Świat Marty W.

29 grudnia 2011

Moje pierwsze Świeta w Anglii – część II

Filed under: grudzień 2011 — swiatmartyw @ 9:24 pm

Po kolacji przenieśliśmy się do salonu, każdy wziął sobie coś do picia (ja oczywiście sherry, choć Simon twierdzi, że to alkohol dla starych ludzi ;) i przegadaliśmy z dwie godziny. O 23:30 pojechaliśmy do kościoła – przyszło aż 40 osób, więc sukces niebywały. Nie, wcale nie żartuję – tam tak mało osób chodziło do kościoła (z całej wioski ok. 8), że ksiądz spakował manatki i pojechał do innej parafii, a tą zamknięto, i kościół otwierany jest tylko na wielkie uroczystości. Teraz mają jednego księdza, który osbługuje 5 kościołów we wszystkich pobliskich wioskach.

Mszy poświęcę osobny wpis inny razem, bo bardzo mnie zafasynowała lingwistycznie. Na razie dość powiedzieć, że trwała ponad godzinę, co było szokiem dla większości zebranych i pod koniec zaczynały się niecierpliwe szepty ;)

***

25 grudnia to w Anglii najważnieszy dzień – i muszę przyznać, że jest w tym jakaś logika. To tak, jakbyśmy świętowali czyjeś urodziny dzień przed, a w sam dzień nie robilibyśmy nic… Świąteczny lunch był zaplanowany na 13:30, więc od samego rana trwały przygotowania. Teściowa piekła gigantyczną gęś, a my jak zwykle zostaliśmy oddelegowani do nakrycia stołu. Ponieważ jeden z braci Simona skończył coś, co w Polsce nazwalibyśmy technikum gastronomicznym, został poproszony o przygotowanie przystawki (koktail z krewetek), z którego to zadania wywiązał się śpiewająco.

W Anglii przed posiłkiem każdy bierze swój Christmas cracker:

i daje go do pociągnięcia sąsiadowi, w rezultacie czego cracker pęka na dwie części. W tej większej znajduje się papierowy Christmas hat, zabawka oraz karteczka z przeważnie głupim żartem, w stylu: „Co się serwuje, ale nie je? – Piłkę tenisową”. Żarty czyta się pokolei i prawie zawsze wszyscy jęczą: „Ale mizeria!! Ale głupi!!” ;) Potem nakłada się ten kapelusz-koronę na głowę:

Nie wiem, kto to - wzięłam pierwsze lepsze zdjęcia z Google'a, http://www.easy-party-ideas-and-games.com/christmas-traditions.html

bierze się party popper:

i z wielkim hukiem wystrzeliwuje się zawarte w nim wstążki na żyrandol:


Potem wreszcie można jeść :) Wszystko było dobre jak zwykle, ale gęś mi nie smakowała – za sucha, nawet w pysznym sosie jabłkowym. Po lunchu znowu przenieśliśmy się do salonu, i Simon i ja zostaliśmy mianowani Świętymi Mikołajami – ułożyliśmy przed każdym członkiem rodziny wszystkie prezenty i rozpoczęło się wielkie rozpakowywanie, podziwianie, dziękowanie, przymierzanie itd. Od Simona dostałam wymarzonego laptopa, na którym właśnie piszę – sami musicie przyznać, że się jakość wpisów poprawiła ;) Zresztą wszystkie prezenty były zamówione – książka Juliana Barnesa, która w tym roku otrzymała Nagrodę Bookera (już ją przeczytałam, dobra, ale czy rzeczywiście najlepsza? hm…), książka kucharska z łatwymi przepisami dla debili kuchennych, do których należę oraz… kalosze! Ale takie super kalosze, niezbędne na każdej farmie ;) Dotychczas zawsze, gdy szliśmy z psami na spacer pożyczałam kalosze teściowej, więc w końcu poprosiłam, żeby mi kupiła – high fashion, patrzcie i podziwiajcie :D

garden4less.co.uk

Na pewno teraz pękacie ze śmiechu, ale takie „muck boots” kosztują majątek :D Simon był oburzony i zazdrosny, bo on ma o dużo zwyklejsze i mniej modne, ha ha!! :D

Do końca dnia siedzieliśmy w salonie i rozmawialiśmy, graliśmy w różne gry karciane i planszowe, i po prostu cieszyliśmy się, że możemy być razem. Bardzo udany dzień!

Jutro rano wylatujemy do Belfastu, a potem Dublina, więc zapraszam na nowy wpis już w 2012 roku!

Szampańskiej zabawy i Szczęśliwego Nowego Roku! A dla tych, co uważają, że 12/12/2012 będzie koniec świata, mam to:

:) Najlepszego!!

Reklamy

26 grudnia 2011

Moje pierwsze Święta w Anglii – część I

Filed under: grudzień 2011 — swiatmartyw @ 12:30 am

Przyjechaliśmy na farmę w czwartek wczesnym popołudniem – tu słowa uznania należą się naszemu kotu, który przez 4,5 godziny siedzenia w ciasnej klatce pisnął zaledwie kilka razy. Nie zafajdał samochodu, nie robił histerii – prawdziwy kot podróżnik. Gdy wypuściliśmy go w domu teściów, oczy mu się rozszerzyły ze zdziwienia – tyle miejsca!* tyle schowków! dwa osobniki wyglądające jak on, tylko trzy razy większe (bo okrutnie spasione ;)! dwa osobniki 10 razy większe i niezbyt przyjaźnie nastawione, a w dodatku wyżerające mu jedzenie z miseczki! ;) Tyle nowych wrażeń! Mieliśmy ubaw po pachy obserwując go. Teraz, po czterech dniach, jego dzwoneczek rozbrzmiewa po całej farmie – nawet odważył się pójść do obory i powąchać krowę, taki dzielny!! :D

22 i 23 praktycznie nic się nie działo. Miałam nadzieję, że zobaczę, jak teść przebiera się za Św. Mikołaja i na wielkich saniach, na których montuje głośniki i podłącza do nich iPoda z kolędami, jeździ od farmy do farmy zbierać datki dla potrzebujących. Niestety zrobił to tydzień wcześniej – i nie na saniach, bo śniegu nie spadło ani milimetra, tylko w traktorze z przyczepą ;) Zebrał rekordowe 7 tys. funtów! (35 tys. złotych)

24 grudnia zaczęło się sprzątanie i gotowanie. Przyszła siostra teściowej i dosłownie w ciągu trzech godzin zrobiła kurczaka w pomarańczach faszerowanego drugim kurczakiem, faszerowanego mięsem, zupę, trzy ciasta, sos jabłkowy, obrała kilka kilogramów ziemniaków, marchewek, pasternaków i czegoś tam jeszcze, przygotowała trzy czy cztery stroiki takie jak ten (z niczego, od zera):

jak również wypucowała całą kuchnię, włącznie z szorowaniem podłogi na kolanach. Czuliśmy się z Simonem idiotycznie, gdy pani lat prawie 70 klęczała i szorowała podłogę, a my się na to patrzyliśmy jak sroki w gnat – ale nie pozwoliła sobie pomóc, pytaliśmy sto razy – „Nie, nie, ja najlepiej pracuję sama!” Gdy wczesnym popołudniem wróciła teściowa, skomentowała to tak: „Najlepiej zostawić Elizabeth w spokoju – jeśli zaczniecie jej pomagać, natychmiast wybuchnie kłótnia – wiem, co mówię, znam ją od 66 lat!” ;)

Teściowa dawała nam zadania, ale tylko takie nie wymagające specjalnych umiejętności ;) np. nakrywanie stołu, no i rozpalenie kominka (to Simon), żeby sprawdzić, czy działa. Wyszło nam tak:

Na zdjęciu dobrze nie widać, ale miejsc jest 19 – tyle osób miało być na kolacji 24 wieczorem. Zaskoczyło mnie to, bo myślałam, że 24 nic się u nich nie robi – you live and learn! :)

Piszecie kartki świąteczne? Ile? Ja w tym roku wysłałam jedną i uważałam to za wielki sukces ;) W dobie Facebooka i e-mailii nie chce mi się i koniec. Teściowa za to co roku wysyła co najmniej… dwieście pięćdziesiąt!!! A sama dostaje  około dwustu i potem rozstawia i rozwiesza je po całym domu – oto dowód, a i tak nie pokazuję Wam wszystkich, bo zanudzilibyście się oglądając dwieście kartek:

Kuchnia

Jadalnia

Salon

Salon

Salon - nasz fotogeniczny Vader i jego dzwoneczek, a za nim kolejne kartki

Acha, muszę się pochwalić – pomogłam piec mince pies, czyli pod czujnym okiem teściowej wykrajałam kółeczka z ciasta, które ona zrobiła, a potem ładowałam na nie farsz, który również ona zrobiła ;) Napracowałam się, że hej.

Nigdy nie widziałam 19 osób przy jednym stole, może za wyjątkiem jakiejś stypy. Atmosfera była fantastyczna, jedzenie – rewelacyjne, po prostu rewelacyjne, a towarzystwo bardzo sympatyczne. Siedziałam obok pary z Niemiec i na szczęście bawiły ich moje żarty, choć naprawdę nie były zbyt wysublimowane ;) Chyba po prostu się cieszyli, że ktoś zna niemiecki, a co za głupoty gadał, to już się nie liczyło.

Menu:

Przystawka – fromity (kto mi powie bez Google’a, co się pod tą nazwą rozumie w Yorkshire? no, koledzy i koleżanki lingwiści-kulturoznawcy ;)

Danie główne – kurczak zrobiony przez siostrę teściowej, dla wegetarian rolada z kasztanami (!), grzybami i nie wiem, czym jeszcze, ale było pyszne, wegetariański quiche też nie wiem z czym (od razu widać, jak bardzo interesuję się kuchnią i jaką mam do niej pasję! :D), ale lepszego chyba nigdy nie jadłam, młode ziemniaki w mundurkach, różnego rodzaje chutney, marynowane i gotowane warzywa.

Deser – trzy różne rodzaje  – lemon syllabub (teściowa wyglądała na zszokowaną, gdy spytałam, czy to mus cytrynowy), truskawki w karmelu i czymś tam jeszcze oraz tzw. trifle, czyli według Wikipedii:

Trifle – deser jadany w Anglii, przyrządzony z ułożonych warstwami ciasta biszkoptowego zmoczonego winemgalaretki owocowej, owoców, polany sosem custard i ozdobiony bitą śmietaną.

Uff… nie można się było ruszyć po tym wszystkim! Oczywiście wino, szampan, port i sherry lały się strumieniami też :)

cdn.
*sześć sypialni, salon, jadalnia, gabinet, duża kuchnia, trzy łazienki oraz gigantyczna rupieciarnia, która oczywiście została ulubionym pomieszczeniem Vadera ;)

20 grudnia 2011

O tym, jak się przypodobać Św. Mikołajowi

Filed under: grudzień 2011,Never too old to learn — swiatmartyw @ 6:15 pm

Znacie to? Duża ilość prezentów gwarantowana ;)

Santa Baby ”

Dla tych, co śpiewają, bo muszą, słowa tutaj.

Mój ulubiony kawałek:

„Santa baby, I want a yacht and really… that’s not a lot!
Been an angel all year…
Santa baby, so hurry down the chimney tonight!”

:)

16 grudnia 2011

Burdelmama

Filed under: grudzień 2011,Kraj ojczysty — swiatmartyw @ 2:04 pm

Siostra mojej prababci w skrócie nazywana ciocią mieszka w czteropiętrowym powojennym bloku w Gdańsku. Jako że wprowadziła się tam w latach ’50, była świadkiem wielu wyprowadzek, przeprowadzek, sąsiedzkich intryg, śmierci, narodzin, a nawet jednego szaleństwa. Myślała, że widziała już wszystko, dopóki pewnego późnego wieczora nie zapukał do jej drzwi pan pod wpływem, który na widok pani po dziewięćdziesiątce najwyraźniej się wystraszył: „Czy to numer sześć??”, wybełkotał wielce zdziwiony. „Nie, proszę pana, szóstka jest na górze, tu jest czwórka… a pan do kogo?”, ciocia lubi być zorientowana ;) „Aaa… nie, do nikogo, ja tylko tak… do kolegi!”, tłumaczył się pan. „Acha, no dobrze, ale niech już pan więcej nie pije, bo na całą klatkę czuć” – ciocia nie da się zastraszyć jakiemuś typowi w środku nocy, o! ;)

Po kilku dniach znowu dzwonek o bardzo późnej porze. Ciocia ma ponad 90 lat (sama dokładnie nie pamięta ile) i porusza się o kulach, więc zanim doczłapała do drzwi, minęło trochę czasu. Panu widocznie do czegoś bardzo się spieszyło (do czego, ciekawe!!), bo przywitał ciocię opryskliwie, ale po sekundzie mina mu zrzedła i niepewnie zapytał: „Ja przepraszam panią, czy to numer sześć?!”

Sytuacja zaczęła się powtarzać coraz częściej, aż w końcu ciocia dzwoni do mojej mamy i mówi: „Słuchaj, u mnie na górze chyba jest ten… no jak to się nazywa, gdzie te panie seks dają… Boże, Boże, człowiek stary, słów zapomina… burdel, o właśnie, burdel!!” Mama najpierw myślała, że ciocia przesadza, że może po prostu sąsiedzi bardzo imprezowi, ale po małym dochodzeniu okazało się, że rzeczywiście! Jako że ciocia ma dużo poczucia humoru, wciąż otwierała drzwi kolejnym klientom i miło się do nich uśmiechała, na co oni w popłochu pytali, czy to aby na pewno numer sześć?? :D W końcu jej się znudziło otwierać, więc potem tylko krzyczała przez drzwi: „Burdel na górze!” :D

Ostatnio znowu zadzwoniła do mojej mamy: „Wiesz, ja stamtąd czasami jakieś płacze słyszę. I wtedy mi się żal robi, biorę kulę, stukam w sufit i wołam, zostaw ją, zostaw!!!” Być może ciocia źle te płacze interpretuje…. ale i tak dzielna, wszędzie znieczulica, a ciocia nawet o panie dba.

Sąsiedzi starają się pozbyć tego miejsca, gdzie panie dają seks, ale wbrew pozorom nie jest to łatwa sprawa. Walka trwa…

15 grudnia 2011

Kuropatwa na gruszy, turkawki i francuskie kury

Filed under: grudzień 2011,Never too old to learn — swiatmartyw @ 12:58 pm

Oglądaliście kiedyś angielskie wydanie „Milionerów”? Prowadzący nazywa się Chris Tarrant i wygląda tak:


Któregoś razu jedno z pierwszych pytań (czyli tych łatwych) brzmiało następująco: „Zgodnie z piosenką <Twelve Days of Christmas>, co zostało podarowane trzeciego dnia?” A. Złote pierścienie, B. Turkawki, C. Kuropatwa na gruszy, D. Francuskie kury”

Kandydatka na milionerkę lekko się zawahała: „Poczekaj Chris, muszę sobie zaśpiewać i zaraz ci powiem”, na co Simon ryknął: „Nad czym ty się zastanawiasz głupia, francuskie kury przecież, wszyscy to wiedzą!!!!!” Eee… hmm… no… tak, pewnie, że francuskie kury… o_O  W taki oto sposób dowiedziałam się o istnieniu piosenki znanej w Anglii od 1780 r. Śpiewający opisuje, co dostał od swojej ukochanej w każdy z dwunastu dni Świąt Bożego Narodzenia (od 26 grudnia do 6 stycznia), za każdym razem powtarzając, co otrzymał wcześniej, czyli: „Pierwszego dnia Świąt moja miłość podarowała mi kuropatwę na gruszy, drugiego dnia Świąt moja miłość podarowała mi dwie turkawki oraz kuropatwę na gruszy, trzeciego dnia moja miłość podarowała mi trzy francuskie kury, dwie turkawki oraz kuropatwę na gruszy…” itd.

Rzeczywiście, wszyscy to znają, od małego do starego. A od ponad roku znam i ja – wczoraj oglądaliśmy jakiś quiz w telewizji i znowu padło pytanie, co zostało podarowane ósmego dnia. „Dojące dziewki!!!!” wrzasnęłam zadowolona, a Simon pękał z dumy ;)

Mam dla Was dwie wersje – obie amerykańskie, bo nie mogłam znaleźć angielskiej dobrej jakości. Pierwsza z muppetami, na wesoło… i druga też na wesoło :)

13 grudnia 2011

Jak się wychodzi na interesach z prawie rodziną?

Filed under: grudzień 2011 — swiatmartyw @ 12:16 pm

Wieści o moim bezrobociu szybko rozprzestrzeniły się po rodzinie Simona. Głupio mi, ale co zrobić – mogę tylko się starać i szukać, szukać, szukać, aż znajdę. Na razie zwróciłam się do agencji tłumaczeniowej, w której pracowałam w Pekinie, a że akurat ich polska tłumaczka jest na urlopie, zaczęli mi przesyłać mnóstwo tekstów. A friend in need…. i tak dalej :)

Z pomocą przyszedł mi również brat Simona. Jest on właścicielem całkiem sporej firmy, która handluje z większością krajów europejskich. Już dawno myślał o przetłumaczeniu swojej strony internetowej na kilkanaście języków, ale zawsze hamowały go finanse – słów jest prawie dwa miliony, więc koszty byłyby ogromne. Jako że nie brakuje mu pomysłowości, wynajął centrum obsługi klienta z siedzibą w Rumunii, w którym pracują native speakerzy wszystkich interesujących go języków – a że to Rumunia, więc płaci im stosunkowo mało jak na angielskie stawki.

Usłyszawszy o moim bezrobociu, ponownie zaczął kombinować i wymyślił, co następuje – nie wiem dokładnie jak, ale zdołał maszynowo przetłumaczyć te dwa miliony słów na 15 języków i teraz szuka ludzi, którzy by to przeczytali i „wypolerowali”. Zapytał, czy chcę zrobić polski – pewnie normalnie grzecznie bym odmówiła, bo wiadomo, jaka jest jakość maszynowego tłumaczenia i jak bardzo tłumacze nie lubią takich zadań, a poza tym robienie interesów z (prawie) rodziną…. spacer po cienkim lodzie!! No ale nie mając póki co żadnej lepszej opcji, nie odrzuca się takich propozycji.

Zaczynam dzisiaj, stawka nawet niezła, ale te dwa miliony słów kompletnych głupot… ech, mam nadzieję, że dam radę, że Andrew będzie zadowolony i że usiądziemy do świątecznego stołu niepokłóceni ;) Oby nie tylko na zdjęciu…

10 grudnia 2011

Po czym rozpoznać Angielki za granicą?

Filed under: grudzień 2011 — swiatmartyw @ 6:39 pm

Pamiętacie wpis „Punkt zamarzania, czyli o szczękaniu zębami„? Dzisiaj będzie dokładnie o tym samym.

Moje znajome pojechały na tygodniowy urlop do Francji. Było zimno, jak to w grudniu, ok. 5 stopni, i ciągle lało, ale nie zniechęciło to ich do spania pod namiotem (!) i ubierania się tak:


Puchowe kamizelki i japonki… A ta po prawej w pantofelkach, bez skarpetek. Spytałam, dlaczego nie włożyły obuwia nieco bardziej dostosowanego do temperatury – „Because we grew up in the north and we’re hard-ass!!

Ja też znam takiego, co wychował się na północy i ciągle chodził do pracy w swetrze, zamiast w kurtce. Osobnik ten od dwóch dni leży w moim łóżku, kicha, kaszle, smarcze, rzęzi, nie śpi po nocach i jęczy: „ooohhhh…. I’m dyyyyying!” ;) Wczoraj kichnął na leżącego mu na kolanach kota, a ten biedny tak się wystraszył, że od razu czmychnął pod kanapę, nie chciał wyjść dobre 5 minut, a potem pół godziny mył się ze wstrętem :)

8 grudnia 2011

Zrozumieć Anglików

Filed under: grudzień 2011 — swiatmartyw @ 6:00 pm

Nie, wbrew pozorom nie będzie o akcentach, tylko realiach interpersonalnych.

Dwa tygodnie temu firma wysłała mnie do Francji, do Lille, na spotkanie z osobą odpowiedzialną za kupno towaru w Auchan. W Wielkiej Brytanii o Auchan nikt nie słyszał, ale moi szefowie dokładnie wiedzieli, że jeśli podpiszemy z nimi umowę, to staną się naszą żyłą złota, więc kupili mi bilet na Eurostar i pojechałam.

Cieszyłam się jak mała dziewczynka – będę jechać pod Kanałem La Mache, hurra! ;) Czekam na tunel, czekam, czekam…. „Good afternoon ladies and gentlemen, and welcome to Lille”… przespałam! o_O Trudno, w drugą stronę sobie obejrzę. Pojechałam do hotelu w samym centrum miasta, pani w recepcji oczywiście Polka ;) zostawiłam rzeczy w pokoju i poszłam na zwiedzanie Lille. Bardzo mi się podobało, szkoda, że straciłam wszystkie zdjęcia – o tym za chwilę.

Następnego dnia miałam dwa spotkania – z panem z Auchan, oraz jeszcze innym klientem. Podpisaliśmy umowy, gadka-szmatka, miły pan odwiózł mnie na dworzec, wróciłam do domu. Następnego dnia dostałam pierwsze zamówienia, wszystko super.

W zeszłym tygodniu szef przysłał mi mailem bilety lotnicze oraz rezerwację hotelu w Kolonii – jedziemy na targi w marcu. Byliśmy tam w tym roku, we wrześniu (tylko oczywiście nie chciało mi się opisywać, bom leń) i krótko i bez przesady mówiąc, gdyby nie moja znajomość niemieckiego, nie podpisalibyśmy ani jednej umowy. Szef był super zadowolony, nawet dodał mi do pensji bonus „for your good job in Cologne”. No i w marcu 2012 jedziemy jeszcze raz.
W mailu było również napisane, że mam mu pomóc zorganizować nasze stoisko na targach w Hiszpanii w przyszłym roku oraz w Szanghaju, więc mam się skupić na chińskim, bo z samym „ni hao” daleko nie zajdziemy ;) Acha, i skoro tak mi dobrze poszło w Lille, to jeszcze do Paryża chce mnie wysłać, na spotkanie z ludźmi z Leclerca.

Przedwczoraj bardzo źle się czułam, więc poszłam do domu o 15:00 i przepracowałam dwie ostatnie godziny w domu.

Wczoraj czułam się jeszcze gorzej, ale twardo pojechałam do pracy, żeby pokazać szefostwu, jaka jestem „dzielna” i że biorę tę pracę poważnie. Poza tym miałam mieć „three-month review”, czyli rozmowę po zakończeniu okresu próbnego. Szef, gdy mnie zobaczył, od razu powiedział, że mam iść do domu, bo kiepsko wyglądam, a rozmowę możemy mieć następnego dnia – ale ja nie, oczywiście, że nie, twardym trzeba być!!!! Cały dzień się męczyłam, rzęziłam, kasłałam, kichałam i miałam dreszcze, ale zrobiłam wszystko, co do mnie należało.

O godzinie 17:00 zapraszają mnie na rozmowę i szef mówi: „Niestety nie mamy dla ciebie dobrych wiadomości – nie przedłużymy z tobą kontraktu”.

Słucham??

Że co??

Wysyłacie mnie za granicę, kupujecie mi bilety, gadacie o targach w przyszłym roku, chwalicie mnie omalże codziennie, że tak mi niby dobrze idzie, a teraz co??

„You are not the person we were looking for”.

NIE ROZUMIEM, nie ROZUMIEM, NIE rozumiem, nie rozumiem!!!

Teraz jestem na siebie zła, że bardziej nie drążyłam tematu, ale byłam chora, więc lekko przymulona, a w dodatku dosłownie odebrało mi mowę. Przez te dwa i pół miesiąca nie dostałam żadnego ostrzeżenia, żadnego negatywnego komentarza, nic – wręcz przeciwnie, wszystko wydawało się być super. A tu nagle okazało się, że „nie byłam tą osobą, której szukali”. Co zrobią z tymi 80 klientami z Niemiec, 10 z Hiszpanii i 10 z Polski, którzy po angielsku potrafią powiedzieć jedynie „hello”, nie mam pojęcia. Ale już mnie to nie obchodzi.

Obchodzi mnie za to nasza sytuacja finansowa, która w przyszłym miesiącu będzie po prostu tragiczna. Opłaty za dom są kolosalne, spłacamy również samochód kupiony na kredyt, życie w Anglii drogie jak cholera… Nie wiem, co to będzie. Jestem za dumna, żeby pójść do pierwszej lepszej pracy – nie po to studiowałam sześć lat w dwóch krajach, aby teraz, no nie wiem, np. fish and chips podawać.

Simon jak zwykle stanął na wysokości zadania. Szybko obliczył, że po uiszczeniu wszystkich stałych opłat z jego pensji zostanie nam 400 funtów miesięcznie. Na jedzenie wydamy ok. 200, a za pozostałe 200 sobie nie poszalejemy, oj nie… „ale nie martw się, damy radę – najwyżej wypiję w pubie tylko jedno piwo, a nie pięć – jeszcze mi wyjdzie na zdrowie! A jeśli już będzie bardzo źle, to zjemy kota” – starał się mnie rozśmieszyć, całą we łzach.

Wciąż nie mogę w to uwierzyć. Wszystko było „great” i „fantastic”, i „you’re doing so well”, a potem niestety dziękujemy. Nie rozumiem!

Od razu zarejestrowałam się w urzędzie dla bezrobotnych, czyli JobCentrePlus. Jutro idę na rozmowę, mam nadzieję, że coś mi znajdą – sama też oczywiście będę szukać. Pani magister z czterema językami będzie stać w kolejce po zasiłek, o tak:


Jeśli przyznają mi zasiłek, dostanę 67 funtów tygodniowo i może nawet dzięki temu kot się uchowa.

Muszę coś znaleźć i to szybko – ale w okresie przedświątecznym jest ciężko, chyba że zdecyduję się na sprzedawanie na deptaku grzanego wina przebrana w kostium renifera…

PS. Wszystkie zdjęcia z Lille miałam na służbowym iPhonie, dlatego nic nie mogę Wam pokazać.

6 grudnia 2011

Simona z kotem rozmowy

Filed under: grudzień 2011 — swiatmartyw @ 7:12 pm

Scenka – wieczór, wróciliśmy z pracy, jestemy zmęczeni i głodni. Ustaliliśmy, że ja zrobię obiad, a Simon pobawi się z kotem.

Po chwili słyszę z kuchni co następuje: „Będziemy bawić się w grę pod tytułem <Ja gram na komputerze, a ty się przyglądasz>. Powtórzmy zasady – ja gram i objaśniam, ty się patrzysz… To jest komputer, kom-pu-ter. Komputer służy do wielu czynności, między innymi do zabijania przeciwnika – zabijania na niby, oczywiście, tak dla rozrywki. Popatrz, tutaj biegną żołnierze nieprzyjacielskiej armii, więc muszę ich zlikwidować… napierw trzeba naprowadzić celownik, a potem strzelić naciskając klawisz Enter… no co ty, już śpisz??” :D

Scenka – już prawie północ, leżę w łóżku i czytam. Simon w salonie, majstruje przy jednym ze swoich inżynierskich projektów. Nagle słyszę: „Mam już dosyć, chodź, pobawimy się w chowanego. Najpierw ja się schowam i ty mnie będziesz szukał, a potem odwrotnie, dobra? Poczekaj tu chwilę i potem mnie szukaj”. Simon wpada do naszej sypialni i chowa się za szafę. Za chwilę przybiega kot – wącha, wącha… ha! znalazł bez problemu, Simon wniebowzięty, bierze go na ręce i pyta: „Who’s a good kitty? Who’s a clever kitty??” Oniemiałam z wrażenia. Zwariował mi chłop. Z kotem się w chowanego bawi. O Boże! Najlepsze, że potem kot schował się pod łóżkiem i Simon długo chodził po pokoju i udawał, że go szuka – aż znalazł, ku radości obojga.

– Have you gone mental?? – pytam przerażona

– What do you mean, he understands everything, everything!

Zaczynam mówić do niego po polsku, nasz kot musi być dwujęzyczny! ;)

Wczoraj kot nie potrafił rozszerzyć sobie szpary między drzwiami a framugą, żeby wyjść do przedpokoju, gdzie ma miseczki z jedzeniem. Już wstawałam, żeby mu otworzyć, a Simon na to: „Nie, nie, musi sam się nauczyć, ja mu pokażę!”, po czym ukląkł przy kocie, wziął jego łapkę w dwa palce i mówi: „Zobacz, drzwi można otworzyć łapą. Wkładasz ją w szczelinę, lekko pociągasz do siebie i…. ta-da! Teraz ty spróbuj!”. Nie powiem, że nauczył się od razu, ale w końcu załapał i już nie muszę wstawać z kanapy ;)

Acha, zapomniałam napisać, że kot – z racji czarnego koloru – nazywa się Lord Vader, w skrócie – Vader. Młodsi czytelnicy dokładnie wiedzą, jaki dźwięk wydaje z siebie Lord Vader, ale dla starszych, proszę, oto dwudziestosekundowe nagranie. Tak, dobrze się domyśliliście – Simon uczy kota wydawać z siebie taki właśnie dźwięk…. oczywiście bez powodzenia, ale śmiechu co niemiara ;)

Blog na WordPress.com.