię, tam coś wyczytam, siam coś „wygoogluje” i jest.

Anglicy, a przynajmniej wszyscy bez wyjątku poznani przeze mnie Anglicy, są w sprawach organizacyjnych całkowicie beznadziejni. Podejrzewam, że po części winny jest tu ich język, podsuwający im takie, a nie inne rozwiązania, oraz fałszywie rozumiana grzeczność.

Scenka: piękny słoneczny dzień w Pekinie, wyjątkowo widać niebieskie niebo (bo przez 3/4 roku zakryte jest warstwą smogu). Spotykamy się na stacji metra i decydujemy, co dzisiaj zwiedzić. Pięcioro Anglików i ja. No to gdzie idziemy?

A: I’m not bothered.
B: I don’t mind.
C: Whatever you guys want.
D: I’m easy.
E: Anywhere, really.

Pamiętam jak dziś, że dostałam ataku śmiechu. Rozmawialiśmy o tej wycieczce od tygodnia. Oni wszyscy mieszkali razem lub na tym samym piętrze, a ja w zupełnie innej dzielnicy. Oni mieli razem lekcje chińskiego, ja osobno. I przez tydzień się nie dogadali. Wszystkim było wszystko jedno, więc nie doszli do żadnego wniosku. Mi nigdy nie jest wszystko jedno :-). Zdecydowałam, że pojedziemy do Pałacu Letniego. Sprawdziłam na mapie powieszonej w metrze, gdzie najlepiej wysiąść, potem w połowie na migi, w połowie w mieszance chińsko-angielskiej dogadałam się z taksówkarzem co do ceny w obie strony, na miejscu postanowiłam, że wynajmiemy rowery wodne i przepłyniemy całe jezioro, a na końcu zarządziłam zwiedzanie Pałacu oraz sesję zdjęciową na samej górze :-).

Widok z rowerka wodnego


Lepsze to niż stanie na stacji Beixinxiao licytując się, komu jest bardziej obojętne i kto bardziej nie chce narzucać swojej woli innym.

I od tej pory tak już się utarło, zostałam mianowana organizatorem wszystkiego. Wycieczki, imprezy, wspólne wyjścia do restauracji. Gdy po jakimś czasie okazało się, że idzie z Simonem wytrzymać i zaczęliśmy myśleć o wspólnej podróży po Azji południowo-wschodniej, najpierw poczytałam, gdzie warto pojechać („Wherever you want, I’m not bothered”), potem sprawdziłam loty („Whenever, I don’t mind”), zabukowałam hotele („Whatever you think looks good”) i ustaliłam całą trasę. O mało nie pękłam ze śmiechu, gdy posłuchałam, jak Simon mówi naszym znajomym: „We’ve planned everything really well, it should go smoothly”. WE?! :D

Już zaczęłam myśleć, że to po prostu ja się z takim mało zdecydowanym osobnikiem związałam – ale nie, przysięgam, to cecha narodowa.

Był wtorek, wyjątkowo ciepły, letni dzień na północy Anglii. Dzwoni kuzynka Simona, how is it going? na BBC mówią, że taka pogoda się utrzyma, więc może zróbmy grilla w sobotę zamiast lunchu? Pewnie, zróbmy! Dla Marty będzie grillowana ryba, warzywa i pieczone ziemniaki. Ja zrobię sałatkę grecką. Super.
Przychodzi piątek. Pytam Simona, na którą ten grill jutro? „Jaki grill?” – dziwi się niemożebnie. No jak to, przecież Jane dzwoniła i… „A nie, nie, ona tylko tak, jeszcze nic nie ustaliliśmy”. No jak nie, przecież nawet menu…?

„You don’t understand British mentality” – zaczął mentorsko Simon – „Ona tylko tak zadzwoniła, żeby zaproponować, ale nigdy nie zrobiła następnego kroku, więc uważa się, że zmieniła zdanie”. Jaki miała robić następny krok, błagać nas, żebyśmy łaskawie przyszli?? Toż zadzwoniła i wszystko omówiliśmy! „No, you really don’t understand”. Chwała Bogu, że spytałam, bo przecież w sobotę jak nic pojawiłabym się u niej z miską sałatki greckiej i zdziwienie obu stron byłoby wielkie.

W zeszły weekend mieliśmy jechać do Lancaster na spotkanie z jego znajomymi ze studiów. Wszyscy wiedzieli o tym – nie przesadzam – pół roku wcześniej. Została utworzona odpowiednia grupa na Facebooku, wszyscy karnie do niej dołączyli, wymieniali się entuzjastycznymi komentarzami, wrzucali fotki z czasów studiów i zapewniali jeden drugiego, że „this meeting will be epic!”.

Nic nie chciałam mówić, bo po co mi stres w domu, ale w końcu w zeszły czwartek pytam: „Jedziemy w piątek, czy w sobotę? Gdzie będziemy spać, u twoich znajomych, czy trzeba zabukować hostel?” Simon z miną kota zaczął dzwonić i… okazało się, że nikt nie jedzie. Z 30 osób, które od pół roku niby odliczało dni do spotkania, w końcu nie zdecydował się nikt. Nam było w zasadzie wszystko jedno, ale dwie osoby specjalnie przyleciały spod granicy francusko-szwajcarskiej… a tu nikogo. Wściekli się? Gdzie tam. „It was to be expected”, stwierdził filozoficznie Dan.

Przeprowadziliśmy się do innego miasta. Po miesiącu Simon zaprosił do pubu swoich nowych kolegów. Przyjdziemy, przyjdziemy, jasne, dude! Mija dziesięć, piętnaście, dwadzieścia minut… W końcu zaczynają przychodzić… smsy z wymówkami i przeprosinami. „Kiedyś bym się nie przejął, ale chyba pod twoim wpływem się zmieniłem. Co za banda niezogranizowanych debili! I’m PISSED OFF!” ;-)

23 marca 2010

Cardiff

Filed under: luty 2010,Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 10:36 am

Do stolicy Walii wybraliśmy się na Walentynki, choć Simon nie mógł zrozumieć, dlaczego chcę jechać akurat tam. Myślałam, że tylko jemu coś odbiło i jest do Walii uprzedzony, ale z taką samą reakcją spotykałam się za każdym razem, gdy komuś o tym mówiłam – „A po co”? Nikt z moich rozmówców oczywiście tam nie był, ale już z góry zakładali, że jest nieciekawie. Walia kojarzy się Anglikom z biedą, głupotą i zacofaniem. W kawałach typu „Anglik, Szkot i Walijczyk…”, to zawsze ten ostatni wychodzi na największego głupka. A inny znany kawał głosi, że walijscy farmerzy uprawiają seks z owcami. Poza tym mają dziwny akcent. I nie wiedzieć czemu używają dwóch języków. No ogólnie – samo zło.

Uparłam się i pojechaliśmy. Dzień był piękny, jak na Wielką Brytanię, to można powiedzieć, że lał się żar z jasnego nieba. Zaraz przy wjeździe do miasta zauważyłam taki znak:

„It’s like being in a different country!”, świergotałam zachwycona, ale Simon mruknął tylko: „It is a different country…” Humor nieco mu się poprawił, gdy dojechaliśmy do centrum i nagle go olśniło – to w Cardiff właśnie kręcą jego ulubiony serial „Doctor Who”! (jak dla mnie poniżej krytyki, ale już kiedyś pisałam, że nasze gusta to niczym ogień i woda). Kazał się sfotografować pod każdym budynkiem mającym coś wspólnego z serialem i w związku z powyższym nie mam żadnych „czystych” zdjęć, na każdym z nich Simon udaje Doktora Who. Żeby przekonać Was, że Cardiff jest naprawdę ładnym miastem o ciekawej architekturze, pozwoliłam sobie „pożyczyć” kilka zdjęć z google:

Ruiny zamku; na szczycie walijska flaga

Informacja turystyczna

Zatoka Cardiff

Niesamowite Wales Millennium Centre z teatrem na ponad 2 tysiące osób

„In these stones horizons sing”, po walijsku i angielsku.

Kolację zjedliśmy w doskonałej tureckiej restauracji nad samą zatoką. Nawet Simon musiał przyznać, że aż tak źle w Walii nie jest. Teraz, gdy z kimś rozmawiamy o zwiedzaniu Wielkiej Brytanii, za każdym razem mówi: „(…) And we’ve also been to Cardiff, it was really nice! Quite an impressive place, I was surprised”. Skoro Anglik tak twierdzi, to już naprawdę musi być dobrze! Polecamy.

22 marca 2010

Uroki życia na wsi

Filed under: marzec 2010 — swiatmartyw @ 8:50 am

Marzec i kwiecień to dla brytyjskich farmerów okres równie ciężki jak żniwa, gdyż zaczynają się rodzić małe owieczki oraz cielaki. Brzmi słodko, ale daleko temu od słodyczy. W większości przypadków trzeba aktywnie pomagać przy porodzie, na przykład poprzez… uwaga… włożenie ręki do macicy owcy i przekręcenie owieczki we właściwy sposób. Zemdlałabym od razu, więc w zeszły weekend trzymałam się z daleka i przychodziłam „na gotowe”, jak już mała owieczka lub cielak stawiały pierwsze kroki. Głupio mi było przed rodzicami Simona, że taka „miętka” jestem, ale z drugiej strony, nie każdy wytrzymuje widok takiej ilości krwi, a już na pewno nie każdy może odbierać poród, owczy, krowi czy ludzki.

Owce są głupie. Fakt, nikt nie wymaga od nich wielkiej inteligencji, tym niemniej ich głupota jest dość zaskakująca – np. gdy jedna jest w ciąży i widzi, że druga zaczyna rodzić, wydaje jej się, że to ona rodzi, i jak już tamta urodzi, to ta pierwsza próbuje odebrać jej dzieci, bo myśli, że to jej ;). A potem, jak już sama urodzi, to się dziwi, że aż tyle ich i przeważnie jedno lub dwa odrzuca. A tamta druga już ich nie chce, bo inaczej pachną. I wtedy wkraczałam ja. Takie porzucone owieczki trzeba karmić mlekiem z butelki, co oczywiście robiłam z wielką chęcią, głaszcząc je przy tym ile wlezie, oraz przemawiając do nich po polsku, co by od małego język Piastów rozumiały ;). Frajdę miałam nieziemską. Takie malutkie, mięciutkie i pocieszne. A jak śmieszne skaczą, a jak się przewracają. Ubaw, jednym słowem ;).

Z cielakami tak łatwo nie ma, bo krowy są podejrzliwe, więc bardzo się niepokoją, gdy człowiek do boksu wchodzi. Cielakom trzeba taki klips na uchu założyć, i krowy na to pozwalają, ale nie spuszczają oka z potomstwa nawet na chwilę. Simon o mało nie został zaatakowany przez jedną taką ogromną, ale sam sobie zasłużył, bo poparzył na nią i się rozmarzył: „Hmm… beef!” :D. Ja od razu jej powiedziałam, głośno i wyraźnie po angielsku, że jestem wegetarianką ;).

Gdy zwierzaki były już nakramione, zostałam przyuczona do jazdy traktorem ;). Strasznie ciężko zmieniać biegi, a jaki huk w kabinie! Ale dałam radę. Przybiegam do kuchni i chwalę się teściowi: „Jeździłam traktorem po tym polu z wielkim drzewem i owcami!!” Teść: „Drzewo stoi?” -„Stoi!”. „Owce żyją?” – „Żyją!”. „W takim razie można uznać lekcję jazdy traktorem za udaną!” ;).

Zawsze byłam taka „miastowa”, ale teraz zaczynam doceniać naturę, łąki, pola, lasy, otwartą przestrzeń, czyste powietrze… Chyba się starzeję ;).

Poruszone niestety, ale owieczki widać jak byk ;)

Cielaki w wieku kilku godzin, już z klipsami na uszach

Małe zwierzaki trzeba zaszczepić po urodzeniu, żeby się nie rozchorowały i nie zeszły z tego świata. „Teściowa” podaje mi strzykawkę i mówi: „Może cię nauczę, jak się robi zastrzyki?” Popatrzyłam na nią, jakby była z Marsa. Na widok igły też mdleję. Marny ze mnie pomocnik, tylko butelki z mlekiem się nie boję.

20 marca 2010

Skromni państwo Schmidt

Filed under: marzec 2010 — swiatmartyw @ 6:31 pm

Będąc w liceum, Simon pojechał na miesięczną wymianę do Niemiec. Jako że rodzina, u której się zatrzymał, znała angielski perfekt, po niemiecku nie nauczył się ani słowa, ale za to bardzo się z tymi ludźmi zaprzyjaźnił – do tego stopnia, że po krótkim czasie przyjechali całą czwórką (z dwiema córkami) do rodziców Simona na farmę. Tak rozpoczęła się trwająca wiele lat przyjaźń, podczas której państwo Schmidt coraz częściej bywali na farmie i z wielkim zainteresowaniem zwiedzali okoliczne wioski. Sympatyczni, roześmiani, normalni ludzie. Nigdy za dużo nie opowiadali o sobie, tylko tyle, że oboje są lekarzami w jakiejś wiosce pod Frankfurtem nad Menem, i że co roku jeżdżą do Egiptu nurkować. Całkowicie zakochali się w Anglii północnej, a że rodzice Simona są bardzo gościnni, mają wielki dom, i poza tym bardzo ich polubili, nie mieli nic przeciwko wizytom.

Jakiś rok temu siedzimy wszyscy przy kolacji, i nagle pani Schmidt zwraca się do rodziców Simona: „Chcieliśmy was o coś prosić. Zdecydowaliśmy się kupić dom gdzieś w okolicy, moglibyście nam pomóc? I jakiegoś prawnika polecić, żeby sprawdził wszystkie dokumenty, jak już coś wybierzemy”. Mama Simona: „Z chęcią, tylko wiecie, tutaj jest dość drogo, praktycznie same farmy i wielkie domy. Ile możecie zainwestować?” Państwo Schmidt popatrzyli po sobie i nieśmiało wydukali: „No… tak… tak do miliona funtów… ale więcej nie, bo więcej naprawdę nie mamy!” Zabrzmiało to tak, jakby chcieli kupić kawalerkę i usprawiedliwiali się, że na więcej ich nie stać ;). Nieźle nas zaskoczyli, bo naprawdę nic nie było po nich widać. Zwykłe ubrania, zwykły samochód, no i te coroczne wakacje w Egipcie – z Anglii można polecieć na tydzień za 250 funtów all inclusive, więc ten kraj raczej z wielkim luksusem się nie kojarzy.

Pół roku później państwo Schmidt kupili dom. Widzieliście kiedyś dom za milion funtów? Przyznaję, jest na co popatrzeć. Jadalnia jak sala balowa rodem z „Dynastii”, w ilości sypialni i łazienek można się pogubić, ogromny kawał ziemi wokół, kawałek lasu, dostęp do rzeki. Naprawdę super. Chodzimy, podziwiamy, w końcu Simon mówi: „Też ci kiedyś kupię dom za milion funtów”. Trzymam za słowo! Chociaż, czy ja wiem, już nawet na naszych 73m2 nie możemy niczego znaleźć, co dopiero w 15 czy iluś tam pokojach na trzech piętrach! I kto to będzie wszystko sprzątał? ;)

Pamiętacie, jak opisywałam moje niemiłe przejścia z otworzeniem konta w banku? Państwo Schmidt poszli wczoraj do HSBC. Skąd? Z Niemiec. Zatrudnieni w Wielkiej Brytanii? Nie. A to dziękujemy! No ale.. ale my tu mamy dom za milion funtów! A mieszkacie w nim? No… nie, na razie mieszkamy w Niemczech. A to jak zamieszkacie, to wtedy przyjdźcie!
Tak właśnie traktuje się cudzoziemców w tym kraju. Muszę, muszę przekonać Simona, że Gdańsk to najlepsze miejsce na świecie ;).

Za tydzień państwo Schmidt po raz kolejny jadą do Egiptu. Bo lubią! Mówią, że nie wyobrażają sobie wakacji w żadnym innym miejscu na świecie.

PS. Jak to w porządnym pisarstwie bywa, nazwisko i miejsce zamieszkania zostały zmienione. Ja nawet nie wiem, jak oni się nazywają, więc podstawiłam niemieckiego „Kowalskiego” ;).

18 marca 2010

Dzień Świętego Patryka

Filed under: marzec 2010 — swiatmartyw @ 10:07 am

Już dawno nie widziałam takiego szaleństwa na ulicach. Śpiewy, krzyki, tańce, puby pękające w szwach! Bardzo żałowałam, że nie kupiłam sobie wielkiego zielonego kapelusza z koniczynką albo takich różków na opasce w kształcie listków koniczyny, pokrytych zielonych brokatem i majtających się na sprężynkach na prawo i lewo ;). Chciałam cyknąć kilka zdjęć, ale zarówno Simon, jak i jego koledzy ostrzegli mnie, żebym tego nie robiła, bo dostanę po głowie.

W każdym pubie było tak dużo ludzi, że przeciśnięcie się do baru graniczyło z cudem. Co chwila wybuchały piosenki i znowu czułam się trochę „obca”, bo wszyscy znali słowa, a ja nie. Ciekawe, czy kiedykolwiek poczuję się tutaj naprawdę u siebie. Tym niemniej, było super wesoło i bawiłam się świetnie! Już samo obserwowanie takiego „święta” to wielka frajda.

O północy wylądowaliśmy w dość eleganckim barze/klubie. Denerwowałam się trochę, bo wszystkie kelnerki kicały wokół klientów w kusych zielonych spodenkach, więc było na co popatrzeć, bo młode, ładne i bardzo zgrabne (pewnie Polki ;)). Na szczęście Simon lekko się ululał, a gdy przychodzi na niego taki stan, nagle robię się w jego oczach najpiękniejsza, najmądrzejsza, najwspanialsza i w ogóle naj. Co tam kuse spodenki. Po dziesiątym zapewnieniu, że jestem najcudowniejszą osobą na świecie (jak ja lubię, gdy on jest wstawiony!! ;)), Simon nagle dodał: „Muszę być tutaj przez maksymalnie dwa lata, a potem pojedziemy tam, gdzie ty chcesz, żebyś ty była szczęśliwa, bo widzę, że tutaj tak do końca szczęśliwa nie jesteś”. O, kolego, zapamiętam sobie, nie wywiniesz się pomrocznością jasną! Gdzie tu jechać, gdzie tu jechać?? Dziś rano przy śniadaniu rozpatrzyliśmy wszystkie opcje oferowane przez jego zakład pracy i po południu Simon ma złożyć podanie o przeniesienie na Cypr ;). Szanse marne, ale kto wie, może się uda! Jeśli nie, to mam inny super pomysł – GDAŃSK!!!

17 marca 2010

Do startu… gotowi… wio!

Filed under: marzec 2010 — swiatmartyw @ 8:18 am

Gdzieś niedaleko nas znajduje się tor wyścigów konnych, wielkiej pasji Brytyjczyków oraz Irlandczyków. Przez cały ten tydzień odbywa się na nim po kilka wyścigów dziennie, a że publiczności najechało z całego kraju, nasze małe miasteczko zostało dosłownie zalane. Naprędce otwierają się kawiarenki śpiące do tej pory snem zimowym, restauracje pękają w szwach, do pubów wejść nie można.

Typowi miłośnicy wyścigów to mężczyźni po trzydziestce, w świetnie skrojonych garniturach (na wyścigi trzeba się elegancko ubrać, panowie w stroje galowe, panie w suknie i kapelusze), którzy zawsze chodzą czwórkami bądź piątkami, na całą szerokość chodnika, i zachowują się, jakby ulica należała do nich. Po paru głębszych – a podczas wyścigów pije się na potęgę – gustują w głośnym zaznaczaniu swojej obecności, co chwila słychać krzyki i śpiewy. Wczoraj na własne oczy widziałam jak grupa Irlandczyków odebrała gitary trzem wystraszonym chłopcom, którzy usiłowali zarobić parę groszy, i zaczęła zarzynać biedne instrumenty, wydając przy tym dźwięki dalekie od śpiewu ;). Artyści-imigranci, żeby wydać się atrakcyjniejszymi dla przyjezdnych, wymyślają takie rzeczy, że głowa mała – np. na głównej ulicy taki jeden Turek gra na skrzypcach chodząc przy tym… na linie zawieszonej dobre kilka metrów nad ziemią. Przynajmniej wiadomo, że jemu skrzypiec nie wyrwą ;).

Lubię konie, tak jak lubię wszystkie zwierzaki, u których liczba odnóży nie przekracza czterech, ale nie potrafię przekonać się do wyścigów. Lekkoatletykę oglądam chętnie, no ale człowiek ma wybór, biegnę albo olewam ;). A tak na poważnie, człowiek trenuje, bo tak zdecydował – a taki koń? Akurat chce mu się biec na złamanie karku, już to widzę! W dodatku, wiadomo, jeśli naprawdę coś sobie złamie, to koniec „kariery”, a w większości wypadków również koniec życia. I wszystko po to, żeby banda pijanych mężczyzn mogła spędzić popołudnie tracąc pieniądze na obstawianie zwycięzców :/ Może jakoś zaściankowo myślę, ale średnio mi się to podoba.

Dziś Dzień Świętego Partyka, to się dopiero będzie działo! Wieczorem idziemy na „pub crawl”, o ile w ogóle do jakiegokolwiek da się wejść. Powinno być wesoło, opiszę jutro :).

16 marca 2010

Pisanioterapia

Filed under: marzec 2010,Przemyślenia różne — swiatmartyw @ 7:36 am

Student lingwistyki nie ma łatwo, przynajmniej taki jak ja, co to oprócz programu super trudnych studiów jeszcze na trzy dodatkowe języki chodził. Po ośmiu lub więcej godzinach dziennie mówienia nie w swoim języku, człowiek zaczyna myśleć w mieszance wszystkich, i wydaje mu się ona jak najbardziej naturalna, choć dla osób postronnych brzmi jak kompletny bełkot i często wywołuje reakcje typu: „Nie udawaj, że polskiego zapomniałaś!”. Sprawa nie jest taka prosta.

Wiele razy zadawano mi pytanie, w jakim języku myślę i śnię. Sama nie wiem, zależy, gdzie i z kim jestem. Jeśli chodzi o to, co aktualnie dzieje się w mojej głowie, dobrym przykładem jest kartka z nabazgraną listą zakupów z wczoraj:

bread
butter
veggies
kefir
juice
milk
śmietana
salmon

Nie robię tego świadomie, po prostu „kefir” i „śmietana” to tak polskie produkty, że automatycznie przechodzę na język polski, w ogóle się nad tym nie zastanawiając.

Wyjechałam z Polski w 2006 roku – nie dlatego, że mi było źle, tylko po przygodę. Przez następne trzy lata podróżowałam po świecie i mieszkałam w wielu dziwnych miejscach, tak różnych od siebie jak pole golfowe, na które przyjeżdżał Tiger Woods, plaża na Karaibach i kilkunastopiętrowy blok w Pekinie. Poznałam mnóstwo wspaniałych ludzi, zdecydowana większość z nich oczywiście nie była z Polski. I znowu rozmowy w różnych językach, i znowu mętlik w głowie.

Pamiętam, że kiedyś mama przysłała mi smsa. Rozumiałam każde słówko oddzielnie, ale nie mogłam zrozumieć całości. Trochę się wystraszyłam, czy to możliwe, żebym naprawdę zaczęła zapominać język ojczysty?

Zapominać może nie, tym niemniej od wielu lat widzę u siebie tendencje do kalek językowych, np. podczas rozmowy z mamą na Skypie powiedziałam tak: „Muszę jeszcze wypełnić kilka form”. Mama z przerażeniem: „Formularzy, dziecko, formularzy!! Wracaj do Polski, i to natychmiast!!” ;) Czasami zdarzy mi się źle odmienić, np. rozmawiałam z kimś o lotach i mówię: „Najlepiej lecieć albo z Berlina, albo z Londyna”. I, niestety, coraz częściej brakuje mi słówek. Łapię się na tym, że zaczynam się jąkać i wtrącam „Jak to się mówi po polsku?”. Zawsze mi się chciało śmiać z takich ludzi, pamiętam, z jakim politowaniem słuchałam pewnego Polaka, który od wielu lat mieszka w Kanadzie i nie mógł sobie przypomnieć słowa „trawa”. A teraz i na mnie przyszła kryska.

Oprócz tego, że lubię pisać i bardzo mi zależy na kontakcie ze znajomymi oraz szerszym gronem czytelników, prowadzę tego bloga również z powodów lingwistycznych. Uwielbiam bawić się językiem, jego formą i niuansami. Łącząc przyjemne z pożytecznym, mam nadzieję, iż dzięki (prawie) codziennemu pisaniu nigdy nie stracę łatwości tworzenia tekstów dobrych stylistycznie.

Polecam stronę http://www.ponglish.org, o tym, jak Polacy na emigracji spolszczają angielskie wyrazy. „Muszę wziąć holideja” albo „Nie wyrobiłem targetu” to teraz normalne polskie zwroty ;).

Widzę, że bloga czytają rodacy mieszkający w różnych krajach, zapraszam do podzielenia się Waszymi doświadczeniami w tym zakresie! Wiem, iż niektórzy czytelnicy nie chcą komentować, gdyż boją się o utratę prywatności związaną z podaniem imienia oraz adresu e-mail. Imię możecie wpisać dowolne, choćby Wujek Dobra Rada ;), a adresów można chyba w ogóle nie podawać (albo zmyślić). Zapraszam do dzielenia się swoim coraz gorszym polskim! ;)

14 marca 2010

Cierpienia (nie tak już) Młodego Tłumacza

Filed under: marzec 2010,Przemyślenia różne — swiatmartyw @ 6:16 pm

Największą zaletą bycia tłumaczem pisemnym typu freelancer jest to, że do pracy potrzebny mi jedynie komputer oraz dostęp do internetu, dzięki czemu mogę podróżować po świecie i nie muszę prosić szefa o wolne. Nie jestem też uwiązana do żadnego miejsca, więc gdy Simon oświadczył mi, że dostał lepszą pracę w innym mieście, nie było żadnych kłopotów z przeprowadzką. Tym niemniej, każdy zawód ma również złe strony (nawet wspomniani niżej szejkowie pewnie też czasami się martwią ;)), a w moim wypadku jedną z nich jest to, jak ludzie postrzegają moją pracę.

Scenka: jedynasta wieczór, ja od wielu, wielu godzin przyklejona do komputera tłumaczę tekst z hiszpańskiego na angielski. W końcu nie wytrzymuję i siarczyście klnę pod nosem, a potem na głos skarżę się, że strasznie trudna ta umowa spółki. Simon: „Nie rozumiem, jak to możliwe, że coś może być dla ciebie trudne, przecież znasz oba języki perfekt!” Oj, Szymek, Szymek, widać, że nigdy w życiu niczego nie tłumaczyłeś! Aby go przekonać, iż nie jest łatwo, dałam mu kilka zdań do sprawdzenia, a on na to, że się nie zna na „legal gibberish”. Miałam na końcu języka: „Przecież mówisz po angielsku perfekt!”, ale w ostatniej chwili się ugryzłam ;).

Opinia internauty wyrażona na forum: „Każdy, kto choć trochę otarł się o angielski, może z powodzeniem przetłumaczyć dowolny tekst. Przecież są słowniki!” Panu internaucie gratulujemy rozumowania.

Wczoraj ślęczałam akurat nad kolejnym tekstem napisanym w Chinglish (czyli chińskiej wersji angielskiego, która doprowadza każdego lingwistę do wściekłości, płaczu, rzucania przedmiotami i potem znowu płaczu), gdy przyszedł kolega Simona. Poradził mi, żebym wrzuciła wszystko do słownika internetowego google, a potem tylko „wypolerowała”. Nóż mi się otworzył w kieszeni. Kolejny Wujek Dobra Rada. OK, spróbujmy, wrzucam ostatnie przetłumaczone przeze mnie 5 minut temu zdanie (z angielskiego). Uwaga….:

„Ponieważ skondensowanej wody z tyłu jednostki wewnętrznej są gromadzone w ponding polu i wyprowadzony z sali, nie kładź niczego jeszcze w polu”.

No i wszystko jasne, czyż nie? Chyba logiczne, że niczego nie można kłaść w ponding polu ;).

Złości mnie, gdy ktoś twierdzi, że bycie tłumaczem to łatwy zawód, i każdy może go wykonywać. Bzdura do kwadratu. Ludzie nie zdają sobie sprawy, jak bardzo struktura każdego języka jest jedyna w swoim rodzaju i jak bardzo trzeba kombinować, żeby to samo znaczenie oddać za pomocą zupełnie innej struktury. Wyraz nie równa się wyrazowi, wyrażenie wyrażeniu, nawet części mowy oraz liczbę niejednokrotnie należy zmienić. Mózg na pełnych obrotach!

Na koniec kawał nie do przetłumaczenia na język polski, który w dodatku działa tylko wtedy, gdy powie się go na głos:

Two fish are swimming in the river. Suddenly one of them hits a concrete wall, turns around and says: „Damn!!” :D

I już na sam koniec jak można wyglądać, jeśli się używa google do tłumaczeń:

13 marca 2010

F1

Filed under: marzec 2010 — swiatmartyw @ 4:12 pm

Rozpoczął się nowy sezon Formuły 1 i nawet Pan Sowa zerwał się o 10:00 rano w sobotę, żeby obejrzeć kwalifikacje. Wreszcie jakiś sport, który możemy oglądać razem! Co prawda, tym razem rywalizacja między nami jest równie zażarta jak na torze, bo Simon kibicuje Jensonowi Buttonowi („Lewis Hamilton is a douche!!”), a ja, oczywiście, Robertowi Kubicy (przez komentatora uparcie nazywanemu „Kùbika”, z akcentem na „u”). Śmiesznie wygląda w barwach Renault, jak gigantyczna pszczoła ;). Dziewiąte miejsce to całkiem przyzwoita lokata, zobaczymy, jak mu pójdzie jutro. Swoją drogą, szlag mnie trafia, gdy patrzę na tych wszystkich spasionych szejków, też chcę mieć szyb ropy naftowej w ogródku i nic nie robić całe życie ;).

W zeszłym roku kupiłam Simonowi na urodziny trzydniowy bilet wstępu na trening, kwalifikacje i wyścig na torze Silverstone. Zrujnowało mnie to kompletnie, bo żeby zdobyć miejsce w jakimś sensownym sektorze, trzeba naprawdę sporo zapłacić. W dodatku mój kochany bank zastosował najgorszy z możliwych przeliczników ceny funta, i gdy zobaczyłam, ile mi zeszło z karty kredytowej… przez dwa dni miałam rozstrój żołądka :D. Ale warto było. Warto było dla miny, którą zrobił Simon, gdy otworzył kopertę z biletami. Najpierw zamarł. Potem zaczął wydawać dziwne dźwięki. Potem popatrzył na mnie z niedowierzaniem. W końcu złapał mnie w pasie i zaczął kręcić mną młynki wrzeszcząc przy tym: „You’re the best girlfriend in the woooooorld!” ;). Zrobił chyba z 1000 zdjęć, z czego ze sto Kubicy, żebym chociaż trochę frajdy miała ;). W tym roku chyba nie damy rady finansowo, więc tym bardziej zżarła mnie zazdrość, gdy moja uczennica, ta od hiszpańskiego, oświadczyła, że jedzie z mężem na Grand Prix do Monaco. Niczego ludziom nie zazdroszczę, tylko podróży… i biletów na F1 ;). Ech, może za rok! Póki co musimy się zadowolić obrazem na rzutniku w pobliskim pubie :).

12 marca 2010

Oxford

Filed under: marzec 2010,Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 9:21 am

Do Oxfordu mamy niewiele ponad godzinę, a że sami mieszkamy w miasteczku mało ciekawym (niby ponad 120 tys. osób, a tak naprawdę dwie ulice na krzyż), a do Londynu za daleko, czasami tam jeździmy, żeby trochę inny świat pooglądać, oko piękną architekturą nacieszyć, na studentów popatrzyć i pozazdrościć, że na takiej uczelni studiują (i w ogóle, że studiują!). Jeśli jakimś cudem uda mi się zdobyć dofinansowanie, chciałabym napisać doktorat właśnie tam. Czeka mnie droga przez mękę, bo formalności do dopełnienia jest tysiąc pięćdziesiąt trzy, ale jeżeli nie spróbuję, to już na pewno nie mam szans.

Oxford, mimo że mały, bardzo odpowiada mojemu poczuciu estetyki. Zdjęć niestety nie mam za dużo, bo zapomniałam o postanowieniu nieujawniania mojej gęby na tym blogu i na wszystkich fotkach radośnie się szczerzę. Cudownym zrządzeniem losu, na dwóch mnie nie ma:


(po kliknięciu powinny się powiekszyć, jeśli kogoś interesuje)

Kolega polecił nam muzeum historii naturalnej, które strasznie nam się podobało, jak dzieci biegaliśmy między rekonstrukcjami szkieletów dinozaurów ;). Największe wrażenie oraz lekkie niedowierzanie wzbudził ten oto okaz:

Jeśli ktoś powiększy to zobaczy, mam nadzieję, że tam jest napisane „4.6 billion year old meteorite from Argentina”. 4,6 miliarda lat?? Ludzie! Jak oni do tego doszli? Rozumiem, analiza składników, skład chemiczny, reakcje jednego z drugim… ale skąd wiedzą, jaki co miało skład 4,6 miliarda lat temu. Dla mojego humanistycznego umysłu to niepojęte.

Najstarszy (1242 r.) i najsłynniejszy pub w Oxfordzie nazywa się „The Bear” i jest znany z ponad 4500… krawatów, które, umieszczone w gablotach, zajmują większość ścian oraz sufitu. Tradycja zostawiania krawatów została zapoczątkowana w latach ’50, gdy goście, niektórzy nawet sławni, wpadli na pomysł wymieniania swoich krawatów na kufel piwa ;). Większość „zwisów męskich” informuje o przynależności do klubów, konkretnych college’ów, szkół, drużyn sportowych itd.

W zeszły weekend pojechaliśmy znowu, tym razem w odwiedziny do kolegi Simona, Toma („Tom” musiał być bardzo popularnym imieniem na początku lat ’80, poznałam już sześciu. Prawie jak u nas „Marta”, sama znam siedem). Zobaczycie, ten człowiek zostanie kiedyś premierem Wielkiej Brytanii (zresztą sam się zarzeka, że tak właśnie będzie). Podobno od małego przeprowadzał wiece w swojej dzielnicy, a zaraz po osiągnięciu pełnoletniości wstąpił do Partii Pracy, w której dziś jest szefem kampanii na jakiś tam okręg (wybory za kilkadziesiąt dni). Sympatyczny bardzo, choć oczywiście nie można go ani przegadać, ani przekonać do niczego, co by się nie zgadzało z linią labourzystów. Od razu na samym początku naszej znajomości okropnie się pokłóciliśmy o symbole religijne w szkołach. W Polsce ten problem prawie nie istnieje, ale tutaj, w takim multikulturowym społeczeństwie, jest o co się kłócić. O ile zdołał mnie przekonać, że nauczycielka spowita od góry do dołu w czarną szatę, tylko z kratką na oczy, mogłaby wywoływać przerażenie i/lub śmiech u uczniów niezaznajomionych z kulturą arabską w ortodoksyjnym wydaniu, o tyle nie dałam sobie wmówić, że krzyżyki (wisiorki) należy zostawiać w domu. Ja co prawda nie noszę, ale bez przesady, jeśli ktoś chce mieć mały krzyżyk, powinien mieć do tego prawo. Zdania nie zmienię.

Gdy skończyliśmy się kłócić (Simon: „Mówiłem ci, mate, ona ma temperament jak z Ameryki Południowej!”, Tom: „I like that!!” ;)) zaczęliśmy ustalać, gdzie pójść wieczorem. I tu Tom kompletnie nas zaskoczył – okazuje się, że ponieważ właścicielem prawie całego centrum miasta jest uniwersytet, który nie życzy sobie, aby studenci pili i balowali,  w Oxfordzie praktycznie nie ma klubów. Są, ale małe, na 50 osób maksymalnie, i zamykają o 2:00 nad ranem (!!). Większe znajdują się daleko od centrum, więc nikomu nie chce się tam chodzić. Jeszcze na początku lat ’80 podobno było tak, że o ustalonej godzinie po pubach i innych przybytkach chodzili wysłannicy uniwersytetu i wyganiali studentów do domów :D. Nic dziwnego, że Oxford ma taką renomę – biedni studenci nawet zabalować nie mogą, więc nic, tylko się uczyć!

Wieczór spędziliśmy w jamajskim pubie ;). Właściciel ma ponad 2 metry wzrostu, burzę dredów, serwuje dobre drinki i puszcza ciekawą muzykę. Komu potrzebne kluby ;).

11 marca 2010

Wspomnienia z Chin

Filed under: marzec 2010,Przemyślenia różne — swiatmartyw @ 11:48 am

Zawsze chciałam pojechać do Chin, a mój tata – od małego zafascynowany Państwem Środka – jeszcze te moje chęci podsycał. Pamiętam, że podczas studiów w Niemczech urwałam się z zajęć i pojechałam do Berlina specjalnie po to, żeby zobaczyć 400 figur Armii Terakotowej, które przywieźli z Xi’an. Spędziłam w muzeum prawie dwie godziny i obiecałam sobie, iż kiedyś zobaczę wszystkie figury, a nie tylko 400, pojadę do Chin i zobaczę!

Gdy okazało się, że istnieje możliwość wyjazdu do Pekinu na praktyki tłumaczeniowe połączone z intensywnym kursem chińskiego oraz zwiedzaniem kraju, decyzja zapadła w zasadzie od razu. Jadę!

Przez pierwsze trzy miesiące byłam totalnie zafascynowana Państwem Środka, chodziłam po ulicach Pekinu jak urzeczona, zwiedzałam, co się dało, obfotografowywałam każdą świątynię ze wszystkich stron (zanim wreszcie zauważyłam, że wyglądają tak samo…). Po pewnym czasie jednak zauroczenie minęło i nastąpiły zwykłe, szare dni. Straszne zanieczyszczenie powietrza, brud i tłok, a jeśli chodzi o samych mieszkańców… o tym za chwilę.

W zeszłym roku moja koleżanka ze studiów, też Marta zresztą, do której bloga podałam link po prawej (cuda cudeńka ręcznej roboty! :)), wybrała się na trzy tygodnie do Chin. Po jej powrocie zaczęłyśmy wymieniać uwagi, w końcu wysłałam jej jednego z mailii, które stworzyłam podczas pobytu w Pekinie i tak się jej spodobał, że postanowiła podzielić się nim ze światem. Spodobał jej się głównie dlatego, że miała identyczne odczucia do moich i może podpisać się pod moimi kąśliwymi uwagami obiema rękami, i nogą pewnie też. Zapewniam, iż nie jestem osobą uprzedzoną do innych kultur, a jedynie Bystrym Obserwatorem Zjawisk ;). Nasze wspólne wypociny (Marta dorzuca swoje ciekawe komentarze) znajdziecie tutaj.

Czy polecamy wycieczkę do Chin? Polecamy! Ale na krótko, i trzeba się przygotować na szok kulturowy z prawdziwego zdarzenia. To, co mi serwują Anglicy, to pikuś! ;)

10 marca 2010

Domowy terror sowy

Filed under: marzec 2010 — swiatmartyw @ 9:07 am

„Jak przez mgłę słyszę kolejny dzwonek czwartego budzika. Za chwilę zacznie wydzwaniać od nowa, ustawiony co 5 minut naprzemiennie. Moje ciało nie chce. Usiłuję podnieść nogę lub rękę. Bezskutecznie. Wydaje mi się, że dźwięk dzwonka wbija się między budyń, którym jest obecnie mój mózg i grzęźnie w nim, osiada, wycisza się. Po jakimś czasie pojawia się pierwszy przejaw budzącej się aktywności budyniu: wściekłość. Dlaczego u licha muszę wstawać tak wcześnie? Dlaczego to wszystko jest tak debilnie skonstruowane? Zaczynam widzieć teorie spiskowe społeczeństwa przeciwko jednostce niedopasowanej, być może nienormalnej, potrzebującej snu w nieakceptowanym przez owo społeczeństwo przedziałach czasowych… Dobra, wstaję – i tak jest już 20 minut spóźnienia (…)”

Czy ten tekst napisał Simon?? Gdyby jego polski wychodził poza „Kocham cię” i „Jesteś piękna”, byłabym skłonna uwierzyć, że tak. Na wszelkie próby ściągnięcia go z łóżka reaguje wrzaskiem „Leave me alone!!”, naciąga kołdrę na głowę, a następnie pomstuje na mnie już pod tą kołdrą (pewnie najgorsze wyrazy po kilka razy ;)).

We wszystkich znanych mi językach funkcjonuje odpowiednik „Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje”. Ale co daje? – spytał Simon, gdy o tym rozmawialiśmy (bo po angielsku to przynajmniej wiadomo, że człowiek robaka dostanie – niewiele, ale zawsze coś ;)). Nasz związek to typowy konflikt skowronka z sową. Nigdy nie miałam kłopotów ze wstawaniem – dzwoni budzik, wyłączam go i siup! już jestem na nogach. Za to wieczorem ok. 22:30 padam na nos i muszę się położyć.

Z moim Panem Sową jest dokładnie odwrotnie. Jako że pracuje w systemie „flexitime”, teoretycznie może iść do pracy na którą chce i wyjść o której chce (chyba że mają akurat jakiś ważny projekt do skończenia), byleby na koniec danego kwartału miał wyrobione ustawowe 37,5 godziny tygodniowo. Jeśli jednego dnia w ogóle mu się nie chce przychodzić, a następnego ma ochotę pracować 14 godzin non-stop – proszę bardzo. W tym wypadku jednak, nie wiem, co to będzie na koniec kwartału, bo Simon ledwo daje radę dowlec się do pracy na 10:00, a o 17:00 jest już w domu – a w piątki nawet o 15-16:00. W taki sposób traci kilka godzin tygodniowo do normy i nie bardzo wiadomo, kiedy to odrobi. On też nie wie. Ale snu mu to z powiek nie spędza. Dosłownie.

Przytoczony wyżej wpis z bloga koleżanki po fachu zatytuowany jest „Terror Skowronków” i – w dużym uproszczeniu – traktuje o tym, że przez cały życie musimy wstawać z samego rana, a to do przedszkola, a to do szkoły, a to do pracy, potem z dzieciakami do przedszkola itd., popełniając tym samym gwałt na naszych organizmach:

„Przykładowo wg. badań Horna (tutaj) skowronków i sów jest po 15%, a pozostałe 70% pomiędzy. To jedne z wielu badań, ale wszystkie, do których się dokopałam mówiły, że skowronki to mniejszość.
Dlaczego więc rządzi mniejszość skowronków, zmuszając resztę do codziennych porannych katuszy, wbrew ich biologicznym potrzebom? Według innych badań belgijskich i kanadyjskich naukowców (tutaj), ludzie sowy są na dodatek bardziej wydajni intelektualnie, pracują dłużej i osiągają przeważnie lepsze wyniki. Doba człowieka sowy nie mieści się w 24-godzinnym rytmie i dlatego też ma problemy z regularnością i spóźnianiem się (…) Praca twórcza, naukowa, kreatywna etc. wymaga też skupienia, oraz pełnej przytomności, szczytu aktywności mózgu. Dlatego najlepszą porą dla tego rodzaju pracy jest noc, gdzie nikt nie przeszkadza, nie dzwoni, nie domaga się uwagi – nie rozprasza człowieka zagłębionego w swoich poszukiwaniach. Jest to rodzaj pracy do której lepiej skonstruowani są ludzie-sowy. Aktywność mózgu człowieka sowy rośnie w ciągu dnia aby swój szczyt osiągnąć wieczorem i w nocy (…).

Simon odżywa około 21:00. Potem do 3-4:00 rano grzebie w komputerze, ściąga jakieś programy, robi strony internetowe znajomym i rodzinie, obrabia filmiki przyjaciołom, edytuje zdjęcia i Bóg wie, co jeszcze. Najlepsze, że w środku nocy, w ramach bycia dobrym partnerem, chce mi pomóc i zaczyna zmywać naczynia po obiedzie i czyścić całą kuchnię, która graniczy z naszą sypialnią. O 2:00 rano zaczyna przestawiać gary, lać wodę i szorować blaty. Budzę się w sekundę, wściekła walę w ścianę, on się obraża.
Rano – „rano” o 9:00 – musi wstać i tragedia, dramat, pomstowanie.

W weekendy budzę się ok. 10:00 rano. Marzę o śniadaniu w łóżku, ale gdzie tam! Pan Sowa śpi do 14:00. W dzień powszedni nie daje mi się wyspać, w weekendy czekam, aż łaskawie się obudzi. Jaki terror skowronków, to sowy są wszystkiemu winne ;).

PS. Cały artykuł do przeczytania pod: http://brukowiec.grzenda.pl/pazury/artykul.php?id=96.

8 marca 2010

Wstyd i hańba :/

Filed under: marzec 2010 — swiatmartyw @ 7:30 pm

Tak narzekałam na Anglików, to teraz sama mam powody do wstydu. Nie ja bezpośrednio nawaliłam, ale już wiecie, że czuję się odpowiedzialna za cały kraj i wszystkich jego mieszkańców… a tymczasem…

Nasz wpólny kolega, Tom, pojechał ze znajomym na weekend do Krakowa. Wszystko mu opowiedziałam, gdzie ma iść, co ma zobaczyć, ile kosztują wstępy itd. Byliśmy tam z Simonem w zeszłym roku w czerwcu, w ramach przekonywania go, że Polska to fajny kraj, więc byłam na bieżąco z cenami, pubami, hostelami. Tom spytał, czy to prawda, że w Polsce jest tak niebezpiecznie, bo tak słyszał – bieda, to i przestępczość :/ Oczywiście przez pół godziny go przekonywałam, że gdzie tam, gdzie tam!! Normalny, cywilizowany europejski kraj, nie ma się czego obawiać… a tymczasem…

Tom przysięga, że na lotnisku wsiedli do „standardowej” taksówki, czyli takiej z podświetlanym szyldem na dachu, naklejkami, numerem telefonu itd., nie poszli za jakimś panem stojącym w rogu i mruczącym „taxi, taxi”. Ba, taksówkarz nawet mówił trochę po angielsku, co raczej się u nas nie zdarza. Zawiózł ich do hostelu oddalonego zaledwie o ok. 3 km od lotniska i zażądał… 580 złotych. Na wrzaski i krzyki Toma i jego kolegi, pan z uśmiechem pokazał taryfę przyklejoną po wewnętrznej stronie szyby – 1 km-245 złotych. I co zrobisz, nic nie zrobisz. Wezwali na pomoc właściciela schroniska, który jakimś cudem również mówił po angielsku, ale powiedział im tylko, że nie pierwszy raz widzi taką historię, podobno wokół lotniska w Balicach działa mafia ukraińska naciągająca turystów. Co więcej, polskie prawo jest tak „dziurawe”, że nie można ich za to ukarać, bo każdy może sobie założyć firmę taksówkarską (którą, jak doczytałam w internecie, musi nazwać „Przewóz osób”, a nie stricte „Taksówka”) i brać za usługi, ile mu się podoba. Trochę było w tym ich winy, bo powinni byli popatrzeć dokładnie, ale z drugiej strony, wiecie jak to jest, wstali o 4:00 rano, żeby na lotnisko na 6:00 zdążyć, potem lot, wyszli z samolotu o 8:00 rano, zmęczeni, no i… łatwy łup.

Źle się zaczęło, ale to jeszcze nie koniec świata, nieuczciwi taksówkarze są wszędzie. Pamiętam, jaką awanturę zrobiliśmy posługując się naszym bardzo ograniczonym chińskim, gdy pekiński taksówkarz nagle wyłączył taksometr i zażądał trzykrotnie większej sumy niż ta, którą płaciliśmy normalnie na tamtej trasie. Albo mega awaturę z taksówkarzem w Bangkoku, który chciał z nas zedrzeć 100 dolarów za 5 minut jazdy. O walkach z dominikańskimi i panamskimi taksiarzami nawet nie wspomnę, bo to jest ich sport, ich sposób na zabicie monotonii dnia. Wszędzie na świecie turysta równa się frajer, tak było, jest i będzie, zwłaszcza jeśli nie zna języka.

Drugiego dnia Tom i jego kolega poszli do pubu. Kolega przesadził z alkoholem i wrócił do schroniska wcześniej, Tom natomiast poznał sympatycznych Polaków i przegadał z nimi do 2:00 nad ranem. Fakt, był wstawiony, tego nie da się ukryć. Gdy kilka minut po drugiej opuścił pub i zaczął iść w kierunku przystanku autobusów nocnych, podeszli do niego trzej kolesie i po angielsku – po angielsku, czyli musieli obserwować go już w pubie – zapytali, czy ma zapalniczkę. Wyjął zapalniczkę, po czym dostał cios w twarz. Upadł, zaczęli go kopać, zabrali mu portfel, jeszcze trochę go pokopali i uciekli. Na szczęście ktoś zobaczył go leżącego na ulicy i pomógł mu dostać się do hostelu.

I co ma myśleć taki Anglik po równie przygodowym weekendzie w Polsce?? Bieda, to i przestępczość, dokładnie tak, jak słyszał :(.

Następna strona »

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.