Świat Marty W.

28 grudnia 2010

Jak pech, to pech

Filed under: Kraj ojczysty — swiatmartyw @ 10:59 pm

Wigilię opiszę następnym razem, najpierw muszę się skupić na dniu dzisiejszym, który obfitował w pokaźne pokłady pecha.

7:30 – mama nie może wyjechać z garażu, opony, mimo że zimowe, ślizgają się na podjeździe. Nie pomaga sypanie piaskiem, energiczne usuwanie oblodzenia butem ani klnięcie pod nosem

8:00 – spanikowana dzwonię po taksówkę

8:10 – taksówka przyjeżdża i pan pyta, jak ma jechać. Proponuję mu jeden wariant, on go odrzuca i mówi, że najszybciej będzie obwodnicą. Niechętnie się zgadzam – niechętnie, bo w uszach wciąż brzmią mi opowiadania mamy o przewróconych na obwodnicy TIR-ach i wielogodzinnych korkach

8:20 – niestety, wypadek. Dachował samochód osobowy, na szczęście nic się nikomu nie stało, choć samochód do kasacji. Z radia dowiadujemy się, że korek ciągnie się przez 4 km. Obwodnica, jak to obwodnica – nie cofniesz się, bo za tobą sznur samochodów, a poza tym wszystkie pasy w jedną stronę, i nie pojedziesz do przodu, chyba że będzie zjazd. Oczywiście nie było. Ciśnienie skacze mi do 220 na 200. Taksówkarzowi też, biadoli, że trzeba było jednak pojechać inną trasą. Przyjeżdża policja, zaczyna się wolniutkie przepuszczanie samochodów prawym pasem. Tak wolniutkie, że ciśnienie skacze mi do 250 na 220. Chce mi się płakać ze złości, nie zdążę na samolot! Dzwonię do mamy. Mama, osoba nieco przesądna, co i mi się czasami udziela, twierdzi, iż wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, żebym nie leciała, bo coś się stanie. Nie polepsza to mojego samopoczucia, oj nie. Ciśnienie 270 na 250

8:30 – wolniutko dojechaliśmy do jakiegoś zjazdu. Następne pół godziny to popis kunsztu taksówkarskiego. Pan zna skróty przez okoliczne działki, wioski i pola. Jako że pola są całkowicie pokryte śniegiem, wpadamy w poślizg, a potem dwa razy zagrzebujemy się w śnieżno-lodowo-błotnej brei. Ciśnienie już chyba 300 na 270. Zaraz mi serce wyskoczy. Jemu też. Denerwujemy się oboje, nerwowo zerkamy co chwilę na zegarek. Zgodnie wrzeszczymy na kierowców przed nami, „jedź, cholera, jedź!!”

9:00 – mimo że na liczniku widnieje 100, pan bierze ode mnie tylko 50 złotych. Wyskakuję z taksówki, biorę walizkę i z językiem po pas wpadam do hali odlotów. Zdążam dosłownie w ostatniej chwili. Zdaję bagaż, przechodzę przez wszystkie kontrole. Wymieniam resztki złotówek na funty. Ciśnienie spada do 200 na 180. Może już mogę się zrelaksować?

9:15 – nie mogę. Patrzę na płytę lotniska i… no właśnie, nic a nic nie widać. Nic. Mleko. Mgła tak gęsta, że nożem można ją kroić. Dzwonię do mamy i mówię, że kiepsko to widzę (dosłownie!). No i wykrakałam. Lot do Londynu został odwołany, ale przynajmniej polecą z Bydgoszczy, podstawiają autokary. Lot do Bristolu, czyli mój – odwołany. Prosimy do kasy po zwrot pieniędzy lub przebukowanie lotu. W tym samym czasie odwołali jeszcze loty do Edynburga, Warszawy i Frankfurtu. Ludzie złoszczą się i klną. Wszyscy naraz zaczynają szturmować kasy. Zanim odebrałam bagaż, znalazłam się w 3/4 kolejki.

przez następne dwie godziny – kolejka

Trafia mnie szlag. Cierpliwość nigdy nie była moją mocną stroną. Dzwonię do Simona i proszę o sprawdzenie wszystkich opcji. Wspólnie dochodzimy do wniosku, że dzisiaj już nie ma co się szarpać – w grę wchodziła podróż pociągiem do Warszawy lub Poznania, a wiadomo jak pociągi ostatnio chodzą, często z peronów, których nie ma ;) Zabukował mi lot na jutro, co prawda do innego miasta, ale też blisko naszej wiochy.
Idę po zwrot pieniędzy i zaświadczenie dla pracodawcy. Zaświadczenie dostałam, nawet po angielsku, ale na pieniądze trzeba będzie czekać: „Mam mówić, że 2 tygodnie, ale ja bym w to nie wierzyła, już prędzej miesiąc” – pani przy kasie przynajmniej jest szczera.

Czekam na autobus do domu. Oczywiście nie przyjeżdża. Marznę w temperaturze -18 C przez dobre 30 minut, w końcu daję za wygraną. Taksówka. Cholera, nie mam złotówek! Przecież wszystko wymieniłam na funty… Lecę do bankomatu. W taksówce klnę jak szewc przez całą drogę do domu.

Napisałam maila szefowej, lecz – zgodnie z polityką firmy – muszę do niej zadzwonić jutro z samego rana i poinformować ją o wszystkim osobiście. Ciekawe, czy mi uwierzy. Już jestem u szefostwa na celowniku, więc jeśli będą chcieli, mogą sprawę rozdmuchać. Zobaczymy.

Jutro drugie podejście, oby się udało!

Reklamy

22 grudnia 2010

Zasypane drogi, śniegu cały świat!

Filed under: Kraj ojczysty — swiatmartyw @ 1:41 pm

Jadę, jadę w świat sankami, sanki dzwonią dzwoneczkami,
dzyń, dzyń, dzyń, dzyń, dzyń, dzyń, dzyń, dzyń, dzyń! :)

Nasz balkon

Będziemy tu dzisiaj lepić bałwana :)

Widok z pierwszego piętra na ogród

Ja: Mama, podwieziesz mnie do centrum?

Mama: Dam ci sanki, zjedziesz sobie! ;)

Dzyń, dzyń, dzyń…

20 grudnia 2010

Dom, słodki dom

Filed under: Kraj ojczysty — swiatmartyw @ 7:39 pm

Zdjęcia dodane 22.12

Miałam więcej szczęścia niż rozumu. Lotniska pozamykane, loty odwołane, ludzie koczują całymi dniami przy kasach biletowych w nadziei na cud – a ja przyjechałam na lotnisko w Bristolu, wsiadłam do samolotu i wylądowałam w Gdańsku 20 minut przed czasem! Odebrali mnie rodzice, zawieźli do domu, a tam… chleb oliwski! ser żółty królewski! miód gryczany! ogórki kiszone! kapusta kiszona! bigos! kefir! :)) Już nawet nie pamiętałam, jak bardzo się za tymi smakami stęskniłam. Wreszcie nikt nie zmusza mnie do picia herbaty z mlekiem, wreszcie nie ma głupich dwóch kranów, dywanów w łazienkach i oszczędzania na ogrzewaniu (w Anglii wyłączamy na noc, bo inaczej chyba byśmy zbankrutowali)! W domu, wreszcie w domu, po roku! Ludzie normalnie gadają też! ;) Super!

Niestety są też negatywy. Warunki na drogach fatalne – i to nie tylko na ulicach, ale również na chodnikach. Posypali wszystko solą i utworzyła się breja nie do przejścia. Dlaczego ktoś tego nie odśnieży? Samochody jadą 10 km/h, ludzie drepczą krok za krokiem, bo ślisko albo błoto… Autobusy przychodzą z gigantycznym opóźnieniem, dzisiaj dosłownie prawie zamarzłam na przystanku, tak długo czekałam. Ktoś się skarżył, że czeka już od godziny, ktoś inny pocieszał, że to normalne…

Żeby nie było, że narzekam bez sensu:

Chodnik w centrum Gdańska

Stan ulic, bez opon zimowych ani rusz!

Pan w sklepie Play obsłużył mnie bez jednego uśmiechu. Nie żeby kupno karty SIM było specjalnie zabawne, no ale tak w ogóle nic? Żadnego miłego słowa? Żadnego dziękuję, do widzenia? To już chyba wolę fałszywie uśmiechniętych angielskich sprzedawców ;). Pani z Empiku też łypała na mnie złym wzrokiem, mimo że wydałam w jej sklepie fortunę.

A propos wydawania fortuny – nie zdawałam sobie sprawy, że w Gdańsku jest tak drogo. Wymieniłam 100 funtów i naiwnie myślałam, iż na wszystko mi starczy… a tu figa. Jutro czeka mnie kolejna wycieczka do kantoru, jeśli chcę kupić rodzinie sensowne prezenty. No dobra, przyznam się – kupiłam sobie boskie czarne szpilki w moim ulubionym RYŁKO :). Ceny takie jak w Anglii, ale przynajmniej wiem, że to dobra marka, moja ulubiona zresztą. Miałam wielką ochotę na śliczną sukienkę z Zary, ale 250 złotych to jednak lekka przesada. Już niosłam ją do kasy, ale w ostatniej chwili zwyciężył głos rozsądku ;).

Ponieważ wyjechałam z Gdańska w 2000 r., tak naprawdę nie mam już tutaj znajomych  – a przynajmniej takich znajomych, którzy chcieliby się ze mną spotkać ;) – oprócz jednej koleżanki z osiedla oraz sąsiadki. Tłumaczę sobie na pocieszenie, że nie liczy się ilość, tylko jakość ;).

W planach mam również pójście do dentysty. Mimo iż nasza dentystka jest potwornie droga jak na polskie warunki (rok temu zapłaciłam 220 złotych za jedną plombę i usuwanie kamienia, to chyba drogo??), w porównaniu z Anglią jej ceny są po prostu śmieszne (jedna plomba 120 funtów, czyli 564 złote, zgodnie z dzisiejszym przelicznikiem). Mam nadzieję, że tego nie czyta, bo jeszcze mnie skasuje po angielsku ;).

Nie mogę doczekać się środy – idziemy na balet „Dziadek do orzechów” wystawiany przez zespół ze słynnego Teatru Bolszoj. Ponieważ uwielbiam Czajkowskiego, znam całego „Dziadka” na pamięć, będę sobie nucić pod nosem ;).

Nie wolno również zapomnieć o moich Rudych Kulach Szczęścia, tu pokazanych na kolanach mamy :)

Moje cuda kochane :)

Ten okropny ręcznik na kanapie to dlatego, że Kule Szczęścia wszędzie zostawiają swoje rude futro :)

Jak dobrze być w domu!!

17 grudnia 2010

Alkohol wrogiem ludzkości – część II

Filed under: grudzień 2010 — swiatmartyw @ 8:27 pm

Simon poszedł z kolegami z pracy na ich wersję Christmas Party – czyli zaczęli pić już o 12:00 w południe (praca? jaka praca? toż Święta się zbliżają ;) Zadzwoniłam do niego o 18:00, pytając kiedy wróci. Już trochę bęłkotał, ale jeszcze jakoś się trzymał, nawet obiecał, że chleb kupi po drodze do domu. TESCO otwarte do 23:00, więc będzie w domu mniej więcej o tej godzinie.

Ponieważ dzisiaj musiałam być w pracy o zabójczej 7:45, położyłam się spać ok. 22:00. O 1:39 instynktownie się obudziłam – jak matka, która słyszy płaczące dziecko w drugim pokoju ;), tak ja po prostu wiedziałam, że Simona nie ma w łóżku. Dzwonię. Cisza. Na wszelki wypadek sprawdzam w salonie – no i proszę, jest, Simon W. we własnej osobie. Rozwalony na kanapie, gęba otwarta, chrapie, wciąż ubrany w kurtkę, a w ręku zaciska… łańcuch na choinkę.

Budzę go i pytam:

Ja: Skąd ten łańcuch wziąłeś? Ukradłeś z tej dużej choinki, co stoi w centrum miasta??

Simon (półprzytomnie patrzy na łańcuch): Nie wiem… nie pamiętam… to nie ja… nigdy niczego nie ukradłem… mama mnie uczyła, że nie wolno kraść! :D

Ja (zwijam się ze śmiechu): No ale jednak przyniosłeś do domu łańcuch, który nie jest nasz… Trudno, choć do łóżka.

Simon wstaje z kanapy i osuwa się na mnie. – Idziemy!, mówię twardo, a on na to – ni w pięć, ni w dziewięć: – But… but… mohem! Mohem!!!” Myślę sobie, co za mohem, nie znam takiego słówka. – What do you mean? – Don’t you know?, pyta Simon zdziwiony, mohem!!! :D

Prowadzę go do sypialni, sadzam na łóżku. – Take your shoes off! Simon patrzy na mnie jak ciele na malowane wrota i bełkocze: – Shoe? What is a shoe?? I don’t know what a shoe is! Do you know what a shoe is?? :D
Znowu zwijam się ze śmiechu i mówię: – Shoe is the thing you have on your foot! Take it off!!
Dotarło do niego i zdjął buty. Resztę musiałam zdjąć sama, bo już spał.

Dostaję sms w południe:

Hey, finally got out of bed. My head is killing me. Don’t think I’ll be drinking for a long time, if at all. Did I do anything silly when I got home or was I just drunkenly mumbling?

No to piszę mu, że najpierw ukradł łańcuch, potem domagał się jakiegoś mohemu, a na końcu zapomniał, co to buty :D Wystarczy atrakcji jak na jeden wieczór ;).

PS. Simon też nie zna słówka „mohem”, coś mu się w pijanym widzie przyśniło ;)
PS.2 Łańcuch zawiesiliśmy z powrotem na naszej wioskowej choince. Kilkoro ludzi bacznie nam się przyglądało, jakbyśmy kraść przyszli albo co… ;)

15 grudnia 2010

Blog ma rok!

Filed under: grudzień 2010 — swiatmartyw @ 8:04 pm

Dokładnie rok temu postanowiłam przestać pisać pamiętnik na papierze i przenieść go w wirtualny świat. Blog obejrzano 8929 razy, czyli średnio 24 razy dziennie – czego nie spodziewałam się w najśmielszych snach! Myślałam raczej, że głównymi fanami będzie mama i koleżanka z gdańskiego osiedla ;). Zostawiliście 355 komentarzy, wszystkie pozytywne, a ci, co znają mnie trochę lepiej, wysłali mi masę miłych wiadomości na maila/ Facebook/ Skype’a. Najbardziej lubię wiadomości typu: „Czytałam na laptopie w pociągu i tak wyłam ze śmiechu, że aż siedząca przy mnie pani spytała, czy dobrze się czuję!” :D Od razu skrzydła mi rosną :).

No dobra, przyznam się – usunęłam jeden komentarz. Pani oskarżała mnie o bycie narcyzem i pisanie tylko o sobie. A jak nazywa się blog, Fauna i Flora Wielkiej Brytanii? Filozoficzne Rozważania o Życiu? Analiza Historii Wpółczesnej? No nie, nazywa się Świat Marty W., więc o Marcie W. pisać będę ;).

Żałuję, że nie mam czasu/ siły pisać więcej, ale zrobię wszystko, abyście dalej mogli śmiać się w pociągach :) Rok 2011 zapowiada się ciekawie pod względem mieszkaniowo-podróżniczym, więc mam nadzieję, iż tematów będzie mnóstwo.

Dziękuję za te 8929 odsłony i mam nadzieję, że chociaż trochę poprawiam Wam humor!

Marta

12 grudnia 2010

Ponieważ jesteście tego warci

Filed under: grudzień 2010 — swiatmartyw @ 7:46 pm

Chcesz spędzić urlop w ciepłym kraju i niewiele za to zapłacić? Mieszkasz w Wielkiej Brytanii lub możesz tu w miarę tanio dolecieć? Znasz angielski na poziomie podstawowym? Jeżeli Twoja odpowiedź brzmi TAK!, polecam stronę www.otbeach.co.uk (skrót od „On The Beach”). Nie, nie jestem u nich na prowizji, po prostu dzielę się tą informacją z dobrego serca ;).

Zabukowaliśmy 7 nocy w Maroku – 4 w Agadirze w czterogwiazdkowym hotelu na plaży (śniadanie + obiadokolacje + korzystanie z usług hotelowych typu siłownia), 3 w samym sercu Marakeszu (śniadania 2 euro, obiadokolacje bodajże 4, płatne dodatkowo). Całkowity koszt, razem z lotem – 250 funtów od osoby. Co prawda, nie wiem ile kosztuje taka impreza przy wylocie z Polski, ale 250 funtów to niewiele w stosunku do tutejszej przeciętnej pensji. Wynajem samochodu kosztuje 8 funtów dziennie, więc zamiast telepać się z wycieczką i mieć wszędzie tyle czasu, ile uważa za stosowne przewodnik, będziemy zwiedzać na własną rękę. Jako że jedziemy tam na moje bardzo okrągłe urodziny, nie mamy zamiaru oszczędać – SPA, drinki na plaży, sporty wodne i shisha, taki jest plan :) Nie mogę się doczekać, odliczam dni (a jest co odliczać, bo urodziny mam pod koniec maja ;). Oczywiście nikogo nie zmuszam do Maroka, na stronie można znaleźć kilkadziesiąt atrakcyjnych, ciepłych miejsc.

Druga reklama dotyczy wyłącznie mieszkańców Wielkiej Brytanii. Simon odkrył stronę oferującą różne usługi do 80% taniej niż gdybyście poszli do danych firm bezpośrednio. Tak, tak, wiem jak to brzmi – niemożliwe, na pewno jakiś kit. A jednak nie kit. Facet zrobił stronę i zaczął dzwonić do małych firm, które nie mają milionowych budżetów na reklamę, z prostą propozycją – zamieszczę wasze ogłoszenia, jeśli mocno obniżycie ceny, i będę dawał klientom 6 funtów zniżki na kolejny zakup, jeżeli komuś was polecą i ten ktoś od was kupi. Proste? Proste. Działa? Działa jak cholera. Ostatnio Google chciały odkupić tą stronę za 40 mln dolarów, ale facet się nie zgodził – powiedział, że ma dosyć dominacji Google na świecie.

Kupić można wiele różnych usług – od wizyt w SPA, poprzez posiłki w dobrych restauracjach, testowe jazdy w luksusowych samochodach, techniczne przeglądy samochodów, skoki ze spadochronem, weekendy w eksluzywnych hotelach, depilację woskiem, po wybielenie zębów, go-karting i co tam jeszcze sobie zamarzycie. Wybór zależy od wielkości danego miasta – w Londynie jest najwięcej ofert, u nas nie było ani jednej, ale na szczęście mamy niedaleko do Bristolu, Birmingham i Cardiff. Już dawno marudziłam Simonowi, że chciałabym pójść na masaż, ale nawet w naszej wiosce ceny są odstraszające – 100 funtów za 60 minut (a 7 dni w Maroku 250…)! Dzisiaj Simon triumfalnie wręczył mi voucher na 75-minutowy masaż całego ciała oraz pedicure za… 15 funtów! Super, ale szlag mnie trafił, że normalnie tak z człowieka balona robią i na wszystkim musi przepłacać. A ja zafundowałam sobie wybielanie zębów za 17 funtów (cena w moim gabinecie dentystycznym – 120), co tam, niech mam ten hollywoodzki uśmiech! ;)

Polecam: www.groupon.co.uk

Ponieważ jesteście tego warci! :)

************** Wiadomość z ostatniej chwili ********************

Loguję się na Facebook w Polsce, a tam wyskakuje reklama www.groupon.pl! Dokładnie takie same zasady. Myślałam, że cuda Wam opowiadam, a tu się okazuje, że u nas tak samo fajnie :)

11 grudnia 2010

Kot Simona na świątecznie

Filed under: grudzień 2010 — swiatmartyw @ 11:25 am

O genialnych filmikach z kotem w roli głównej pisałam już tutaj. Z okazji zbliżających się Świąt, został dodany nowy epizod z kociego życia :) Mama, prawda że nasz Toffi jak żywy?? Z tego co pamiętam, zrobił dokładnie tak samo dwa lata temu :)

Na poprawę humoru kliknijcie na link:

Santa Claws

4 grudnia 2010

Gadżeciarze

Filed under: grudzień 2010 — swiatmartyw @ 6:18 pm

Ponieważ mieszkam z panem inżynierem, chcąc nie chcąc zaczęłam się interesować gadżetami maści wszelakiej. Jako że do obowiązków Simona należy m.in. odkurzanie mieszkania (standard!), spryciarz zaproponował, żebyśmy kupili takie oto cudo zwane Roomba:

(bez kota póki co, ale wszystko w swoim czasie ;)

Roomba jest tzw. „inteligentnym” odkurzaczem – czyli można go tak zaprogramować, żeby np. 2 godziny przed naszym przyjściem do domu/ przed imprezą zaczął odkurzać mieszkanie. W bardzo małe przestrzenie oczywiście nie wjedzie, ale jest na tyle dobry, aby odkurzyć pod stołem, między krzesłami czy pod kanapą. Po natrafieniu na przeszkodę, „odbija się” od niej i tak dostosowuje kierunek ruchu, aby więcej na tą przeszkodę nie trafić. Nie jest to mocno ssące urządzenie, raczej programuje je się na codzienny przejazd po mieszkaniu i w taki sposób brud i kłaki nie mają szans zbić się w trudną do usunięcia warstwę. Koszt – najtańsze zaczynają się od 150 funtów (ok. 700 PLN), ale chyba się szarpniemy, bo jak wiadomo w angielskich domach cholerne dywany są wszędzie – wszędzie, z łazienkami włącznie.

Mama kupiła nam drukarkę – taką zwykłą, podłączaną do komputera kabelkiem. Simon siedział tydzień, czytał książki, kombinował, przeklinał i kombinował dalej – ale w końcu zmienił ją w drukarkę bezprzewodową i dwukrotnie zwiększył szybkość drukowania. Cuda jakieś ;).

Po kolejnym tygodniu kombinowania i przeklinania zrobił pstryczek-elektryczek wyłączający wszystkie urządzenia pobierające prąd. Do tej pory trzeba było odłączać dopływ elektryczności do wszystkiego pokolei (np. przed wyjazdem na wakacje), a teraz pstryk! i już.

Z pudełka po miętówkach, dwóch baterii, kilku kabelków i filtra piankowego powstał mały wiatraczek, który niweluje nieprzyjemny zapach wydzielający się podczas lutowania…

A teraz o mnie. Moją pierwszą komórkę kupiłam w 2000 r. Była to wielka, obrzydliwa Motorola, czarna, z wściekle zielonym ekranem i okropnymi dzwonkami. Jedyny możliwy brzmiał jak pieśń „Panie, dobry jak chleb…” Po dwóch długich latach z ulgą zamieniłam ją na Samsunga z niebieskim ekranem, całkiem w porządku jak na ówczesne czasy, ale gdy zobaczyłam u koleżanki Motorolę RAZR V3, zżarła mnie straszliwa zazdrość. Wydawało mi się, że to najpiękniejszy i najbardziej zaawansowany telefon na świecie:

Moja dawna szalona miłość, obecnie do kupienia za 3 funty :D

Zakupiłam ją za szaloną sumę 300 dolarów i kochałam jak własne dziecko ;). Parę lat później nieopatrznie zostawiłam ją w taksówce i musiałam szukać nowego telefonu. Zbiegło się to z moją przeprowadzką do Anglii, więc chciałam wziąć taką oto Nokię na kontrakt:

Nokia 5800 Express Music

Okazało się, że nie dla psa kiełbasa – jestem cudzoziemką, nie miałam wtedy jeszcze pracy w Anglii, więc telefonu mi nie dali, bo przecież – wiadomo – wezmę go i ucieknę do Polski. W obliczu tak skandalicznego traktowania, Simon dał mi swoją starą komórkę, Nokię 6120c:


Mimo że nie był to telefon moich marzeń, dobrze mi się kojarzył – Simon miał go w Pekinie, gdy się poznaliśmy, i podczas naszych romantycznych randek puszczał z telefonu romantyczne piosenki ;). Co jak co, ale jakość dźwięku jest w tej Nokii naprawdę niezła.

Co jakiś czas próbowałam ubiegać się o kontrakt z Vodafone, T-Mobile, 02 oraz Orange, ale wszędzie mówili, że muszę być w Anglii od co najmniej 3 lat i wtedy porozmawiamy. Poniżona, zaciskałam zęby i próbowałam dalej. W październiku tego roku stał się cud – zostałam zaakceptowana. Przez najgorszą z możliwych firmych – TESCO mobile ;)), ale jednak. Postanowiłam pójść na całego i kupić moim zdaniem najlepszy obecnie telefon na rynku – poznajcie moje cudo, Samsung Galaxy S:

Ekran początkowy, jeszcze w szacie jesiennej :)

Jedna z trzech stron z ikonkami dostępu

W szachy można pograć...

Książki poczytać... (na ekranie Sherlock Holmes ;)

Dowiedzieć się, co na świecie...

Sprawdzić słówko w omalże dowolnym języku (ja mam zainstalowany angielski, niemiecki, hiszpański, włoski i rosyjski, ale jest mnóstwo innych)

No i oczywiście – jak sama nazwa telefonu wskazuje – sprawdzić, co nad głową:

Wystarczy skierować telefon na dowolny skrawek nieba i...

Poza tym można sprawdzić temperaturę, ściągać muzykę, obliczać kąty i odległości w danym pomieszczeniu, słuchać radia, odpowiadać na maile, włączyć GPS, surfować po internecie i robić dosłownie setki innych rzeczy, których jeszcze nie rozgryzłam, ale które rozgryźć zamierzam. Telefon cudo, codziennie patrzę na niego z uwielbieniem ;). Poza tym wreszcie nie muszę się stresować ceną korzystania z internetu, wysyłania smsów czy dzwonienia. Za 30 funtów miesięcznie mam wszystko wliczone. Mogę gadać, wysyłać wiadomości i siedzieć na internecie aż mi się znudzi. Wiwat Tesco mobile! ;)

Ja tu o gadżetach, a Simon w kuchni robi szarlotkę :O Gdzie ja takiego wszechstronnego faceta znalazłam?? A, już pamiętam, w klubie nocnym w Pekinie ;)).

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.