Świat Marty W.

8 Maj 2015

Cała (subiektywna) prawda o cięciach i szpitalach – część I

Filed under: maj 2015 — swiatmartyw @ 10:43 pm

Przeżyłam i opowiem, jak było. Z drastycznymi szczegółami, a co tam.

Jak już wspomniałam we wpisie poniżej, robi mi się słabo na samą myśl o krwi – tak że łatwo sobie wyobrazić, jak bardzo stresowałam się rankiem 23 marca, gdy wstaliśmy z łóżka wiedząc, że za kilka godzin rozprują mi brzuch pod miejscową narkozą i wydobędą z niego dziecko.

Przygotowania

Umówieni byliśmy na 9:30. Przetrzymali nas w poczekalni parę godzin, bo nie mieli wolnego stołu operacyjnego. Iluś tam kobietom trzeba było zrobić „emergency c-section” – czyli chciały urodzić naturalnie, ale nie wyszło i poszły pod nóż. Potem badanie ciśnienia, badanie bicia serca płodu, sprawdzanie, czy aby na pewno wciąż jest w złej pozycji. Ciągneło się to wszystko jak flaki z olejem, sprawiając, ze coraz bardziej się bałam. Gdy wreszcie zaprowadzili mnie do osobnego pokoju i przebrałam się w szpitalne ubranie (tak, to, w którym świeci się gołym tyłkiem – na szczęście byłam na to przygotowana i zabrałam szlafrok), łzy same zaczęły lecieć. Ze strachu przed bólem, z niepewności, czy z małym wszystko będzie w porządku, ze złości, że nie może być „normalnie”. Za chwilę otoczył mnie sztab pielęgniarek i lekarzy, i zaproponowali aromaterapię. Nigdy w takie rzeczy nie wierzyłam, ale wtedy było mi wszystko jedno – dajcie mi coś, zróbcie coś, żebym przestała panikować. Po minucie przynieśli olejki aromatyczne – wdychałam je zachłannie, Simon mnie tulił, a każda pielęgniarka i lekarz pokolei tłumaczyli, jaka będzie ich rola podczas operacji, co się stanie itd. Poprosiłam, żeby nie wdawali się w szczegóły, bo zemdleję. Popatrzyli na siebie w panice, i na mnie jak na wariatkę ;-)

Nie wiem, jak doszłam na salę operacyjną, bo nogi mi się trzęsły jakby były z galarety. Dodatkowo denerwował mnie anestezjolog, który przedstawił się jako „Tomasz” i miał tak silny akcent, że prawie go nie rozumiałam. Trajkotał non-stop, a ja byłam w stanie wyłowić ledwo co piąte słowo. Już-już miałam zagadać do niego po polsku, ale najpierw spytałam mojego męża Naczelnego Wyławiacza Akcentów, „Do you think he’s Polish?” Mąż mi się zadumał i stwierdził: „I’d say either Czech or Slovak”, więc dałam spokój i wytężyłam cały mój zmysł lingwistyczny, żeby zrozumieć, o co mu chodzi – w końcu w mojej sytuacji anestezjolog to była dość ważna osoba…

Operacja

Pan Tomasz wbił mi wenflon w żyłę w lewej ręce… i zrobiło mi się ciemno przed oczami. Pamiętam tylko uczucie niesamowitego gorąca i moje słowa: „I’m fainting… I’m fainting…” i łups, leżę. Podobno odzyskałam przytomność już po 5 sekundach, ale gdy otworzyłam oczy, nie wiedziałam gdzie jestem ani kim są otaczający mnie ludzie. Simon przeżył szok, gdy po jego „Don’t worry baby, I’m here”, usłyszał ode mnie: „Do I know you?” Ciekawe, że wciąż potrafiłam mówić po angielsku, a własnego kolegi małżonka nie rozpoznałam. Na szczęście po kolejnych 5 sekundach mózg nałykał się wystarczająco dużo tlenu, żebym zrozumiała, co się dzieje.

Pan Tomasz znowu mnie podziurawił i wprowadził znieczulenie do kręgosłupa. Czekanie, aż zacznie działać umilamy sobie gadką. Okazuje się, że Simon miał rację – anestezjolog jest z Pragi. Był w Gdańsku, bardzo mu się podobało, a ja kilkakrotnie w Pradze i super mi się podobało, uważam wręcz, że to najpiękniejsza stolica w Europie. Pan Tomasz promienieje ze szczęścia. My tu gadu-gadu, a znieczulenie wcale nie działa! Czuję palce u nóg, mogę nimi normalnie poruszać. „I can feel my toes, I can feel my toes!”, powtarzam jak opętana, blada ze strachu. „It dazynt meter”, pociesza anestezjolog, a ja wpadam w panikę. Jak to dazynt meter, zaraz będą mnie ciąć, a ja wszystko czuję! I C-C-CAN F-F-FEEL MY T-T-TOES! – jąkam się zdenerwowana i, w reakcji na stres, a może szok, zaczynam szczękać zębami i się trząść. „Znieczulenie blokuje tylko niektóre sygnały, naprawdę nie masz się czym przejmować”, powtarza pan Tomasz, i dodaje: „Operacja trwa już od dwóch minut, tak że skoro nie czułaś cięcia, to znaczy, że działa”. Szczękająca szczęka mi opadła. Od dwóch minut? To my tu gadamy o Moście Karola, a po drugiej stronie parawanu krew i flaki? ;-)

Cała operacja trwała minut pięć. Usłyszałam płacz, pokazali mi małego ponad parawanem i zabrali na ważenie i badania. Simon poszedł z nimi, robić zdjęcia pierwszych minut nowego życia, ale przypadkiem odwrócił głowę i zobaczył mnie rozprutą i zakrwawioną. Zwykle takie widoki nie robią na nim wrażenia, ale pod wpływem emocji zrobiło mu się słabo i musiał dziarskim krokiem przejść na drugą stronę sali – jeśli ma się do wyboru oglądanie czystego dziecka na wadze albo flaki żony, z reguły wybiera się to pierwsze ;-)

Zaszyli mnie w piętnaście minut, wspólnymi siłami zdjęli ze stołu operacyjnego i przenieśli na łóżko, położyli mi małego na piersi i przewieźli na oddział. Urodziło nam się dziecko.

CDN

Reklamy

19 marca 2015

Ostatnia prosta, która okazała się krzywą

Filed under: marzec 2015 — swiatmartyw @ 3:41 pm

A miało być tak pięknie. Miałam z uśmiechem na ustach urodzić siłami natury, karmić dużą piersią podśpiewując kołysanki i w tydzień zgubić zbędne kilogramy.  Tymczasem czeka mnie operacja, cewnik, raczej pewne karmienie z butelki, blizna i trzy tygodnie plackiem w łóżku.

Zawsze byłam uparta i wskutek genetycznych zawirowań cecha ta przypadła w udziale również naszemu synowi. Łobuz usadowił się w takiej pozycji, że nie urodzę go naturalnie choćbym miała skonać. Próbowaliśmy różnych sposobów, żeby go odwrócić, ale z upartymi genami nie wygrasz – zaparł się i koniec. Ponieważ masochistką nie jestem, na przyszły poniedziałek umówiłam się na cesarskie cięcie. W szkole rodzenia straszyli nas, żeby – wzorem co niektórych celebrytek – nie wybierać tej opcji jako tej rzekomo „łatwej”, bo to taka straszna operacja, bo potem tak boli, że wyć się chce, bo człowiek unieruchomiony na wiele tygodni… więc gdy się okazało, że w moim przypadku to jedyne wyjście, minę miałam mocno nietęgą. Przyznam się nawet do ataku paniki i ubrudzenia simonowej koszuli mieszanką łez i glutów. Nigdy nie miałam żadnej operacji, nigdy nie byłam pod narkozą – ba, nigdy nie byłam w szpitalu dłużej niż trwały okresowe badania krwi. Mimo tych krótkich wizyt, zdążyłam się napatrzyć na ludzkie nieszczęście spogladające na mnie z łóżek pchanych przez pielęgniarzy; z wózków, na których siedziały wymęczone życiem osoby w różnym wieku; znad kul, których właściciele ledwo co byli w stanie się poruszać. Za każdym razem wychodziłam psychicznie przybita do granic możliwości. Szpital to zdecydowanie nie jest miejsce dla mnie. Nie pomaga fakt, że już na sam widok napisu „Department of Pathology” robi mi się słabo…

Od dnia paniki minęło już trochę czasu, a że do wyboru miałam rozpaczanie nad swoim smutnym losem oraz wzięcie się w garść, postawiłam na to drugie. Rozmawiałam lub korespondowałam z pięcioma koleżankami, którym też rozpruli brzuchy i ogólny konsensus jest taki – nie jest źle. Pewnie, że boli, ale da się wytrzymać, przecież szpital zapewnia mocne środki przeciwbólowe; cewnik – no tak, przez pierwsze ileś tam godzin, bo nie wstanę ze względu na wciąż trzymające znieczulenie, po prostu bym się przewróciła. Miłe toto nie jest, ale chyba bardziej ugodzi w moją dumę niż sprawi realny ból; mój organizm może się nie zorientować, że to „już” i nie będzie produkował mleka przez pierwsze parę dni – no to nakarmimy małego głodomora z butelki, przecież nic mu się nie stanie; cięcie robią nisko, nie powinno być widać nawet w bikini (priorytety!)… a poza tym blizny są podobno sexy. Simon ma taką dość dużą od pachy po żebra i udało mu się już kilka osób nabrać, że to po ataku rekina, którego walecznie przegonił ;)

Najgorsze to bycie unieruchomionym przez kilka tygodni. Blizna musi się zagoić, więc nie można się schylać, niczego podnosić, schody stają się wyzwaniem, nie wolno prowadzić samochodu przez 6 tygodni. Na szczęście Simon będzie ze mną przez 2 tygodnie, potem teściowa przez tydzień, potem znowu Simon… aż wydobrzeję i będę mogła zająć się małym uparciuchem sama.

Także od poniedziałku proszę trzymać kciuki i przesyłać całe mnóstwo pozytywnych myśli na południowy zachód Anglii :)

6 lutego 2015

Historia jednej ciąży

Filed under: luty 2015 — swiatmartyw @ 6:28 pm

Ponieważ aplikacja „I’m expecting” pokazuje, że dokładnie za 50 dni będziemy mieli dziecko, postanowiłam pokusić się o małe podsumowanie tego, co działo się przez ostatnie 230 dni.

Przez pierwsze dwa miesiące nie działo się, krótko mówiąc, nic. W trzecim miesiącu zaczęła się, i trwa do dzisiaj, najdziwniejsza dolegliwość, o której nigdy wcześniej nie słyszałam – wstręt do smaku mięty. Jest to o tyle uciążliwe, że mogę myć zęby najwyżej przez 10 sekund, a potem natychmiast, za przeproszeniem, wymiotuję. A co człowiek chce zrobić po zwróceniu zawartości żołądka? Czyżby umyć zęby? ;-) Kupiłam sobie pastę dla dzieci, truskawkową, ale miętę mimo wszystko czuć (a może tylko ja czuję jakimś szóstym ciężarnym zmysłem), także tortury trwają. Pewnie do końca tej ciąży spróchnieją mi wszystkie zęby – chwała Ojcu i Synowi, że przez następny rok będę miała opiekę dentystyczną za darmo, bo ceny nawet najbardziej podstawowych usług są tutaj zatrważające. No chyba, że chcesz mieć darmową srebrną plombę w jedynce… za białą trzeba słono zapłacić.

Od czwartego do szóstego miesiąca znowu nic się nie działo. Oczywiście, obwód pasa mi się zwiększał, co było dobrą wymówką do kupienia nowych ubrań, ale czułam się dobrze, miałam energię, a jako jedyna niepijąca w towarzystwie, nagle stałam się bardzo pożądaną osobą na wszystkich imprezach, bo po co wydawać krocie na taksówkę, gdy Marta odwiezie pod sam dom i nawet klucze pomoże znaleźć, które jeden z drugim w pijanym widzie gdzieś zapodział.

Zaczął się trzeci trymestr i oh my word, jak tu mówią, co za zmiana. Życie się stało udręką, że zacytuję Annę Jantar. Rosnę w oczach, codziennie czuję się coraz bardziej ociężała, bardzo powoli chodzę, nie mam siły ćwiczyć, odbija mi się kwasem, zasypiam nad książką o 21:00, nie mam na nic ochoty – nawet na jedzenie, do którego muszę się zmuszać, żeby Fasolka mogła rosnąć. Fasolek właściwie, będziemy mieli chłopca – który na razie jest bezimienny, bo cały czas czekamy na natchnienie. Znajomy Szwajcar opowiadał, że u nich już jadąc do szpitala trzeba mieć wymyślone imię, bo inaczej nie chcą wpuścić rodzących kobiet na oddział. Tutaj dają 6 tygodni po urodzeniu na rejestrację – a jeśli się spóźnisz, to 100 funciaków kary za brak natchnienia ;-)

Najciekawszym aspektem mojego obecnego życia stał się kurs w szkole rodzenia. Dobrze jest spotkać inne kobiety, które też nie mogą spać, bo dzieci kopią, którym też jest ciężko prowadzić samochód, bo pas ciśnie i jest niewygodnie, i których mężowie też muszą zakładać im skarpetki, bo nie ma jak się schylić (chyba że w pozycji siedzącej uda mi się wygiąć nogę w bok i jak ta kobieta-guma naciągnąć skarpetkę na palce, a potem resztę szurając stopą po ziemi). A jeśli coś upadnie na podłogę, to niestety musi tam leżeć do czasu, aż Simon się zlituje i podniesie. Tak, jestem właśnie TAKA wielka. A to jeszcze nie koniec – przez ostatni miesiąc tyje się podobno najwięcej.

Wracając do szkoły rodzenia – kurs był strzałem w dziesiątkę. Poznaliśmy pięć sympatycznych par, dowiedzieliśmy się wielu praktycznych rzeczy, a przy okazji uśmialiśmy jak wariaci – zwłaszcza w tym tygodniu, bo uczyli nas o karmieniu piersią. Boże, co się działo – ludzie po trzydziestce, niby poważni, a tarzaliśmy się ze śmiechu i raz po raz ktoś mówił coś tak dziecinnego, że reszta ocierała łzy, a dziewczyny raz po raz poprawiały rozmazany tusz do rzęs. Największą wesołość wywołała pierś zrobiona na szydełku, na której musieliśmy się uczyć, jak wyciskać mleko. Nikt nie dał rady, chichotaliśmy jak idioci. Od razu przypomniały mi się pierwsze lekcje biologii w IV klasie podstawówki i rozmowy o penisach – wtedy też tak strasznie się śmialiśmy, że pani musiała przerwać lekcję, no ale wtedy mieliśmy po 11 lat ;-)

Mój ulubiony tekst brzmiał tak – pani mówi, że po cesarskim cięciu dzieci są oszołomione narkozą, więc trzeba je delikatnie obudzić i zachęcić do jedzenia. Jak najlepiej je obudzić? Nasze odpowiedzi – Potrząsnąć? Dać prztyczka w nos? (to ja) Ugryźć w piętę? ;-) Tacy starzy, a tacy dziecinni. Ale przynajmniej wesoło było i na chwilę mogłam zapomnieć o tym, że żyje mi się trochę niewygodnie.

Simon w drodze do domu: You know, I think I’m growing up – I can now say „vagina” without giggling!

Padłam ze śmiechu. I tak właśnie staramy się do tego wszystkiego podchodzić – z humorem. Nawet jeśli dają nam ulotkę pt. „Blood loss after birth”…

Będzie dobrze. Będzie inaczej, trudniej i biedniej – ale będzie dobrze. I takiej wersji się trzymamy!

25 października 2014

Zmiany, zmiany, zmiany

Filed under: pażdziernik 2014 — swiatmartyw @ 11:14 pm

Wreszcie mogę napisać coś pozytywnego. Długo czekałam na ten moment, ale to jak z tymi przysłowiowymi autobusami – czekasz, czekasz, marzniesz, klniesz pod nosem, raz po raz zerkasz na zegarek i wydaje ci się, że cholera nigdy nie przyjedzie. A potem nagle zjawiają się wszystkie trzy, które jadą w twoim kierunku, i to w dodatku puste. A pan kierowca miło się uśmiecha. I jeszcze słońce wychodzi.

Zaczęło się od awansu w pracy. Od razu i z góry powiedzmy sobie szczerze – gdyby nie to, że odeszła jedna z zatrudnionych dziewczyn i zostałam jedyną osobą w firmie znającą hiszpański, nigdy bym tego stanowiska nie dostała i moje kiepskie samopoczucie by się pogłębiało. Ale odeszła, a ja awans dostałam. Szef w grzeczny angielski sposób dał mi do zrozumienia, że jego zdaniem sobie nie poradzę, no ale znam hiszpański, więc dadzą mi szansę. Oczywiście nie wypowiedział ani jednego słowa krytyki pod moim adresem, nie – Anglicy mają szczególny sposób wysławiania się. Jak w tym dowcipie, że sztuką jest tak komuś powiedzieć „spierdalaj”, żeby zaczął się cieszyć na podróż. No to tak właśnie mi powiedział.

To było cztery miesiące temu i jak na razie dwukrotnie wysłali mnie do Hiszpanii, z której potem dostawałam sympatyczne maile o tym, jak miło było im mnie poznać oraz że wynik naszych negocjacji okazał się „fantástico”. W Austrii i Szwajcarii też nie narzekają. We Włoszech chwalą. Szef milczy jak zaklęty, a jak wiadomo, „strzeż się milczącego, nigdy nie wiadomo, o czym milczy”. Może jest zdziwiony, że daję radę i zapomniał języka w gębie.

W tym samym tygodniu, co o awansie dowiedziałam się również o ciąży. Ciąża była planowana, ale nie jakoś desperacko wyczekiwana – na zasadzie, co ma być, to będzie, bez stresu i liczenia dni w kalendarzyku. No i jest. Cieszymy się, robimy plany – ale też boimy, nie ma co tego ukrywać. Zwłaszcza ja. Za dowód na dziwność całej sprawy niech posłuży genialny komentarz mojego kolegi, który zna mnie nie od dziś: „My world is officially over”. Well, mine too. Nigdy nie chciałam mieć dzieci, ale Simonowi jakimś cudem udało się mnie przekonać, że warto. Teraz codziennie przemawia do brzucha, śpiewa kołysanki, prawi komplementy, choć zwłaszcza wieczorami czuję się i wyglądam moim zdaniem fatalnie, i niezmiennie zaskakuje tym, jaki jest dobry i kochany. Jego entuzjazm udzielił mi się do tego stopnia, że zaprojektowałam pokój dziecięcy, od łóżeczka po naklejki na ścianach i oknach.

I tu przechodzimy do trzeciego autobusu – po pięciu latach wynajmowania wreszcie kupiliśmy dom. Stać nas było albo na dom o rozmiarach hobbitowskich w dobrych dzielnicach, albo dom, w którym można się poruszać, a nawet obkręcić, w okolicach znanych policji. Przesadzam trochę, ale rzeczywiście jest tak, że w pobliżu znanych, prywatnych, a tym samym strasznie drogich szkół tworzą się te „dobre” dzielnice, bo jeśli kogoś stać na płacenie 30 tysięcy funtów rocznie za edukację dziecka, to stać go również na eleganckie lokum, a ceny nieruchomości automatycznie idą w takim miejscu w górę, a wokół szkół darmowych… no cóż, wokół szkół darmowych mieszkają różne typy. A teraz również i my. Na przeprowadzkę mamy czas do 14 listopada, więc na razie wybieramy kolory ścian – co sprowadza się do pełnego zapału mazania kwadracików w różnych odcieniach, jak również związanego z tym brudzenia siebie i podłogi. Nieobce są nam również westchnienia pełne zawodu, gdy farba, która w sklepie wyglądała na białą z lekkim odcieniem „ciepłej żółci”, na ścianie okazuje się wściekło pomarańczowa aż zęby bolą.

A teraz powiązana z ostatnim paragrafem notka lingwistyczna – ponieważ nigdy nie kupowałam domu w Polsce, zauważyłam, że brakuje mi polskich słów na opisanie najprostszych, by się wydawało, rzeczy. Oto teksty z wczorajszej rozmowy z rodzicami na Skypie, gdy – pocąc się niemiłosiernie – usiłowałam opisać postępy w dekorowaniu naszego gniazdka (proszę zauważyć częste występowanie partykuły „no”, którą usilnie próbowałam się ratować):

curtain pole – no tam, gdzie się wiesza zasłony (mama: „Karnisz, dziecko, karnisz!”)
chest of drawers – no taka szafka z szufladami
feature wall – no ta najważniesza ściana
smoke alarm – alarm od dymu
roller blinds – no tak jak zasłony, tylko papierowe i się je zwija
bedspread – no to na łóżko, żeby się pościel nie brudziła
cat flap – drzwi dla kota
down pillow – no ta miękka poduszka, wiecie… no nie wiecie?? no taka miękka, no!

Dobrze, że nie zaczęłam opowiadać o „mattress topper”, „patterned wallpaper” albo „bathroom mat”, bo nie wiem, jak bym wybrnęła. Mój polski schodzi na psy. Ale ogólnie jestem o wiele szczęśliwsza niż byłam 5 miesięcy temu, więc wdzięczna za te autobusy, patrzę w przyszłość z optymizmem! :)

30 Maj 2014

O tym, jak Marta W. w Anglii pracy szuka

Filed under: maj 2014 — swiatmartyw @ 4:50 pm

Interesuje mnie tak naprawdę tylko jedna praca – Translation Project Manager, czyli koordynowanie projektów tłumaczeniowych w jakiejś miłej agencji. Pracowałam na takim stanowisku w Chinach i naprawdę się w tym odnalazłam. Gdyby nie to, że po pewnym czasie miałam serdecznie dość Pekinu, a rozłąka z Simonem mocno dawała mi się we znaki (podczas gdy on raczej nie tęsknił, gdyż spędzał dnie bezlitośnie zabijając zombie, których krew zalewała mu ekran, a one same, wydając ostatnie tchnienie, przeraźliwie wyły), pewnie robiłabym to do dziś. Napisałam CV i wysłałam w pięć miejsc.

W pierwszym mi podziękowali, bo choć w ofercie było napisane „język niemiecki mile widziany”, okazało się, że po prostu szukają niemieckiego native’a, czy też, jeśli ktoś woli, muttersprachlera.

W drugim odpisali, że są bardzo zainteresowani moją kandydaturą – od tamtej wiadomości minęły już trzy tygodnie, ale mimo kilku maili oraz zainicjowanej przeze mnie komunikacji na LinkedIn, więcej się nie odezwali.

W trzecim odpisali, że „bardzo długo się zastawiali”, ale jednak nie. Czemu? Nie powiedzą. Wiedzą, ale nie powiedzą.

W czwartym zaprosili na rozmowę. Zarówno sama rozmowa, jak i test z Tradosa poszły mi bardzo dobrze – niestety za dobrze. Zadzwonili i powiedzieli, że jestem zbyt wysoko wykwalifikowana i że bym się u nich nudziła…. Podobno jestem również zbyt dynamiczna, a u nich w biurze jest spokojnie i nudno… To są cytaty, nic nie zmyślam. Z dobrego serca poradzili mi również, iż z moją osobowością powinnam zostać tłumaczem ustnym i siedzieć w budce – i tutaj wyszło, jak bardzo się nie zrozumieliśmy. Na studiach nienawidziłam tych zajęć prawie na równi z beznadziejnie nudnymi i wydumanymi wykładami z dyskursu. Zupełnie nie nadaję się na tłumacza ustnego – co z tego, że wszystko rozumiem, skoro nie potrafię błyskawicznie przetłumaczyć i wyrzucić z siebie z szybkością karabinu maszynowego? Nie ma o czym mówić, dosłownie.

W piątym miejscu rozmowa 2 czerwca. Już sama nie wiem, jak mam do niej podejść. Może nie będę żywo gestykulować, chwalić się podróżami, mieszkaniem w kilku krajach, znajomością języków oraz kultur; może usiądę na krześle, spuszczę głowę, poudaję szarą myszkę i powtórzę parę razy „pardon”, „please” oraz „sorry to bother you but would you mind hiring me?” Widocznie Anglicy tak lubią.

8 Maj 2014

Autoanaliza

Filed under: maj 2014 — swiatmartyw @ 12:37 pm

Jestem w szoku. Po opublikowaniu wpisu poniżej dostałam aż dziesięć e-mailii/ Facebookowych wiadomości od Polaków mieszkających w Wielkiej Brytanii, którzy przechodzili lub przechodzą przez dokładnie to samo, co ja. Ogólne złe samopoczucie, niewyjaśnione bóle, a w kilku wypadkach nawet depresja. Czuje się jak gwiazda, która ujawniła swój długo skrywany problem i spotkała się ze zrozumieniem i współczuciem publiczności ;-)

Dziwne jest życie na emigracji. Anglia to czwarty kraj, w którym mieszkam, ale o ile wcześniej podświadomie wiedziałam, że to tylko na chwilę – rok, góra dwa, i traktowałam każdy dzień jak wielką przygodę – to teraz nagle dotarło do mnie, że zostanę tu przez najbliższe…. boję się myśleć, jak długo. I żadna przygoda też się nie zapowiada.

Dotąd w mojej głowie istniało „główne” życie, nazwijmy go życiem „A”, to w Polsce, do którego zawsze można było wrócić, a szalałam sobie w życiu „B” i chyba tak naprawdę nie brałam go do końca na poważnie. Wiadomo było, że co by się nie stało, jest mama w Gdańsku, jest mój pokój i kot (a nawet dwa). Stabilizacja. W stylu, mama pocałuje bolący paluszek i będzie dobrze. Dziecinne myślenie, przyznaję, ale tak właśnie było. Pewnie dlatego tak łatwo przychodziły mi wszelkiego rodzaju zmiany – na zasadzie, phi, to tylko życie „B”, w życiu „A” wszystko nadal gra i buczy.

W lipcu minie pięć lat od mojej przeprowadzki do Anglii, a ja dopiero teraz zaczynam myśleć o moim życiu tutaj jako o tym głównym. Co prawda Gdańsk stoi jak zwykle, pokój jest, a koty coraz tłustsze, ale nagle zrobiło się „poważnie” – mąż, samochód, dom, kredyt. No i zaczęły się problemy, opisane poniżej. Mój organizm podświadomie się broni i rwie do Polski, którą utożsamia ze stabilizacją i spokojem, a serce mówi, weź się głupia uspokój, teraz tutaj jest twoje życie.

Czym się tak stresuję, zapytacie? Usiłowałam sama siebie przekonać, że może otoczeniem, bo na takim zadupiu jeszcze nigdy nie mieszkałam. Ale bez przesady, Londyn jest oddalony tylko o 2 godziny pociągiem, a o wiele bliżej mam do Bristolu i Birmingham, jak z Gdańska do Gdyni, mogę tam jeździć w każdy weekend.

To może nie mieszkaniem w Polsce, bo wiadomo, zawsze człowiek obcy, choćby nie wiem ile lat gdzieś spędził. Ale też nie to, bo Anglia to taki miks kulturowo-językowy, że gdyby wszyscy się przejmowali, mielibyśmy nację pogrążoną w depresji. Na szeroko pojęty brak „polskości” również nie mogę narzekać – w naszej wiosce jest wielki sklep z polskimi produktami, włącznie z lekarstwami bez recepty i kosmetykami, telewizję oglądam przez internet, codziennie czytam wiadomości oraz ulubione blogi po polsku, z polskimi koleżankami i kolegami spotykam się regularnie, z rodzicami i prababcią rozmawiam na Skypie (najlepszy tekst prababci: „A kto to jest ta stara baba w rogu ekranu….? To ja?! No niemożliwe, ja taka stara jeszcze nie jestem!” ;-), w pracy też mam jedną Polkę, pożyczamy sobie książki, filmy i gazety, żeby być na bieżąco…

Zaraz, zaraz. Coś mi w tym ostatnim zdaniu nie pasuje. A, tak, praca. No właśnie. Praca jest łatwa i nieźle płatna. Co prawda muszę wstawać o 7:00 rano i dojeżdżać 45 minut, ale z drugiej strony, gdy chodziłam do liceum, wstawałam o 6:30, żeby zdążyć na autobus o 7:26 (po tylu latach takie pierdoły pamiętam!) i być w szkole na 8:15. Na studia na UW też dojeżdżałam, najpierw z Saskiej Kępy, potem z Woli – także bez przesady, 45 minut to żadna tragedia. Ale tragedią jest to, że nie mogę być tłumaczem i nauczycielem, tak jak chciałam i co studiowałam. Po pierwsze, w Anglii prawie nie ma szkół językowych (a już na pewno nie w mojej wiosce), a nawet jeśli, to przecież nikt nie zatrudni Polki do uczenia niemieckiego i hiszpańskiego. Wcale się nie dziwię zresztą – gdybym miała własną szkołę językową, dajmy na to w Gdańsku, nie zatrudniłabym np. Włoszki do nauki niemieckiego, szukałabym albo native’a albo Polaka. To prawda, przez jakiś czas uczyłam polskiego, ale nie ma wystarczającego zainteresowania, żebym mogła się z tego utrzymać. Poza tym uczenie Angoli to orka na ugorze. Ponieważ nie uczą się gramatyki w szkole, ciężko im wytłumaczyć różnicę pomiędzy czasownikiem a przymiotnikiem, a nawet osobą i liczbą, nie mówiąc o tak zaawansowanych konceptach jak przypadki czy odmiana w ogóle.

Na angielski tłumaczyć nie mogę, no nie oszukujmy się. Ostatnio widziałam stronę jednej z moich koleżanek z lingwistyki i zakładka, w której po angielsku chwali się, że tłumaczy na angielski jest tak fatalnie napisana, że aż mi się smutno zrobiło. Pewnych rzeczy się nie przeskoczy. Za każdym razem, gdy muszę coś przetłumaczyć na angielski, zatrudniam Simona do przeczytania moich wypocin. Jego komentarze są typowo angielskie – zaczyna się od „It’s perfect….”, żeby po jakimś czasie dodać „I would just change this sentence… and perhaps this word…. and perhaps this expression…”, aż w końcu mówi: „It’s perfectly understandable, no-one would have any problems with understanding what you meant, but it just doesn’t sound natural”. Gdy mi tak powiedział po raz pierwszy, wzięłam i się rozpłakałam. Tak właśnie. Od tamtej pory nie próbuję udawać, że jestem w stanie tłumaczyć skomplikowane teksty na angielski – bo nie jestem.

Mogłabym zacząć pracę jako asystent nauczyciela w szkole publicznej, gdyż jest wiele polskich dzieci, które sobie nie radzi, bo nagle zostały wyrwane z polskiej rzeczywistości i przeniesione do angielskiej – i po prostu nic nie rozumieją, więc nie są w stanie się uczyć, zniechęcają się, wagarują. Trzeba im tłumaczyć wszystko – geografię, matematykę, biologię. Ciągle czytam w lokalnych gazetach, że to dla szkół ogromny problem – wyobrażacie sobie, że w niektórych miejscach nawet dla połowy uczniów angielski jest językiem obcym? W dodatku trafiają tam w trudnym wieku, buntują się, rodzice pracują po nocach, żeby więcej zarobić (podwójna stawka), w dzień śpią, nie mają czasu i siły sprawdzać, czy dzieciaki odrobiły lekcje i czy w ogóle chodzą do szkoły, poza tym sami nie znają angielskiego. Idiotyzmem w brytyjskim systemie edukacji jest to, że nie można zostać na drugi rok, bo to „źle wpływa na psychikę dziecka”. Czyli teoretycznie można skończyć szkołę nie umiejąc czytać i pisać. Takim dzieciom trzeba pomóc, i ja to doskonale rozumiem, ale asystenci przez pierwsze kilka lat zarabiają głodowe stawki i po prostu nie stać nas na to, żebym zajmowała się pracą u podstaw.

Czyli praca. Spędzam tam 8 godzin dziennie, więc chcę być w niej szczęśliwa. Skoro już zidentyfikowałam źródło moich problemów, postaram się coś zmienić. Czekam na odpowiedź z dwóch firm, mam nadzieję, że zaproszą mnie na rozmowę. Trzymajcie kciuki bardzo, bardzo mocno! Bo jeśli się nie uda, to już zawsze będę dodawać depresyjne wpisy ;-)

6 Maj 2014

O roli emigracji w samopoczuciu

Filed under: maj 2014 — swiatmartyw @ 11:18 am

Nie pisałam częściowo z wrodzonego lenistwa, które czym jestem starsza, tym bardziej zaczyna mnie gnębić, a częściowo z powodów zdrowotnych. Nie chciałam w każdym wpisie informować czytelników, co mnie boli, gdzie mnie kłuje i czemu nie śpię po nocach. Czasami było tak źle, że nie mogłam siedzieć, a w związku z tym prowadzić samochodu ani pracować, innym razem jakby się poprawiało na chwilę, żeby za parę dni znowu mnie powalić, dosłownie, na łopatki. Raz nawet mi się było zemdlało, i to w pracy, co wywołało niezłą panikę w firmie i zawiezienie mnie na ostry dyżur wypasionym Bentleyem szefa (dobrze, że mu w tym Bentleyu za 180 tysięcy funtów nie zwymiotowałam, a blisko było, oj blisko!). Jedno, drugie, trzecie badanie, testy krwi, prześwietlenia – nic. W końcu mojemu lekarzowi pierwszego kontaktu skończyły się pomysły i wysłał mnie do specjalisty, do prywatnego szpitala niestety. No trudno, myślałam sobie, zapłacę równowartość mojej miesięcznej pensji za konsultację oraz super zaawansowany skan (najpierw pije się 2 litry ohydnego płynu, a potem wnętrzności świecą się na ekranie radiologa jak plastikowe gwiazdki na suficie mojego dziecięcego pokoju), ale przynajmniej powiedzą mi, co i jak. W momencie wykonywania skanu miałam permanentnie zdrętwiałą lewą stronę ciała, można było we mnie igły wbijać, a ja nic. Krótko mówiąc, dobrze nie było.

Wyniki przyszły w eleganckiej kopercie już następnego dnia. Treść listu zapamiętałam po pierwszym przeczytaniu:

„Dear Mrs W,

Your recent CT scan did not show any obvious reasons for your pain. Whilst this is reassuring, we appreciate it does not solve your problem.

Kind regards,

Dr. John A.”

Z jednej strony super, że to nie rak albo inne świństwo, no ale z drugiej, co się dzieje, do cholery? Ponieważ nie stać mnie na wizyty w prywatnych angielskich szpitalach, gdzie każde 40 minut kosztuje £200, postanowiłam zdiagnozować się w Polsce. Swoją drogą, głupio mi trochę było, bo z chwilą wylądowania w Gdańsku uczucie zdrętwienia minęło, a bóle się skończyły, więc musiałam lekarzom opisywać, gdzie mnie zwykle boli…. choć teraz jakoś nie. Byłam u sześciu specjalistów i w końcu gdy z wszystkimi wynikami poszłam do Głównego Specjalisty, pani doktor orzekła, że to po prostu… stres. „Do mnie ciągle przychodzą Polacy mieszkający za granicą i skarżą się, że tam ich boli, a w Polsce nie albo przynajmniej dużo mniej. To stres, proszę pani. Nie jest pani u siebie, cały czas myśli pani, że trzeba się bardziej starać, bardziej wykazać, i to po kilku latach odbija się na zdrowiu. Niech pani nigdy nie bagatelizuje tego, co stres może zrobić z człowiekiem. Proszę głęboko oddychać, pić herbatki na uspokojenie, no i… się nie stresować, bo nie warto”.

A ja głupia nie uwierzyłam, gdy dokładnie rok temu to samo powiedział mi angielski lekarz. Poszłam do niego, gdy już naprawdę nie mogłam zasnąć bez środka przeciwbólowego, wylałam swoje żale, a ten mi na to, że to stres i że on ciągle widzi imigrantów cierpiących na wyimaginowane, jak się wyraził, bóle. Gdy poprosiłam go o skierowanie na badanie krwi, odpowiedział: „Szkoda czasu na badania, nic nie wykażą”. Wściekłam się na niego tak, że wyszłam z gabinetu i trzasnęłam drzwiami. Wróciłam do domu i wykrzyczałam Simonowi, że angielscy lekarze to debile, że nie traktują mnie poważnie, że pieprzą głupoty i na niczym – NICZYM, krzyczałam – się nie znają. Ja tu się skręcam z bólu, a ten mi gada, że to sobie wymyśliłam, no co za dureń!

A tu taki klops.

Także proszę mnie nie denerwować, chcę widzieć same miłe komentarze :-)

15 lipca 2013

Wpis pesymistyczny

Filed under: lipiec 2013 — swiatmartyw @ 4:22 pm

Po miesiącach szarówki wreszcie zaczęły się upały. Od dwóch tygodni na niebie ani jednej chmurki, słońce przypieka, a lud wylega na plaże i wystawia na widok swoje blade ciała. Ciała nawet najmniej apetyczne by mi nie przeszkadzały, gdyby tylko ich właściciele potrafili wyrażać swoje myśli (?) w sposób w miarę cywilizowany.

W sobotę pojechaliśmy nad pobliskie jezioro. Zaparkować ciężko, ludź na ludziu, koc przy kocu, w wodzie głowa przy głowie. Już prawie chcieliśmy się wycofać rakiem, no ale 10 funtów zapłaciliśmy, więc swoje trzeba odsiedzieć. Rozłożyliśmy ręczniki, nasmarowaliśmy się kremem, leżymy, czytamy i cieszymy się ciepłem. Nie zdążyłam przeczytać drugiego zdania, gdy usłyszałam z koca obok: „Ty, ale się najebałyśmy wczoraj, nie? Tak było zajebiście, że chuj!” – „No, wyjebana w kosmos muza!” – „A ty się z nim w końcu pukałaś w tym kiblu, czy nie?” – „Nie wiem tak naprawdę, przecież mnie widziałaś, najebana w trzy dupy byłam!”

Opadła mi szczęka. Dosłownie. I od razu wstyd mi się zrobiło – za te dwie prymitywne dziewczyny, za Polaków w Wielkiej Brytanii, za cały naród. A to był dopiero początek. Okazało się, że tego popołudnia Anglicy byli nad jeziorem w mniejszości. Polski słyszało się dosłownie wszędzie. I dodam – choć to możecie już sobie wyobrazić – że uszy aż więdły. Chuje, kurwy, pierdolenie i najebanie latały na wszystkie kierunki. W wodzie za boje kto wypłynął? Polak oczywiście, a gdy ratownik zaczął gwizdać i przez megafon prosić, żeby wrócił, Polak nie zrozumiał i płynął dalej. W końcu do akcji włączyli się jego koledzy, którzy zaczęli wrzeszczeć: „Paweł, kurwa, wracaj, stary chuju! Nie słyszysz, że ratownik cię woła? Kurwa, twój angielski jest jeszcze gorszy niż mój!”

W wodzie trzech Polaków bawiło się platikową piłką. Jeden nie złapał i piłka uderzyła mnie w głowę – nic się nie stało, nie będę udawać, że zwijałam się z bólu, ale może jakieś przepraszam? Skąd! Panowie zaczęli rechotać, a następnie jak gdyby nigdy nic powrócili do zabawy. Pecha miałam niesamowitego, bo po 200 metrach znowu oberwałam w głowę, tym razem od Anglików. Od razu zaczęli się tłumaczyć: „Sorry, dear, I am a terrible goalkeeper! Are you okay?” Dodam, że z wyglądu nie różnili się od wspomnianych Polaków niczym – wielkie bary, ogolone głowy, ciała pokryte ogromnymi tatuażami. Także nie wyciągajmy tu stereotypów w stylu, że jak łysy i wytatuowany, to pewnie prymityw i nie ma co się dziwić.

Prawda jest taka, że do Anglii przyjeżdża dużo hołoty z Polski i swoim prymitywnym zachowaniem wyrabiają nam złą opinię. Co ja tu przeżyłam w ciągu tych czterech lat. Nagle okazało się, że bycie Polakiem to obciach, bo, wiadomo, Polak nie mówi po angielsku i nie chce się nauczyć, zamknięty na świat zewnętrzny mieszka po kilka osób w pokoju z innymi Polakami, ogląda tylko polską telewizję, kupuje wyłącznie w polskim sklepie, bo przecież dzień bez pierogów lub gołąbków ze słoika to dzień stracony; wiecznie kombinuje i przedstawia fałszywe zaświadczenia na to i na tamto, bo może kilkadziesiąt funtów wpadnie, pije, nie potrafi się zachować. Już raz się zdarzyło, że się nie przyznałam, że znam polski. Stałam w kolejce do kasy w Tesco, przede mną „typowy Polak”. Pani z uśmiechem pyta: „Do you need a bag, sir?”, a „sir” zaczyna wrzeszczeć, nie bardzo wiadomo do kogo: „Co ona, kurwa, chce? Daję jej kasę, a ta jeszcze coś się pyta, po chuja się pyta! Niech bierze kasę i spierdala!!!” Pani bez zmrużenia okiem: „Sorry, does anyone speak Polish here?” Od razu rozpoznała, pewnie nie pierwszy raz coś takiego jej się przydarzyło. Pokręciłam głową. A co miałam powiedzieć? Musiałabym w jego języku, żeby zrozumiał. Może: „Ja pierdolę, ty głupi chuju! Nie rozumiesz, że cię pyta, czy chcesz siatkę??!”

Pobyt nad jeziorem miałam przez to popsuty. Wiem, że nie powinnam się tak przejmować – ale nie potrafię. Chcę wierzyć, że te pustogłowe dziewczyny oraz prymitywni kolesie to 0,00000001% polskiej emigracji, ale niestety to ich najbardziej słychać, więc to oni stają się „twarzą” polskich emigrantów. Wstyd i żenada.

I nie mówcie, że Angole też często robią obciach. A co mnie to obchodzi? To nie jest żadne usprawiedliwienie, żadna pociecha. Ja chcę żeby „Polka” można było mówić tu z dumą, a tak nie jest.

Swoją drogą, my sami nie jesteśmy z siebie dumni. Anglik powie o Anglii, że to fantastyczny kraj i natychmiast zacznie wyliczać wszystkie jego zdaniem wspaniałości, a my – i ja wcale nie jestem wyjątkiem – zaraz zaczynamy narzekać – na drogi, na niskie pensje, na polityków-oszołomów oraz że wszyscy kradną. Mama zamówiła taksówkę z kościoła do domu, żeby odwieźć koperty po ślubie, bo „w hotelu przecież ukradną”. Chcieliśmy zamówić alkohol i wysłać do hotelu, ale nie, lepiej nie, bo „przecież ukradną i będą palić głupa, że nigdy nie dostali”. Gdy mama kiedyś tam straciła przytomność w domu i zadzwoniliśmy po karetkę, natychmiast zdjęłam jej wszystkie pierścionki i kolczyki, bo tak miałam zakonotowane, że przecież „w szpitalach kradną”. U nas na wiosce na głównej ulicy co parę metrów stoi ozdobna konstrukcja, z której zwieszają się piękne kwiaty w doniczkach – doniczkach, które można wyjąć i zabrać. Pierwsze, co mi przyszło do głowy, to „U nas pewnie zaraz by rozkradli albo zniszczyli”.
Simon nie mógł uwierzyć, że mam takie niskie mniemanie o rodakach. To z kradzieżą kopert już zupełnie go zszokowało, bo on by nawet o czymś takim nie pomyślał. „To może włożymy do sejfu w hotelu?” – „Z sejfu też ukradną i potem nie udowodnisz” – odpaliłam od razu.

I tak zamyka się błędne koło. My nie jesteśmy z siebie dumni, Anglicy traktują nas z góry, a my tylko utwierdzamy ich w przekonaniu, że mają rację. A o naszym stosunku do życia niech świadczy ten przykład – na pierwszej lekcji angielskiego nauczymy się zdań typu: „Hi, how are you?” – „Good, thank you, and how are you?” A na pierwszej lekcji polskiego, co opisuje znajoma blogerka będąca w związku z cudzoziemcem, jej chłopak nauczył się: „Jak się masz?” – „Fatalnie, jestem chory i boli mnie głowa”. Narzekanie już od pierwszego zdania, taki widocznie nasz charakter. Ciekawe, że nigdy nie zdawałam sobie z tego sprawy, gdy mieszkałam w kraju – dopiero zza Kanału La Manche to widzę.

Czytałam ostatnio o „reverse cultural shock”, czyli o szoku kulturowym po powrocie z emigracji. Wydaje nam się, że hurra, wreszcie jesteśmy z powrotem w kraju, będzie cudownie! A nie jest. Z artykułu wynikało, ze najbardziej przeszkadzają smutne miny, nieuprzejma obsługa, wszechobecne kombinowanie na boku, niższy standard życia, ciężej uzbierać na wakacje, a jak już człowiek pojedzie, to wszędzie się wydaje drogo. Znam wielu Polaków (na poziomie, chciałabym dodać) mieszkających tutaj i nikt nie chce wracać. Wakacje w Polsce im wystarczają – jeśli zatęsknią za jedzeniem, mogą pójsć do polskiego sklepu; jeśli zatęsknią za telewizją, bez problemu mogą sobie polską podłączyć albo oglądać w internecie. Ja wciąż chcę wrócić, a Simon – ku mojemu zdumieniu – nie miałby nic przeciwko. „Tanio, ciepłe morze, trochę niskie, ale fajne góry, piękne miasta, bogata historia, mili ludzie! Czego tu nie lubić?” Uczmy się optymizmu od Simona :)

19 czerwca 2013

Rura na rurze

Filed under: czerwiec 2013 — swiatmartyw @ 11:45 am

Ponieważ latka lecą i człowiek nie robi się ani ładniejszy, ani zgrabniejszy, ani w ogóle żaden pozytywny przymiotnik (może oprócz „mądrzejszy”, choć czy ja wiem? wątpliwe), postanowiłam z ostatnich lat wyglądania jako tako wycisnąć wszystkie soki. Najpierw pół naga sesja na plaży w Palermo (bo w innych krajach – o czym po 4 latach na Wyspach już zapomniałam – jest tak ciepło, że można się rozebrać, a nawet szaleć w morzu w sposób frywolny), a teraz taniec na rurze. Simon, co było do przewidzenia, podszedł do pomysłu niezwykle entuzjastycznie – do tego stopnia, że zapłacił za moje lekcje – oraz, co było jeszcze łatwiejsze do przewidzenia, zawył radośnie: „Pole on a pole!” (dla niewtajemniczonych – „Polak” oraz „rura” to po angielsku to samo słowo). Zastanawiałam się nad przetłumaczeniem jego zachwytu na polski i najlepsze, co mi przyszło do głowy, to właśnie to – Rura na rurze. Że niby star(szaw)a rura, znaczy się.

Jeśli myślicie, że taniec na rurze jest łatwy, to bardzo sromotnie się mylicie. Nie zdawałam sobie sprawy, ile siły trzeba mieć w bicepsach, żeby wciągnąć na rurę 60 kg żywej wagi. A potem to 60 kg jeszcze obkręcić o 360 stopni. A następnie jedną nogę zadrzeć tak, żeby móc z gracją do góry nogami z rury zjechać. To ostatnie wychodzi mi połowicznie – nogę zadzieram, ale z wysiłku wykrzywiam gębę, a czasem nawet zdarzy mi się pisnąć sobie ze strachu. Bardzo sexy.

Po pierwszej lekcji miałam siniaki na nogach i rękach. Po drugiej już tylko na kolanach, ale za to jakie, Jezu Jezusiczku! Gdybym chciała Simona oskarżyć o przemoc domową, każdy sąd by mi uwierzył. Podczas trzeciej lekcji miałam wrażenie, że bark mi się przesunął – ból nie do opisania. Na szczęście barku sobie nie wybiłam, ból był spowodowany zbyt rozpaczliwym trzymaniem się rury (podświadomość podpowiadała tragiczne scenariusze, jeśli puszczę) przy wykonywaniu takiej oto figury:

www-fightingfitlucan-ie

www-fightingfitlucan-ie

Żartowałam. Przy takiej mój kręgosłup wziąłby i trzasnął z wielkim hukiem. Gdy patrzę, co wyczynia nasza instruktorka, szczęka mi opada i nie mogę uwierzyć, że ciało jest zdolne do takich wygibasów. Wykupiłam tylko osiem lekcji, przy czym ostatnia wypada kilka dni przed ślubem i zastanawiam się, czy pójść i kusić los złamaniem sobie karku? Jeśli przeżyję, to chyba będę kontynuować, bo już po trzech lekcjach widzę wyraźną poprawę w umięśnieniu ramion, co pozwala mi na w miarę swodobne wspięcie się na rurę – i to na razie na tyle, bo boję się zejść… Nie od razu Rzym zbudowano.

W mojej grupie jest ok. 15 dziewczyn i jeden gruby facet. Rura trzeszczy pod nim niemiłosiernie, ale chyba nie o taniec mu chodzi – za kilkadziesiąt funtów przez 8 tygodni będzie sobie patrzył na 15 młodych dziewczyn w pozycjach dość miłych dla męskiego oka. Ma facet łeb ;-)

4 marca 2013

Przerwa na reklamę

Filed under: marzec 2013 — swiatmartyw @ 6:13 pm

Oto najpopularniejsza obecnie reklama na Wyspach. Mówią i piszą o niej wszystkie media, zawsze w pozytywnym tonie. Bo jak tu się nie uśmiechnąć? Zapewniam, nie da rady, choćbyście byli w najpodlejszym z podłych humorów. I ten drugi komentarz od góry: „This horse looks delicious” :D

17 lutego 2013

Sposób na Pete’a, brytyjski film, którego nie zobaczycie w Polsce oraz plany podróżnicze

Filed under: luty 2013 — swiatmartyw @ 12:45 am

Nie pisałam zdecydowanie za długo – a to dlatego, że w ciągu ostatniego roku moja firma bardzo się rozwinęła, podpisaliśmy nowe kontrakty, przyjęliśmy nowych ludzi, a pracy wciąż jest tyle, że tygodnie mijają mi z szybkością światła. Poniedziałek, mrugam, i już piątek. Człowiek nawet nie ma czasu Facebooka sprawdzić i BBC news przeczytać, co do tej pory było na porządku dziennym :)

Pierwsza wiadomość to taka, że znalazłam sposób na mojego zrzędliwego współpasażera. Po tym, gdy stwierdził, że strasznie denerwuje go, iż siedzę tak blisko kierownicy, o wiele bliżej niż on, i jego zdaniem nie ma to nic wspólnego z prawie trzydziestocentymetrową różnicą wzrostu między nami (ja 173 cm, on 2 metry), oraz że doprowadza go do pasji, gdy reguluję poziom głośności radia na desce rozdzielczej, mimo że mam przycisk na kierownicy, postanowiłam przestać z nim rozmawiać. Jestem zbyt nerwowa na takie durne teksty. A może (znalezione na FB)…

face

Ponieważ jeżdżenie w ciszy byłoby dla mnie lekko dziwne i krępujące, postanowiłam, że nauczę pana madralę…. polskiego. Ku mojemu zdziwieniu, nawet nie zaprotestował. Niech zobaczy, jak to ciężko nauczyć się języka obcego na przyzwoitym poziomie, niech doceni, niech zaduma się nad swoim akcentem i przestanie krytykować mój.

Pierwsza lekcja skończyła się…. kłótnią, oczywiście. Zapytałam, czy ma jakichś polskich znajomych – powiedział, że koleżankę Alicję, ale ciężko mu wymówić „Alicja”, więc mówi na nią „Alice”. Oświeciłam go, że może mówić „Ala”, a on mi na to, że nie, bo to nie jest jej „prawdziwe” imię. Tłumaczę, że to tak jak „Thomas” i „Tom”, czy „Peter” i „Pete” właśnie, ale nie, kolega idzie w zaparte: „Ona nigdy nie przedstawiła się jako ‚Ala’, więc nie będę tak na nią mówił, bo to NIE JEST jej imię”. Gdybym w tamtej chwili nie prowadziła, pewnie opadłyby mi ręce.

Myślałam, że tym samym temat nauki polskiego został zakończony, ale następnego dnia Pete jak gdyby nigdy nic zapytał, czego go dzisiaj nauczę. I od tej pory mam jego debilne komentarze na tematy wszelakie z głowy. 45 minut do pracy i tyle samo z powrotem spędzamy na ćwiczeniu wymowy, odmianie, dialogach i nawet śpiewach (ostatnio na tapecie było „Sto lat”). Raz na jakiś czas Pete jęknie: „What?! This is crazy!!”, ale to takie zrezygnowane jęczenie, gdy po raz kolejny pomyli mu się „sześć” i „cześć” albo gdy nie potrafi usłyszeć różnicy pomiedzy „dz”, „dż” i „dź”. Na Grouponie kupiłam kiedyś kurs polskiego dla Simona (http://www.earwormslearning.com), taki z muzyką i wielokrotnym powtarzaniem tych samych zwrotów – Simonowi się przydał, teraz katuję nim Pete’a. A gdy już się biedak zmęczy i zaczyna biadolić, że „I think my brain is going to explode in a minute!”, słuchamy i śpiewamy piosenki Davida Bowie oraz Depeche Mode (jedyni wykonawcy, których oboje lubimy). I spokój. Chciałabym napisać, że jest beztalenciem i mieć z tego dziką satysfakcję… ale muszę przyznać, że idzie mu rewelacyjnie. Do końca roku będzie średniozaawansowany :)

*****************

Już dawno miałam polecić film „Sighseers” – jestem omalże pewna, że nie było i nie będzie go w Polsce, bo jest „British to the bone”. Simon płakał ze śmiechu, ja może nie płakałam, ale bawiłam się świetnie. Film zdobył bardzo dobre recenzje i kilka prestiżowych nagród, więc jeśli będzieci mieli szansę go obejrzeć, polecam! Przy okazji nauczycie się kilku stereotypów, jakie Anglicy mają o różnych częściach kraju: „Dear Mum, Yorkshire is lovely, not like you said at all! They can smile!” ;) i moje ulubione: „He’s not a person, Tina, he’s a Daily Mail reader!” :D

*****************

Zgadnijcie, gdzie to (wszystkie zdjęcia pochodzą z albumu koleżanki Ani Ch.):

m3 m4 m6 m7 m8 Madera1 madera2

Pięknie? Jak dla mnie po prostu wspaniale. Zobaczyłam te zdjęcia i się zakochałam. Dwa uśmiechy i trochę przymilania się później, zarezerwowaliśmy pierwszy tydzień naszej podróży poślubnej właśnie tam – Madera. Na Maderze mnie jeszcze nie było, a loty z Londynu są tak tanie, że grzechem by było nie pojechać :) Dla zainteresowanych – lecimy we wrześniu, lot i czterogwiazdkowy hotel na siedem nocy, pokój z widokiem na ocean, ze śniadaniami – £380 od osoby. Bargain, jak mówią Anglicy, a gdy chcą podkreślić, jak wielki, przeciągają ostatnią sylabę i wychodzi „bar-gieejn” ;) Dla porównania – najtańsza oferta z Gdańska kosztowała trochę ponad 2000 złotych. Na 2000 zł pracuje się średnio cały miesiąc, no, może 3/4 miesiąca. Przy przeciętnej pensji tutaj na £380 pracuje się ok. 5 dni. Nic dziwnego, że na plażach w dowolnym kraju tylu spieczonych na pomidora Angoli ;)

Na drugi etap poślubnych szaleństw wybieramy się tu:

cape_town images (1)

Ktoś zgadnie? :) Zdjęcia oczywiście nie moje, tylko Google’a. Przedstawiam Cape Town, czyli po naszemu Kapsztad. Wiem, co powiecie – niebezpiecznie i podejrzanie. W Johanesburgu na pewno, w Kapsztadzie raczej nie – a wiem to od trojga naszych znajomych, którzy mieszkają tam od lat. Ale że strzeżonego Pan Bóg strzeże, będziemy na siebie uważać. Potem tradycyjnie safari, a następnie Wodospady Wiktorii w Zambii:

Vic-Falls-Zimbabwe victoria-falls_22

Nie, jeszcze nic nie mamy zarezerwowane, bo koszt takiej podróży to ok. 6 tysięcy funtów… więc liczymy, że goście weselni trochę nas wspomogą :) a na resztę weźmiemy kredyt. Zamiast zbierać na dom, wychodzimy z założenia, że podróż poślubną ma się raz, więc chcemy spełnić swoje marzenie… a potem jakoś to będzie. Obyśmy tylko zdrowi byli. Pamiętacie wpis „Plany i paranoje„? Pisałam w nim o mojej koleżance chorej na raka. Na swoim blogu zamieściła linki do trzech innych blogów poświęconej tej ponurej tematyce – wszystkie trzy napisane ładną angielszczyzną i mimo wszystko z humorem. I co? Jedna z autorek niedawno zmarła, 29 lat, dwa tygodnie przed swoim ślubem; druga, lat 33, w swoim wpisie z 7 lutego praktycznie się żegna, bo rak tak się rozprzestrzenił, że dają jej najwyżej kilka miesięcy życia; trzecia, 34 lata, już bardzo dawno nie pisze, a ostatnie wiadomości były okropne – cztery nowe guzy w mózgu. Także zdrowie, zdrowie i jeszcze raz zdrowie – w takiej perspektywie z długu na karcie kredytowej można się tylko śmiać.

Żeby nie zakończyć w morowym nastroju – już tylko niecałe 3 miesiące do wyjazdu do Palermo. Znalazłam artykuł na stronie National Geographic (http://www.national-geographic.pl/artykuly/pokaz/palermo-bambini-di-sicilia/), zaczynający się od:

„Za każdym rogiem czeka tu niespodzianka. Nie wiadomo, czy poczęstują nas pachnącym pomarańczami marcepanem, czy gotowaną ośmiornicą z cytryną.

Słońce pali niemiłosiernie. Chwilę wytchnienia znajdujemy w otaczającym kościół San Giovanni degli Eremiti ogrodzie. Dookoła palmy, agawy, bugenwille, drzewa pomarańczowe i kumkwaty. Dzieci przyjaciół, z którymi podróżuję, biegają po alejkach, my marzymy o frullato (napój ze zmiksowanego z wodą lub winem musującym miąższu owoców). Cytrusy Sycylia zawdzięcza Arabom. Jeździ się po niej wśród cytrynowych i pomarańczowych sadów (rozjeżdżając dojrzałe owoce!). Zresztą już tysiąc lat temu arabski poeta wychwalał Palermo: Żółta cytryna wygląda tu jak kochanek, który płacząc, spędził noc z dala od ukochanej.
Pachną słodko. Zielone i fioletowe leżą w niewielkiej  skrzynce. Kilka rozkrojono, obnażając zmysłowe, purpurowe wnętrze. Nie mogę od tych fig oderwać oczu”.

Rozmarzyliście się? Ja też. Nie mogę doczekać się frullato i marcepanu pachnącego pomarańczami… Dla takich chwil warto żyć!

24 stycznia 2013

Różnice przedmałżeńskie

Filed under: styczeń 2013 — swiatmartyw @ 4:02 pm

Strasznie nam się nie chciało iść na kurs przedmałżeński – już wyobrażałam sobie, jak zaczną tyradę, że będziemy smarzyć się w piekle, bo mieszkamy razem, a za nieregularne chodzenie do kościoła dostaniemy kocioł na największym ogniu i kilka kuksańców widłami. Od razu przypomniał mi się genialny obrazek Mleczki:

IMG-20121124-WA0001

Tymczasem okazało się, że angielscy Katolicy są bardziej wyrozumiali i nie mają zamiaru mówić nam, jak żyć. Skupiliśmy się na nas, naszych związkach, oczekiwaniach, słabościach. Na początku zaoferowano nam ciepłe napoje oraz wino – od razu zaczęłam się zastanawiać, czy to wino to pułapka, bo może chlejusom nie pozwalają się pobrać ;) Simon mnie uspokoił, że przecież nawet Jezus zmieniał wodę w wino… więc poprosiliśmy o kieliszek, tak dla kurażu ;)

Pierwsze ćwiczenie polegało na dokończeniu zdań rozpoczynających się od „I am….” Napisałam, że jestem ambitna, uparta, niezależna, niecierpliwa, czasem nie do wytrzymania itd. Wymieniamy się kartkami z Simonem, a tam: „I am devoted to my fiancée”, „I am very much in love with my future wife”. Miałam ochotę wyrwać mu moją kartkę i dopisać kilka miłych rzeczy o nim….

Potem było o naszych oczekiwaniach co do przyszłości. No to smaruję, że chciałabym mieć duży dom z kominkiem i ogrodem, podróżować, spełniać się zawodowo….. Wymieniamy się kartkami i znowu mi głupio, bo Simon napisał: „Mam nadzieję, że zawsze będziemy tak w sobie zakochani jak teraz i że w naszym związku nigdy nic się nie zmieni”.

Najbardziej urosłam w piórka, gdy musieliśmy napisać, dlaczego zakochaliśmy się w naszym partnerze. Ja wymieniłam sześć rzeczy, Simon dwa razy tyle.

Następnie trzeba było pomyśleć o sferach życia, w których prawdopodobnie będzie dochodziło do konfliktu. U nas nie było się nad czym zastanawiać – pieniądze, bo ja nie potrafię oszczędzać; tęsknota za mieszkaniem w Polsce, która podejrzewam dopadnie mnie za kilka lat; podróże, które wiążą się z pieniędzmi, bo dla mnie najważniejsze to gdzieś pojechać i coś zobaczyć, a nie np. wymiana okien czy nowy parkiet – bez tego mogę żyć, ale dusić się cały rok w jednym miejscu po prostu nie potrafię; i wreszcie dzieci – bo instynktownie czuję, że będę surową matką, pchającą biedne dziecko na kilka kursów języków obcych naraz, a po całym tygodniu w szkole, jeszcze do sobotniej polskiej szkółki. I co to znaczy, że nie chcesz iść na Oxford? No chyba sobie żartujesz! Marsz na Oxford, ale to już! A semestr zagraniczny oczywiście w Gdańsku. Simon: „I will be the cool dad, and Marta will be the disciplinarian!”

Choć tak naprawdę nie dowiedzieliśmy się o sobie niczego nowego, nie były to stracone trzy godziny. Tak, trzy godziny i kurs załatwiony! Teraz wszystko leży w gestii mojego polskiego księdza – oby wprawił machinę w ruch jak najszybciej, bo podobno na zezwolenie biskupa na ślub z niewiernym czeka się sześć miesięcy… a ślub za sześć miesięcy i dwa dni.

11 stycznia 2013

Po co mi kawa?

Filed under: styczeń 2013 — swiatmartyw @ 1:19 am

Pamiętacie mojego dziwnego kolegę, z którym jeżdżę do pracy? Tego marudę? Tego wiecznie wszystko najlepiej wiedzącego? Specjalistę od krojenia marchewki? Jeśli nie, zapraszam do odświeżenia pamięci tutaj. Jeśli pamiętacie, czytajcie dalej….

Przed Świętami ów kolega pożyczył mi książkę norweskiego pisarza, Jo Nesbø, pt. „The Bat”, która na polskim rynku ukazała się jako „Człowiek-nietoperz”. Uwielbiam skandynawskie kryminały, więc z wielką chęcią zabrałam się za czytanie. Ale… czytam, czytam, ziewam, przysypiam, budzę się, czytam, głowa mi opada…. matko, co za nuda. Nie dam się, może wreszcie coś się zdarzy? Może wreszcie ktoś kogoś… no cóż, zakatrupi, jak to w kryminale?? 200 stron i wciąż nic, wymiękam. Oprócz seksu w akwarium pod czujnym okiem żarłacza białego (??? seriously?!) dosłownie nic się nie dzieje. Potem trzy ofiary, ale tylko jedna zakatrupiona w efektowny sposób… i następne 200 stron seksu, pijaństwa, bójek i nieudolnie prowadzonego śledztwa – choć kto zabił domyśliłam się prawie od razu, w końcu od małego czytałam Agatę Christie i domorosły ze mnie detektyw ;)

Podczas wizyty w Polsce, widziałam w Empiku całą półkę książek Nesbø, ale po pierwsze, byłam zniechęcona „Nietoperzem”, a po drugie przyleciałam tylko z bagażem podręcznym, więc choćbym chciała, nie miałam miejsca na dodatkowe książki.

Po powrocie rozmawiam z dziwnym kolegą, w samochodzie zmierzającym do pracy, rzecz jasna:

Ja: W Polsce widziałam całą półkę książek Nesbø, chciałam nawet dać mu drugą szansę, ale ostatecznie nic nie kupiłam.
Kolega: Ale ile książek widziałaś?
Ja: Nie liczyłam, tak na oko z piętnaście.
Kolega: Ale on napisał tylko dwanaście!
Ja: O, Boże, no to dwanaście! Przecież mówię, że nie liczyłam, cała półka była i tyle.
Kolega: No to czemu mówisz, że piętnaście?
Ja: O co ci chodzi, na litość boską?!?!
Kolega: No bo jeśli coś się mówi, to trzeba być precyzyjnym!!

Resztę drogi spędziliśmy w milczeniu, bo na końcu języka miałam słowa, których potem pewnie bym żałowała. Zaczynało się od „Naprawdę nie dziwię się, że w wieku 45 lat wciąż nie masz dziewczyny – jesteś nie do wytrzymania!!!!” Lepiej było się zamknąć i tak też zrobiłam ;)

Przez pewien czas kłóciliśmy się codziennie, i to już nie tylko w samochodzie, ale również w biurze – pracujemy razem nad pewnym projektem, więc chcąc nie chcąc przebywamy w swoim towarzystwie. Największa awantura wybuchła, gdy napisałam numer telefonu jednego z klientów w jego notatniku, a on dostał szału i stwierdził, że „niepotrzebnie zniszczyłam mu stronę” i że trzeba było wysłać maila o_O Ja oczywiście nie daję sobie w kaszę dmuchać, więc od razu zawyłam: „Ooooohhh…. poor Pete, I’ve irreversibly damaged a page in your notebook, now you only have 349 left!!” W biurze wszyscy zawsze się z nas śmieją i mowią: „Oni są jak stare małżeństwo!” Mi naprawdę nie jest do śmiechu – jeśli wiedziałabym, że mamy tak wyglądać z Simonem za kilkadziesiąt lat, to ja dziękuję, uciekłabym sprzed ołtarza! ;)

Wrzeszczeliśmy na siebie również wtedy, gdy podobno zgubiłam gumkę do włosów, którą oznaczył swój kubek (???) i potem nie wiedział, który kubek jest jego i NIEPOTRZEBNIE musiał wziąć nowy z biurowej kuchni. Gumkę znalazł potem pod swoim biurkiem, więc musiała mu spaść.

Pokłóciliśmy się strasznie, gdy na rondzie jakiś debil wyskoczył mi przed maskę i zaczęłam na niego trąbić. Dowiedziałam się, że „rozsiewam zły vibe na drogach”, a tak w ogóle to jeżdżąc 74 mile na godzinę (ograniczenie do 70) łamię prawo i powinnam wylądować w więzieniu.

Stali czytelnicy wiedzą, jakiego fisia mam na punkcie akcentu. Staram się mówić najpiękniej jak umiem ;) i już od wielu osób słyszałam, że brzmię jak rodowita Angielka.
W zeszły wtorek jedziemy do pracy, opowiadam koledze o tym, że moi rodzice intensywnie uczą się angielskiego, żeby móc dogadać się z zięciem. A on na to: „Może się i dogadają, ale i tak zawsze będą mieli akcent. Ty, na przykład, mówisz, że uczysz się angielskiego od 12 roku życia, mieszkasz tu już 3 lata, a wciąż masz silny polski akcent”.

Zamurowało mnie. Jaki silny akcent, chyba nie słyszałeś silnego polskiego akcentu! (ty głupku – dodałam w myślach) – żachnęłam się.
No może nie silny, ale na pięć mil słychać, że jesteś z Polski! Co?! No nie, ta zniewaga krwi wymaga. Wiem, że to może brzmieć idiotycznie, ale po prostu coś we mnie pękło. Zatrzymałam samochód na poboczu, otworzyłam drzwi zamkiem centralnym i mówię spokojnym, lodowatym tonem: GET OUT OF MY CAR! czyli Wynocha z mojego samochodu!!!! Teraz śmiać mi się chce, gdy o tym pomyślę, ale wtedy byłam po prostu wściekła. Po tygodniach bezsensownych kłótni, po prostu mi się przelało. Pete popatrzył na mnie niepewnie: „Ale…. ale to jest autostrada i jak ja mam dojść stąd do biura?” „Najlepiej na piechotę!”, poradziłam sensownie, ale już czułam, że wybuch złości mi mija – ja tak mam, że wybucham i prawie od razu mi mija. Nie potrafię się długo złościć. „Ale… to mi zajmie dobre dwie godziny, a dzisiaj musimy skończyć drugi etap projektu…”

Zamknęłam drzwi i mówię: Jeszcze raz będziesz pieprzyć, że mam silny akcent, to cię zostawię na środku drogi!!!

Pete: I’m so sorry…
Ja: AND SO YOU SHOULD BE!!!

:D

Jak widać, ja też nie jestem łatwa. Przestałam pić poranną kawę – wystarczy 45 minut w samochodzie z Petem i ciśnienie skacze mi do 240/220. Czyli podwójne oszczędności – na benzynie i na kawie! ;)

14 listopada 2012

Wszystko przez Henia

Filed under: listopad 2012 — swiatmartyw @ 2:09 pm

Nie będę Was zanudzała opisem przygotowań weselnych – wystarczy powiedzieć, że sukienka jest, sala z dobrym jedzeniem i alkoholem jest, zaproszenia w przygotowaniu, obrączki zamówione, loty i hotel na czterodniowy wieczór panieński opłacony (lecę z koleżankami do Palermo), Simona tydzień kawalerski zaczyna nabierać kształtów. Chłopaki najpierw wymyślili, że do Gdańska….. przypłyną na wynajętym statku, ale pomysł szybko upadł, bo po pierwsze drogo,  po drugie jeden z nich ma chorobę morską, a po trzecie jeden nie potrafi pływać  ;) Skończyło się na tournée po „Europie”, czyli Londyn – Paryż – Amsterdam (hmmm… ciekawe, po co ten Amsterdam?!) – Berlin – Gdańsk. Mam nadzieję, że zapewne zatrważająca ilość wypitego alkoholu nie przeszkodzi im w trafieniu do Gdańska na czas… Reszta angielskich znajomych już zaklepała urlop na przyszły rok i przy okazji naszego wesela  również mają zamiar trochę popodróżować. Dodam, że są to ludzie lubiący coś więcej niż plaże Majorki, więc co roku wybierają się do miejsc, o których większość Anglików pewnie nie słyszała. Mogą pochwalić się wycieczką na Łotwę, Ukrainę, do Estonii, Armenii oraz Gruzji. Teraz zastanawiają się nad wszystkimi krajami, których nazwy kończą się na „-stan”.

Jak już wspomniałam wcześniej, najwięcej problemów będzie z kościołem. Poszliśmy do katolickiej parafii w naszej wiosce i ksiądz poinformował nas o mającym trwać ponad sześć miesięcy biurokratycznym koszmarze. Dokumentów do zdobycia, przetłumaczenia i złożenia jest bez liku – i oczywiście tłumacz przysięgły języka polskiego mieszkający w Anglii nie może ich przetłumaczyć, nie! Musi to być tłumacz przysięgły mieszkający w Polsce, bo tacy przecież lepiej tłumaczą….. ale zatwierdzić tłumaczenia musi nikt inny, tylko konsul w Londynie, rzecz jasna pobierając przy tym stosowną opłatę od każdego dokumentu.

Czeka nas też kurs przedmałżeński – najpierw kilka spotkań tylko z samym księdzem, a następnie cały weekend z innymi parami oraz świeckimi nauczycielami. Ale będzie zabawa, już to sobie wyobrażam. Według księdza, będziemy rozmawiać na tak fascynujące tematy jak np. „Czym jest małżeństwo?”, jak również o byciu „otwartym na życie”, czyli oczywiście o niestosowaniu antykoncepcji. Dowiedzieliśmy się również, że nie wolno nam mieszkać razem ani robić żadnych świństw – choć ten temat zamarł księdzu na ustach, bo chyba zdał sobie sprawę, że mówiłby do ściany. Czasami nie mogłam się powstrzymać i przy co bardziej katolickim tekście wybuchałam stłumionym śmiechem. Simon powie mi potem zniesmaczony: „You were giggling like a schoolgirl!!”

Tak naprawdę to jesteśmy strasznymi hipokrytami. W Boga wierzymy, ale do kościoła nie chodzimy ani nie stosujemy się do jego – naszym zdaniem nieżyciowej – nauki (patrz mój nerwowy śmiech przy „byciu otwartym na życie”) – po prostu staramy się być dobrymi ludźmi i postępować rozsądnie. Tym niemniej, chcemy ładnie się ubrać i ślubować sobie miłość przed Bogiem… i księdzem, którego po cichu oskarżam o niedzisiejsze podejście do życia. Zresztą nie tylko poglądy niedzisiejsze – msze też mają mało wspólnego z życiem zwykłych parafian – wszystkie hymny śpiewa się po łacinie, więc średnia wieku w kościele wynosiła na oko 70 lat. Młodzieży nie było w ogóle.

Po tych wszystkich przejściach, tym większym zaskoczeniem był dla mnie polski ksiądz w Gdańsku, który bez problemu zgodził się na udzielenie nam ślubu, choć Simon to innowierca: „Anglikanie to nasi bracia w wierze, tylko Henio narozrabiał!” ;) Przed takim księdzem mogę ślubować. Po polsku. Biedny Simon będzie zmuszony wymówić „Ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż Boże Ojcze wszechmogący i wszyscy święci”. Powiedzcie to sobie na głos i zadumajcie się nad losem mojego przyszłego męża ;)

9 listopada 2012

Czego nie robi się dla pieniędzy

Filed under: listopad 2012 — swiatmartyw @ 12:41 am

Pięć miesięcy temu do firmy przyjęto nowego informatyka – na oko czterdzieści kilka lat, szczupły, przystojny, ponad dwa metry wzrostu. Wydawał się miły i wesoły, a jego tubalny śmiech słychać było w całym biurze. Szybko się zaprzyjaźniliśmy, zwłaszcza że pracowaliśmy i wciąż pracujemy razem nad jednym projektem. Po opisanej tutaj kraksie z moją Hondą w roli głównej, dwa razy musiałam wracać z pracy pociągiem, co zajmowało ponad dwie godziny, więc gdy w zimny i ciemny piątkowy wieczór kolega zapronował mi podwiezienie do domu, moja radość nie miała granic. Jednak radość szybko zmieniła się w lekkie zdziwienie, gdy okazało się, że kolega nie przypadkiem jedzie do mojej wioski, lecz po prostu tam mieszka. Czemu nie powiedziałeś wcześniej, pytam, przecież moglibyśmy podwozić się do pracy i zaoszczędzilibyśmy trochę kasy na benzynie. A bo się bałem. Bałeś się?, myślę jeszcze bardziej zdziwiona. Chłopie, masz dwa metry przecież!, żartuję, a on z poważną miną: „Bałem się, że nie będziesz chciała ze mną jeździć. Ja jestem bardzo niepewny siebie. Z wielkim podziwem słuchałem twoich opowieści o podróżach po świecie, bo ja bym nie mógł. Za bardzo się boję”. Ooookaaayyy….. „Dziwak!!!”, wrzasnął diabełek nad moim uchem, ale aniołek zaraz uspokoił: „Daj mu szansę, zobaczymy, jak będzie”.

Teraz już chyba za późno, ale trzeba było jednak słuchać diabełka. Chcę wierzyć, że ja zachowuję się tak samo w pracy i poza nią, że jestem taką samą osobą – nie muszę nic przed nikim udawać, więc nie udaję. Mój kolega natomiast z chwilą zamknięcia drzwi samochodu zmienia się nie do poznania. Z wesołego faceta staje się niesamowitym malkontentem wszędzie widzącym problemy i krytykującym wszystko i wszystkich. Jego bezsensowny upór doprowadza mnie do szału – scenka z dzisiaj rano: nie pamiętam, jak doszliśmy do tego tematu, ale powiedziałam mu, że mam znajomego w Nowej Zelandii. Gadamy, gadamy i nagle – nie wiem, co mnie podkusiło, pewnie sam diabeł – mówię, że według tego znajomego, gdy zacznie wiać mroźny wiatr znad bieguna, temperatura w ciągu 20 minut potrafi spaść o dobre kilkanaście stopni. „Co za bzdura, na pewno tak nie jest!!”, niespodziewanie wrzasnął mój pasażer, czym tak mnie zaskoczył i wystraszył, że o mało nie straciłam panowania nad kierownicą. Czemu, pytam, przecież nie byłeś chyba? To skąd wiesz? „A bo to niemożliwe”. No nie ma to jak dobry argument, cholera. Głupia brnę dalej: „Mówił mi, że czasami widać dryfujące lodowce, więc pewnie z tym mroźnym wiatrem coś jest na rzeczy”. Kolega zrobił się czerwony i z irytacją w głosie zaczął tyradę – że mam tamtemu nie wierzyć, bo biegun południowy jest za daleko od Nowej Zelandii i że żadnych lodowców nigdy nie widać, bo już by się dawno zdążyły roztopić (co się stało z brakiem pewności siebie??); że nawet jeśli temperatura trochę spada, to i tak nie jest zimno w porównaniu z Anglią (a czy ja powiedziałam, że jest?? A poza tym, tak, jest! Przecież w NZ pada śnieg); że pewnie chciał zobaczyć, czy uda mu się wcisnąć mi kit i dlatego tak gadał – z całą pewnością, to mnie przekonało! Matko Boska. Smęcił tak dobre pięć minut, a ja miałam ochotę go wysadzić. W biegu.

Gdybyście się zastanawiali, to tak, jest starym (no, starszawym – 45) kawalerem i nie ma dziewczyny. Codziennie wysłuchuję jego mądrości na tematy wszelakie, od polityki do sposobów krojenia marchewki (!! podobno istnieje wyłącznie Jedyny Słuszny Sposób, pozwalający na wydobycie maksimum smaku….o_O). Czasami staram się dyskutować, czasami siedzę cicho – zwłaszcza, gdy prowadzi on, gdyż jego styl doprowadza mnie do białej gorączki. Na autostradzie zawsze jeździ 80km/h, zamiast 120, jak wszyscy naokoło i – uwaga!! – boi się wyprzedzać, więc zawsze wleczemy się wolnym pasem. To jedyna do tej pory oznaka tej jego domniemanej „nieśmiałości”, którą zdążyłam zauważyć. Ja bym to nazwała bycie kiepskim kierowcą, i tyle.

Wczoraj podczas przerwy na lunch musiałam wymienić akumulator i chciałam, żeby ktoś ze mną pojechał, bo polskim zwyczajem wmówiłam sobie, że jak zobaczą kobietę, to wcisną jej stary akumulator, który pewnie zaraz padnie, a facet będzie im patrzył na ręcę, więc jest nadzieja, że nie będą próbowali żadnych sztuczek. Swoją drogą, to Simon zawsze się ze mnie śmieje, gdy wyskakuję z takimi teoriami – on jest święcie przekonany, że gdybym np. sama pojechała kupować używany samochód czy do warsztatu właśnie, nikt by mnie nie oszukał, nie sprzedał pojazdu z zaniżonym przebiegiem (i tysiącem innych ukrytych usterek) ani nie wstawił felernej części, „bo takie rzeczy w Anglii się nie zdarzają”. A w Polsce podobno się zdarzają. A w Anglii sami polscy mechanicy. No.

Nikt nie wiedział, gdzie jest salon Hondy, tylko  mój współpasażer właśnie. Pojechaliśmy, wszystko sprawdził, dostałam nowiutki akumulator, było super – nie mogę powiedzieć, naprawdę mi pomógł i nie kręcił nosem. Ale dzisiaj rano zabił mnie tesktem: „Ty się boisz jeździć?” Ja? JA? Kto jeździ 80km/h i nie potrafi wyprzedzać, hę? – myślę, ale zachowuję pokerową twarz i pytam, czemu. „No bo wzięłaś mnie wczoraj do salonu Hondy, miałem wrażenie, że sama bałaś się jechać, bo nie poradziłabyś sobie z jednoczesnym patrzeniem na GPSa i na drogę”. Może to był angielski żart, którego jak zwykle nie załapałam?

Żeby trochę zamknąć mu buzię, postanowiłam…. wyedukować go muzycznie i padło oczywiście na polskie piosenki. Puszczam mu coś tam, smutny, ale jednocześnie piękny tekst, o śmierci, rozstaniu, przemijaniu, tęsknocie. Tłumaczę jak potrafię najlepiej. Wzruszam się przy tym i już, już mi łezka płynie…. gdy nagle kolega zaczyna rżeć: „HAHAHAHAHAHA, co za debilny tekst, i jaki śmieszny!!!”

I ja się tak męczę, żeby zaoszczędzić 50 funtów miesięcznie?

2 listopada 2012

Zapowiedź trudnych relacji, czyli o tym, że czasami lepiej nic nie rozumieć

Filed under: listopad 2012 — swiatmartyw @ 11:45 am

Moich rodziców i rodziców Simona różni prawie wszystko – wykształcenie, zainteresowania, sposób spędzania wolnego czasu, stopień zaciekawienia światem itd. Nie, nie ma nic złego w innym od „znanego” mi stylu życia, ale coraz bardziej zaczynam dziękować losowi, że nasi rodzice nie potrafią się dogadać, bo chyba by się… nie dogadali.

Weźmy chociażby wizytę teściów w zeszłym miesiącu. Przyjechali w piątek, siedzimy, gadamy, pijemy winko. Pytam, czy jest coś, co by chcieli zrobić w ten weekend, gdzieś pojechać może, coś zobaczyć albo do kina pójść? Nie, cieszą się, że są z nami i to im wystarcza. No wspaniale, mówię, my też się cieszymy, ale co będziemy robić? Siedzieć i rozmawiać. Acha, no ale przez dwa i pół dnia? Może na spacer chociaż? Nie, przecież już wszędzie byliśmy. No byliście, ale co w takim razie…? Dałam spokój, po co mam się denerwować w piątek wieczór. Usnęli przed telewizorem ok. 21:00.

Sobota. Od rana wyjątkowo świeciło słońce i Simonowi, który oczywiście lepiej wie, jak z nimi rozmawiać, udało się namówić ich na spacer. Po spacerze wróciliśmy do domu w dobrych humorach – ale mina natychmiast mi zrzedła, gdy teściowa spytała, czy mamy ocet, bo chciałaby wymyć nam łazienkę (octem? pierwsze słyszę). Przecież myłam ją wczoraj i lśni, aż oczy bolą, próbuję żartować, ale nie, teściowa nalega, bo „ma więcej doświadczenia”. Jest prawie 40 lat starsza, więc pewnie więcej razy czyściła łazienki, zgadza się, lecz zapewniam, nie ma potrzeby, może herbatki z mlekiem zrobię? Nie ustępuje. Zaciek na szklanej ściance od prysznica widzi i chętnie by go usunęła. Nie mamy octu – wypalam w końcu, i nawet nie kłamię. Przy następnej wizycie w łazience długo szukam zacieku, w końcu znajduję i usuwam kwasem, który powstał z całej sytuacji.

Wymyśliłam, że w niedzielę pojedziemy do osławionego Longleat, czyli parku safari, do którego wybieraliśmy się od miesięcy. Może przed wyjściem pranie nastawisz? – pyta niewinnie teściowa. Nastawię po powrocie. Ale jeśli teraz nastawisz, to po powrocie będzie już gotowe i razem rozwiesimy! – kusi mnie wizją popołudnia spędzonego wspólnie przy lince na pranie. Bo zauważyłam, że kosz na brudną bieliznę pełen – ciągnie – więc warto zrobić pranie w weekend, żeby na poniedziałek już było. Zalewa mnie fala gorąca. Ja rozumiem, że ona chce dobrze, ale skoro grzecznie odmawiam, to powinna dać spokój. Aż tak się boi, że synuś nie będzie miał czystych majtek na następnych dzień? Simon wyczuwa napięcie i z przesadną radością w głosie oznajmia: „To ja nastawię pranie, a wy sobie rozmawiajcie!” i  brzmi tak, jakby było to spełnieniem jego weekendowych marzeń.

Ale to nic, to wszystko nic w porównaniu z dalszymi wydarzeniami. W drodze do Longleat mimo inteligentnego GPSu z milionem opcji w nowym BMW teściów, teściowa nie ustaje w pouczaniu Simona, gdzie jechać. Wyciągnęła mapę i wydaje komendy kompletnie niezgodne ze zdrowym rozsądkiem, bo mapa, jak się okazuje, nieaktualna, a GPS jak najbardziej o nowej drodze poinformowany. Dwie i pół godziny dobrych rad doprowadza mnie do szału i dzikiej pasji w jednym. Mam ochotę krzyczeć PATRZ PRZEZ OKNO, PODZIWIAJ JAK ŁADNIE I DAJ MU SPOKOJNIE PROWADZIĆ!!!!!! Uff, na pewno lepiej by mi się zrobiło, ale oczywiście milczę i tylko raz na jakiś czas posyłam Simonowi znaczące spojrzenie. W odpowiedzi on tylko lekko się uśmiecha pod niezgolonym z okazji weekendu wąsem i mruczy: „Yes, mum, we will go left at the next junction”. I potem skręca w prawo. Lament teściowej. Potem widzimy znaki. Jednak dobrze. Teściowa wertuje mapę. I tak w kółko.

Przejeżdżamy koło Stonehenge. Teściowa przyznaje, że nigdy tam nie byli. Ze zdziwienia wybałuszam oczy, ale komentarze zachowuję dla siebie. To może wysiądziemy? – proponuję. Chociaż na chwilę? Nie, nie trzeba, bo… PRZECIEŻ WIDAĆ Z DROGI! Widać z drogi!! Opadają mi ręcę, szczęka i wszystko inne też. Simon szepcze prawie niesłyszalnie „Nie wszyscy interesują się historią jak twoi rodzice, musisz być bardziej tolerancyjna” – to a propos mojej zszokowanej miny. Rozumiem, że może nie mieli ochoty stać w gigantycznej kolejce po mega drogie bilety, ale żeby nie chcieć wysiąść chociaż na 5 minut? Zwłaszcza, że nigdy nie byli? Moi rodzice marzą o zobaczeniu Stonehenge…. dobra, daję sobie na luz, nie będę się z nimi spierać.

Ale szczytem wszystkiego była wizyta w pałacu na terenie Longleat. Piękna budowla z XVI w., oryginalne obrazy, meble i księgi zebrane przez pokolenia, wszędzie napisy DO NOT TOUCH oraz DO NOT USE FLASH. Dla tych, którzy mnie nie znają – od małego chodziłam z rodzicami po muzeach różnego formatu i nawet do sześciolatki docierało, gdy mama mówiła: „Pamiętaj kochanie, niczego nie można dotykać paluszkami” (gdybym wtedy była mądrzejsza, mogłabym mamie zaserwować odpowiedź w stylu „A noskiem można?” ;) Do teściowej widocznie nikt nigdy tak nie mówił, bo zaraz przy wejściu dopadła i zaczęła obmacywać szesnastowieczny stół z okrzykami: „It’s sooo lovely! Look at it! Look at it! Sooo lovely!!” Z wrażenia normalnie się zapowietrzyłam i przez dobre 5 sekund nie mogłam oddychać. „Don’t touch!!” – syknęłam zgorszona, na co teściowa zabiła mnie tekstem: „Whatever, if I want to touch something, I will!” o_O Było mi za nią wstyd. Po kilku salach, a zwłaszcza tej, gdzie teściowa usiadła na siedemnastowiecznej kanapie i głośno stwierdziła, że wygodna oraz zrobiła zdjęcie z lampą, moje zażenowanie wzrosło do takiego stopnia, że wyprzedziłam ich i zwiedzałam sama. Swoją drogą, dlaczego żaden z pracowników, obecnych w każdej sali, nie zwrócił jej uwagi?

Teść pozostał obojętny na poczynania żony i oglądając kolejne sale, zawsze coś dowcipnie skomentował – np. gdy weszliśmy do przepięknej biblioteki z ponad pięcioma tysiącami ksiąg, rozejrzał się wokół i mówi: „I wonder whether they have Farmers Weekly?” ;-)

Chcę podkreślić, że normalnie lubię teściową, ale tamtej niedzieli doprowadziła mnie do pasji i miałam ochotę ją udusić. Gdy jakiś czas później rozmawiałam z Simonem o tamtym weekendzie, przyznał, że „mama robi się coraz bardziej zrzędliwa” i że „pogorszyło jej się w ciągu ostatniego roku”. Drżę na myśl o naszej starości, bo Simon to wykapana matka, więc pozostaje mi się modlić, żeby geny humorystyczno-optymistyczne miał po tacie… Teść we wszystkim jest w stanie znaleźć pozytywny aspekt i wszystko potrafi skomentować z humorem – gdy teściowa powtarza tę samą historię po raz piąty w ciągu godziny, on pyta ze śmiechem: „I think we might have already heard this one, dear, don’t you think?” Albo gdy opowiadała o kimś z hrabstwa Kent i to „Kent” powtarzała w każdym zdaniu…. Yes, he is from X, a small village in Kent. Do you know where Kent is? You do know where Kent is, good! Yes, so he is from Kent. And he comes to Yorkshire every few months, from Kent! I cannot believe he can be bothered to drive up from Kent! We mnie się gotuje, a teść tylko: “Sorry, where is he from again?” ;)

Wyładowałam swoje frustracje, a teraz kilka zdjęć z Longleat:

Były lwy sztuczne…

i takie, z którymi raczej nie warto żartować :)

…zwłaszcza, jeżeli są tak blisko…

Według przewodnika, zarówno lwy, jak i tygrysy świetnie przystosowały się do angielskiego klimatu, mają apetyt (jak widać) i ładnie się rozmnażają… Szkoda, że ja się jeszcze nie przyzwyczaiłam do angielskiego klimatu! ;)

Przy tygrysie wyszło, jak bardzo moje poczucie humoru różni się od angielskiego. Mówię: „O, widocznie ktoś jednak wysiadł z samochodu!”, na co teściowa: „No co ty, przecież to jego jedzenie, pewnie jakaś krowa”. Bez komentarza :D

Nie mieliśmy jedzenia, więc pokazał nam cztery litery

Już nie muszę jechać do Kenii :)

A w tym pałacu właśnie teściowa doprowadziła mnie do białej gorączki i prawie morderstwa

PS. A może ja po prostu jędzą jestem i niepotrzebnie czepiam się dobrej kobiety? Zawsze mogłoby być gorzej, jak u tej biednej bloggerki: http://z-mojej-perspektywy.uchwycone-chwile.pl/2012/08/22/dlaczego-nie-lubie-tesciowej/

28 września 2012

Zachowaj spokój i…

Filed under: wrzesień 2012 — swiatmartyw @ 1:52 pm

Ostatnie zdjęcie dodane 30.09

Nie licząc agresywnych kiboli, którzy zresztą mają swoich odpowiedników w więkości krajów europejskich, Brytyjczycy to spokojny naród. Bez szemrania stoją w kolejkach na lotniskach/na koncerty/na Olimpiadę; bez nerwów i przewracania oczami czekają na wiecznie spóźniające się pociągi i autobusy*; jak wspominałam w ostatni wpisie, nie wyładowują swoich frustracji w internecie; nawet stojąc w wielokilometrowym korku, podchodzą do sprawy praktycznie – podczas gdy mi z ust leci piana i zaczynam nerwowo trząść nogą, Simon tylko mruczy: „Relax, there is nothing you can do”. Najbardziej imponuje mi ich podejście do panującej aury – nie tylko ze stoickim spokojem przyjmują wiadomości o złej pogodzie, lecz również kompletnie je ignorują i robią swoje. Grill w ogrodzie znajomych przy temperaturze 15C i lekkim deszczu. Wyjazd pod namioty przy 12C i silnym deszczu (to my!). Wielogodzinne oglądanie Jubileuszu królowej w przepaskudnym zimnym deszczu i wietrze, które skończyło się dla księcia Filipa tygodniowym pobytem w szpitalu z zapaleniem pęcherza, a dla (podobno) kilkunastu wiernych poddanych hipotermią.

bbc.co.uk

Każdy słoneczny dzień to niespodziewany bonus i okazja do natychmiastowego rozebrania się do rosołu i rozłożenia leżaka w ogródku lub parku – co z tego, że 13 stopni, słońce przecież! :)

Stoicki spokój góruje również u mnie w firmie. Nie ważne, że serwer z niewiadomych przyczyn się zresetował i nie możemy opublikować raportów finansowych dla ogromnych, międzynarodowych firm, które zaczynają grozić zerwaniem kontraktu. Nie ważne, że nagle zniknęło połączenie z internetem, nasza wirtualna platforma padła, a telefony dzwonią i nie ma jak klientom pomóc. Nie ważne, że… eksplodowały męskie toalety – moi szefowie, a jest ich pięciu, wyznają zasadę „Okay. Let’s have a cup of tea and think, what we can do“. Podczas gdy ja latam od komputera do komputera, denerwuję się i załamuje ręce, oni siedzą i popijają herbatkę z mlekiem. A potem zawsze któryś z nich coś wymyśli i wszystko wraca do normy. I znowu spokój.

Prawdopodobnie z tych powodów właśnie tak ogromną popularnością cieszą się produkty (zwłaszcza koszulki i kubki) z serii „Zachowaj spokój i…”, czyli „Keep calm and….” . Zaczęło się od „Keep calm and carry on” i szybko powstały dziesiątki różnych wariantów, dla wszystkich zainteresowań, dla ludzi z różnym poczuciem humoru (wszystkie zdjęcia pochodzą z amazon.co.uk)….:

Dla fanów footballu:

Dla fanów Formuły 1:

Na Olimpiadę:

Dla fanów gier komputerowych:

Taką muszę kupić Simonowi! :)

Dla lubiących gotować:

Dla lubiących łowić ryby (a także grać w golfa, żeglować, biegać, i co tam jeszcze ktoś może lubić):

Dla wielbicieli psów (kotów, chomików, papug…):

albo „hug the pug”. Przy okazji nauczyłam się nazw niektórych ras psów, tak więc same korzyści ;)

Oczywiście najwięcej jest zabawnych. Simon jest dumnym właścicielem takiej oto koszulki:

Mi podobają się na przykład takie:

Zachowaj spokój i po cichu planuj zemstę :)

Znajomy ma w kuchni wielki obraz z:

Także po ostatnim przykrym wpisie, mam zamiar zachować spokój i pogłaskać kota, który zawsze śpi z wystawionym językiem, bo pewnie ma wszystko gdzieś ;)

*Słyszałam, jak pan dzwoni do biura i mówi: „Hi mate, it’s Richard. I’m going to be late, the train has been cancelled…. Yeah, oh well, I will get to the office as soon as I can”. I podobna sytuacja na przystanku autobusowych w Gdańsku: „Kurwa, znowu się spóźnię, bo jebany autobus nie przyjechał! Szef mnie chyba kurwa zajebie!” Temu panu przydałaby się następująca koszulka:

rachel-morgan.com

PS. Z ostatniej chwili – przysłane przez fantastyczną koleżankę:

No staram się, staram :)

22 września 2012

Polskie piekiełko

Filed under: wrzesień 2012 — swiatmartyw @ 6:17 pm

Ostrzegam, to będzie przykry wpis.

Jakiś czas temu zastanawiałam się nad przeniesieniem bloga w bardziej „komercyjne” miejsce, gdzie miałby szansę zostać zauważony przez więcej osób. Nie twierdzę, że jest cudem świata, nie, ale miło by było dostawać więcej komentarzy. A może wcale nie?

Gdy czytam blogi wyróżnione przez Onet, blogi bliższych i dalszych znajomych, a także artykuły na dowolnym serwisie informacyjnym, smuci mnie i szokuje liczba prymitywnych komentarzy, bardzo często nie mających nic wspólnego z samym wpisem. Ktoś skomentuje, a reszta zaraz „Debilny komentarz!”, „A to napisz lepszy baranie!”, „Najpierw naucz się pisać, kretynie!” – podpisano „Polonista” itd… Komentarze do wpisów wcale nie są lepsze: „Ktoś ci powiedział, że nie umiesz pisać?? Co za nudy!”, „Beznadziejny post, kogo to interesuje!!!”, „Na czytanie tych pierdołów straciłem 3 minuty życia!”, i tak dalej.

Artykuł o założycielce fundacji Rak&Roll, która zmarła na raka. Wywiad z mężem.

W komentarzach pełno przekleństw, głupot takich, że aż słabo się robi, wyzwisk („Spierdalaj z forum, ty tłuku!!”), wywyższania samych siebie i poniżania wszystkich wokół („Jak ona paskudnie wyszła na tym zdjęciu, zaraz się porzygam!!”), nieustannego krytykowania Polski, w stylu: „Haha, idoci polaczki, harujecie jak woły, ja w ciągu miesiąca zarabiam więcej w Anglii [Norwegii, Islandii, Holandii, czy gdzie tam jeszcze nasi rodacy dotarli] niż wy przez cały rok waszego maluśkiego życia spędzonego na ciułaniu grosików!!” Ręce opadają. Oczywiście, część komentarzy to prowokacja w stylu „sprawdźmy, ilu ludzi uda mi się dzisiaj wkurzyć”, ale mam wrażenie, iż większość wpisów odzwierciedla sposób myślenia autorów. Wszędzie leje się żółć, żal, zazdrość, złośliwość i cokolwiek by się nie napisało, zawsze ktoś ma coś „genialnego” do powiedzenia. Idealnie pokazuje to ten obrazek:

Jak to mówi jedna z moich koleżanek, „Choćbyś stanęła na rzęsach i pierdziała złotem, i tak komuś nie dogodzisz. Zaraz będzie ‚Czemu takie krótkie te rzęsy?’, ‚Czemu złotem, a nie platyną?'”

Tytuł tego wpisu został zainspirowany artykułem na stronie f1.interia.pl, o Robercie Kubicy. Autorzy piszą (wytłuszczenie moje):

„Nasz najsłynniejszy kierowca wziął udział we włoskim rajdzie Ronde Gomitolo di Lana (…) Co oczywiste, pierwszy od fatalnego wypadku w lutym 2011 r. start Roberta Kubicy wywołał mnóstwo komentarzy, również w Internecie. Nie ukrywamy, że czytaliśmy je z zażenowaniem.

Owszem, nie brakuje wśród nich głosów uznania i wyrazów wsparcia, ale jest także mnóstwo przejawów tego, co nazywamy „polskim piekłem”. Takim, w którym diabli nie mają nic do roboty, gdyż nasi kochani rodacy sami dbają, by żaden z nich nie wychylił się zanadto z kotła, ochoczo podgrzewają smołę i pilnują ognia. Pojawiły się szydercze aluzje do paraolimpiady. Kpiny z „wiejskiego rajdu” i „podwórkowej ligi”. Sugestie, że wyniki imprezy były ustawione i z góry ustalono, kto ma ją wygrać.

Nie zabrakło również opinii, że jeżeli Kubica wróci kiedykolwiek na tory Formuły 1, to tylko w roli pracownika odpowiedzialnego za pompowanie opon w bolidach. itd. itp.

Smutne to wszystko i przykre, ale już Melchior Wańkowicz, wiele lat temu, zauważył, że naszą najgorszą narodową cechą jest bezinteresowna zawiść. Od czasu, gdy pojawił się Internet, rzesze kryjących się za parawanem anonimowości, a więc czujących się całkowicie bezkarnie nienawistników mogą wreszcie dawać upust swoim frustracjom na szerszą skalę. I nader skwapliwie korzystają z tej okazji. Nic dziwnego, że Robert Kubica stroni od ojczyzny i krajowych mediów”.

I jeden sensowny (wśród morza prymitywnych) komentarz do tego właśnie artykułu, potwierdzający powyższe rozmyślania:

Już od trzech lat mieszkam w Anglii, codziennie czytam serwisy informacyjne na różnych brytyjskich stronach i przysięgam, nigdy – NIGDY – nie widziałam żadnych chamskich wpisów. Nawet jeśli komentujący nie zgadza się z tezą artykułu/ wpisu, nie przeklina, nie wyzywa, nie poniża – tylko w konstruktywny sposób przedstawia swoją opinię. I jakoś nikt nie wytyka innym błędów w pisowni, choć takie się zdarzają, to normalne. Kto z nas nigdy nie popełnił błędu?

Artykuł o skandalu ze zlizywaniem bitej śmietany/ pianki do golenia z kolan księdza. Ktoś zadaje pytanie… i zaczyna się:

kilka wymian zdań później…:

No co to za poziom, na litość boską??

Artykuł o nowym filmie Polańskiego, na zdjęciu z żoną Emmanuelle Seigner, która ma w nim zagrać. Wśród dziesiątków komentarzy na temat wszelakich zboczeń:

Artykuł o prezydencie Urugwaju, który podobno żyje bardzo skromnie:
Co to za patologia? Wydawałoby się, że ktoś, kogo stać na komputer oraz opłacanie internetu, teoretycznie musi mieć jaką pracę, czyli musiał przez kogoś zostać zatrudniony na przyzwoitym stanowisku, a skoro został zatrudniony, to powinien coś sobą reprezentować? Wielki błąd – okazuje się, że do internetu dostęp mają nawet najbardziej chorzy z nienawiści debile.

Inną dobrą cechą Brytyjczyków jest to, że bardzo wspierają swoich rodaków. Na przykład – wiadomo że nie wszystkim sportowcom zawsze dobrze idzie, ale gdy przegrywają, zaraz pojawiają się komentarze w stylu: „I’m gutted for them, they worked so hard! Oh well, hopefully it will be better next time!” – a u nas od razu „Beznadzieja, porażka, kompromitacja! Za co oni dostają pieniądze, pewnie wszystko z moich podatków, a ja się nie zgadzam, żeby ci nieudacznicy….” i już sypią się epitety.

Na Wirtualnej Polsce ukazał się artykuł o Justynie Kowalczyk, która zaczęła przygotowania do nowego sezonu w Nowej Zelandii. Od razu zewsząd biadolenie, czemu Nowa Zelandia, a nie Alpy i na pewno z moich pieniędzy i nie po to ciężko pracuję, żeby… Poza tym utworzyły się dwa obozy – za i przeciw Norweżkom biorącym lekarstwa na astmę. Rozumiem, że temat jest kontrowersyjny, ale naprawdę trzeba tak?

A wszelkie głosy rozsądku od razu są uciszane…:

Mam nadzieję, że w swojej masie nie jesteśmy tacy. Szkoda tylko, iż ta mniejszość jest taka głośna i zauważalna.

Ktoś powie – nie czytaj komentarzy, to nie będziesz się denerwować. No tak, ale na swoim blogu musiałabym czytać, choćby po to, żeby co głupsze usunąć. Zostaję na WordPress, po co mi to.

19 września 2012

Lato pełne emocji – część druga

Filed under: wrzesień 2012 — swiatmartyw @ 10:22 pm

Tour de France i wygrana Wigginsa, Wimbledon i Murray w finale, US Open i znowu Murray, tym razem wygrana, plus 185
medali zdobytych na dwóch Olimpiadach…. Brytyjczycy pękali z dumy i mieli ku temu powody. Wyobrażacie sobie, co by się działo, gdyby to Polacy odnosili takie sukcesy? Może wtedy, tak jak wspomniała moja mama w komentarzu do ostatniego wpisu, w telewizji byłoby trochę mniej zgorzkniałych głów głoszących Jedyną Słuszną Prawdę, a więcej pozytywnych emocji. Ja już nie mogę słuchać o Smoleńsku i Madzi. No nie wytrzymuję. Codziennie oglądam „Fakty” na stronie tvn24, ale ponieważ zamieszczają je tam z dwugodzinnym opóźnieniem, mogę sobie przewijać to, co mnie nie interesuje. Czasami z całych wiadomości zostaje mi dosłownie kilka minut.

Ale ja nie o tym, miało być o pozytywach!

W drugi weekend lipca pojechaliśmy na wyścig Formuły 1 na tor Silverstone. Teściowie zarezerwowali nam przepiękny hotel, który tak nam się podobał, że przez chwilę rozważaliśmy urządzenie wesela właśnie tam. Ale potem zobaczyliśmy ceny i raz-dwa nam przeszło ;)

Od rana padało, jak w każdy weekend tego lata. Przybyliśmy na miejsce już o 8:00 rano, żeby zająć strategiczną pozycję – przy wyjeździe z pit lane i z widokiem na dwa następne zakręty. Błoto do kolan:

Przed wyścigiem wszyscy kierowcy objeżdżali tor na specjalnej platformie, machali do widzów i udzielali wywiadów. Także mogę powiedzieć, że mój ulubiony Jenson Button do mnie pomachał ;) Ulubiony z braku laku, oczywiście. Wracaj, Robert!! Lotusowi idzie całkiem nieźle w tym roku, więc tym bardziej mi smutno, że Kubicy nie ma.

Podczas wyścigu zrobiło się tak gorąco, że wszyscy rozebraliśmy się do przysłowiowego rosołu. Ciekawie było być na Silverstone, tylko że… mało co się widziało ;) No bo przecież samochody przejeżdżały koło nas raz na minutę, a potem… nic. Ekran był trochę za daleko, żeby coś zobaczyć. Na szczęście mieliśmy komentarz na żywo płynący z radia zainstalowanego na naszych super „mądrych” telefonach, no ale jednak miałam wrażenie, że na kanapie przed telewizorem widzi się wszystko o wiele lepiej ;)

Ostatnią atrakcją tego lata – i pierwszą niesportową – był koncert BBC Proms in the Park. Co roku na początku września w całym kraju odbywają się koncerty – w salach i na świeżym powietrzu – cieszące się tak ogromną popularnością, że przyciągają setki tysięcy uczestników oraz miliony przed telewizorami. W zeszłym roku oglądaliśmy z kanapy, w tym roku udało się dostać bilety i poczuć atmosferę.

Widzieliśmy Chicago Blues Brothers, Let it Be (kopia The Beatles), Gypsy Queens (to ci od „Volare… oo! Cantare… oooo!”), Björn Again (kopia Abby), Alfiego Boe (tenor), Il Divo, no i gwiazdę wieczoru – Kylie Minogue. Simon, jak zwykle, najpierw twierdził, że nie podoba mu się ani jedna piosenka Abby ani Kylie, a potem magicznie okazało się, iż zna większość tekstów ;) Niby nie lubi “I just can’t get you out of my head”, a jak przyszło co do czego, to widocznie uległ niezaprzeczalnemu urokowi filigranowej australijskiej wokalistki, bo nawet refren śpiewał. A refren, przypominam, brzmi tak: „La la la, la la la la la, la la la, la la la la la, la la la, la la la la la, la la la, la la la la la!”… Pewnie pomógł fakt rozpicia butelki szampana na spółkę – jak inaczej wytłumaczyć nasze rozanielenie „Locomotion” oraz „I should be so lucky”? ;) Bawiliśmy się super (i wszczyscy naokoło również):

Po koncercie na ekranach ukazała się transmisja z Royal Albert Hall. Chyba nigdy przedtem nie byłam świadkiem takiego wybuchu patriotyzmu. Flagi, transparenty, ludzie wzruszeni do łez… Śpiewaliśmy „Land of Hope and Glory”, „Jerusalem” oraz „Rule, Britannia!” Rule, Britannia, Britannia rule the waves! Britons never shall be slaves! A wyobraźcie sobie, co się działo, gdy nagle na scenie pojawili się Olimpijczycy. Duma, duma i jeszcze raz duma rozpierała wszystkich naokoło. Nie zamieszczę filmików z grupowego patriotyzmu, bo niedawno zostałam oskarżona, że staję się bardziej brytyjska niż sami Brytyjczycy ;)

Wracając do domu spytałam Simona z przekąsem, jak to się stało, że z imperium, w którym słońce nigdy nie zachodzi zostali zredukowani do małej wysepki? Odpowiedź osoby, która w całym swoim życiu miała tylko rok historii: „A bo my jesteśmy zbyt mili. Kolejne kraje mówiły, że chcą być niezależne, a my tylko wzruszaliśmy ramionami i odpowiadaliśmy ‚No dobra. Ale jeśli nasz monarcha do was przyjedzie, macie machać brytyjskimi flagami i się cieszyć, a w gazetach nazywać ich głową swojego kraju'”. Kompletnie rozbroił mnie tym tekstem, ale trochę racji ma – część państw Wspólnoty Narodów wciąż uznaje Elżbietę II za głowę swojego kraju…. a przedstawicieli Commonwealthu są w Wielkiej Brytanii setki tysięcy, więc chyba nie wszyscy tak dobrze wyszli na tej niezależności…

Lato się skończyło i nastała… zima. Dzisiaj rano było 6 stopni i mimo tego, że podkręciłam sobie ogrzewanie w Jaju, udało mi się zmarznąć i zaczęłam niebezpiecznie pociągać nosem. Jak pół biura zresztą. A w sklepach pojawiły się już dekoracje świąteczne… Zima za pasem!

13 września 2012

Lato pełne emocji

Filed under: wrzesień 2012 — swiatmartyw @ 9:33 pm

W tym roku nie było lata w pogodowym sensie tego słowa. Owszem, zdarzyło się parę słonecznych dni, ale prawie zawsze wypadały one w ciągu tygodnia, więc tym samym zostały przeze mnie spędzone w biurze ze sztucznym światłem i widokiem na betonowy parking. Weekendy za to były szaro-bure i deszczowe – tak jak wspomniałam w zeszłym wpisie, podobno spadło najwięcej deszczu od 100 lat, były powodzie, ludzie ginęli, miasta zalane, mienie zniszczone, zboża prawie zgniłe.

Od pogrążenia się w szarej depresji uratował nas sport. Nie, nie, oczywiście nie sport uprawiany przez nas, broń Boże, tylko oglądanie, jak męczą się inni. Najpierw Euro 2012 w Polsce i na Ukrainie – co to się w naszym małym domku działo! Pomalowane twarze, powiewające szaliki, Simon śpiewający najczystszą polszczyzną „Polskaaaa, biało-czerwoni!!” oraz “[klap klap, klap klap klap, klap klap klap klap] Polska!!” W trakcie zawodów wyjechaliśmy do Nowego Jorku – wylądowaliśmy o 11:30 lokalnego czasu, a o 14:00 już pędziliśmy do pubu prowadzonego przez mieszkających w Nowym Jorku Brytyjczyków, oglądać mecz Anglii. Kilka dni później dopingowaliśmy biało-czerwonych (Simon śpiewał najgłośniej :)) w barze sportowym w centrum miasta, a potem znowu Anglię. Tak na marginesie, to szkoda trochę, że najpierw nie sprawdziliśmy cen w tamtym barze, bo za trzy piwa, frytki i sałatkę z mozarellą zapłaciliśmy w przeliczeniu ponad 230 złotych o_O No cóż, Nowy Jork!

Mimo mizernego wyniku, najlepiej wspominam mecz Anglia-Włochy, który obejrzeliśmy już w Kanadzie, ze wszystkimi naszymi znajomymi oraz chyba wszystkimi Anglikami mieszkającymi w Ottawie ;) Śpiewom, zachętom, oklaskom nie było końca. Zaczęło się od bardzo średnio zaśpiewanego hymnu:

A potem górowały już sportowe emocje:

Przy jednym stoliku siedziała para Włochów, która, wystraszona liczebną przewagą oraz agresją przeciwnika, nawet nie śmiała cieszyć się z wygranej ;)

Wiem – odpadliśmy, zajęliśmy ostatnie miejsce w najsłabszej drużynie, wszystko wiem. Ale mama mówiła, że atmosfera w Gdańsku była fantastyczna, że Hiszpanie ładnie śpiewali na ulicach, że Irlandczycy byli bardzo mili, że wszyscy do wszystkich się uśmiechali i świat na kilka tygodni był lepszy. W Anglii natomiast nikt na swoją drużynę nie liczył (kolega z pracy, Ben: „I have been disappointed too many times before”), więc gdy odpadli, nikt nie był rozczarowany, tylko kiwali głowami z miną „wiedziałem, że tak będzie”.

Wróciliśmy z Kanady 1 lipca rano i na łeb na szyję pędziliśmy do domu, żeby obejrzeć finał. Kibicowaliśmy Hiszpanii, więc wszystko skończyło się dobrze :)
Oglądałam sport od kiedy pamiętam, więc gdy Simon z rozbrajającą szczerością oświadczył, że nigdy w życiu nie oglądał żadnej Olimpiady…. mnie, gadułę, mającą odpowiedź na wszystko, po prostu zamurowało. Jak to NIGDY?? Żadnej konkurencji? Ale żadnej żadnej? Ale nigdy nigdy? Ale nawet nie pływanie ani lekkoatletykę?? Ale naprawdę nic nic?? Nie mogłam uwierzyć. Na farmie ogląda się tylko Formułę 1, więc jakoś kolejne Olimpiady przechodziły bez echa. A potem Simon poznał mnie.

„Nie lubię lekkoatletyki, bo to nudne”

Kto skakał po pokoju za każdym razem, gdy startowała Jessica Ennis? Kto klaskał razem z tłumem, gdy skakała w zwyż, kto wrzeszczał z radości, gdy ustanowiła rekord w rzucie oszczepem, kto zaniemówił, gdy z prawie przegranej pozycji wygrała bieg na 800m?

Kto darł się na cały Hyde Park (bo tam oglądaliśmy część Olimpiady) „Mo! Mo! Come on Mooooo!!!” i  robił „Mobota”, gdy wygrywał Mo Farah?

Kto dopingował Usaina Bolta? Kto podziwiał Phelpsa? Kto śpiewał „Polska, biało-czerwoni”, gdy zdobyliśmy złoto w pchnięciu kulą? Simon oczywiście. No i ja, pewnie że tak.

„Siatkówka? Nie lubię siatkówki!”

…ale nie wiedział o plażowej ;) Obejrzał chyba każdy mecz kobiet i oceniał ich atrakcyjnośćw skali 1 do 10, na wszelki wypadek dodając, że żadna z nich nie jest tak piękna i zgrabna jak ja. Ha ha ha, akurat! Szlag mnie trafiał na widok ich idealnych ciał… ale dalej piłam piwo przed telewizorem i zagryzałam chipsami.

„Kajakarstwo górskie? To jest sport? Brzmi mega nudno, no ale trudno, mamy bilety, to pójdziemy”

Kto wył i machał odpowiednią flagą za każdym razem, gdy spływał Brytyjczyk albo Polak? Kto, gdy Wielka Brytania zdobyła złoto i srebro, darł się tak, że prawie głos stracił? Kto odśpiewał „God Save the Queen” z ręką na sercu? Simon oczywiście. „Było rewelacyjnie!!! Tak się cieszę, że zdobyliśmy bilety!!!” ;) A od 8 września tor jest już ogólnodostępny, więc Simon chce pojechać i wziąć kilka lekcji tego „mega nudnego” kajakarstwa!

…i tak ze wszystkim, wydawało mu się, że nuda i w ogóle nic nie warte, a potem tak się wciągnał, że potrafił przesiedzieć 5 godzin przed telewizorem bez przerwy, ciągle przełączając pomiędzy programami, żeby zobaczyć wszystkie najważniejsze konkurencje. Tu należą się brawa dla BBC, które dodało ok. 20 programów BBC Olympics i każdy mógł oglądać, co go interesowało. Najlepszy był brak reklam i gadania o niczym w studio – alleluja!!

Jasne, pewnie tak by się nie emocjonował, gdyby nie to, że Wielkiej Brytanii tak świetnie szło. Z tego co pamiętam, tylko dwa dni były „bezmedalowe”, a końcowy bilans to trzecie miejsce w tabeli medalowej z 65 medalami, z tego 29 złotymi. Krótki filmik dla zainteresowanych, naprawdę warto obejrzeć:

http://www.bbc.co.uk/sport/0/olympics/19238189

Nie można się nie wzruszyć, wyobrażam sobie, jak słodko musi smakować taki złoty medal!

Do Paraolimpiady Simon podszedł już zupełnie inaczej. Oglądamy? Pewnie, że oglądamy! Podobno w Polsce mało co pokazywali, co osobiście uważam za skandal. Tutaj cały kraj ich podziwiał, chwalił i nazywał „Superludźmi” (hasło bloku reklamowego – „Meet the superhumans”). Wśród paraolimpijczyków byli żołnierze, którzy na froncie doznali różnego rodzaju kontuzji mniejszych i większych (głównie, niestety, większych), ofiary ataków na londyńskie metro, ludzie po ciężkich chorobach i z wrodzonymi ułomnościami. Dzięki niesamowitej odwadze, determinacji i heroicznej pracy udowodnili, że nie są „ofiarami” i niczym nie różnią się od „zdrowych” sportowców. Taki Oscar Pistorius osiąga wyniki tylko o sekundę gorsze od Bolta – to chyba nie jest „ofiara” niepełnosprawności!

odt.co.nz

Chcemy z Simonem zmierzyć swój czas na 100 i 200 metrów, wtedy dopiero okaże się, kto tak naprawdę powinien być na Paraolimpiadzie! ;) Pewnie byśmy się nawet nie zakwalifikowali!

Nałogowo oglądaliśmy koszykówkę na wózkach – co za emocjonujący i zarazem brutalny sport, „zwykła” koszykówka może się schować! Simon: „Run, run!!… I mean, roll, roll!!” ;) I znowu świetny wynik Brytyjskich zawodników – 120 medali i ponownie 3 miejsce w tabeli. Ale nam też dobrze poszło – 9 miejsce i 36 medali, nie mogę uwierzyć, że mało o tym mówiono w kraju! Oglądaliśmy Natalię Partykę, gdy zdobyła złoty medal w ping-pongu, a potem udzielała wywiadów, w których podkreślała, że trochę jej przykro, iż w Londynie od razu pojawiła się na okładce jednego z dzienników (porównywano ją do Pistoriusa, bo oboje brali udział w obydwu Olimpiadach), a w Polsce jest praktycznie nieznana. Przykro. Tutaj cały kraj obnosił się z dumą z paraolimpijczyków – no i racja, bo ile musieli się nacierpieć, fizycznie i psychicznie, wiedzą tylko oni. Chyba lepiej, że chcieli wyjść z domu i żyć jak inni – czy też wręcz lepiej niż inni – więc trzeba to pokazać!

Będąc w Kanadzie, wymyśliliśmy razem ze znajomymi, że w 2014 r. polecimy do Rio na mistrzostwa świata w piłce nożnej, jeśli uda się zdobyć bilety, a potem będziemy podróżować po Brazylii. Zobaczymy, co z tego wyjdzie, bo niby mamy oszczędzać na dom przecież…. Jeśli nie, to w 2016 r. już na 100% na Olimpiadę, też do Rio! Sport czyni świat lepszym i basta.

Następna strona »

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.