Świat Marty W.

28 września 2012

Zachowaj spokój i…

Filed under: wrzesień 2012 — swiatmartyw @ 1:52 pm

Ostatnie zdjęcie dodane 30.09

Nie licząc agresywnych kiboli, którzy zresztą mają swoich odpowiedników w więkości krajów europejskich, Brytyjczycy to spokojny naród. Bez szemrania stoją w kolejkach na lotniskach/na koncerty/na Olimpiadę; bez nerwów i przewracania oczami czekają na wiecznie spóźniające się pociągi i autobusy*; jak wspominałam w ostatni wpisie, nie wyładowują swoich frustracji w internecie; nawet stojąc w wielokilometrowym korku, podchodzą do sprawy praktycznie – podczas gdy mi z ust leci piana i zaczynam nerwowo trząść nogą, Simon tylko mruczy: „Relax, there is nothing you can do”. Najbardziej imponuje mi ich podejście do panującej aury – nie tylko ze stoickim spokojem przyjmują wiadomości o złej pogodzie, lecz również kompletnie je ignorują i robią swoje. Grill w ogrodzie znajomych przy temperaturze 15C i lekkim deszczu. Wyjazd pod namioty przy 12C i silnym deszczu (to my!). Wielogodzinne oglądanie Jubileuszu królowej w przepaskudnym zimnym deszczu i wietrze, które skończyło się dla księcia Filipa tygodniowym pobytem w szpitalu z zapaleniem pęcherza, a dla (podobno) kilkunastu wiernych poddanych hipotermią.

bbc.co.uk

Każdy słoneczny dzień to niespodziewany bonus i okazja do natychmiastowego rozebrania się do rosołu i rozłożenia leżaka w ogródku lub parku – co z tego, że 13 stopni, słońce przecież! :)

Stoicki spokój góruje również u mnie w firmie. Nie ważne, że serwer z niewiadomych przyczyn się zresetował i nie możemy opublikować raportów finansowych dla ogromnych, międzynarodowych firm, które zaczynają grozić zerwaniem kontraktu. Nie ważne, że nagle zniknęło połączenie z internetem, nasza wirtualna platforma padła, a telefony dzwonią i nie ma jak klientom pomóc. Nie ważne, że… eksplodowały męskie toalety – moi szefowie, a jest ich pięciu, wyznają zasadę „Okay. Let’s have a cup of tea and think, what we can do“. Podczas gdy ja latam od komputera do komputera, denerwuję się i załamuje ręce, oni siedzą i popijają herbatkę z mlekiem. A potem zawsze któryś z nich coś wymyśli i wszystko wraca do normy. I znowu spokój.

Prawdopodobnie z tych powodów właśnie tak ogromną popularnością cieszą się produkty (zwłaszcza koszulki i kubki) z serii „Zachowaj spokój i…”, czyli „Keep calm and….” . Zaczęło się od „Keep calm and carry on” i szybko powstały dziesiątki różnych wariantów, dla wszystkich zainteresowań, dla ludzi z różnym poczuciem humoru (wszystkie zdjęcia pochodzą z amazon.co.uk)….:

Dla fanów footballu:

Dla fanów Formuły 1:

Na Olimpiadę:

Dla fanów gier komputerowych:

Taką muszę kupić Simonowi! :)

Dla lubiących gotować:

Dla lubiących łowić ryby (a także grać w golfa, żeglować, biegać, i co tam jeszcze ktoś może lubić):

Dla wielbicieli psów (kotów, chomików, papug…):

albo „hug the pug”. Przy okazji nauczyłam się nazw niektórych ras psów, tak więc same korzyści ;)

Oczywiście najwięcej jest zabawnych. Simon jest dumnym właścicielem takiej oto koszulki:

Mi podobają się na przykład takie:

Zachowaj spokój i po cichu planuj zemstę :)

Znajomy ma w kuchni wielki obraz z:

Także po ostatnim przykrym wpisie, mam zamiar zachować spokój i pogłaskać kota, który zawsze śpi z wystawionym językiem, bo pewnie ma wszystko gdzieś ;)

*Słyszałam, jak pan dzwoni do biura i mówi: „Hi mate, it’s Richard. I’m going to be late, the train has been cancelled…. Yeah, oh well, I will get to the office as soon as I can”. I podobna sytuacja na przystanku autobusowych w Gdańsku: „Kurwa, znowu się spóźnię, bo jebany autobus nie przyjechał! Szef mnie chyba kurwa zajebie!” Temu panu przydałaby się następująca koszulka:

rachel-morgan.com

PS. Z ostatniej chwili – przysłane przez fantastyczną koleżankę:

No staram się, staram :)

Reklamy

22 września 2012

Polskie piekiełko

Filed under: wrzesień 2012 — swiatmartyw @ 6:17 pm

Ostrzegam, to będzie przykry wpis.

Jakiś czas temu zastanawiałam się nad przeniesieniem bloga w bardziej „komercyjne” miejsce, gdzie miałby szansę zostać zauważony przez więcej osób. Nie twierdzę, że jest cudem świata, nie, ale miło by było dostawać więcej komentarzy. A może wcale nie?

Gdy czytam blogi wyróżnione przez Onet, blogi bliższych i dalszych znajomych, a także artykuły na dowolnym serwisie informacyjnym, smuci mnie i szokuje liczba prymitywnych komentarzy, bardzo często nie mających nic wspólnego z samym wpisem. Ktoś skomentuje, a reszta zaraz „Debilny komentarz!”, „A to napisz lepszy baranie!”, „Najpierw naucz się pisać, kretynie!” – podpisano „Polonista” itd… Komentarze do wpisów wcale nie są lepsze: „Ktoś ci powiedział, że nie umiesz pisać?? Co za nudy!”, „Beznadziejny post, kogo to interesuje!!!”, „Na czytanie tych pierdołów straciłem 3 minuty życia!”, i tak dalej.

Artykuł o założycielce fundacji Rak&Roll, która zmarła na raka. Wywiad z mężem.

W komentarzach pełno przekleństw, głupot takich, że aż słabo się robi, wyzwisk („Spierdalaj z forum, ty tłuku!!”), wywyższania samych siebie i poniżania wszystkich wokół („Jak ona paskudnie wyszła na tym zdjęciu, zaraz się porzygam!!”), nieustannego krytykowania Polski, w stylu: „Haha, idoci polaczki, harujecie jak woły, ja w ciągu miesiąca zarabiam więcej w Anglii [Norwegii, Islandii, Holandii, czy gdzie tam jeszcze nasi rodacy dotarli] niż wy przez cały rok waszego maluśkiego życia spędzonego na ciułaniu grosików!!” Ręce opadają. Oczywiście, część komentarzy to prowokacja w stylu „sprawdźmy, ilu ludzi uda mi się dzisiaj wkurzyć”, ale mam wrażenie, iż większość wpisów odzwierciedla sposób myślenia autorów. Wszędzie leje się żółć, żal, zazdrość, złośliwość i cokolwiek by się nie napisało, zawsze ktoś ma coś „genialnego” do powiedzenia. Idealnie pokazuje to ten obrazek:

Jak to mówi jedna z moich koleżanek, „Choćbyś stanęła na rzęsach i pierdziała złotem, i tak komuś nie dogodzisz. Zaraz będzie ‚Czemu takie krótkie te rzęsy?’, ‚Czemu złotem, a nie platyną?'”

Tytuł tego wpisu został zainspirowany artykułem na stronie f1.interia.pl, o Robercie Kubicy. Autorzy piszą (wytłuszczenie moje):

„Nasz najsłynniejszy kierowca wziął udział we włoskim rajdzie Ronde Gomitolo di Lana (…) Co oczywiste, pierwszy od fatalnego wypadku w lutym 2011 r. start Roberta Kubicy wywołał mnóstwo komentarzy, również w Internecie. Nie ukrywamy, że czytaliśmy je z zażenowaniem.

Owszem, nie brakuje wśród nich głosów uznania i wyrazów wsparcia, ale jest także mnóstwo przejawów tego, co nazywamy „polskim piekłem”. Takim, w którym diabli nie mają nic do roboty, gdyż nasi kochani rodacy sami dbają, by żaden z nich nie wychylił się zanadto z kotła, ochoczo podgrzewają smołę i pilnują ognia. Pojawiły się szydercze aluzje do paraolimpiady. Kpiny z „wiejskiego rajdu” i „podwórkowej ligi”. Sugestie, że wyniki imprezy były ustawione i z góry ustalono, kto ma ją wygrać.

Nie zabrakło również opinii, że jeżeli Kubica wróci kiedykolwiek na tory Formuły 1, to tylko w roli pracownika odpowiedzialnego za pompowanie opon w bolidach. itd. itp.

Smutne to wszystko i przykre, ale już Melchior Wańkowicz, wiele lat temu, zauważył, że naszą najgorszą narodową cechą jest bezinteresowna zawiść. Od czasu, gdy pojawił się Internet, rzesze kryjących się za parawanem anonimowości, a więc czujących się całkowicie bezkarnie nienawistników mogą wreszcie dawać upust swoim frustracjom na szerszą skalę. I nader skwapliwie korzystają z tej okazji. Nic dziwnego, że Robert Kubica stroni od ojczyzny i krajowych mediów”.

I jeden sensowny (wśród morza prymitywnych) komentarz do tego właśnie artykułu, potwierdzający powyższe rozmyślania:

Już od trzech lat mieszkam w Anglii, codziennie czytam serwisy informacyjne na różnych brytyjskich stronach i przysięgam, nigdy – NIGDY – nie widziałam żadnych chamskich wpisów. Nawet jeśli komentujący nie zgadza się z tezą artykułu/ wpisu, nie przeklina, nie wyzywa, nie poniża – tylko w konstruktywny sposób przedstawia swoją opinię. I jakoś nikt nie wytyka innym błędów w pisowni, choć takie się zdarzają, to normalne. Kto z nas nigdy nie popełnił błędu?

Artykuł o skandalu ze zlizywaniem bitej śmietany/ pianki do golenia z kolan księdza. Ktoś zadaje pytanie… i zaczyna się:

kilka wymian zdań później…:

No co to za poziom, na litość boską??

Artykuł o nowym filmie Polańskiego, na zdjęciu z żoną Emmanuelle Seigner, która ma w nim zagrać. Wśród dziesiątków komentarzy na temat wszelakich zboczeń:

Artykuł o prezydencie Urugwaju, który podobno żyje bardzo skromnie:
Co to za patologia? Wydawałoby się, że ktoś, kogo stać na komputer oraz opłacanie internetu, teoretycznie musi mieć jaką pracę, czyli musiał przez kogoś zostać zatrudniony na przyzwoitym stanowisku, a skoro został zatrudniony, to powinien coś sobą reprezentować? Wielki błąd – okazuje się, że do internetu dostęp mają nawet najbardziej chorzy z nienawiści debile.

Inną dobrą cechą Brytyjczyków jest to, że bardzo wspierają swoich rodaków. Na przykład – wiadomo że nie wszystkim sportowcom zawsze dobrze idzie, ale gdy przegrywają, zaraz pojawiają się komentarze w stylu: „I’m gutted for them, they worked so hard! Oh well, hopefully it will be better next time!” – a u nas od razu „Beznadzieja, porażka, kompromitacja! Za co oni dostają pieniądze, pewnie wszystko z moich podatków, a ja się nie zgadzam, żeby ci nieudacznicy….” i już sypią się epitety.

Na Wirtualnej Polsce ukazał się artykuł o Justynie Kowalczyk, która zaczęła przygotowania do nowego sezonu w Nowej Zelandii. Od razu zewsząd biadolenie, czemu Nowa Zelandia, a nie Alpy i na pewno z moich pieniędzy i nie po to ciężko pracuję, żeby… Poza tym utworzyły się dwa obozy – za i przeciw Norweżkom biorącym lekarstwa na astmę. Rozumiem, że temat jest kontrowersyjny, ale naprawdę trzeba tak?

A wszelkie głosy rozsądku od razu są uciszane…:

Mam nadzieję, że w swojej masie nie jesteśmy tacy. Szkoda tylko, iż ta mniejszość jest taka głośna i zauważalna.

Ktoś powie – nie czytaj komentarzy, to nie będziesz się denerwować. No tak, ale na swoim blogu musiałabym czytać, choćby po to, żeby co głupsze usunąć. Zostaję na WordPress, po co mi to.

19 września 2012

Lato pełne emocji – część druga

Filed under: wrzesień 2012 — swiatmartyw @ 10:22 pm

Tour de France i wygrana Wigginsa, Wimbledon i Murray w finale, US Open i znowu Murray, tym razem wygrana, plus 185
medali zdobytych na dwóch Olimpiadach…. Brytyjczycy pękali z dumy i mieli ku temu powody. Wyobrażacie sobie, co by się działo, gdyby to Polacy odnosili takie sukcesy? Może wtedy, tak jak wspomniała moja mama w komentarzu do ostatniego wpisu, w telewizji byłoby trochę mniej zgorzkniałych głów głoszących Jedyną Słuszną Prawdę, a więcej pozytywnych emocji. Ja już nie mogę słuchać o Smoleńsku i Madzi. No nie wytrzymuję. Codziennie oglądam „Fakty” na stronie tvn24, ale ponieważ zamieszczają je tam z dwugodzinnym opóźnieniem, mogę sobie przewijać to, co mnie nie interesuje. Czasami z całych wiadomości zostaje mi dosłownie kilka minut.

Ale ja nie o tym, miało być o pozytywach!

W drugi weekend lipca pojechaliśmy na wyścig Formuły 1 na tor Silverstone. Teściowie zarezerwowali nam przepiękny hotel, który tak nam się podobał, że przez chwilę rozważaliśmy urządzenie wesela właśnie tam. Ale potem zobaczyliśmy ceny i raz-dwa nam przeszło ;)

Od rana padało, jak w każdy weekend tego lata. Przybyliśmy na miejsce już o 8:00 rano, żeby zająć strategiczną pozycję – przy wyjeździe z pit lane i z widokiem na dwa następne zakręty. Błoto do kolan:

Przed wyścigiem wszyscy kierowcy objeżdżali tor na specjalnej platformie, machali do widzów i udzielali wywiadów. Także mogę powiedzieć, że mój ulubiony Jenson Button do mnie pomachał ;) Ulubiony z braku laku, oczywiście. Wracaj, Robert!! Lotusowi idzie całkiem nieźle w tym roku, więc tym bardziej mi smutno, że Kubicy nie ma.

Podczas wyścigu zrobiło się tak gorąco, że wszyscy rozebraliśmy się do przysłowiowego rosołu. Ciekawie było być na Silverstone, tylko że… mało co się widziało ;) No bo przecież samochody przejeżdżały koło nas raz na minutę, a potem… nic. Ekran był trochę za daleko, żeby coś zobaczyć. Na szczęście mieliśmy komentarz na żywo płynący z radia zainstalowanego na naszych super „mądrych” telefonach, no ale jednak miałam wrażenie, że na kanapie przed telewizorem widzi się wszystko o wiele lepiej ;)

Ostatnią atrakcją tego lata – i pierwszą niesportową – był koncert BBC Proms in the Park. Co roku na początku września w całym kraju odbywają się koncerty – w salach i na świeżym powietrzu – cieszące się tak ogromną popularnością, że przyciągają setki tysięcy uczestników oraz miliony przed telewizorami. W zeszłym roku oglądaliśmy z kanapy, w tym roku udało się dostać bilety i poczuć atmosferę.

Widzieliśmy Chicago Blues Brothers, Let it Be (kopia The Beatles), Gypsy Queens (to ci od „Volare… oo! Cantare… oooo!”), Björn Again (kopia Abby), Alfiego Boe (tenor), Il Divo, no i gwiazdę wieczoru – Kylie Minogue. Simon, jak zwykle, najpierw twierdził, że nie podoba mu się ani jedna piosenka Abby ani Kylie, a potem magicznie okazało się, iż zna większość tekstów ;) Niby nie lubi “I just can’t get you out of my head”, a jak przyszło co do czego, to widocznie uległ niezaprzeczalnemu urokowi filigranowej australijskiej wokalistki, bo nawet refren śpiewał. A refren, przypominam, brzmi tak: „La la la, la la la la la, la la la, la la la la la, la la la, la la la la la, la la la, la la la la la!”… Pewnie pomógł fakt rozpicia butelki szampana na spółkę – jak inaczej wytłumaczyć nasze rozanielenie „Locomotion” oraz „I should be so lucky”? ;) Bawiliśmy się super (i wszczyscy naokoło również):

Po koncercie na ekranach ukazała się transmisja z Royal Albert Hall. Chyba nigdy przedtem nie byłam świadkiem takiego wybuchu patriotyzmu. Flagi, transparenty, ludzie wzruszeni do łez… Śpiewaliśmy „Land of Hope and Glory”, „Jerusalem” oraz „Rule, Britannia!” Rule, Britannia, Britannia rule the waves! Britons never shall be slaves! A wyobraźcie sobie, co się działo, gdy nagle na scenie pojawili się Olimpijczycy. Duma, duma i jeszcze raz duma rozpierała wszystkich naokoło. Nie zamieszczę filmików z grupowego patriotyzmu, bo niedawno zostałam oskarżona, że staję się bardziej brytyjska niż sami Brytyjczycy ;)

Wracając do domu spytałam Simona z przekąsem, jak to się stało, że z imperium, w którym słońce nigdy nie zachodzi zostali zredukowani do małej wysepki? Odpowiedź osoby, która w całym swoim życiu miała tylko rok historii: „A bo my jesteśmy zbyt mili. Kolejne kraje mówiły, że chcą być niezależne, a my tylko wzruszaliśmy ramionami i odpowiadaliśmy ‚No dobra. Ale jeśli nasz monarcha do was przyjedzie, macie machać brytyjskimi flagami i się cieszyć, a w gazetach nazywać ich głową swojego kraju'”. Kompletnie rozbroił mnie tym tekstem, ale trochę racji ma – część państw Wspólnoty Narodów wciąż uznaje Elżbietę II za głowę swojego kraju…. a przedstawicieli Commonwealthu są w Wielkiej Brytanii setki tysięcy, więc chyba nie wszyscy tak dobrze wyszli na tej niezależności…

Lato się skończyło i nastała… zima. Dzisiaj rano było 6 stopni i mimo tego, że podkręciłam sobie ogrzewanie w Jaju, udało mi się zmarznąć i zaczęłam niebezpiecznie pociągać nosem. Jak pół biura zresztą. A w sklepach pojawiły się już dekoracje świąteczne… Zima za pasem!

13 września 2012

Lato pełne emocji

Filed under: wrzesień 2012 — swiatmartyw @ 9:33 pm

W tym roku nie było lata w pogodowym sensie tego słowa. Owszem, zdarzyło się parę słonecznych dni, ale prawie zawsze wypadały one w ciągu tygodnia, więc tym samym zostały przeze mnie spędzone w biurze ze sztucznym światłem i widokiem na betonowy parking. Weekendy za to były szaro-bure i deszczowe – tak jak wspomniałam w zeszłym wpisie, podobno spadło najwięcej deszczu od 100 lat, były powodzie, ludzie ginęli, miasta zalane, mienie zniszczone, zboża prawie zgniłe.

Od pogrążenia się w szarej depresji uratował nas sport. Nie, nie, oczywiście nie sport uprawiany przez nas, broń Boże, tylko oglądanie, jak męczą się inni. Najpierw Euro 2012 w Polsce i na Ukrainie – co to się w naszym małym domku działo! Pomalowane twarze, powiewające szaliki, Simon śpiewający najczystszą polszczyzną „Polskaaaa, biało-czerwoni!!” oraz “[klap klap, klap klap klap, klap klap klap klap] Polska!!” W trakcie zawodów wyjechaliśmy do Nowego Jorku – wylądowaliśmy o 11:30 lokalnego czasu, a o 14:00 już pędziliśmy do pubu prowadzonego przez mieszkających w Nowym Jorku Brytyjczyków, oglądać mecz Anglii. Kilka dni później dopingowaliśmy biało-czerwonych (Simon śpiewał najgłośniej :)) w barze sportowym w centrum miasta, a potem znowu Anglię. Tak na marginesie, to szkoda trochę, że najpierw nie sprawdziliśmy cen w tamtym barze, bo za trzy piwa, frytki i sałatkę z mozarellą zapłaciliśmy w przeliczeniu ponad 230 złotych o_O No cóż, Nowy Jork!

Mimo mizernego wyniku, najlepiej wspominam mecz Anglia-Włochy, który obejrzeliśmy już w Kanadzie, ze wszystkimi naszymi znajomymi oraz chyba wszystkimi Anglikami mieszkającymi w Ottawie ;) Śpiewom, zachętom, oklaskom nie było końca. Zaczęło się od bardzo średnio zaśpiewanego hymnu:

A potem górowały już sportowe emocje:

Przy jednym stoliku siedziała para Włochów, która, wystraszona liczebną przewagą oraz agresją przeciwnika, nawet nie śmiała cieszyć się z wygranej ;)

Wiem – odpadliśmy, zajęliśmy ostatnie miejsce w najsłabszej drużynie, wszystko wiem. Ale mama mówiła, że atmosfera w Gdańsku była fantastyczna, że Hiszpanie ładnie śpiewali na ulicach, że Irlandczycy byli bardzo mili, że wszyscy do wszystkich się uśmiechali i świat na kilka tygodni był lepszy. W Anglii natomiast nikt na swoją drużynę nie liczył (kolega z pracy, Ben: „I have been disappointed too many times before”), więc gdy odpadli, nikt nie był rozczarowany, tylko kiwali głowami z miną „wiedziałem, że tak będzie”.

Wróciliśmy z Kanady 1 lipca rano i na łeb na szyję pędziliśmy do domu, żeby obejrzeć finał. Kibicowaliśmy Hiszpanii, więc wszystko skończyło się dobrze :)
Oglądałam sport od kiedy pamiętam, więc gdy Simon z rozbrajającą szczerością oświadczył, że nigdy w życiu nie oglądał żadnej Olimpiady…. mnie, gadułę, mającą odpowiedź na wszystko, po prostu zamurowało. Jak to NIGDY?? Żadnej konkurencji? Ale żadnej żadnej? Ale nigdy nigdy? Ale nawet nie pływanie ani lekkoatletykę?? Ale naprawdę nic nic?? Nie mogłam uwierzyć. Na farmie ogląda się tylko Formułę 1, więc jakoś kolejne Olimpiady przechodziły bez echa. A potem Simon poznał mnie.

„Nie lubię lekkoatletyki, bo to nudne”

Kto skakał po pokoju za każdym razem, gdy startowała Jessica Ennis? Kto klaskał razem z tłumem, gdy skakała w zwyż, kto wrzeszczał z radości, gdy ustanowiła rekord w rzucie oszczepem, kto zaniemówił, gdy z prawie przegranej pozycji wygrała bieg na 800m?

Kto darł się na cały Hyde Park (bo tam oglądaliśmy część Olimpiady) „Mo! Mo! Come on Mooooo!!!” i  robił „Mobota”, gdy wygrywał Mo Farah?

Kto dopingował Usaina Bolta? Kto podziwiał Phelpsa? Kto śpiewał „Polska, biało-czerwoni”, gdy zdobyliśmy złoto w pchnięciu kulą? Simon oczywiście. No i ja, pewnie że tak.

„Siatkówka? Nie lubię siatkówki!”

…ale nie wiedział o plażowej ;) Obejrzał chyba każdy mecz kobiet i oceniał ich atrakcyjnośćw skali 1 do 10, na wszelki wypadek dodając, że żadna z nich nie jest tak piękna i zgrabna jak ja. Ha ha ha, akurat! Szlag mnie trafiał na widok ich idealnych ciał… ale dalej piłam piwo przed telewizorem i zagryzałam chipsami.

„Kajakarstwo górskie? To jest sport? Brzmi mega nudno, no ale trudno, mamy bilety, to pójdziemy”

Kto wył i machał odpowiednią flagą za każdym razem, gdy spływał Brytyjczyk albo Polak? Kto, gdy Wielka Brytania zdobyła złoto i srebro, darł się tak, że prawie głos stracił? Kto odśpiewał „God Save the Queen” z ręką na sercu? Simon oczywiście. „Było rewelacyjnie!!! Tak się cieszę, że zdobyliśmy bilety!!!” ;) A od 8 września tor jest już ogólnodostępny, więc Simon chce pojechać i wziąć kilka lekcji tego „mega nudnego” kajakarstwa!

…i tak ze wszystkim, wydawało mu się, że nuda i w ogóle nic nie warte, a potem tak się wciągnał, że potrafił przesiedzieć 5 godzin przed telewizorem bez przerwy, ciągle przełączając pomiędzy programami, żeby zobaczyć wszystkie najważniejsze konkurencje. Tu należą się brawa dla BBC, które dodało ok. 20 programów BBC Olympics i każdy mógł oglądać, co go interesowało. Najlepszy był brak reklam i gadania o niczym w studio – alleluja!!

Jasne, pewnie tak by się nie emocjonował, gdyby nie to, że Wielkiej Brytanii tak świetnie szło. Z tego co pamiętam, tylko dwa dni były „bezmedalowe”, a końcowy bilans to trzecie miejsce w tabeli medalowej z 65 medalami, z tego 29 złotymi. Krótki filmik dla zainteresowanych, naprawdę warto obejrzeć:

http://www.bbc.co.uk/sport/0/olympics/19238189

Nie można się nie wzruszyć, wyobrażam sobie, jak słodko musi smakować taki złoty medal!

Do Paraolimpiady Simon podszedł już zupełnie inaczej. Oglądamy? Pewnie, że oglądamy! Podobno w Polsce mało co pokazywali, co osobiście uważam za skandal. Tutaj cały kraj ich podziwiał, chwalił i nazywał „Superludźmi” (hasło bloku reklamowego – „Meet the superhumans”). Wśród paraolimpijczyków byli żołnierze, którzy na froncie doznali różnego rodzaju kontuzji mniejszych i większych (głównie, niestety, większych), ofiary ataków na londyńskie metro, ludzie po ciężkich chorobach i z wrodzonymi ułomnościami. Dzięki niesamowitej odwadze, determinacji i heroicznej pracy udowodnili, że nie są „ofiarami” i niczym nie różnią się od „zdrowych” sportowców. Taki Oscar Pistorius osiąga wyniki tylko o sekundę gorsze od Bolta – to chyba nie jest „ofiara” niepełnosprawności!

odt.co.nz

Chcemy z Simonem zmierzyć swój czas na 100 i 200 metrów, wtedy dopiero okaże się, kto tak naprawdę powinien być na Paraolimpiadzie! ;) Pewnie byśmy się nawet nie zakwalifikowali!

Nałogowo oglądaliśmy koszykówkę na wózkach – co za emocjonujący i zarazem brutalny sport, „zwykła” koszykówka może się schować! Simon: „Run, run!!… I mean, roll, roll!!” ;) I znowu świetny wynik Brytyjskich zawodników – 120 medali i ponownie 3 miejsce w tabeli. Ale nam też dobrze poszło – 9 miejsce i 36 medali, nie mogę uwierzyć, że mało o tym mówiono w kraju! Oglądaliśmy Natalię Partykę, gdy zdobyła złoty medal w ping-pongu, a potem udzielała wywiadów, w których podkreślała, że trochę jej przykro, iż w Londynie od razu pojawiła się na okładce jednego z dzienników (porównywano ją do Pistoriusa, bo oboje brali udział w obydwu Olimpiadach), a w Polsce jest praktycznie nieznana. Przykro. Tutaj cały kraj obnosił się z dumą z paraolimpijczyków – no i racja, bo ile musieli się nacierpieć, fizycznie i psychicznie, wiedzą tylko oni. Chyba lepiej, że chcieli wyjść z domu i żyć jak inni – czy też wręcz lepiej niż inni – więc trzeba to pokazać!

Będąc w Kanadzie, wymyśliliśmy razem ze znajomymi, że w 2014 r. polecimy do Rio na mistrzostwa świata w piłce nożnej, jeśli uda się zdobyć bilety, a potem będziemy podróżować po Brazylii. Zobaczymy, co z tego wyjdzie, bo niby mamy oszczędzać na dom przecież…. Jeśli nie, to w 2016 r. już na 100% na Olimpiadę, też do Rio! Sport czyni świat lepszym i basta.

10 września 2012

Bolesny (wy)(s)padek, czyli o tym, jak łatwo przyzwyczaić się do dobrego

Filed under: wrzesień 2012 — swiatmartyw @ 9:04 pm

Wpis uzupełniony o klipy z YouTube 11.09.

Pod koniec sierpnia wybraliśmy się na kilka dni na farmę. Jako że lata w tym roku nie było w ogóle (podobno spadło najwięcej deszczu od 100 lat), wyruszyliśmy w zimnie, a dojechaliśmy w jeszcze większym zimnie i szarości – Yorkshire na północy przecież, więc nie mogło być inaczej. Następnego dnia pojechałam odwiedzić koleżankę, a gdy wracałam od niej po południu zaczęło tak lać, że moje wycieraczki ledwo nadążały. Jechałam powoli, bardzo uważałam… a przynajmniej tak mi się wydawało. 200 metrów przed farmą pomyślałam sobie „Uff, wreszcie w domu!” – i potem prawie nic nie pamiętam, oprócz swojego wrzasku „JEZUUUU!!!”. Wpadłam w dziurę wypełnioną – to raczej nikogo nie zdziwi – wodą (okazuje się, że w Anglii też są dziury, choć w tym wypadku głupio by było triumfować), wpadłam w poślizg, obróciło mną parę razy, z impetem uderzyłam w krawężnik, przednia prawa opona eksplodowała, już zupełnie straciłam panowanie nad samochodem i staranowałam znak drogowy…  i jechałam dalej, nie mogąc się zatrzymać (właśnie wtedy zaczęłam wzywać imię Pana Boga nie tak całkiem nadaremno). Choć pewnie wszystko razem trwało nie dłużej niż kilka sekund, wydawało mi się, że mijają wieki i już widziałam siebie wpadającą z wielkim pluskiem w pobliską rzekę, gdy nagle samochód się zatrzymał. Bilans – trzy opony do wymiany, zniszczony zderzak oraz uszkodzone podwozie. Mi na szczęście nic się stało, choć najpierw byłam chyba w lekkim szoku, a potem z niesamowitą siłą trafił mnie szlag, gdy zobaczyłam przód samochodu – aż mi się gorąco zrobiło ze złości i musiałam usiąść, bo się trzęsłam.

Zadzwoniłam na farmę i wyjąkałam, że miałam wypadek i że zobaczą mnie praktycznie od razu po wyjściu z domu. Teść informację przyjął spokojnie: „Oh, dear. Are you okay? Stay where you are, we’re coming to get you”. Przyjechał razem z Simonem, a na widok zmiecionego znaku, zażartował: “O, ten znak już dawno się pochylał [rzeczywiście, był pod kątem ok. 60 stopni] i nie mogliśmy się doprosić, żeby coś z nim zrobili… teraz już nie będą mieli wymówki, więc tak naprawdę nam pomogłaś!… chodź, odwiozę cię do domu, napijesz się sherry i świat wyda się lepszy!”

Po dwóch kieliszkach sherry przestałam się trząść, choć wciąż byłam na siebie wściekła. Może gdybym jechała wolniej… może gdybym wcześniej zaczęła hamować… wiadomo, jak to jest, czasu cofnąć nie można, a i tak człowiek się zastanawia, co by było gdyby.

Ubezpieczenie przysłało pomoc drogową i zabrali samochód do warsztatu. Następnego dnia podstawili nam samochód zastępczy… i opadły nam szczęki. Co to jest, to coś? To ma być samochód? To w ogóle będzie jeździć? Tego czegoś wiatr nie zwieje z drogi??

Fiat 500. Młodszy, ale równie paskudny brat 126p – nic dodać, nic ująć:

Silnik 1,2. Nie wiem, ile koni mechanicznych, ale zapewne nie za wiele – pierwszego dnia jadąc do pracy zaczęłam podjeżdżać pod dość stromą górkę na piątym biegu jak zwykle (nasza Honda ma sześć) i….  nagle, ku mojemu przerażeniu, zaczęłam staczać się do tyłu. Szybko zaciągnęłam ręczny, w panice włączyłam światła bezpieczeństwa, wrzuciłam pierwszy bieg i powolutku, powolutku wgramoliłam się na szczyt… spocona ze stresu jak ruda mysz. Wyprzedzały mnie nawet ciężarówki… Czuję się jak na rowerze z dachem. Przy silniejszych podmuchach wiatru autentycznie mną trzęsie, a raz miałam nawet wrażenie, że mnie lekko popchnęło do przodu. Przez kilka pierwszych dni ze strachu pociły mi się ręcę, a do szybszej jazdy zachęcałam moją zabaweczkę okrzykami w stylu: „C’mon little car!!!” (bo po angielsku na pewno zrozumie przecież! ;). Jeśli myślicie, że przesadzam, to porównajcie silnik 2,2 i 1,2, a potem porozmawiamy ;). Simon wrócił z zakupów zły jak osa i tylko mruczał przez pięć minut: „What a little shit!!”, bo zgasł mu silnik (zadusić toto jest wyjątkowo łatwo) na dużym skrzyżowaniu i mało co nie został staranowany przez rozpędzony samochód normalnych rozmiarów.

Po kilku dniach fatalnych podjazdów pod trzy duże górki, które niestety mam na swojej trasie, kupiłam sobie następujący znak – żeby nie było, że nie ostrzegałam! ;)

YES, THIS IS MY TOP SPEED!

Przynajmniej już nikt się nie dziwi, gdy niezdarnie rozpędzam się do setki przez jakieś 20 sekund… gdy niezgrabnie gramolę się na górki… gdy z wielkim trudem ruszam pod górkę z ręcznego… Zawsze śmiałam się z tych małych samochodzików, które ledwo co sapią przy podjazdach, a teraz jestem jednym z nich – także dobra szkoła życia, już więcej śmiać się nie będę ;) Codziennie modlę się, żeby zadzwonili z warsztatu i powiedzieli, że nasza *wstaw dowolne superlatywy* Honda już gotowa.

W pracy koledzy codziennie wymyślają nowe żarty na temat mojego Fiata, w stylu: „No, jeśli dzisiaj po południu będzie wiał wiatr z zachodu, to Marta nie dojedzie do domu!” Gdy powiedziałam im, że chcemy jechać do Parku Safari, takiego „prawdziwego”, w którym obserwuje się zwierzęta z samochodu, od razu się zaczęło: „Daj spokój, kopnie was słoń i będziecie się toczyć kilometrami!”, „Ten samochód wygląda jak jajo, jeszcze struś na was usiądzie!” – i w taki oto sposób samochód dostał przezwisko „Jajo”. Już inaczej na niego nie mówimy: „Where have you parked the Egg?”, „Should we walk or take the Egg?” ;)

Oczywiście Jajo też ma swoje zalety – jest lepsze niż wstawanie godzinę wcześniej na wysoce niepewny pociąg (choć ładne i wygodne, angielskie pociągi znane są z wysokich cen i wiecznych spóźnień); wolno, ale jednak dowozi mnie wszędzie, gdzie chcę, w cieple i jako takim komforcie; wcisnę się nim w każdą dziurę, więc stałam się królową parkowania – przodem, tyłem, bokiem, ach, co ja z Jajem zrobić potrafię! ;)

Ale czekam na moją Zwinną Panterę ;)

***

Dzisiaj zobaczyliśmy reklamę, która nas po prostu powaliła. Śmialiśmy się z 5 minut, Jennifer Lopez w Jaju! Ciekawe, ile jej zapłacili… Już widzę, jak naprawdę jeździ czymś takim! :D

a tu jeszcze większy kit wciska :D

5 września 2012

Jak ten Feniks

Filed under: wrzesień 2012 — swiatmartyw @ 9:34 pm

Nie pisałam, bo straciłam lekkie pióro. Tak na marginesie, to kto w dzisiejszych czasach używa piór? Od prawie dwudziestu lat nie trzymałam takowego w ręce. Trzeba iść z duchem czasu i uaktualnić słownik języka polskiego – słownik języka angielskiego właśnie przeszedł taki lifting, ale o tym za chwilę. Powiedzmy, że straciłam zwinne klawisze. Pisałam coś, czytałam i łapałam się za głowę, chcąc sobie tę głowę ukręcić za nudne teksty bez polotu. Mam nadzieję, że tym razem będzie lepiej.

Działo się tyle, że materiałami do przemyśleń mogłabym obdzielić połowę polskiej blogosfery. Najważniejsza wiadomość to taka, że Simon myślał, pocił się i znowu myślał, aż w końcu doszedł do wniosku, iż w sumie da się ze mną wytrzymać, i oświadczył się nad kanadyjskim jeziorem, którego powierzchnia jest podobno tylko o połowę mniejsza od całej Wielkiej Brytanii. Pewnie lekka przesada, ale kto by na takie szczegóły zwracał uwagę, gdy pierścień na palcu lśni. Nie ukrywam, już od jakiegoś czasu rzucałam aluzjami, raczej mniej niż bardziej subtelnymi, aż w końcu zapaliła mu się lampka i wykonał Jedyny Słuszny Krok.

Skutkiem wykonania Jedynego Słusznego Kroku będzie wesele, na które jeszcze nic nie mamy gotowe i jakoś niespecjalnie się tym stresujemy. Jedyne, co mnie przeraża, to polska biurokracja, która bardzo, ale to bardzo utrudnia połączenie świętym węzłem małżeńskim, jeśli jedna ze stron to barbarzyński nie-katolik. No jak tak można, kto to słyszał?

Kolejnym skutkiem wykonania Jedynego Słusznego Kroku jest to, że musimy zacząć oszczędzać, co nigdy dobrze mi nie wychodziło. Na wesele, na podróż poślubną, na zakup domu, dwóch psów i ciepłych kapci. Trzeciego lipca minęły już trzy lata od momentu, gdy samolot linii WizzAir przywiózł mnie tutaj na stałe, a jednak przez ten długi okres nie udało mi się zaoszczędzić prawie nic. Dzieje się tak dlatego, że wszystko, co mamy, wydajemy na podróże – cel wielce chwalebny, w tym roku dobiłam do 45 odwiedzonych krajów i nie zamieniłabym moich wspomnień na nic na świecie, aczkolwiek pięknymi zdjęciami i ciekawymi pamiątkami za wesele nie zapłacimy. Także zęby w ścianę i żadnych podróży do listopada przyszłego roku, kiedy to mamy nadzieję wybrać się na kilka tygodni do Ameryki Południowej, w ramach poślubnych szaleństw.
W tym roku zresztą też nieźle zaszaleliśmy – w ciągu dwóch i pół tygodnia w Stanach i Kanadzie wydaliśmy roczny budżet sporego afrykańskiego państwa. Alleluja i do przodu.

Co prawda – i co dla nas bardzo charakterystyczne – nie żałujemy ani funta. W Nowym Jorku było genialnie – kto był, ten wie, jaką niesamowitą energię ma to miejsce. W wielu przewodnikach czytałam, że to miasto można albo kochać, albo nienawidzić, ale mną nie targała żadna z tych skrajnych emocji. Po prostu bardzo mi się podobało. Zwiedziliśmy wszystko, co dało się zwiedzić w ciągu pięciu dni. Chodziliśmy od rana do nocy, przeciętnie po 10-11 godzin dziennie. Mimo wygodnych butów, po drugim dniu tak mnie bolały stopy, że musiałam je moczyć i kremować, a Simon masować. Taką cenę płaci się za wożenie tyłka samochodem i nieregularne wizyty w siłowni… Po trzecim dniu jakoś się przyzwyczaiłam i nawet mogłam śmigać do klubów w szpilkach ;)

Trudno powiedzieć, co zrobiło na mnie największe wrażenie – niesamowity Times Square, widok z Empire State Building, pomniki-wodospady ku czci ofiar zamachów na World Trade Centre… nie potrafię wybrać, wszystko było ciekawe. Pod względem towarzyskim też nie mogliśmy narzekać – spędziliśmy sporo czasu z parą z Hiszpanii poznaną w Pekinie oraz z moją koleżanką z Uniwersytetu Warszawskiego, która akurat była na szkoleniu. Na pewno jeszcze tam wrócimy!

W tym roku Kanada obchodziła 145 urodziny, więc łatwo się domyślić, że zabytków tam nie ma. Jest za to piękna przyroda, przemili ludzie oraz GPS, który rozśmieszał nas raz po raz: „Turn left and continue on this road for 230 kilometres” albo „Bear right”, na co Simon niezmiennie wykrzykiwał, udając wystraszonego: „A bear??!” ;) (brytyjski GPS mówi „slide right”).

Jeszcze a propos tych 145 lat – powiedziała nam to jedna z poznanych tam koleżanek, na co Simon wypalił: „Ile?? Farma moich rodziców ma 350 lat…. [a widząc zrzedłe miny Kanadyjczyków, szybko dodał]… ale nie rozmawiajmy o historii, skupmy  się na… pięknej pogodzie!” :D Pogoda rzeczywiście była piękna. Przez dwa tygodnie temperatura tylko raz spadła poniżej 30 stopni.

Ottawa to dziura – fakt bycia stolicą symbolizują zagraniczne ambasady oraz siedziba rządu, wszystko ulokowane na jednej ulicy. W ciągu 45 minut zobaczyliśmy zdecydowaną większość miasta. Prowincja Quebec (tzn. tyle, ile udało nam się zobaczyć) – lasy i jeziora do horyzontu, bardzo malowniczo, tylko nikt nie chce mówić po angielsku, co nas wysoce irytowało.

Tu właśnie oświadczył się Simon

Simon i nasz kolega Michael, na którego ślub pojechaliśmy do Kanady

Prawie jak na Kaszubach ;)

Toronto – oprócz charakterystycznej wieży ze szklaną podłogą tak naprawdę nic tam nie ma. Ładne miasto, nie powiem, taki mini-Nowy Jork, jest gdzie zjeść, jest gdzie potańczyć, jest gdzie pospacerować  – ale nie ma na czym oka zawiesić. To mówię ja, przyzwyczajona do „Starówek”, do jakiegoś konkretnego centrum. Zresztą sami oceńcie:

W oddali po lewej stronie lotnisko obsługujące loty krajowe

Wygląda mniej strasznie niż jest w rzeczywistości. Nie mam lęku wysokości, ale poczułam się odrobinę nieswojo… czy aby na pewno ta podłoga wytrzyma? Ale na pewno? Ale, Simon, na pewno? ;)

Clou programu była wizyta nad Niagarą. Spędziliśmy dwa dni gapiąc się na wodospady – nie mogliśmy się nacieszyć i popełniliśmy wręcz karalną ilość zdjęć. Z lewej, z prawej, za dnia, w nocy, z góry, z dołu… Rewelacja. No to zaczynamy – przyznacie, że widok z pokoju hotelowego niczego sobie:

To Niagara po stronie kanadyjskiej, tzw. końska podkowa. Jest jeszcze amerykańska część, już nie tak imponująca.

Najbliżej można podejść do „podkowy” niejako od tyłu:

oraz na stateczku:


Oczywiście w obu przypadkach człowiek zostaje bezlitośnie przemoczony do majtek… ale ile frajdy! :) Warte nawet tych zbójeckich 70 dolarów.

I jeszcze jedno, ostatnie przysięgam, zdjęcie Niagary nocą:

Kolory co chwilę się zmieniają, ale słowo się rzekło, zdjęcie będzie tylko jedno

Podsumowując – polecam Nowy Jork, Quebec oraz Niagarę. Podobno Vancouver też jest rewelacyjne – może następnym razem!

PS. I jeszcze obiecany lifting języka angielskiego – dwa tygodnie temu dodano do oficjalnego słownika takie perełki jak „lolz”, „ridic” oraz „photobomb”… to ostatnie akurat zabawne, ale reszta jakaś taka „stu” ;)

Blog na WordPress.com.