Świat Marty W.

31 grudnia 2009

Różnic kulturowych ciąg dalszy

Filed under: grudzień 2009 — swiatmartyw @ 6:46 am

Poranek jak każdy inny, siedzę i tłumaczę. Po 30 minutach wycia budzika, Szymek wreszcie zwleka się z łóżka, zaspany, zły i z miną kota wiadomo co robiącego na puszczy. Idzie do kuchni zrobić sobie herbatę, zagląda do lodówki i… SZOK! Nie ma mleka! Ludzie ratunku, ludzie pomocy. Zagląda do części mieszkania szumnie nazywanej moim biurem i chrypi oburzony: „Nie ma mleka!!” Wiem – mruczę zza komputera i uważam temat za zamknięty. Ale nie, Szymek nie odpuszcza, jest Anglikiem, a Anglicy piją herbatę z mlekiem. I koniec. „Myślałem, że jeszcze mamy mleko”, Szymek bliski płaczu. Ja tu tłumaczę części akumulatora i głowa mi pęka od zacisków, biegunów i czerwonych/czarnych kabelków, a ten mi tu o mleku! No nie wytrzymam. Tragedia jest o tyle wielka, że oprócz mleka do herbaty, Anglicy najczęściej jedzą na śniadanie płatki – no i tak, wyszedł do pracy głodny i spragniony, bo jak nie ma mleka, to już nic, nic nie da się wypić ani zjeść. Wrócił z – nie przesadzam – 5 litrami, co by taki koszmar więcej się nie powtórzył ;).

Reklamy

30 grudnia 2009

Krakersy ze zniżką i kij baseballowy

Filed under: grudzień 2009 — swiatmartyw @ 5:53 pm

Kolejne skąpe angielskie wesele. Nie dość, że znowu musieliśmy zapłacić 150 funtów za nocleg (bez rewelacji, szczerze powiedziawszy, pokoje jak w hotelu robotniczym); nie dość, że w środku tygodnia, więc człowiek nawet tak do końca zrelaksować się nie mógł, bo rano do pracy, to oczywiście znowu wszystko dodatkowo płatne. Po wcześniejszych doświadczeniach już wiedziałam czego się spodziewać, ale gdy po zamówieniu kieliszka wina usłyszałam od barmana: „That will be fifteen pounds, love”, i tak mnie lekko zamurowało. Do jedzenia podano… czekoladowe cukierki. Oczywiście – jak to ja – zaraz napisałam smsa do mamy, że zwyczajowa bida, a ona na to: „Jeśli kiedyś przyjadą na twoje wesele, to damy im krakersy… z 10% zniżką :) Nie załatwiaj mi zaproszenia na angielskie wesele, niech cię ręka boska broni!” :)

Znowu grano wiele szlagierów i znowu wszyscy znali, tylko nie ja. Co to, co to – dopytywałam się za każdym razem (jak jakiś czterolatek, który zadaje 600 pytań dziennie!), na co Szymek lakonicznie odpowiadał: „It’s very British. I will tell you when I’m sober” – a dzisiaj oczywiście nic już nie pamiętał. Na szczęście grali również dobrze mi znane „500 miles„, więc chociaż przy tym mogłam się wykazać :)

Z samego rana oglądaliśmy w hotelu kawałek jednego z odcinków „Carry On” – bardzo brytyjskiej jeśli chodzi o poczucie humoru komedii typu slapstick popularnej w latach ’60 i ’70. I znowu mi nawet kącik ust nie drgął, a Szymek spłakany :). Cechą charakteryczną tego serialu jest robienie zakamuflowanych odnośników do czegoś innego w co drugim zdaniu – pewnie jest na to jakiś termin lingwistyczny – w tym akurat przypadku do seksu, np. „Mam wielki kij baseballowy, może chciałaby pani zobaczyć?” Wielki to był skandal swojego czasu ;)

28 grudnia 2009

Hit czy kit

Filed under: grudzień 2009 — swiatmartyw @ 10:58 am

Udało się! Dzięki intensywnej kampanii na portalach społecznościowych, w tygodniu świątecznym, uważanym za najważniejszy pod względem muzycznym na Wyspach, numerem 1 brytyjskiej listy przebojów NIE została piosenka niedawnego zwycięzcy „X-factor”, Joe McElderry’ego.  Troszkę  mnie śmieszyło kupowanie singla „Killing in the Name” Rage Against the Machine na siłę (Szymek kupił trzy, jego kolega cztery, a kuzyn pięć…), ale z drugiej strony był to spontaniczny bunt przeciwko programom takim jak „X-factor”, „Britain’s Got Talent” itd. oraz wychodzących z nich pseudogwiazdom. Nigdy nie oglądałam polskich odpowiedników, bo nie trawię tego typu rozrywki, ale czy jakikolwiek uczestnik naprawdę coś osiągnął? Tutaj też raczej są hitami jednego sezonu, lecz szaleństwo medialne otaczające zwłaszcza „X-factor” jest wręcz nie do opisania. Wszędzie w sklepach koszulki, plakaty, długopisy, kubki, gumki z uczestnikami, w telewizji non-stop wywiady, dzień z życia, sceny zakulisowe, sceny wycięte, załamania nerwowe, łzawe wyznania „już chciałem/am zrezygnować, ale…” – no nie można od tego uciec, oprócz dwóch czy trzech gazet zajmujących się polityką/ gospodarką, wszystkie inne śledzą uczestników non-stop, bezustannie spekulując kto ma szansę na dostanie się do następnej rundy, no i oczywiście kto z kim się calował/ trzymał za rękę i co z tego może wyniknąć (duet?? trio?? to będzie his-to-rycz-ne przedsięwzięcie!!!!). Nawet BBC nie można w spokoju obejrzeć, zawsze coś wtrącą – no i stąd ta cała akcja, część Wielkiej Brytanii powiedziała Joe McElderry’emu NIE. W tamtym tygodniu się udało, w tym zostali pokonani przez rosnące grono fanek (z których każda na wizji deklaruje, że chce być jego żoną).

Macie niepowtarzalną szansę wysłuchać pierwszego miejsca brytyjskiej listy przebojów oraz zobaczyć ciernistą drogę do sławy pana McElderry. Ja załamałam się po 10 sekundach – ale to tylko ja, wiadomo przecież, że mam specyficzny gust jeśli chodzi o muzykę :) .

(nie wiem czemu mi się nie chce okienko zrobić, będziecie musieli przekopiować link do nowej zakładki, żeby tego cuda odsłuchać)

PS. Szymek: „Man… this is so bad, so, so horrible!” ;)

PS.2 Swoją drogą, ciekawe co będzie z Susan Boyle.

25 grudnia 2009

Ale w koło jest wesoło

Filed under: grudzień 2009 — swiatmartyw @ 11:08 pm

Po dwóch dniach obżarstwa mogę ruszać jedynie palcami, a jako że lekko mi wesoło, bo prababcia od rana poiła mnie wódką, dziś będzie o angielskim poczuciu humoru.

Scenka bardzo częsta w naszym mieszkaniu – siedzimy z Szymkiem na kanapie, oglądamy coś, i mi nawet kącik ust nie drgnie podczas gdy on zwija się ze śmiechu i raz po raz ociera łzy. I nie chodzi tu o równie durne seriale jak np. „The Inbetweeners”, które mają zakaz pojawiania się na naszym ekranie (słowo daję, ten serial to przykład najgłupszego, najprymitywniejszego humoru, jaki słyszałam w swoim już całkiem długim życiu), tylko o występy komików, tak zwane stand-up. Słucham i uszom nie wierzę. „Live at the Apollo”, na żywo z Londynu, takie znane, prestiżowe miejsce i taka mizeria.

Gdy widzę Frankiego Boyle’a, już wiem, że będą kawały o Żydach, dzieciach opóźnionych w rozwoju, ofiarach Czarnobyla itd. Typowy żart w jego stylu to dlaczego Hitler popełnił samobójstwo? Bo zobaczył rachunek za gaz. Ha ha ha. Cała sala wyje ze śmiechu, brawa trwają dobre 15 sekund. Oprócz kontrowersji stać go jeszcze na nabijanie się z publiczności, np. wskazuje jakąś panią i pyta, jaki wykonuje zawód. Pani odpowiada, że jest sekretarką, na co Frankie: „To pewnie ledwo wiążesz koniec z końcem, sekretarka to marny zawód”. Cała sala wyje. Może to ja mam coś z głową, ale mnie to nie śmieszy.

Początek niedawno oglądanego skeczu Eda Byrne – był na lotnisku i zobaczył na oko jedynastoletnią dziewczynkę w różowych dresach z napisem „GORGEOUS” (cała sala wyje). No i co z tego, na litość boską? Myślałam, że może to słowo ma dwa znaczenia albo z czymś się kojarzy, że czegoś po prostu nie rozumiem, ale nie, nic z tych rzeczy. Pytam się Szymka dlaczego głupio rży, przecież to wcale nie jest śmieszne, a on na to, że im bardziej irracjonalne i głupie, tym śmieszniejsze. Aha.

Idziemy na stand-up w naszym mieście. Pojawia się pierwszy komik i zaczyna zagadywać publiczność. Kto jest zakochany niech podniesie rękę do góry, kto jest samotny niech wykrzyknie „eyyyy!”, kto ma ochotę na piwo niech powie „yeaaah!”. W drugim rzędzie siedzi para, ona młoda i atrakcyjna, on dużo starszy z zaawansowaną siwizną. „Wy jesteście ojciec i córka czy mąż i żona?” Mąż i żona. „Kobieto, coś ty zrobiła, przecież jemu już pewnie nie staje!!” Wszyscy się śmieją i biją brawo, ten pan również. Wyobrażacie sobie coś takiego w Polsce? U nas od razu by dostał w mordę i tak by się jego występ zakończył. Reszta żartów była w równie rynsztokowym stylu, aż w końcu gdy zaczął żartować z zawodników oraz kibiców drużyny piłkarskiej Leeds, na widowni podniósł się jakiś osiłek i zaczął wrzeszczeć „shut up you stupid cunt!!” (nie przetłumaczę, bo mi bloga z serwera zdejmą!). Nikt się nie śmiał. Wniosek – fani piłki nożnej to temat drażliwy, nie jacyś tam Żydzi, bo kiedy to było, ale tylko spróbuj na moją ulubioną drużynę coś powiedzieć!!

Ten sam pan dał nam taką oto radę – jeśli kończyć związki, to szybko i bezboleśnie, tekstem: „Fuck off!! Just fucking fuck off!!” Wezmę sobie do serca, przynajmniej na sam koniec jeszcze Szymka rozśmieszę…

Drugi komik był oryginalnie z Nigerii, więc przez następne 30 minut słuchałam kawałów o Murzynach. Chińczycy żartują z Chińczyków, Hindusi z Hindusów, Murzyni z Murzynów. Tylko Arabowie z siebie nie żartują. Wracając do pana z Nigerii, z wielką werwą opowiadał jak to kiedyś wstąpił do gangu i sprzedawał marijuanę, i ile miał dziewczyn, bo był przy kasie i wszystkie na niego leciały, i jaką sobie furę kupił, i jak głośno w niej rapu słuchał… Typowe powielanie stereotypów, ale tak tragicznie nieśmieszne, że aż żal brał. Oczywiście – jak się możecie domyślić – cała sala wyła ze śmiechu. Ja tylko piłam piwo i przewracałam oczami, ewentualnie kiwałam z politowaniem głową.

„It was obviously too English for you”, podsumował Szymek. Hm?? Chyba jeszcze wiele lat upłynie zanim wczuję się w takie klimaty.

18 grudnia 2009

Co kraj, to dziwaczne obyczaje

Filed under: grudzień 2009 — swiatmartyw @ 1:41 pm

Dominikańczycy wściekali mnie swoją głupotą, Chińczycy denerwowali prawie wszystkim (niech żyje moja tolerancja!), a Anglicy mnie śmieszą i szokują naraz.

Po pierwsze, niech raz na zawsze zostanie obalony mit brytyjskiego gentlemana. Jacy z nich gentelmani? Drzwi nie otwierają, krzeseł nie przysuwają, płaszczy nie podają, kwiatów nie kupują, no w ogóle nie ma w nich żadnych instynktów tego typu. Podobno tutaj kobiety są tak wyemancypowane, że chcą być traktowane na równi z mężczyznami i nie życzą sobie specjalnych względów. Chrzanię taką emancypację!! Szymek na szczęście dał się przeciągnąć na dobrą stronę i teraz leci parę metrów przede mną, żeby mi drzwi otworzyć, krzesła przysuwa i odsuwa z wielką pasją, płaszcz pomaga założyć i co tydzień pojawia się z bukietem kwiatów. Doprowadziło to do gwaltownej sprzeczki między znajomą parą, gdy Aimee zaczęła krzyczeć na Toma: „No widzisz, a ty mi nigdy kwiatów nie kupujesz, nigdy w drzwiach nie przepuszczasz, bierz przykład!” :)

Z drugiej strony, gdy w sklepie lub na ulicy niechcący kogoś potrącę, osoba poszkodowana natychmiast zaczyna zawodzić: „Oh, I’m sorry, I’m so sorry!” Za pierwszym razem zapomniałam języka w gębie, tak mnie zbito z tropu. Potem przez dłuższy czas mówiłam: „No, I am sorry, it was my fault”, ale nie spotykało się to ze zrozumieniem ze strony ofiar, więc teraz mówię bezczelnie: „It’s ok, no worries” i idę rozdawać kuksańce dalej :)

Do tej pory myślałam, że to steoretypowe gadanie o pogodzie dotyczy wyłącznie starszych ludzi. Spotkają się gdzieś na ulicy z zakupami/ wnukami/ na spacerze, no i trzeba coś grzecznościowo wspomnieć, a to piękne słońce dzisiaj, a to oj, wiaterek, wiaterek, już z szafy szal wyciągnełam! A tu co? Dzwoni kolega Szymka, równolatek, i rozmowa przebiega tak:

Kolega: Hi there mate, jak leci, jaka pogoda? (!!!)

Szymek: Zaczęło się zimno robić. Ciekawe kiedy spadnie śnieg?

Kolega: No właśnie, bo na BBC mówili, że…

i nawijają jak nawiedzeni o tym śniegu!

No i w końcu spadł, wczoraj, i sparaliżował całą naszą wiochę. Samochody się zlizgały, ludzie przewracali, ale większość po prostu lepiła bałwana i prowadziła wojny na śnieżki (np. my :) ).

Kolega Szymka z pracy zaprosił 8 osób, w tym nas, na domowe hinduskie jedzenie. Juz tydzień przed chwalił się, jak to on świetnie gotuje, co on nam nie przyrządzi itd. Świetnie, cudownie, idziemy. Po przyjściu okazało się, że ugotował tylko dla mnie, a reszta ma sobie zamówić jedzenie na wynos w pobliskiej hinduskiej restauracji! Nikt nie okazał nawet odrobiny zdziwienia. Szymek po przyjściu do domu (na moje jęki i skargi): „No co ty, ja się od razu tego spodziewałem, nikt nie gotuje dla 8 osób!” Skoro nie gotuje, to po co gada??

Zostaliśmy zaproszeni na wesele. Dziwiłam się, że dopiero na 19:00, ale nie pytałam, wyobraziłam sobie, że młoda para chce brać ślub w przyciemnionym kościele, może tonącym w świecach, może tak właśnie miało być. Przed wyjściem Szymek pyta, czy mam jakieś pieniądze. No coś tam mam. Czy już wtedy nie powinna mi się zapalić lampka ostrzegawcza??

Przyjeżdżamy na miejsce, a tu pałac! Naprawdę, wielki jak Buckingham. Kupił go jakiś brytyjski multimilioner, ale w końcu w nim nie zamieszkał, tylko wynajmuje poszczególne sale na różne okazje.

Okazało się, że ślub już był. ???? no jak to! Ano w Anglii jest tak – do kościoła zaprasza się tylko najbliższych z najbliższych, potem uroczysty obiad dla tych samych najbliższych i trochę dalszych (ale cały czas rodzina), a następnie, wieczorem, na tańce mogą przyjść wszyscy. No i my załapaliśmy się na kategorię „wszyscy”. Jakoś przełknęłam tę zniewagę.

Prawdziwy szok przyszedł wtedy, gdy okazała się, że za ciepłe jedzenie oraz napoje trzeba płacić z własnej kieszeni!! Na początku myślałam, że Szymek robi mnie w balona… ale nie, naprawdę („No przecież pytałem cię, czy wzięłaś pieniądze!”). Jeśli jesteś z kategorii „wszyscy”, to płacz i płać. Ceny – jak na pałac przystało – były nie do przejścia, więc człowiek nawet upić się nie mógł. Tańce były, owszem, ale ani żadnych konkursów, ani zabawiania gości… O północy DJ poszedł do domu i impreza się skończyła. Po raz pierwszy wracałam z wesela trzeźwa, głodna i niewybawiona.  Przyjechaliśmy wynajętym autokarem do hotelu, a tam kolejny szok – państwo młodzi co prawda zarezerwowali pokoje dla gości, ale goście sami je sobie mają opłacić! W tym momencie puściły mi nerwy i zaczęłam narzekać, że co to jest, co to za oszczędzanie, co to za traktowanie, u nas w Polsce… itd. Szymek cierpliwie wszystkiego wysłuchał, zapłacił za pokój (bardzo elegancki, więc mega drogi), a potem uświadomił mnie, że to jest standard w Anglii, wszyscy goście sami płacą za hotel, a jeśli nie są z bliskiej rodziny, to jeszcze sami sobie opłacają jedzenie i napitek. Przez następną godzinę trułam mu o wszystkich weselach, na jakich byłam w Polsce, i czego tam nie jadłam, i czego tam nie piłam, a jakie zabawy, a jakie konkursy, a jak wesoło, i do rana, i co najmniej dwa dni!! Obiecałam sobie wtedy, że zabiorę go na polskie wesele.

No i zabrałam. Juz o 23:00 nie wiedział, co się dzieje, ale karnie tańczył „Jezioro Łabędzie” w podwiniętych do kolan spodniach (konkurs), śpiewał jak kazali, pił jak kazali, wstawał jak kazali, podskakiwał jak kazali, aż w końcu o 1 nad ranem usnął na stole w kałuży wódki, którą sam wcześniej rozlał. Na poprawiny ledwo się dowlókł.

Do dzisiaj wspomina! :)

„Man, these Polish weddings… oh, man!” :)

17 grudnia 2009

Korepetytora od hindangielskiego zatrudnię od zaraz

Filed under: grudzień 2009 — swiatmartyw @ 12:50 pm

Pamiętacie jak pisałam, że większość dużych firm ma call centres w Indiach?

Dzwoni telefon stacjonarny.

Ja: Hello?

Miły Pan z Indii: Hi. Can I speak to Mr X?

Ja: I’m afraid he doesn’t live here.

Miły Pan z Indii: Ah! Do you erjhgrjn hvurrhfowj hhuhiow?

Ja: Eee…erm… sorry??

Miły Pan z Indii (niezrażony): Do you hejhrejjf hcjfow bvjhna?

Ja: Yyyy… sorry, could you repeat?

Miły Pan z Indii (niczym niezrażony): Do you bviencsj hcjwhw ciwhfwi?

Ja: Yyy…yyes – wyjąkałam w końcu, bo miałam pilne tłumaczenie i zero czasu na pogawędki przez telefon, zwłaszcza takie wnoszące tyle nowości do mojego życia.

Miły Pan z Indii: OK, great, I will deal with that! Have a nice day!

Cholera, ciekawe na co się zgodziłam??

15 grudnia 2009

Angielski film z naszym rodakiem

Filed under: grudzień 2009 — swiatmartyw @ 6:23 pm

Z zeszłego roku co prawda, ale czy wyszedł w Polsce? „Maj nejm iz Mark” – co by nie było wątpliwości, który z bohaterów to Polak ;)

„Somers Town”, zapraszam do obejrzenia zapowiedzi:

Frustracje językowo-kulturowe

Filed under: grudzień 2009 — swiatmartyw @ 5:35 pm

Ten wpis kieruje wylacznie do osob, ktore choc troche znaja angielski, bo jestem juz wystarczajaco sfrustrowana i nie mam ochoty wszystkiego tlumaczyc.

Marta W. – mistrz swiata z angielskiego, wiadomo. Nauczycielka, tlumacz pisemny, ho, ho, przez 1,5 roku nawet ustny. Nic mi nie straszne! Slangi – w jednym palcu. 300 najpopularniejszych idiomow wykutych na pamiec. Ogladam CNN i rozumiem wszystko, wszystko, wszystko!

Przyjezdzam do Anglii i nie rozumiem nic. Nie zdawalam sobie sprawy jak bardzo moja wiedza byla zanurzona w amerykanskiej rzeczywistosci. Smiem twierdzic, ze to nie tylko ja, Polska „pelna” jest Ameryki, w koncu cala, szeroko rozumiana popkultura stamtad pochodzi. Cos tam mielismy na studiach o Wielkiej Brytanii, ale wiekszosc zjawisk, o ktore mi chodzi albo w ogole nie zostala wspomniana, albo jest juz nieaktualna.

Zacznijmy od akcentow. I nie chodzi mi tutaj o szkocki, walijski czy irlandzki, to akurat wiem. Simon jest z Yorku, z polnocy. Scenka: wchodzimy do fryzjera w Cambdrige, Simon pyta: „Hi there mate, could you fit me in now?”, fryzjer na to: „Sure mate, right now if you want”. Simon siada na fotelu, a fryzjer zabija mnie tekstem: „So, how is York these days?” ????? Skad wiedzial po jednym zdaniu????? To jest dla mnie cos niesamowitego. Tak naprawde, to nie jest to zaden cud, tutaj wszyscy to potrafia – tylko nie ja. Po prostu w ogole nie jestem osluchana, teraz, po 5 miesiacach jest coraz lepiej, ale na poczatku bylam w szoku. Zawsze uczono nas tylko o RP aka Queen’s English aka BBC English, ale zeby tak od razu miasto nazwac??
Scenka: po raz pierwszy spotykaja sie Gabi i Mark:
Gabi: Hi Mark, nice to meet you.
Mark: Likewise, very nice to meet you too.
Gabi: London, right?
Mark: Manchester, yeah?

Ja nie moge, ciekawe ile czasu uplynie zanim tez tak bede potrafila! Na razie rozpoznaje te najbardziej charakterystyczne akcenty, czyli z Londynu, Newcastle, Glasgow, Belfastu i Liverpoolu. Wiem tez mniej wiecej jak wymawiaja samogloski na poludniu, a jak na zachodzie (smiesznie :-) No ale daleko mi do poziomu fryzjerow z Cambridge!!

Juz od dwoch miesiecy gdy otworze buzie nikt nie pyta, „Were you growing up in America?”, dobry znak! Codziennie cwicze brytyjski akcent, RP znaczy sie, czyli gadam do siebie jak glupia, ewentualnie ogladam brytyjskie programy i powtarzam jak papuga najciekawsze lingwistycznie zdania. Zobaczymy, co mi z tego wyjdzie. Pewnie ni pies, ni wydra, az w koncu uslysze cos, czego boje sie najbardziej: „You must be from Poland love?” ;-)

Co tam, akcent nie az taki wazny jak ogolne rozumienie, o czym mowa. I tu wysiadam kompletnie. Nie chodzi oczywiscie o slowa, tylko o szeroko rozumiane cultural references. Najslynniejsi komicy? Nie znam. Popularne programy telewizyjne (tzn. inne niz wiadomosci na BBC oraz programy przyrodnicze na Eden)? Nie znam. Filmy (tzn. wyrezyserowane przez Brytyjczyka i tylko z rodzimymi aktorami)? Nie znam. Aktorzy? Nie slyszalam. Prezenterzy? Na oczy nie widzialam. Wiekszosc politykow? Tez nie znam, ze slyszenia tak, ale nie z twarzy. Ale najbardziej rozkladam sie na muzyce! Simon ma ponad 60 GB muzyki, z ktorych – przysiegam – znam moze z 10 utworow. Albo mam cos z glowa, albo te zespoly w ogole nie sa u nas popularne. Jedziemy samochodem, on cos puszcza, spiewa na caly glos, a ja pierwszy raz slysze. „You don’t know this, you DON’T KNOW????”, dziwi sie Szymek non-stop. Mszcze sie na nim moja kolekcja piosenek po hiszpansku i niemiecku.
Rozwalaja mnie tez bajki, kolysanki, dziececy bohaterowie. Nic nie wiem, nic nie znam. „You’ve never seen ‚Postman Pat’??? Unbelievable!!!”, drazni sie ze mna Szymek, a ja mam ochote go zabic.

Wiec tak, jesli (kolejnosc przypadkowa i tylko kilka przykladow):

1. nie potraficie wymienic wszystkim filmow z Simonem Peggiem,
2. nie cytujecie z pamieci „That Mitchel and Webb Look” oraz „Peepshow”,
3. nie umiecie spiewac „500 Miles”,
4. nie znacie historii o „Tiger who came to tea”,
5. nie umiecie spiewac kolysanki o „Incy, wincy spider”,
6. nie znacie wszystkich komikow z „Have I got news for you” oraz „Mock the week”, a przy okazji jesli nie rozumiecie wszystkich zartow,
7. nie wiecie, ze „Muse” sa z Devon (to pewnie tak, jakby ktos nie widzial, ze Liroy z Kielc :-)))
8. nie umiecie wymienic najpopularniejszych prezenterow BBC (tzn. tych majacych status „legendarnych”),
9. nie znacie szlagierow kanalu „Dave”,
10. nie wiecie kto to Delia Smith,
11. nie wiecie czemu Anglicy smieja sie z Middlesborough,
12. nie wiecie z jakimi counties graniczy Gloucestershire (albo Yorkshire, albo Suffolk…),
13. nie czytaliscie zadnej lektury z Secondary School i w zwiazku z tym nie znacie zadnych postaci literackich,
14. nie ogladaliscie „Ashes to Ashes”, „Life on Mars” i  jeszcze 15 innych seriali, ktorych nazw juz nie pamietam

to co z Was za ludzie! W domu siedziec, a nie do Anglii jechac i wstyd swojemu krajowi przynosic! :-)

Kiedys Oliver sie nade mna znecal, ze tak NIC nie wiem, choc znam jezyk („Nie znasz najslynniejszego powiedzenia Wolfganga Schaeuble???? no nieeeeee moge!!!”), a teraz Szymek mi dokucza.

Trzeba sie bylo z Polakiem zwiazac, cholera. Przynajmniej razem i w pelnym zrozumieniu ogladalibysmy Reksia, recytowali Inwokacje, spiewali Malgoske i kpili z Kaczora.

Marta

PS. Swoja droga to wszystko jest strasznie ciekawe, never too old to learn :-) Zobaczycie, otworze wydzial brytyjskiego kulturoznawstwa na Uniwersytecie Gdanskim!

Blog na WordPress.com.