Świat Marty W.

8 lipca 2013

O żółtej, święcącej kuli – czyli wspomnienia z Palermo

Filed under: Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 8:54 pm

Na mój tydzień panieński miałyśmy polecieć w szóstkę. Niestety, dwie koleżanki nie dostały urlopu, a jedna odliczała dni do porodu, więc ostały się trzy. Trzy i pół tak naprawdę, bo moja przyjaciółka Magda była wtedy w ósmym miesiącu ciąży z Julianką (której tak się spieszyło na świat, że tydzień temu urodziła się bez większych ceregieli w szpitalnej windzie). Bałam się, że wrócimy we cztery, no bo lot, zmiana klimatu, intensywne zwiedzanie – ale na szczęście Magda czuła się świetnie, a Włosi na widok jej brzucha wykrzykiwali z uśmiechem: „Bambino! Complimenti! Auguri!”, co było naprawdę bardzo miłe. Gorzej z ustępowaniem miejsca w autobusach – ze dwa razy musiałam prosić młode siksy, żeby podniosły tyłki i dały usiąść kobiecie w ciąży. Ustępowały z grymasem niezadowolenia na twarzy, ale to akurat mnie nie dziwiło – młodzież teraz wszędzie rozwydrzona… za moich czasów… itd. :-D

Magda od początku była nastawiona do wyjazdu niesamowicie pozytywnie. Już podczas schodzenia do lądowania spojrzała na lazurowe morze, imponujące wzgórza, intensywnie zieloną przyrodę i powiedziała: „Zobaczcie, jak pięknie! Od razu widać, że to super miejsce, zobaczycie! No i to słońce!”

Dygresja na temat pogody – klimat w południowej Anglii ma swoje plusy, np. nigdy nie ma minusowych temperatur w ciągu dnia, śnieg pada jeden dzień w roku i natychmiast topnieje, na jesieni i w zimie prawie nie pada deszcz i naprawdę jest w miarę miło – zwłaszcza w porównaniu do śniegowo-deszczowo-depresyjnej pogody w moim rodzinnym Gdańsku, która potrafi trwać pięć miesięcy. Niestety, za bezproblemową jesień i zimę trzeba tutaj srogo odpokutować. Wiosna i lato są szare – nawet nie zimne, nawet nie specjalnie deszczowe, tylko po prostu szare. Nie pamiętam, kiedy ostatnio raz widziałam słońce. Tzn. pamiętam – w maju, w Palermo właśnie. Gdybyśmy tam nie pojechały, chyba wpadłybyśmy w depresję (wszystkie trzy mieszkamy na Wyspach). Wskazując na słońce, śmiałyśmy się, „A co to jest ta żółta, świecąca kula, bo nie pamiętam takiej u nas?”

Zgodnie z przewidywaniem Magdy, bawiłyśmy się świetnie i każdemu mogę z czystym sumieniem Palermo polecić. Kilka fotek na zachętę:

Wszystkie zdjęcia zrobione przez koleżankę, bo ja durna zapomniałam aparatu

Wszystkie zdjęcia zrobione przez koleżankę, bo ja durna zapomniałam aparatu

IMG_2810 IMG_2918 IMG_2947 IMG_2959 IMG_2969 IMG_2973 IMG_2989 IMG_3021 IMG_3033 IMG_3041 IMG_3097 IMG_3132

Zwiedzałyśmy, kąpałyśmy się, imprezowałyśmy, piłyśmy dużo dobrej kawy i wina (Magda wypiła jeden mały łyczek i mówi: „Boże, jakie dobre!”, a potem do brzucha: „Zobacz, Julianka, tak wygląda impreza!” :), jadłyśmy pyszne pizze oraz świeżo złowione pyszne ryby i owoce morza, a ja dodatkowo ćwiczyłam włoski. Po 1,5 roku nauki wiadomo że nie błyszczałam (jakoś nikt nie chciał rozmawiać na tematy, które przygotowałam na ustną maturę, np. „Czy zgadzasz się, że sport to zdrowie?” :), ale byłam w stanie zapytać o drogę, numery autobusów, kupić bilety, zamówić stolik w restauracji, przeczytać i przetłumaczyć menu oraz zamówić bez pokazywania placem, dopytać się, kiedy następne zwiedzanie z anglojęzycznym przewodnikiem itd. Z jeszcze bardziej praktycznych rzeczy, to potrafiłam się dogadać z właścicielem hostelu, który po angielsku nie mówił wcale. Wolę nie myśleć, jakie ruchy musiałabym wykonywać, gdybym nie wiedziała, jak poprosić po włosku o dodatkową rolkę papieru toaletowego :)

Najzabawniejszą konwersację odbyłyśmy z kucharzem zatrudnionym w restauracji, do której poszłyśmy na dobry początek mojego wieczoru panieńskiego. Przychodzimy na 18:30, a tu lokal zamknięty. Przed drzwiami stało kilku panów, więc pytam, co się dzieje. Odpowiada jeden z nich: „Nikt nie wie, szef chyba zaspał! Ja jestem kucharzem, to są kelnerzy, ten to sprzątacz… dzwonimy i dzwonimy, ale szef nie odpowiada!” Podstawił nam trzy krzesła z ogródka restauracji, którego jeszcze nikt nie zdążył rozłożyć, i zaczęła się gadka. Skąd jesteście? Polonia. Papa Giovanni Paulo Secondo! Lech Wałęsa! Kiwamy głowami. Pracowałem kiedyś z Polakami, mówi pan kucharz, i oni nauczyli mnie jednego zdania – chyba powiem to szefowi, gdy wreszcie się pojawi: (najczystszą polszczyzną) Spadaj na drzewo banany prostować! :) Gdy oczekiwanie na szefa się przedłużało, wypalił, znowu po polsku: „Jesteście wkurwione?” :) Trochę byłyśmy, ale gdy szef przyjechał na skuterku, momentalnie nam przeszło: „Po co do mnie tyle razy dzwonicie, przecież wiadomo, że przyjadę prędzej czy później!! (spojrzenie w naszą stronę) Aaaaa…. no teraz to rozumiem! Trzy piekne dziewczyny czekają! A nawet trzy i pół!” Posadził nas przy najlepszym stoliku, a w ramach zadośćuczynienia za czekanie dostałyśmy dodatkowego szampana. I soczek.

Tych, co myślą, że na Sycylii za każdym rogiem czyha mafia, mogę uspokoić – nie czyha. Za gorąco tak stać i czyhać. Na początku maja temperatury dochodziły do +28, w takim upale chyba nikomu się nie chce prześladować turystów. A tak na poważnie – gdy poszłyśmy na cmentarz przylegający do katakumb Kapucynów, na kilku nagrobkach było napisane „Assessinato dalla mafia” (wszystkie pochodziły z początku lat 80), i nie trzeba znać włoskiego, żeby to zdanie zrozumieć. Z drugiej strony, my nigdy nie czułyśmy się w żaden sposób zagrożone, a przecież często wracałyśmy z imprez/ kolacji dość późno. Ludzie wydawali nam się serdeczni, uśmiechnięci i skorzy do pomocy. Para studentów, których zapytałyśmy o drogę, po dokładnym wytłumaczeniu co, gdzie i jak, wykrzyknęła radośnie: „Welcome to Palermo!”

Warto!

PS. Ten tekst powstał 21 czerwca, obecnie pogoda znacznie się poprawiła, chwała Ojcu i Synowi:

pogoda

13 stycznia 2012

Sylwester na Szmaragdowej Wyspie

Filed under: Podróże małe i duże,styczeń 2012 — swiatmartyw @ 1:30 pm

Polecieliśmy do Belfastu 30 grudnia rano. Wylądowaliśmy o 9:00 i ku naszemu zdumieniu wciąż było ciemno. Znajomi odebrali nas z lotniska, przywieźli do domu, nakarmili i napoili ;) a potem pojechali po następną grupę, która przylatywała z Londynu. W sumie było nas 9 osób. Gdy wszyscy już się rozgościli, nasi gospodarze zarządzili wycieczkę na Groblę Olbrzyma. Lało jak z cebra i było okropnie zimno – ale widoki to wynagrodziły:

Ponieważ zmarzliśmy i przemokliśmy do przysłowiowych majtek, trzeba było się rozgrzać – a czym najlepiej się rozgrzać jak nie irlandzką whisky? O nieco zabawnej nazwie…

Feckin rozgrzała nas do czerwoności i można było wracać do suchego domu :) Wieczór był dość spokojny, gdyż każde z nas posiada tzw. smartphone’a, ewentualnie iPada, więc za dużo ze sobą nie rozmawialiśmy…

Po co gadać, skoro w telefonie tyle cudów? ;-)

31 grudnia plan był następujący – pierwsza część zwiedzania Belfastu, rundka po pubach, obiad i do klubu na imprezę. Plan został wykonany:

Widok na dwa słynne żurawie, Samson i Goliath

Katedra z kontrowersyjnym "palem" wznoszącym się wysoko nad budowlę oraz "przebijającym" ją (pal kończy się nad ołtarzem). Simon stwierdził, że jak ulał nadaje się do wbijania na niego Katolików ;)

W każdym pubie trochę historii...

To w Belfaście właśnie zaprojektowano i zwodowano Titanica

Kawiarnia "Vaudeville", stylizowana na lata '20

City Hall

Zdjęcie jest kiepskie, ale znajdujemy się w jedynym pubie w Belfaście, który jest na liście UNESCO. Siedzimy w naszej własnej "budce".

A to już Sylwester, w kolejnym klimatycznym pubie. "Guinness -more than goodness"... hmmm... no nie wiem, dla mnie wstrętny ;-)

"Guinness for strength" - no czyżby... po kilku kuflach nasi panowie wyglądali na lekko osłabionych ;)

Kolejny sympatyczny pub

No i tak – od pubu do klubu, od klubu do pubu… powitaliśmy Nowy Rok! Bawiliśmy się super – tak super, że zgubiłam/ ukradziono mi kartę debetową, którą na szczęście od razu udało mi się zastrzec, a jeden z moich kolegów tak machał rękami w dzikim tańcu, że trafił w moją szczękę i ułamał mi dolną jedynkę…. łaska boska prawie tego nie widać, tylko język sobie czasem kaleczę ;) Jednym słowem – zabawa na sto dwa! :D

W następnym odcinku – dalsze zwiedzanie Belfastu oraz wycieczka do Dublina.

16 lipca 2011

Alton Towers

Filed under: Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 11:12 am

Zawsze lubiłam się bać. Od bardzo młodego wieku czytałam horrory, oglądałam horrory, a nawet pisałam horrory – słynna rodzinna historia, gdy Marta lat 14 przychodzi do sypialni rodziców i mówi: „Tak się boję, że nie mogę dalej pisać, długopis mi się trzęsie!!” ;)

Alton Towers to podobno największe wesołe miasteczko w Wielkiej Brytanii – z tymże polska nazwa „wesołe miasteczko” jest mocno nietrafiona, gdyż wesołość ustępuje miejsca temu co lubię, czyli… paraliżującemu strachowi oraz niebezpiecznemu poziomowi adrenaliny. Wjeżdżając na każdy rollercoaster człowiek myśli sobie „Cholera, to już chyba koniec!”

Najpierw poszliśmy na „Oblivion” (pol. zapomnienie). Zanim runiesz 55 metrów w dół z szybkością 109 km/h (!!!), zawieszają cię na krawędzi, żebyś sobie dobrze zdał sprawę, jakim jesteś idiotą i co ryzykujesz:

Piski i wrzaski ludzi są po prostu ogłuszające. W najstraszniejszym momencie, czyli po pierwszej sekundzie spadania, robią ci zdjęcie, do kupienia później w sklepiku (jeśli przeżyjesz, znaczy się). Potem wpada się w ciemny tunel z oparami bliżej niezidentyfikowanej subtancji, która ma nas przekonać, że jesteśmy w piekle (na tym etapie człowiek, wgnieciony w fotel i przerażony jak nigdy w życiu, jest w stanie uwierzyć we wszystko ;). Wystraszyłam się tak bardzo, że odebrało mi głos. Żadnego „AAAAAHHHH”, ani „OH MY GOOOOOOOOD”, tylko uporczywa myśl, „Jestem za młoda, żeby umierać!!!”

Tak się rozpisałam, jakby to wszystko trwało pół godziny – a tak naprawdę trwa… zresztą zobaczcie sami (znalezione na YouTube):

Było rewelacyjnie, rewelacyjnie!!! Uwielbiam się bać :) Gdy zobaczyliśmy swoje zdjęcie, śmialiśmy się dosłownie 5 minut non-stop – Simon miał wykrzywioną i spłaszczoną twarz, a ja szeroko otwarte, przerażone oczy i rozdziawioną gębę :D

Na drugi ogień poszedł rollercoaster „13”, mój ulubiony. Czekaliśmy aż 40 minut, ale warto było – w pewnym momencie wpada się w ciemny tunel i rollercoaster po prostu leci pionowo w dół, a człowiek czuje się jakby nie było grawitacji. A potem kolejka rusza do tyłu…. Boże, Boże, o mało nie dostałam zawału, było super! ;)
Czekając na „13” przesuwaliśmy się wokół płotu, na którym – z nudów – wiele osób coś pisze. A to ktoś kogoś kocha, a to ktoś kogo nienawidzi, a to ktoś twierdzi, że jego szef to kretyn. Po polsku znalazłam tylko jeden wpis – brzmiał on: „Polska i huj! 2011″… Uczcijmy to minutą ciszy. Simon niestety też zauważył i pyta się, co to znaczy, „Poland and prick??”. Żeby uratować honor niezbyt mądrego rodaka, zmyśliłam kontekst i oświadczyłam, iż oznacza to „Polska ponad wszystko”… Simon: „Really?? That’s a bit weird…”

Nie będę opisywać wszystkich, ale muszę opisać hit dnia – „Nemesis”, pierwszy rollercoaster w Anglii, na którym większość czasu spędza się do góry nogami. Dochodzące z niego wrzaski słychać na pół parku – a gdy podejdzie się bliżej, robi się jeszcze mniej wesoło, gdyż wszyscy drą się w niebogłosy, a mała rzeczka i kilka wodospadów otaczających „Nemesis” zostało zabarwionych na różowo – no że niby to krew tych, którzy zdecydowali się na jazdę ;)

Nigdy, nigdy w życiu tak się nie bałam. Miałam miękkie kolana, żołądek się buntował, w gardle mi wyschło. Chciałam zrezygnować, ale Simon przekonał mnie do zaryzykowania. Było tak:

Simon: Ju hu hu!!!!!
Ja: AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!
Simon: Wow, that’s greeeeeat!!
Ja: JEZUS MARIAAAA!!!!
Simon: Oh yeah, oh yeah!
Ja: MAMO RATUUUUUUUJ!!!

To ostatnie, przyznaję, było dość desperackie ;) Sami obejrzcie (znalezione na YouTube):

Rewelacja, rewelacja!!!! Jeśli będziecie mieli okazję, idźcie koniecznie!!

3 lipca 2011

Maroko część V – Marakesz

Filed under: Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 10:46 pm

Czas ucieka, a pamięć coraz gorsza – więc będę się streszczać.

Do Marakeszu pojechaliśmy „lokalnym” autobusem, który – ku naszemu zdziwieniu i zadowoleniu – niczym nie odbiegał od tego, co my Europejczycy rozumiemy pod pojęciem „autobus” ;) Może trochę brudnawo było, ale bez przesady – koła miał, klimatyzację miał, w 3 godziny na miejsce nas dowiózł. Jeden mocno starszy pan strasznie się awanturował, bo najpierw wsiadł, a potem nie chciał płacić. Oczywiście nic nie rozumieliśmy, ale wydawało nam się, że dosiadali się do niego kolejni pasażerowie i usiłowali przemówić mu do rozsądku. W końcu kierowca się zdenerwował, zatrzymał autobus i chciał pana wyrzucić. Pan się wystraszył i zapłacił – ale był bardzo niezadowolony i Allaha wzywał. Ot, lokalny koloryt ;) Widoczki po drodze:

Ryneczek

Dworzec w Marakeszu prezentował się imponująco:

 

en.wikipedia.org

Złapaliśmy taksówkę, wynegocjowaliśmy cenę, jedziemy do hostelu. Po drodze pan taksówkarz, łamanym angielskim przeplatanym z francuskim, a co gorsza miejscami również arabskim, przyznaje, że nie ma bladego pojęcia, gdzie nas zawieźć. Jeszcze raz pokazujemy mu adres, mapę i wskazówki. Pan rozkłada ręce. Na światłach drze się do kierowcy obok, może on wie? Nie wie. Może inny wie? Nie wie. Jeździmy w kółko, błądzimy, pan zaczyna się wściekać,  i krzyczy na Simona po arabsku, przy okazji całkowicie się do nas odwracając i nie patrząc na drogę, na której są samochody, ludzie, stragany i osły. Ryczę na niego: „Watch the road!!! And what do you mean you don’t know, you’re the goddamn taxi driver here!!!” Simon, ostoja spokoju, najpierw uspokaja jego, a potem mnie. Istny cyrk na kółkach. Wreszcie kolejna zapytana osoba wskazuje nam kierunek, na co nasz taksówkarz oświadcza, że to jest „dalej niż myślał” (a przecież nic nie myślał, bo nie wiedział) i w związku z tym już nie obowiązuje wcześniej ustalona cena – tylko dwa razy większa. Wrzaski, krzyki, wzywanie Allaha. W końcu płacimy tylko trochę wiecej, wysiadamy… i dopada nas tłum lokalnych przewodników, drących się jeden przez drugiego, że tutaj jest mnóstwo małych uliczek i bez ich pomocy nigdy – NIGDY! – nie trafimy do naszego hostelu. Byłam już tak wściekła, że miałam ochotę kogoś kopnąć i w duchu przeklinałam swój pomysł pojechania do arabskiego kraju, w którym z góry było wiadomo, jak będzie. No właśnie tak.

Simon, po raz kolejny ostoja spokoju, wybiera jednego z przewodników i pozwalamy się prowadzić jak dzieci. Rzeczywiście, labirynt uliczek niesamowity, dosłownie po kilku zakrętach tracimy orientację. Pan doprowadza nas do… innego hostelu. Zdziwieni tłumaczymy mu jeszcze raz, że taka a taka nazwa, taka a taka ulica, i pan mówi: „Aaaaa!!!! Rong dajrekszyn!!!” Okazało się, że z miejsca, w którym wysiedliśmy z taksówki, do naszego hostelu były dwie minuty, ale ponieważ pan błądził i błądził, po doprowadzeniu na miejsce zarządał 20 funtów (100 złotych). Simon stracił cierpliwość (a to już coś oznacza). Dał mu 2 funty i posłał takie spojrzenie, że pan nawet za długo nie biadolił.

Managerem w hostelu okazała się Brytyjka. Była miła, ale zachowywała się co najmniej dziwnie – ruszała się bardzo wolno, wręcz leniwie, bardzo wolno mówiła i nie mogła się na niczym skupić, przeskakiwała z tematu na temat, a pomiędzy zdaniami nie było logicznego powiązania. Gdy wreszcie dostaliśmy klucze i zamknęliśmy za sobą drzwi pokoju, Simon dostał histerycznego ataku śmiechu. ??? co jest, pytam, a on na to, zwijając się w pół: „Upaliła się trawką, dlatego taka dziwna, nie czułaś zapachu??!” No, to by wiele wyjaśniało ;)

Hostel był bardzo klimatyczny:

Sufit w naszym pokoju (Simon tiwerdził, że zrobienie takiego u nas zajęłoby mu 2 miesiące - no, to do roboty, kochanie ;)

 

Drzwi oraz okna naszego pokoju

 

To pomieszczenie jest bardzo duże i posiada jeszcze dwa dodatkowe stoły. Tutaj zbieraliśmy się wieczorami na pogaduszki z innymi podróżnikami - a jeśli nie padało, szliśmy na dach i tam graliśmy w karty

Pyszne śniadania, miła atmosfera, no i ciekawi ludzie z całego świata, głównie podróżujący już po kilka miesięcy, chętni do opowiadania o swoich przygodach. Czuliśmy się tak jak w 2008 r., gdy razem przemierzaliśmy Azję południowo-wschodnią i codziennie spotykaliśmy nowe osoby, każda z workiem opowieści, wspomnień i rad. Było fantastycznie!

ALE. Oczywiście musiało być jakieś „ale” ;). W opisie hostelu widniało słowo „riad”. Jakoś nie przyszło nam do głowy sprawdzić, co to dokładnie oznacza – a oznacza ni mniej, ni więcej, tylko to, że okna wszystkich pokoi wychodziły na wewnętrzny „dziedziniec”, ten z fotelami ze zdjęcia, czyli że nie było okien „na świat”, ze świeżym powietrzem. Pół biedy to świeże powietrze, ale słyszało się dosłownie wszystko, co inni robili/ mówili w każdym pokoju. Niektórzy szli spać o 3 nad ranem, inni wstawali o 6 rano, bo np. jechali na całodzienną wycieczkę na pustynię…. a między nimi Marta W., która nie może spać nawet gdy ptaki ćwierkają. Nie wspomnę o meczecie, który co prawda był dość daleko, ale miał cholera tak dobre nagłośnienie, że codziennie o 4:10 budziło nas mega głośne OOOOHHH AHHHH ALLAHU AKBAR!!!! Cały Marakesz chodziłam śpiąca ;)

CDN

PS. Nie, jednak nie dam rady się streszczać, jak to się ładnie mówi po angielsku, you’ll have to bear with me! ;)

18 czerwca 2011

Maroko część IV – czyli wielbłądy i wodospady

Filed under: Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 6:35 pm

W dzień moich trzydzie… to znaczy dwudziestych urodzin chcieliśmy wybrać się na nurkowanie – jednak ku naszemu rozczarowaniu nie mogliśmy znaleźć ani pół informacji na ten temat. Skutery wodne, proszę bardzo, motorówki, proszę bardzo, rejsy katamaranem, proszę bardzo – a nurkowania nie było i już.

Z braku laku postanowiliśmy wybrać się na dwugodzinną przejażdżkę wielbłądami. Simon jeszcze nigdy nie jechał na wielbłądzie, więc jemu podobało się jeszcze bardziej niż mi. Nasz wielbłąd nazywał się Atlas i miał 10 lat, twierdził pan przewodnik, który podczas przerwy pozwolił się Simonowi przebrać w swoje wdzianko – no i wyszło tak:

Simon the Camel Rider ;-)

Po południu wybraliśmy się na wycieczkę do jednego z największych wodospadów w Afryce Północnej – oczywiście już nie pamiętam, jak się nazywa, w końcu czwarty krzyżyk mi idzie, czego można się spodziewać ;)
Po długiej i morderczej sesji targowania, wynegocjowaliśmy przyzwoitą cenę i pojechaliśmy nieco rozpadającą się taksówką do wodospadu. Po drodze była Dolina Palmowa:


Z nieba lał się straszliwy żar, dlatego na wszystkich zdjęciach mamy miny dość cierpiętnicze. Chyba nie muszę dodawać, że w taksówce nie było klimatyzacji… ;)

Po dwóch godzinach jazdy, naszym oczom ukazał się wodospad:


Z bliska wyglądał naprawdę fantastycznie:


…ale miał jedną zasadniczą wadę – temperatura wody wynosiła 7 stopni. Brrrr!, krótko mówiąc. Simon – oczywiście – wskoczył od razu, chłopak z północy Anglii przecież ;) a ja… z południowego wybrzeża Bałtyku ;)) więc czaiłam się i czaiłam, zanurzałam jedną nogę, wyskakiwałam… w końcu mówię sobie, za stara jestem, żeby tak się krygować, i siup! do wody. Nie wytrwałam w niej zbyt długo, przyznaję, ale przynajmniej mam satysfakcję. Jeszcze dwa zdjęcia ku pamięci potomnych:


Wieczorem poszliśmy do doskonałej pod każdym względem marokańskiej restauracji. Wystrój super, jedzenie absolutnie przepyszne i pięknie podane, obsługa przemiła. Tylko rachunek zabójczy ;) – no ale trudno, urodziny przecież, poza tym pewnie już nigdy do Agadiru nie pojedziemy.


Urodziny udane!

9 czerwca 2011

Maroko część III – czyli Fiatem Punto przez pustynię

Filed under: Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 10:08 pm

Gdy zdecydowaliśmy się wynająć samochód na cały dzień, zaczęliśmy żartować, że na pewno dostaniemy Fiata Punto. Ha ha ha, Fiatem Punto przez pustynię, ha ha ha. Wybraliśmy sobie Volvo, ale w ostaniej chwili okazało się, że nie ma. Została tylko niezbyt dobra Dacia Logan (tańsza wersja Renault) – no trudno, niech będzie.

Wycofujemy się z parkingu, wjeżdżamy na ulicę i… koniec, drążek nie chce przeskoczyć z rewersu na pierwszy bieg. Szarpiemy, klniemy i nic. Na szczęście pan, który nam to cudo wynajął jeszcze stoi przed hotelem. On też szarpie, klnie i też nic. „Łejt, łejt!!”, krzyczy i, zdenerwowany, chwyta za telefon. Dosłownie za 2 minuty zjawia się jego kolega z… oczywiście, Fiatem Punto. Patrzymy na siebie porozumiewawczo.

W samochodzie nie było ani trochę paliwa, ledwo udało nam się dopchać go na stację. Zatankowaliśmy i hurra, na podbój Maroko!!
Po trzech minutach zatrzymała nas policjant i łamanym angielskim poinformował, że należy się mandat 700 dirham (ok. 65 funtów) za niezatrzymanie się na znaku Stop…


No zgadza się, znak Stop jak byk, ale ponieważ napisane było po arabsku, nasze mózgi tego nie zarejestrowały i znak zignorowały.
Od mandatu uratował nas Wayne Rooney.

Pan policjant: Where from?
Simon: England…
Pan policjant: England? Ah yes, Wayne Rooney, I like! Good play!
Oboje, wietrząc szansę na wymiganie się od płacenia: Yes, he is a very good player, Manchester United hooray!
Pan policjant: Yes, Manchester United very good! OK, you go now. Next time, 700 dirham!

Dzięki, Wayne! ;)

Simon zostawił mnie w spa, a sam pojechał surfować (maksymalnie udało mu się utrzymać na desce 10 sekund, ale radochy miał co niemiara ;). Specjalnością marokańskich spa jest hammam, co po arabsku oznacza „łaźnię”, a  w praktyce oznacza dokładne umycie oraz peeling całego ciała, a na końcu dokładne nawilżanie kilkoma substancjami. Bolesny peeling, dodam, po którym pani z dumą pokazuje zdarte z ciebie warstwy martwej skóry. Moja chyba aż taka martwa nie była, bo wszystko mnie bolało ;) ale nawilżanie i pucowanie było super przyjemne. W przewodniku Lonely Planet pada takie zdanie: „Nigdy przedtem nie byłeś i nigdy więcej nie będziesz taki czysty” – i to w 100% opisuje, jak się czułam. Każdy milimetr mojego ciała został wyszorowany, wypeelingowany i nawilżony – naprawdę każdy milimetr, więc podczas hammamu wstyd trzeba odłożyć na bok.

Następnym przystankiem była miejscowość Sidi Ifni, do której jechaliśmy aż 3 godziny. Tu należy zauważyć, iż marokańskie drogi są rewelacyjne – nie widzieliśmy ani pół dziury, wybrzuszenia, czy też niewyasfaltowanych ulic. Gdyby nie widoki za oknem, byłabym skłonna uwierzyć, że jesteśmy w Anglii ;) A tak przy okazji – wydawało nam się, że poza miastami Maroko będzie pustynią – nic bardziej mylnego:

W drodze do Sidi Ifni

Nie jest to może najlepsze zdjęcie na świecie, lecz pokazuje typ krajobrazu, który na dobrą sprawę mógłby podszywać się pod europejski. Dlatego niepotrzebnie się nabijaliśmy, Fiat Punto wspaniale dał radę ;)

Wreszcie dojechaliśmy, warto było!



Oczywiście cykaliśmy każdemu łukowi po 10 zdjęć, ale oszczędzę Wam tego, bo się zanudzicie. Dość napisać, że było pięknie! Poza tym, mam słabość do oceanów… pociąga mnie ich siła, od razu do nich włażę i chcę się bić z falami ;) Kto ma mnie na Facebooku, ten wie…

CDN

PS. Dziś w nocy wyjeżdżam „do Europy”, jak to mówią Anglicy, czyli do Luksemburga, Francji oraz Belgii. Obiecuję skończyć Maroko po powrocie i nadążyć za teraźniejszością! :)

30 Maj 2011

Maroko część II – Agadir

Filed under: Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 9:38 pm

Śniadanie zjedliśmy przy naszym hotelowym basenie:


Było smacznie i ciepło, aczkolwiek w Maroku nie obowiązuje niestety zakaz palenia, tak jak w Anglii, więc oczywiście większość turystów, głównie Niemców, Francuzów i Anglików, kopciła jak kominy. Usłyszałam jak jeden facet mówi: „Bloody hell, finally I can smoke wherever the fuck I want!!”

Posileni marokańskimi naleśnikami, poszliśmy się kłócić w recepcji o lepszy pokój. Ku naszemu zdumieniu, jak spod ziemi pojawił się nasz rezydent (którego istnienia nawet nie podejrzewaliśmy, jako że wszystko rezerwowaliśmy sami) i załatwił przeprowadzkę w przeciągu dwóch minut. Przy okazji opowiedział nam o Agadirze i sprzedał wycieczkę :) więc obie strony były zadowolone.

Nowy pokój również nie był pięciogwiazdkowy, jak na europejskie standardy góra trzy gwiazdki, ale przynajmniej miał jedno, ogromne łoże oraz widok na ocean:


Po rozpakowaniu się poszliśmy na rekonesans. Agadir średnio nas zachwycił, gdyż nie ma tam zbyt wiele do zwiedzania. Nic nie ma, szczerze powiedziawszy, oprócz wzniesienia z napisem „Allah, Ojczyzna, Król”, z którego roztacza się widok na całe miasto:

peterandjonieuropeanvacation.blogspot.com (wszystkie moje zdjęcia są z naszymi gębami)

Widok ze wniezienia. Proszę zauważyć wielbłądy :-)

I to samo wzniesienie nocą:

tripwow.tripadvisor.com

Plaże są mniej niż przeciętne – prawie nie ma nich „puszystego” piasku, więc leży się na twardym, no i rozebrać się do bikini głupio, bo Marokanki patrzą z wielką dezaprobatą. Trudno, nie po to mam nowy kostium, żeby go nie pokazywać ;) Od razu przyczepiło się do mnie kilku młodych panów, ale na szczęście oni tylko po arabsku i francusku, a ja w tych akurat językach się nie specjalizuję, więc napatrzyli się i poszli ;).
Marokanki nie kąpią się w ogóle. Siedzą smętnie okutane w trzy warstwy ubrań i z chustkami na głowie, i tylko dzieci pilnują. Przypomniało mi to zdjęcie z rozdziału o strojach kąpielowych z sympatycznej książki „Po słońce i wodę. Polscy letnicy nad Bałtykiem w XIX i w pierwszej połowie XX wieku”:

Chwała Bogu, że te czasy, przynajmniej w Europie, minęły…

Ocean mi nie zaimponował w tym sensie, że można było iść i iść przed siebie, a woda wciąż sięgała do pasa. Poza tym pływały w niej gigantyczne meduzy, takich jeszcze nie widziałam, choć już z niejedną meduzą stawałam oko w… galaretę ;) Były co prawda niegroźne, czyli nieparzące, ale gdy człowiek pływa i nagle dotknie taki kisiel… brrr!

Po kilku godzinach stwierdziliśmy, że już nam wystarczy Agadiru, czas zaplanować wycieczki!

CDN

29 Maj 2011

Maroko część I – czyli Nigdy Nie Rozmawiaj z Nieznajomym

Filed under: Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 9:21 pm

Wróciliśmy – opaleni, wypływani, nazwiedzani, objedzeni, szczęśliwi! Maroko bardzo nam się podobało, więc kilka następnych wpisów będzie właśnie o naszej wycieczce. Zdjęć jest tyle, co wrażeń, czyli jakiś tysiąc :) ale postaram się Was nie zanudzić i skoncentrować na najważniejszych przygodach.

Allahu Akbar, że postanowiliśmy wyjechać z domu z ogromnym zapasem czasu. Na autostradzie przewrócił się tir, co spowodowało prawie półtoragodzinny korek, którego, jak to na autostradzie, nijak nie dało się wyminąć. Gdyby nie to, że mieliśmy trzy godziny na pokonanie godzinnej trasy, po prostu spóźnilibyśmy się na samolot i byłyby, krótko mówiąc, jaja. I tak wpadliśmy dosłownie pięć minut przed zamknięciem bramki. Trzęsłam się jak osika, to nie na moje nerwy ;).

Dolecieliśmy do Agadiru szczęśliwie, 29 stopni, ciepło, przyjemnie. Ponieważ mniej więcej w tym samym czasie wylądowało kilka innych samolotów, kolejki do odprawy paszportowej były nieziemskie, a praca panów w okienkach równie nieziemsko wolna. Staliśmy i staliśmy, po godzinie przesunęliśmy się dosłownie może o metr. Z nudów zaczęłam robić fotki, choć nie wolno było ;)


Wiedziałam oczywiście, że francuski jest drugim urzędowym językiem w Maroku, ale nie zdawałam sobie sprawy, że wszyscy, naprawdę wszyscy, potrafią się nim sensownie posługiwać. Wyobrażałam sobie, że to raczej tak jak z angielskim w Indiach – a tu się okazało, iż nawet pan sprzedający migdały z platformy przyczepionej do grzbietu osiołka bez problemu potrafi dogadać się z kupującymi przed nami Francuzami, a po sprzedaży pięć minut opowiada im o życiu w Maroku :). Ale wracajmy do kolejki na lotnisku.

Gdy otworzono nowe okienko, rzuciłam się do niego jak lwica, jak tygrysica :). Przed nami stało dwóch Kanadyjczyków, którzy nie mieli długopisu do wypełnienia dokumentów wjazdowych – ja dałam im jeden, a stojąca za nami pani drugi. Gdy tylko się odezwała, od razu wiedziałam, że jest z Yorkshire. Simon natychmiast zaczął z nią rozmawiać, oczywiście okazało się, że urodziła się w wiosce obok niego :) a obecnie mieszka w Hiszpanii i przyjeżdża do Maroka od kilku lat. Na pytanie, jak najlepiej dostać się z lotniska do centrum, pani oświadczyła, iż wyjeżdża po nią znajomy i może nas podwieźć, bo ona też do centrum. I od tego wszystko się zaczęło.

Nie wiem czemu, chyba z racji mojego doświadczenia z Dominikany, gdzie napatrzyłam się na setki takich sytuacji, ale od razu wiedziałam, co to za „znajomy” ma po nią wyjechać. Moje „podejrzenia” sprawdziły się w 100%. Pani miała 65 lat (sama nam powiedziała) i jak na swój wiek wyglądała rewelacyjnie, ale chłopak, który po nią wyszedł mógł mieć maksymalnie 23. Rachel nawet przez chwilę nie robiła tajemnicy z tego, jaki charakter ma ich znajomość. Pocałowała go, zmierzwiła mu włosy. Także, drogie panie, życie nie kończy się wraz z utratą kolagenu i zmarszczkami :) Oczywiście, prawda jest taka, że najczęściej tej młodszej i biedniejszej stronie chodzi wyłącznie o kasę, ale skoro ta starsza strona może sobie na to pozwolić i przy okazji mieć z tego trochę radochy… Najważniejsze, że im ten układ odpowiadał.

Mohammed wynajął samochód, a w wypożyczalni powiedzieli mu, żeby się nie przejmował lampką oznaczającą rychły koniec paliwa, bo lampka ta po prostu się zepsuła i pokazuje, co chce. Jak to w życiu bywa, ledwo wyjechaliśmy na odcinek drogi, na którym nie było dosłownie nic, tylko piasek i krzaczki do horyzontu, samochód stanął. Mohammed z Simonem sprawdzili wszystko, co się dało, w końcu Simon mówi: „Erm… I don’t want to say they lied to you in that car rental place [ach, ci grzeczni Anglicy! ;)] but in my opinion, there is no fuel…” Po kolejnych 30 minutach szarpania się z samochodem, otwierania maski i grzebania w silniku, Mohammed musiał przyznać, że chyba rzeczywiście. Zadzwoń po taksówkę, żeby przywiozła benzynę, mówi Rachel, a jej młody kochanek na to, że nie ma telefonu komórkowego, bo zgubił dzień wcześniej. Z westchnieniem, Rachel daje mu swój, narzekając przy tym, ile będzie ją kosztowała rozmowa z hiszpańskiego telefonu.

I chyba zapłaci nieźle, bo Mohammed rozmawiał dobre 20 minut. Ile można zamawiać taksówkę? Przez kolejne 30 czekaliśmy na ratunek. Rachel co 5 minut nas przepraszała, bo gdybyśmy wzięli autobus z lotniska, byliśmy w hotelu w przeciągu maksymalnie 40 minut. „It’s ok, it’s really ok!”, przekonywał co chwila Simon. Zabijaliśmy czas rozmawiając o Yorkshire.

Gdy wreszcie dojechała benzyna, okazało się, że jest jej zaledwie… 0,25 ml – zamiast przywieźć cały karnister, taksówkarz napełnił swoją pustą butelkę po wodzie mineralnej ;). „Idiot!”, syknął Simon przez zęby, ale oczywiście zaoferował pomoc i po wlaniu benzyny zgłosił się na ochotnika do pchania samochodu, żeby zastartował. Jakimś cudem zastartował. Była 23:00.

Po dosłownie 100 metrach stanął. Silnik wydawał straszne dźwięki, coś nie działało. Na szczęście jakimś cudem udało się dojechać do najbliższej stacji benzynowej, gdzie się okazało – przynajmniej według miejscowych mechaników – że w samochodzie był zły olej i coś tam jeszcze się przegrzało, trudno było zrozumieć, bo ich angielski kończył się na „Where from? England? Welcome to Morocco!”

Następne 30 minut spędziliśmy na stacji. Byłam głodna, zmęczona i bardzo, bardzo chciałam już do hotelu. No ale nie wypada przecież. Znowu opowieści o Yorkshire.

Za naprawę samochodu, benzynę oraz taksówkę trzeba zapłacić. Mohammed nie ma przy sobie ani grosza, Rachel ma tylko euro, których nie chcą przyjąć, mimo że – jak się później okazało – zwykle przyjmują po oficjalnym kursie, 1 euro – 10 dirham. Kto płaci? Jak to kto, my! Tylko my mamy lokalną walutę… A chcieliśmy zaoszczędzić na autobusie :P

Grubo po północy zajeżdżamy do hotelu, niby pięciogwiazdkowego. Wielkie niby! Przedsionek jeszcze jako taki:


ale… nie ma naszej rezerwacji. W dodatku pan z recepcji bardzo niemiły, na wyjaśnienia Simona, że taka a taka firma i proszę, oto numer rezerwacji, pan wrzeszczy: „SIT DOWN AND WAIT!!!” Mohammed usiłuje nam pomóc, ale co może zrobić, nie ma nas w spisie i już.

Po kolejnych 30 minutach rezerwacja magicznie się znajduje. Jedziemy z bagażowym do naszego pokoju, a tam… już ktoś mieszka! Zrezygnowani wracamy do recepcji. Po kolejnych 30 minutach przyznają nam inny pokój, wchodzimy i… zamieramy z wrażenia. To ma być pięciogwiazdkowy hotel??


Na zdjęciu może dobrze nie widać, ale farba odłazi, a wszystko jest zakurzone. W dodatku śmierdziało wilgocią. I nie było pilota od klimatyzacji. Kolejna awantura z panem w recepcji, wrzaski, że zapłaciliśmy 100 funtów więcej za widok na ocean i jedno duże łóżko (a nie trzy pojedyncze, jak w obecnym pokoju). Nie ma szefa, nic nie mogę zrobić, idźcie spać i przyjdźcie jutro, radzi pan. Zrezygnowani wleczemy się na kolację, zsuwamy łóżka i zasypiamy jak kamień.

CDN

9 Maj 2011

Malta część III – czyli zwiedzanie do upadłego

Filed under: maj 2011,Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 10:46 pm

Po gruntownym zwiedzeniu Valletty, zaczęliśmy się zapuszczać wgłąb kraju pomarańczowymi autobusami bez rozkładu jazdy :). Byliśmy m.in. w Tarxien, które reklamowało się „maltańską wersją Stonehenge”. Hmmmm….:


z takim oto znanym i przez turystów chętnie obfotografowywanym motywem:


Przy okazji należy odnotować, że Tarxien i wiele do niej podobnych miejscowości, choć posiada kilku mieszkańców na krzyż, obowiązkowo musi mieć kościół gigantycznych rozmiarów:


Naprawdę, nawet w najmniejszej miejscowości stoi kościół-olbrzym, zupełnie nieproporcjonalny rozmiarem do liczby mających szansę do niego dotrzeć wiernych. Co gorsza, podczas nabożeństw głupio zwiedzać i cykać zdjęcia, a zaraz po nabożeństwach księża wszystkich wypychają i zamykają swój teatrzyk – także nawet nie można obejrzeć, co za cuda mają w tych ogromnych budowlach.

Bardzo podobało mi się w wiosce rybackiej o nazwie Marsaxlokk (wymawianej „marsaszlok”). Co prawda, za wiele do zwiedzania tam nie było, ale przynajmniej trochę wygrzaliśmy się na plaży, popatrzyliśmy na ładny kolor wody, kolorowe łódki i sympatyczny bulwar z palmami, na którym zjedliśmy pyszną rybę o lokalnej nazwie gurbell:





Ponieważ linia brzegowa jest ciekawa i kryje się w niej wiele zatoczek:

któregoś dnia popłynęliśmy na rejs po tych zatoczkach właśnie, żeby obejrzeć sobie Maltę od strony morza. Operator nie będzie ze mnie żaden, ale i tak widać, jak niesamowite mury obronne posiada ta mała wysepka:

Moje amatorskie nagranie tutaj

Kolejny rejs odbyliśmy na wspomnianą w ostatnim wpisie wyspę Gozo:

Płynęliśmy takim właśnie statkiem

Zbliżając się do Gozo... i kolejnego wielkiego kościoła :)

Na wyspie była ciekawa twierdza, a robiąc zdjęcia z jej murów nie dało się nie zauważyć… tak, tak, zgadliście, następnego kościoła-olbrzyma:


Wspomnienia z Malty zakończę notką dla przyjaciół lingwistów – maltański jest spokrewniony z językiem arabskim, i to jedyny język semicki zapisywany alfabetem łacińskim. Ze względu na wieloletnią obecność Brytyjczyków, a także bliskość Włoch, niby ma dużo zapożyczeń z angielskiego i włoskiego, ale czytając notkę taką, jak ta, którą wypatrzyłam na statku na Gozo, człowiek drapie się w głowę i nie bardzo potrafi rozpoznać, co jest co….:


KONIEC

7 Maj 2011

Malta część II – czyli trochę historii i statystyk

Filed under: maj 2011,Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 9:49 pm

Nie minął nawet tydzień od mojego powrotu, a już nie pamiętam kolejności zwiedzania, więc napiszę o ogólnych wrażeniach. Ponieważ Malta jest mała, a czasu mieliśmy dużo, nie musieliśmy się spieszyć według zasady „na prawo, na lewo, uśmiech do zdjęcia, biegniemy dalej”, tylko mogliśmy spokojnie wszystko obejrzeć, zadumać się i pofilozofować ;). Na pierwszy ogień, to akurat wiem na pewno, poszła wspaniała szesnastowieczna konkatedra Św. Jana (kliknijcie na zdjęcie, żeby zobaczyć powiększenie):


z równie wspaniałymi posadzkami:

Każda z tych płyt to tablica nagrobna

Malta jest krajem bardzo katolickim, w samej Vallettcie jest zdaje się ponad 200 kościołów – ale konkatedra robi zdecydowanie największe wrażenie. Znajdują się tam również dwa obrazy Caravaggia, w tym największy, jaki namalował, „Ścięcie Św. Jana Chrzciciela” (361 x 520 cm).

Valletta bardzo nam się podobała, choć jest malutka – zaledwie 6 tysięcy mieszkańców. Co prawda, trudno tu mówić o jasnej granicy między miastami – jedno się kończy i drugie natychmiast zaczyna, czyniąc całą Maltę jednym wielkim miastem.

Byliśmy w ładnej średniowiecznej Mdinie, dawnej stolicy Malty (ilość mieszkańców – 300) oraz przylegajacym do niej Rabacie, ze słynnymi katakumbami Św. Pawła i Św. Agaty. Według Biblii, Św. Paweł mieszkał na Malcie przez trzy miesiące w 60 r., gdy jego statek rozbił się u wybrzeży kraju.
Św. Agata natomiast, uciekła na Maltę z rodzimej Sycylii w obawie przed prześladowaniami na tle religijnym, oraz nisko urodzonym rzymskim prefektem, który starał się o jej rękę, podczas gdy ona, bogata i o niebieskiej krwi, zdecydowała się poświęcić swe życie Bogu.

Gdy wróciła na Sycylię, pojmano ją, strasznie torturowano, m.in. obcięto jej piersi, a następnie zamordowano poprzez położenie na rozgrzanych węglach. Została patronką Malty, gdyż wierzono, iż to jej interwencja uratowała kraj przez Turkami („The Great Siege”) w 1551 r.

Zwiedzać mogliśmy praktycznie wyłącznie do wczesnych godzin popołudniowych, gdyż potem wszystko zamykano. Szczytem wszystkiego był ten oto park-cmentarz, podobno bardzo ciekawy, ale jak mieliśmy się do niego dostać, gdy…:

Niektórzy się nie przemęczają ;)

Powiecie, że do 12:00 można było zdążyć – no można było, ale jeśli wszystko tak wcześnie zamykają, to trochę trudno wszędzie dotrzeć na czas, zwłaszcza że do zwiedzania jest na Malcie dużo.

Tu dochodzimy do pokrewnego tematu – Malta to kraj starych ludzi, większość młodych wyjechała szukać szczęścia gdzie indziej. Na wyspie Gozo aż połowa mieszkańców ma ponad 65 lat! W związku z powyższym, nie dość, że atrakcje turystyczne są wcześnie zamykane, wszystkie sklepy/ bary/ restauracje również! Nie mogliśmy w to uwierzyć, ale taka prawda – po 17:00 nie kupisz już nic, po 18:00 nic już nie zjesz, a po 19:00 nawet piwa napić się nie można. Skoro nie ma co robić, ulice pustoszeją. Oto zdjęcie zrobione z tarasu na dachu hotelu o 20:17:


W stolicy kraju o ósmej wieczorem na ulicy jeden człowiek. Trochę to było przygnębiające i…. nudne po prostu. Z braku laku piliśmy w hotelu, bo co tu robić, skoro wszystko zamknięte? Wesoło było, nie powiem, ale wyobrażaliśmy sobie, że będziemy siedzieć na zewnątrz w miłym barze/ restauracji i delektować się miejscowymi winami i piwami, a nie chlać Wyborową w pokoju ;).

CDN

3 Maj 2011

Malta część I – czyli dzwony i młoty

Filed under: maj 2011,Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 10:55 pm

Gdy czyta się taki tekst o Malcie wzięty z Wikipedii:

„W II połowie lat 80. XX wieku szybki rozwój gospodarczy kraju, do niedawna silnie związanego z Wielką Brytanią (brytyjskie bazy wojskowe, stocznie remontowe, przemysł metalowy). Po 1987 prywatyzacja przedsiębiorstw państwowych, napływ kapitału zagranicznego i rozwój nowoczesnej gałęzi przemysłu. Wzrost produktu krajowego brutto o 1,4% (2005). (…) PKB na 1 mieszkańca w 2005 wynosił w parytecie siły nabywczej 18800 dolarów amerykańskich. Główną gałęzią gospodarki Malty jest turystyka”…

człowiekowi zostaje w głowie „szybki rozwój gospodarczy kraju”, „napływ kapitału zagranicznego”, „nowoczesne gałęzi przemysłu”, PKB wyższe niż w Polsce, „turystyka główną gałęzią gospodarki”, i wyobraża sobie w miarę bogaty, nowoczesny kraj, z dobrą infrastrukturą dla turystów, mający dodatkowo takie szczęście, że wszyscy znają w nim angielski.

No i potem ten sam człowiek laduje na lotnisku w Valettcie, idzie do informacji turystycznej, a tam pani mocno, mocno łamanym angielskim kieruje do takiego oto wehikułu czasu, w którym jest brudno, siedzenia byle jakie, porysowane okna i ogólnie bida, nie mówiąc o kierowcy, który też ledwo co po angielsku duka:

http://en.wikipedia.org/wiki/Malta_bus. Nie mogę sobie darować, że sama żadnego zdjęcia nie zrobiłam!

Autobusy nie mają żadnego rozkładu, chodzą co 20 lub 30 minut, ale od czego to zależy – nie wiadomo.
Przyjeżdża ten sam człowiek na główny dworzec autobusowy kraju, a tam tak:

Przyznaję, że zdjęcie za szczęśliwe nie jest, po cholerę tyle tego chodnika, ale było jakoś tak „chaotycznie”, szaro i brudnawo, a ledwo co wysiadłam z autobusu, trzy osoby usiłowały sprzedać mi wycieczki, rejsy i suweniry. Jak w Egipcie, a nie w eks-brytyjskiej europejskiej kolonii. Uciekłam chyłkiem.

Po wejściu na główną ulicę wrażenia znacznie się poprawiły, choć uderzyło mnie, że wszystkie budynki mają identyczny kolor:i rzeczywiście, na całej wyspie – o czym będziecie się mieli okazję przekonać z dalszych zdjęć – króluje piaskowy kolor. Niektóre budynki próbowano pomalować, ale z jakichś względów farba się nie trzyma i tylko smętnie zwisa ze ścian, co nie wygląda zbyt ładnie.

Skręcam w naszą ulicę i… nareszcie wydobywa się ze mnie „łał” ;) Hotel super, dwupoziomowy apartament z takim oto łóżkiem:


a widok z okna fantastyczny:

Katedra świętego Jana

Było bardzo ciepło, więc po raz pierwszy w tym roku przebrałam się w szorty i poszłam na rekonesans. Zachwyciłam się Valettą, pierwsze złe wrażenia wydawały się odległe o lata świetlne:

Biblioteka, a przed nią restauracja

Ciekawe uliczki...

...schodzące do morza...

...wreszcie samo morze i ogromny port

Drzewka pomarańczowe rosnące na ulicy...

...i wreszcie pozostałości po imperium brytyjskim :)

Wieczorem przylecieli rodzice i wujkowie, wyjechałam po nich z szefem hotelu, z którym – jak to ja, niepoprawna gaduła – zdążyłam się zaprzyjaźnić. Wychodzi mama, stęskniona rzucam się jej na szyję, a ona… oblewa mnie wodą z plastikowego jajka! Zapomniałam, że to Lany Poniedziałek :D
Okazało się, że do naszego hotelu jedzie z nami również małżeństwo z Polski. Gapimy się na niego wszyscy. Gapimy się, gapimy, i wszyscy wiemy, że skądś go znamy, ale skąd? W końcu wujek wykrzykuje: „Przecież to ten dziennikarz!!!” Który, nie powiem, bo nie wiem, czy by sobie życzył, ale dobrze znany, choć nie z tak rozpoznawalnej półki jak np. Tomasz Lis. Przez następny tydzień często z nim rozmawialiśmy i jest naprawdę przesympatyczny, bardzo inteligentny i zabawny. Do końca mu nie powiedzieliśmy, że go rozpoznaliśmy, no bo co powiemy? Ooooo… pan z Wiadomości! ;)

Rodzinka się rozlokowała w pokoju, wypiliśmy powitalnego drinka i poszliśmy spać. To znaczy, chcieliśmy iść spać, ale okazało się, że wspaniała katedra św. Jana posiada kilka bardzo głośnych dzwonów, które w dodatku zachowują się nadzwyczaj temperamentnie – dzwonią co 15 minut, a liczba uderzeń nie ma najmniejszego sensu. Np. o 3:45 rano, pamiętam jak dziś, dzwoniły 4 razy, potem o 4:00, dziewięć razy nie wiadomo czemu, potem o 4:15, pięć razy, a o 4:30 szokujące 15 razy. I tak ciągle, głośno i bez sensu. I nie jakieś tam wdzięczne bim-bam-bom, jak w Panie Janie, tylko agresywne BAMMM!!!! BAMMM!!! BAMMM!!!

Nie zmrużyłam oka ani na chwilę. Rodzinka budziła się i zasypiała znowu, ale ja za nic nie potrafiłam usnąć. Ja przecież na wiosce mieszkam, u nas cicho jak makiem zasiał ;). A o 7:00 rano doszła nowa atrakcja – młoty pneumatyczne, i to dosłownie pod naszymi oknami. Co robili – nie wiemy do dzisiaj, ale huk był nie do opisania. Zrezygnowani zwlekliśmy się z łóżek o 7:30.

CDN.

17 kwietnia 2011

Birmingham

Filed under: kwiecień 2011,Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 9:19 pm

Chociaż mieszkamy niecałą godzinę od Birmingham, jakoś nigdy nas tam nie ciągnęło – a to dlatego, że wszyscy znajomi odradzali; że brudno, niebezpiecznie, brzydko i w ogóle do niczego. Śmiali się i kpili z nazywania Birmingham „angielską Wenecją”, przytaczali zastraszające statystyki morderst, rozbojów i gwałtów… no i tak nas zniechęcili, że dopiero „Gadget Show live„, na który bardzo chcieliśmy pojechać, zmusił nas niejako do wybrania się na ten nieprzyjazny ludziom teren.

Pojechaliśmy w sobotę wczesnym popołudniem. Tani hotel jak to tani hotel – łóżko, trzy małe szafki i mikroskopijna łazienka – ale czego można się było spodziewać za 36 funtów za noc. Wyruszyliśmy na miasto, zobaczyliśmy pierwszy kanał – a kanałów rzeczywiście jest więcej niż w Wenecji – i… no ładnie, bardzo ładnie nawet:

bedandbreakfastdir.co.uk

britaingallery.com

Rondo dla łódek ;)

Pospacerowaliśmy, pogoda piękna, napiliśmy się czegoś w sympatycznej kawiarni z widokiem na wodę i poszliśmy dalej. Dotarliśmy do centrum i… no znowu bardzo ładnie!

uk.ask.com

wesparkle.co.uk

deskshop.co.uk

Weszliśmy na główną ulicę – szeroką, nowoczesną, z kawiarenkami, restauracjami, sklepami zwykłymi, ale także drogimi w stylu Gucci czy Louis Vuitton, oraz takim oto „cudem”:

Widać co to jak byk ;)

Oprócz tego z „rondem”, ani jedno zdjęcie nie jest moje, bo tak nam się podobało, że wszędzie się ustawialiśmy i szczerzyliśmy – a wolałabym Wam naszych gęb oszczędzić ;).

Zwiedziliśmy wszystko co się dało, a potem Simon fircyk zarządał wycieczki do ZARY i obkupił się jak nie wiem ;). No i dobrze, miło mieć eleganckiego faceta!

Wieczorem poszliśmy do znakomitej chińsko-malezyjskiej restauracji, a następnie na kilka drinków ze znajomymi, którzy właśnie wrócili z czteromiesięcznej wycieczki po Azji południowo-wschodniej, więc mieliśmy o czym rozmawiać i co wspominać. Nie poszliśmy do klubów, bo musieliśmy wstać z samego rana na Formułę 1 :) ale dyskoteki wyglądały rewelacyjnie, bez porównania w stosunku do trzech beznadziejnych klubów w naszej wiosce.

Dzisiaj rano obejrzeliśmy wyścig, zjedliśmy śniadanie w eleganckiej kawiarni w centrum, obejrzeliśmy wystawę starych samochodów i pojechaliśmy na Gadget Show. Było fantastycznie, choć nie wiedzieć dlaczego, Simon nie chciał mi kupić gadgetu za 2000 funtów, skąpiradło jedne ;).

Bardzo zadowoleni wróciliśmy do domu. Polecam wycieczkę do Birmingham! Wenecja to może nie jest, ale ładnie, czysto, sympatycznie, mili ludzie, tylko… „God, I hate this accent, I could not live here for a day!”, narzekał Simon ;). Rzeczywiście, akcent okropny – poza tym, wszystko super. Na pewno są nieciekawe dzielnice, ale mało to miast z nieciekawymi dzielnicami?

23 marca 2011

Broadway Tower Country Park

Filed under: marzec 2011,Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 11:05 pm

Ponieważ mieszkamy na angielskim biegunie ciepła, minusowe temperatury utrzymały się zaledwie przez tydzień, a potem od razu nastała wiosna. Już od początku lutego dzień w dzień jest ok. 10 stopni, czasem 15, a dzisiaj – 18. Do tego słońce, kwiatki kwitną, ptaszki śpiewają… postanowiliśmy pojechać na wycieczkę. Długo jechałam, Simon się denerwował, bo a to za szybko jego zdaniem, a to za wolno, a to za niski bieg, a to za wysoki bieg… miałam ochotę wysadzić go w połowie drogi ;). W końcu dojechaliśmy:


Sielskie-anielskie widoki...

...oraz wielkie stado "Red Deer", do których - jak głosi tabliczka - można podchodzić, ale wyłącznie na własne ryzyko

„Red Deer” to po polsku jeleń szlachetny. Nie podeszliśmy bliżej, ale rzeczywiście było ich mnóstwo.

Dużo ładniejsze zdjęcia na oficjalnej stronie: http://www.broadwaytower.co.uk/

Czy warto? Bo ja wiem… £ 4,50 za wstęp na wieżę, która jednocześnie jest najwyżej położonym punktem obserwacyjnym w regionie, 334 metry, jeśli się nie mylę. Z jej okien widać cztery pola bitew, wszystko jest oznaczone, legendy opisane itd. Ładny park naookoło, kawiarnia z paskudną kawą… Niby średnio, ale był piękny, słoneczny dzień, więc wygrzaliśmy się na trawce, pospacerowaliśmy między jeleniami i wróciliśmy do domu zadowoleni :).

5 października 2010

Teneryfa – część II

Filed under: Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 9:42 pm

Gdy Simon powiedział w pracy, że jedzie na wakacje z teściami, wszyscy zaczęli mu współczuć i mówić: „Mate, that doesn’t sound too great…”, na co on niezmiennie odpowiadał: „They only speak a little bit of English, and drink lots of vodka, so it should be fine!” ;) Było bardzo fine, bo obie strony się starały – rodzice wspinali się na wyżyny swojej angielszczyzny, której rzeczywiście trochę pomagał alkohol ;), Simon mówił wolno i wyraźnie, a czasami nawet jakieś polskie słówko/ wyćwiczone zdanie wtrącił. A gdy obie strony były trzeźwe i zbyt zmęczone, żeby się wysilać, robiłam za tłumacza konsekutywnego – czyli studia nie poszły na marne :).

Teneryfa zdziwiła mnie pod względem lingwistycznym, bo kto by pomyślał, że gadają jak na Dominikanie?? No nie, niezupełnie tak, ale też nie wymawiają „s” na końcu i używają dziwnych słówek typu guagua (czyli autobus). Cudownie było móc porozmawiać sobie po hiszpańsku, choć moimi rozmówcami byli głównie kelnerzy i naganiacze do restauracji :) Jeden pan stwierdził nawet, że jeżeli tapas w jego lokalu nie będą nam smakowały, jest gotowy zjeść swoje buty :) Smakowały, na szczęście.

Z wieloma kelnerami/ ludźmi z tzw. obsługi turysty nie dało się pogadać po hiszpańsku, bo albo byli to Portugalczycy, albo Holendrzy, albo Niemcy, albo Rosjanie, albo Anglicy. W naszym ulubionym barze obsługiwały trzy Angielki właśnie, miłe ale „z wieśniackim akcentem”, orzekł Simon ;). Tym niemniej, do Anglików nas ciągnęło. Gdy się rozchorowałam, poszliśmy po poradę tutaj:


Skasował 60 euro za trzy minuty badania, jak to Anglik ;), ale przynajmniej przepisał dobre leki.

Wszystkie wycieczki zabukowaliśmy w biurze nad którym powiewała brytyjska flaga. I tu zostaliśmy podstępnie nabrani – po pierwszej wizycie Simon mówi, oburzony do żywego: „This guy is from New Zealand, not England!!” Ja naprawdę nie wiem, jak on to rozpoznaje po akcencie – facet miał koszulkę z napisem LEEDS i brytyjską flagę na biurku, więc nawet do głowy by mi nie przyszło, że to nie Angol. Zresztą co za różnica :).

Na Teneryfie Polaków i Rosjan, ale przede wszystkim Angoli jak psów i mrówków, co zresztą nie tylko słychać, ale i widać:


Niemców też sporo, ale nie aż tak. Sporym zaskoczeniem były dla mnie napisy po szwedzku/ duńsku/ fińsku – tych narodowości też tam jest dużo, nawet mają dwa kościoły! W sumie trudno się dziwić, Skandynawia nie jest znana z dobrego klimatu :)).

Na ulicach Playa de las Americas w oczy rzucają się emigranci z Afryki sprzedający mydło i powidło, czyli głównie tanie okulary przeciwsłoneczne, kiczowate koraliki i podrobione zegarki znanych marek. „I’m from Senegal, do you want watch?”, zapytał pan. Żal nam się zrobiło, że tak cały dzień stoi na plaży, w taki upał, i pewnie nikt od niego nie kupuje, więc Simon nabył w sumie dość dobrze wyglądający zegarek. „Do you want smoke?”, padło następne pytanie. „Hashish, marijuana, whatever!” Poczuliśmy się jak w Chinach, gdzie wystarczy przejść jakąkolwiek ulicą w pobliżu klubów nocnych, żeby usłyszeć: „Marijuana, joints, girls”…
Panie z Afryki oficjalnie zajmują się pleceniem warkoczyków, ale ich drugie pytanie to też o jointy ;).

Ech, nie mogę się doczekać następnych wakacji! Jeśli dobrze pójdzie, to w marcu albo w kwietniu wybierzemy się do znajomego do Dubaju, a jeśli pójdzie naprawdę dobrze, to polecimy do Cape Town. Jest o czym marzyć w te coraz zimniejsze dni!

2 października 2010

Teneryfa – część I

Filed under: Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 5:04 pm

Gdy mama powiedziała, że wygrała pobyt na Teneryfie dla czterech osób i spytała, czy chcemy jechać, entuzjastycznie zgodziłam się od razu, choć w głębi serca pomyślałam sobie, że pewnie będzie trochę nudno. Nic bardziej mylnego – Teneryfa jest wprost idealna na tygodniowy wypoczynek.

W umyśle Marty W. wakacje muszą się składać z następujących części:

1. musi, musi być ciepło
2. ma być coś do zwiedzenia/ zobaczenia (plus ładna przyroda mile widziana)
3. ma być jakaś woda, ciepła oczywiście
4. mają być atrakcje maści przeróżnej (czyli żeby gdzieś można było pospacerować, coś smacznego zjeść, przeżyć jakąś przygodę)

Teneryfa spełniła moje oczekiwania w 100%. Ciepło było? Było – koniec września, a tam 28-31 stopni dzień w dzień, bajka po prostu. Poza tym bardzo dobry klimat – nie tak obłędnie suchy jak w Pekinie, nie tak obłędnie wilgotny jak na Karaibach, nie takie nie wiadomo co jak w Polsce i Anglii – po prostu przyjazny dla człowieka.

Zobaczyć było co? Było, proszę bardzo:

 

600-metrowe klify "Los Gigantes"

 

 

650-letnia Dracena Smocza, w tle wulkan Teide

 

Plus piramidy w Güímar oraz stolica Teneryfy, Santa Cruz, z których to miejsc nie mam niestety bezosobowych zdjęć, zawsze któreś z nas bezwtydnie szczerzy się do aparatu :).

Woda była? Pewnie, że była, ocean nawet, o bardzo miłej temperaturze wynoszącej 24 stopnie – mogło być trochę lepiej, przyznaję, ale i tak nieźle jak na koniec września. Plaże czarne, jak to na wyspie wulkanicznej – no trudno, trochę piasek brudził i dokładniej się myć trzeba było :).

Atrakcje były? Jeszcze ile!

 

Delfiny, z czyjąś głową na pierwszym planie ;)

 

 

Wieloryby - co prawda nie takie wielkie jak człowiek sobie wyobrażał, ale otwór na grzbiecie był? No był. Wodę wydmuchiwały? No wydmuchiwały :)

 

A teraz rewelacja miesiąca:

 

My z naszym instruktorem nurkowania. Zeszliśmy na 10 metrów!

 

Przez pierwsze 5 minut myślałam, że uszy mi eksplodują, ale potem na szczęście się przyzwyczaiłam. Pływamy, pływamy, a tu zza rafy…


Dał się nawet pogłaskać! Żółwie są dobrze nastawione do nurków, tylko palców nie można wyciągać w ich kierunku, bo wezmą i ugryzą :).
Rafy są słabiutkie w porównaniu z Egiptem czy Dominikaną, ale nigdy wcześniej nie nurkowałam z butlą, więc przeżycie było niesamowite. Widzieliśmy dwa żółwie i wiele ryb, nawet papuzich, czyli takich wielkich i kolorowych :).

Jako że wciąż uważamy się za dzieci, nie mogliśmy przegapić największego parku wodnego Europy – Siam Parku. Była wielka strrrraszna zjeżdżalnia – przez ostatni odcinek można było podziwiać pływające nad człowiekiem rekiny i płaszczki, ale większość – ze mną i Simonem na czele – za bardzo była zajęta wrzeszczeniem ze strachu, żeby to docenić:

 

"Tower of Power"

 

było szaleńcze mknięcie pontonami na złamanie karku, prawie do góry nogami, były trzymetrowe fale:


było zjeżdzanie na gabkowych materacach głową w dół z zawrotną prędkością… Ech, wyszalały się dzieci za wszystkie czasy :).

Bulwary były, restauracje były (paella, mmmm!!!!), kluby były, sangria była… Rewelacyjny tydzień, naprawdę polecam.

Wróciliśmy lekko przypaleni słońcem i kompletnie spłukani. Komentarz do pierwszego: „Oh well, I wouldn’t be a proper English tourist if I didn’t come from holiday looking like a plum tomato!” :) Komentarz do drugiego, zawsze powtarzany przez mojego nauczyciela hiszpańskiego: „Jeśli wracasz z wakacji z pieniędzmi, to znaczy, że wakacje były do dupy!” Zecydowanie nie były do dupy, nasze portfele są puściusieńkie… ale ile wspomnień, ile radochy! :D

7 sierpnia 2010

Śladami Szekspira, czyli wycieczka do Stratford upon Avon

Filed under: Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 9:59 pm

Wszyscy moi angielscy znajomi bez wyjątku dziwią się wielce, że Szekspir jest w Polsce tak popularny i że wiele z jego dzieł widnieje na liście lektur obowiązkowych. Tutaj czytają tylko „Romea i Julię” oraz „Makbeta”, i nie, nie chodzą co roku całą szkołą do teatru na przeróżne sztuki, i nie, nic nie analizują w klasie, i nie, nie piszą wypracowań/ streszczeń/ analiz… i w związku z tym, gdy przyjeżdżają do Stratford upon Avon, zaskoczenie jest wielkie.

Takiego tłumu turystów już dawno nie widziałam. Najwięcej Chińczyków i Japończyków, a w następnej kolejności Włosi, Hiszpanie i Niemcy. I jeden Anglik, Simonem W. zwany :). Przez dom, w którym urodził się Szekspir przewijało się tyle grup Japończyków, że musieliśmy odczekać dobre 20 minut, żeby wejść (według napisów na gablotach, co roku odwiedza to miejsce ok. 500 tys. osób!). Teraz dworek wygląda porządnie, ale podobno w czasach, gdy mieszkał tam Szekspir za podłogę służyła ubita ziemia, większość okien nie była wstawiona, a wzdłuż budynku płynął kanał ze ściekami. Nie mówiąc o profesji ojca Szekspira – jako rękawicznik posiadał na parterze własną pracownię i nasączał skóry substancjami, które podobno tak śmierdziały, że nie można było wytrzymać („unspeakable stench!”).

Do prominentnych odwiedzających zaliczali się Thomas Jefferson, Mark Twain, Charles Dickens i wielu, wielu innych.

Wysłuchaliśmy historii, obejrzeliśmy kilka filmów tematycznych, obejrzeliśmy kawałek sztuki na żywo i dowiedzieliśmy się, że do języka angielskiego przeszło wiele zwrotów ze sztuk Szekspira, choć dzisiaj mało kto zdaje sobie z tego sprawę – choćby „for goodness’ sake” oraz „dead as a doornail”. Jako Szalona Lingwistka od razu wszystko sobie zanotowałam :).

Dom, w którym Szekspir mieszkał, tworzył oraz zmarł znajduje się w innym miejscu – niestety jest to rekonstrukcja, gdyż oryginał został bezsensownie zniszczony przez jednego z późniejszych właścicieli, i to w dodatku ze zwykłej złośliwości.
Grób Szekspira, jego żony oraz trzech innych członków rodziny można zobaczyć w Holy Trinity Church (koniecznie kliknijcie na zdjęcia, żeby powiększyć):



Simon nie mógł się nadziwić, że tyle sztuk, filmów i festiwali na świecie całym, a ja nie mogłam się nadziwić, że on nie może się nadziwić. Bez przesady, nie uważam się za żadną znawczynię Szekspira, no ale jednak czytałam (ze zrozumieniem!) większość jego sztuk i oprócz „Snu Nocy Letniej” wszystkie mi się podobały. Może to kwestia dobrego tłumaczenia ;). Pamiętam, że porównywałam różne przekłady i kombinowałam, jak ja bym to zrobiła – co przeważnie kończyło się wielką porażką, bo moje rymy śmiało można uznać za typowo częstochowskie :). Chyba jednak Barańczak – może i kontrowersyjny, ale czytało się świetnie. Wygląda na to, że Chiny i Japonia też mają swoich Barańczaków, bo inaczej skąd te skośnookie pielgrzymki. Jak wiecie trochę liznęłam chińskiego i naprawdę nie wyobrażam sobie Szekspira w tym języku bez czasów, stron i trybów. Czapki z głów dla tłumacza!

I jeszcze kilka widoczków ze Stratford upon Avon:

Nad wejściem do banku

Hotel

Restauracja u Othella

A na koniec gratka – kto z Was wiedział, że w Stratford urodził się John Harvard? Tak, tak, TEN Harvard! Powiem szczerze, że nigdy się tym bliżej nie interesowałam, dałabym sobie rękę uciąć, że osoba, której nazwiskiem został nazwany tak prestiżowy uniwersytet urodziła się już w Stanach. Głupota kompletna, a ręki byłoby szkoda :). Niestety, dom Harvarda należy do Harvard University, która to szanowna instytucja kompletnie się nim nie interesuje, więc stoi na głównej ulicy zamknięty na cztery spusty, bez tabliczki nawet! Skandal. Przecież tak niewiele trzebaby było zrobić, żeby przyciągnąć turystów i zamienić domek popadający w ruinę w maszynkę do robienia pieniędzy.

Dom Johna Harvarda (ten w środku)

„Very, very interesting”, przyznał Simon W. :)

Miasteczko małe i ładne, a rzeka Avon ładnie się komponuje – idealna wycieczka na sobotnie popołudnie.

12 lipca 2010

3 x K, czyli kanał, kemping i kibicowanie

Filed under: lipiec 2010,Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 9:58 pm

W zeszłą sobotę po raz pierwszy w życiu pojechałam na kemping… Już widzę Wasze pełne niedowierzania reakcje :). Jakoś tak się w moim życiu złożyło, że zawsze spałam w hotelach, hostelach lub na kwaterach prywatnych, ale nigdy nie „na zielonej trawce”, więc nie mogłam się doczekać na ten mały simonowy namiot ;).

Po dość burzliwej dyskusji, zdecydowaliśmy się na kemping nad samym Kanałem La Manche, który wyglądał na „młodzieżowy” – czyli żadnych dzieciaków („Adults only”), można rozpalać ogniska i blisko do pubu ;).

Po rozstawieniu namiotu od razu poszliśmy nad morze. Wyśmieję każdego, kto mi będzie wmawiał, że w Anglii wiecznie mgła i deszcz :). Od dwóch miesięcy panują upały, których nie powstydziłyby się kraje na Europy południowej – dzień w dzień ponad 30 stopni i słońce.

Piękny widok z klifu i moje stare trampki :)

Gorące powietrze nagrzało wodę, więc po raz pierwszy w tym roku udało nam się wykąpać. Nie lubię basenu, nie lubię widzieć „brzegu”, więc czułam się super. Za to nasze telefony komórkowe wyraźnie zobaczyły brzeg, bo przestawiły się na francuskiego operatora i zostaliśmy zasypani smsami w stylu: „Koszt rozmowy z UK wynosi 35 pensy za minutę, smsa – 18 pensów za minutę. Numer do ambasady Wielkiej Brytanii to…”

Było fantastycznie. Piękne widoki, upał, kemping położony wśród pól i lasów, z dala słychać było owieczki i krowy – no jak u teściów na farmie prawie :). Rozpaliliśmy ognisko i zjedliśmy naszą najromantyczniejszą kolację – pieczone ziemniaki z masłem i roztopionym żółtem serem oraz jajka na pół-twardo na chlebie ;). Pachniało lasem, pachniało morzem, pachniało ogniskiem. Namiot – choć brudny jak nieboskie stworzenie po tym, co spotkało go w Glastonbury – okazał się całkiem przestronny, a termiczne maty i śpiwory skutecznie broniły nas przed zimnem (którego, szczerze powiedziawszy, nie było ;). Bardzo mi się podobało, aczkolwiek jedna noc bez prysznica (i bez łazienki w ogóle) chyba mi wystarczy… choć, jak to mawiał Tytus w serii o Tytusie, Romku i Atomku, „częste mycie skraca życie, szanuj więc je należycie, bo jak umrzesz, stracisz życie!” Nie ma to jak mądrości z komiksów ;).

Wróciliśmy w niedzielę po południu, a wieczorem umówiłam się z koleżanką z pracy na wino i… finał Mistrzostw Świata. Ana jest geniuszem komputerowym w naszej firmie i jedną z najweselszych kobiet, jakie znam. Równiesz jedną z najrozsądniejszych i najszczerszych: „Nie żałuję, że zdecydowaliśmy się na dwoje dzieci, ale bardzo często mam ich serdecznie dosyć, dlatego z chęcią się dzisiaj z tobą umówiłam!” :D Po kilku lampkach wina poszłyśmy do kina, obejrzeć finał w 3D. Efekt niesamowity! Wydawało nam się, że jesteśmy na boisku i zaraz ktoś nam poda piłkę ;). Mecz, jak wiadomo, nie był może super ciekawy, ale 3D sprawiło, że bawiłyśmy się świetnie.

Po tak relaksującym weekendzie wróciłam do pracy pełna energii do działania… a tu niemiła niespodzianka. Jako że wszyscy uczestnicy mojego wcześniejszego szkolenia ocenili je negatywnie, szefostwo zadecydowało, że… musimy je odbyć jeszcze raz :/ Dołączyliśmy do grupy, która dopiero co zaczęła zajęcia z innym szkoleniowcem i przez następne dwa tygodnie będziemy wysłuchiwać dokładnie tego samego po raz drugi… Bez sensu, czyli „bez sera i keczupu”, jak zwykłam mawiać w podstawówce… :).

5 lipca 2010

Wieśniaczka w Wielkim Mieście

Filed under: Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 11:27 pm

Gordon Matthew Thomas Sumner, lepiej znany jako Sting, w jednej ze swoich najbardziej znanych piosenek śpiewa tak: „oh-oh, I’m an alien, I’m a legal alien, I’m an Englishman in New York …” Już zapomniałam jak bardzo mi brakowało wielkiego miasta. Zeszły weekend spędziłam u koleżanki w Londynie i podziałało to na mnie jak – nie przesadzam – katharsis. Muzea, teatry, szerokie ulice, wielkie parki, sklepy otwarte dłużej niż do 18:00, więcej niż jedno (zapyziałe) kino, ciekawy, wielokulturowy tłum, mnóstwo restauracji, kawiarni, knajpek i pubów… Z drugiej strony co chwila traciłam orientację – Agnieszka wiedziała dokładnie na której stacji trzeba się przesiąść, którym wyjściem wydostać na powierzchnię i w którym kierunku pójść, a ja… prawie trzymałam się jej spódnicy jak dziecko ;). Boże, Boże, co za szok w porównaniu z moją wioską z dwoma (dosłownie!) ulicami na krzyż. Zawsze świetnie się czułam w dużych miastach, ale że od ponad roku mieszkam na angielskiej prowincji, prawie zapomniałam, jak to jest. Pewnie, wszystko ma swoje złe strony – tłok, w metrze horror, wszędzie kolejki, dostanie się z punktu A do punktu B zajmuje wieczność (nie to, co moja wioska – 30 minut piechotą to absolutne maksimum ;), sporo podejrzanych typów, wszędzie znaki „W tej okolicy działają profesjonalni złodzieje, uważaj na portfel!”, itd. Tym niemniej, plusów jest zdecydowanie, zdecydowanie, bez porównania więcej. Przynajmniej dla mnie.

Piątek wieczór skończył się na wypiciu butelki dobrego wina i plotach do 5:00 rano. W sobotę przeszłyśmy się głównymi ulicami i obok głównych zabytków, oko nacieszyć. To był mój piąty raz w Londynie, więc niekoniecznie chciałam po raz kolejny wszędzie wchodzić, ale za to spełniło się moje wielkie marzenie – the London Eye. Ostatnio kolejka nas odstraszyła, tym razem – mimo dość przerażającej ceny – nie dałyśmy się zastraszyć ;). Każdy wie, jak wygląda London Eye, ale kto nie był, nie wie, jaki rewelacyjny widok roztacza się z samej góry:

Zdjęcie zrobione telefonem, więc jakość lekko średnia

Cieszyłam się jak mała dziewczynka, której mama kupiła watę na patyku. Chłonęłam atmosferę, miasto, ludzi, no po prostu przez dwa i pół dnia byłam tak szczęśliwa, że chciało mi się tańczyć ;). Oczywiście nie byłoby tak świetnie, gdyby nie towarzystwo – Agnieszka jest moją koleżanką ze studiów, a że lingwiści mają szczególną nić porozumienia (czyli głównie analizują dyskurs ;), w wielu dziedzinach życia rozumiemy się jak mało kto. Obie biadoliłyśmy nad naszym coraz gorszym polskim – zdarzało nam się źle odmienić, brakowało nam słówek, zaczynałyśmy rozmawiać po angielsku nie zdając sobie z tego sprawy… Poza tym, ponieważ obie mamy partnerów, którzy gadają psim językiem (określenie moich rodziców na każdy język oprócz polskiego ;), zastanawiałyśmy się jak to jest, że kobiety mają takie tendencje do cierpienia – to my zostawiłyśmy swoje rodziny i znajomych, wywróciłyśmy swoje życie do góry nogami i przeprowadziłyśmy się dla nich do obcego kraju, gdzie – nie oszukujmy się – zawsze będziemy obce i traktowane gorzej, choćby nie wiem co; to my nauczyłyśmy się ich języka, to my musimy się przyzwyczaić do nowej kultury, do wszystkich „dziwactw”, do różnic, do innego jedzenia, do innego sposobu myślenia…. A oni? Ich wiedza o Polsce i Polakach zamyka się na „Kocham cię” i „Jesteś piękna”. Czytałam kiedyś artykuł na Wirtualnej Polsce – dokładnie nie pamiętam tytułu, ale było mniej więcej tak: „Czy mógł(a)byś być z kimś, kto nie wie, kto to Reksio??” Brakuje nam tego, brakuje nam takich zwykłych wspólnych tematów z naszymi partnerami, typu: „A uczyłeś się w szkole śpiewać ‚Kundel bury’? A ‚Pierwsza żaba rzekła kum?’ [mój ulubiony hicior ;)]. A pamiętasz piosenkę do Smurfów, Chip & Dale i Gumisiów?” To wszystko jest niby małe i nieistotne, ale lingwiści naprawdę cierpią w takich chwilach ;). Z Agnieszką rozumiałyśmy się bez słów, śpiewając sobie zgodnie „Ogórek, ogórek, ogórek…”, „Szczotka, pasta, kubek, ciepła woda…”. Żadnego tłumaczenia co to, gdzie to, skąd to. Katharsis. Potrzebne mi to było.

Wieczorem przeszłyśmy się po Soho i China Town, a potem musiałyśmy się rozpychać łokciami, bo trafiłyśmy na paradę Gay Pride, na którą przybyło podobno milion osób. Tyle całujących się dziewczyn, panom nie-czestnikom parady bardzo to się podobało ;).

W niedzielę poszłyśmy na festiwal muzyki międzynarodowej, potem do rewelacyjnej restauracji, a potem… musiałam wracać na wiochę. Simon wypucował cały dom, przygotował kolację, kupił wino… Prawie mu wybaczyłam, że nie wie, kto to Reksio ;).

Wchodzę do kuchni, a tam koszyk z supermarketu. Oto wytłumaczenie:

Przed moim przyjazdem Simon poszedł na zakupy. Idzie do kasy:

Pani: Daleko pan mieszka?

Simon: Jakieś 20 minut piechotą. Why?

Pani: Jest pan samochodem?

Simon: No właśnie mówię, że 20 minut piechotą. Why??

Pani: Skończyły nam się siatki, więc będzie musiał pan wziąć zakupy w koszyku i jutro nam pan odda.

OK, wraca do domu z koszykiem. Zaczepia go starsza pani na ulicy:

Pani: Ukradł koszyk z supermarketu i tak bezczelnie idzie sobie po ulicy!!

Simon: ???? Nie ukradłem, nie mieli siatek, więc mi pożyczyli na jeden dzień!

Po 10 minutach:

Inna Pani: I don’t believe this!! Ukradł zakupy i nawet nie stara się ich schować, bezczelnie koszyk niesie!!

Simon: Nie ukradłem żadnych zakupów!!!! Nie mieli siatek i…

Inna Pani: I jeszcze na mnie krzyczy!! Ta dzisiejsza młodzież!!!

W Londynie nikt by na niego nie spojrzał, co drugi z koszykiem łazi ;).

18 Maj 2010

Meksyk – część IV i ostatnia

Filed under: Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 10:27 am

Widzę, że moje meksykańskie opowieści mają stosunkowe niskie notowania (tylko kilkanaście wejść dziennie; dużo lepiej „sprzedaje się” narzekanie na Anglików – do stu wejść! Wniosek – lubicie, gdy mi źle ;), więc dzisiaj będzie ostatni odcinek.

Po Acapulco nastąpił cały szereg mniejszych i większych miast i miasteczek, które między Bogiem a prawdą wyglądały malowniczo, ale dość podobnie – ryneczek zwany zócalo, katedra, jeszcze jakiś kościół, uliczne kramiki z różnościami. Była to najbardziej męcząca część podróży, gdyż co noc spaliśmy w innym hotelu i wyjeżdżaliśmy bardzo wcześnie rano. Tym niemniej, nikt się nie skarżył, bo przecież czytaliśmy program i wiedzieliśmy, w co się pakujemy – a poza tym, wizyta np. w wytwórni tequili i mezcalu wyraźnie wszystkich ożywiła ;). Innymi atrakcjami podczas tego długiego przejazdu z zachodu na wschód były:

a) niesamowite wodospady (z dość zimną wodą, ale chętnie się wykąpałam w ten upał!)

Jeden z wielu wodospadów, ciągną się one dosłownie kilometrami

b) rejs łódeczką do wybrzeża Gwatemali i dwudziestominutowa wizyta w przygranicznej wiosce (nic tam nie było ciekawego, ale zawsze inny kraj ;),

c) najstarsze i największe drzewo obu Ameryk (mama: „Jezu, nasz dąb Bartek padłby ze wstydu!” ;) oraz

c) fantastyczny kanion Sumidero, w którym oprócz stad małp, pelikanów oraz iguan zobaczyliśmy również kilka krokodyli (niektórzy się upierali, że sztuczne, ale ja widziałam, jak jeden z nich mrugnął okiem ;)

Żywy, gumowy? ;)

Któregoś dnia przyjechaliśmy do małej indiańskiej wioski, w której miał być niesamowity kościół. Przewodnik zaklinał nas i błagał, żebyśmy nie robili w środku zdjęć, bo będą z tego straszne kłopoty, z ogromną karą grzywny i zatrzymaniem przez policję włącznie. Kupił bilety wstępu, wchodzimy.

Chyba mogę tutaj wypowiedzieć się za całą wycieczkę – opadły nam szczęki i bardzo długo się nie podnosiły. Podłoga wyłożona była sianem, przy ścianach  i na środku kościoła stało mnóstwo figur świętych, wielkości człowieka. Paliły się setki świec i drugie tyle lampek. Ludzie siedzieli przed figurami, modlili się na głos, śpiewali, zawodzili. Powietrze przenikał duszący zapach kadzideł, z rogu dobywała się muzyka grana na tradycyjnych instrumentach. Ci, którzy się nie modlili, siedzieli trochę bliżej wejścia i albo spali na podłodze, albo pili tequilę oraz… Coca-Colę w ilościach industrialnych, wszędzie stały puste zgrzewki po tym napoju. W moim przypadku to głównie ten zapach oraz setki świec przyprawiło mnie, dosłownie i w przenośni, o zawrót głowy. Coś niesamowitego, nie bardzo dającego się opisać. Jeśli będziecie mieli okazję, pojedźcie koniecznie, kościół znajduje się nieopodal miejscowości San Cristobal de las Casas.

Podczas wycieczki zobaczyliśmy tak wiele piramid, że teraz, gdy patrzę na zdjęcia, często nie wiem, która była gdzie. Ale piramidy w Chichen-Itzy nie da się zapomnieć:


Odkryli ją w XIX w. dwaj pasjonaci, dyplomata i pisarz Amerykanin John Lloyd Stephens oraz rysownik Brytyjczyk Frederick Catherwood. Oczywiście cały teren był zarośnięty dżunglą, więc wyobraźcie sobie ile pracy kosztowało ich (oraz cały zespół, z którym podróżowali) odnalezienie i odkopanie piramidy oraz wszystkich budynków znajdujących się dookoła.
Na tę akurat piramidę nie można wejść, gdyż 5 lat temu pośliznęła się i spadła z niej amerykańska turystka – niestety ze skutkiem śmiertelnym. Od tego czasu można podziwiać to cudo jedynie z oddali (a podobno środek jest niesamowity).

Wreszcie, po 14 dniach życia na walizkach, dotarliśmy do najbardziej rozreklamowanego, najsłynniejszego, naj, naj, naj resortu Meksyku – Cancun. Hotel był przeogromny, czegoś tak wielkiego chyba jeszcze nie widziałam. All-inclusive oczywiście, więc już wiecie, jak się kończyły wszystkie wieczory ;). Jedzenie rewelacja, a wybór taki, że nawet mi – osobie, która je tylko dlatego, że musi (niektórzy posuwają się nawet do stwierdzenia, iż nie posiadam kubków smakowych ;) – rozbiegły się oczy na widok np. kilkudziesięciu rodzajów sushi. A plaża… raj sam w sobie! Leżałam na niej plackiem cały boży dzień (jak nie ja!), a kolega donosił drinki. Było cudownie, leniwo, a jakie widoki!

Trzy baseny i Morze Karaibskie

Wygrzałam się, naładowałam baterie i… wróciłam do Anglii, w której na szczęście też jest ciepło – nie tak jak w Meksyku, ale na 21 C nie mam prawa narzekać.

KONIEC

Od jutra znowu będę narzekała na Angoli, więc będziecie zadowoleni ;).

16 Maj 2010

Meksyk – część III

Filed under: Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 4:24 pm

Nasz przewodnik był w wieku 50+, ale ciało miał jak młody półbóg ;). Gdy się rozebrał na basenie, wszystkim paniom szczęki opadły, a panów pewnie szlag trafił. Pan Darek to nietuzinkowa postać, był na wszystkich kontynentach, mieszkał w wielu dziwnych miejscach (nadłużej w Indiach – ponad 8 lat), zwiedził dosłownie wszystko, co warte zwiedzenia. A ciało ma jak Herkules, bo uprawia wspinaczkę ektremalną, najlepiej bez żadnych zabezpieczeń, butli i sprzętu. Oprócz wspinaczki interesuje się astrologią, różnymi religiami, wierzeniami… i tu się niestety nie rozumieliśmy. Zostałam wychowana na Zatwardziałą Sceptyczkę, nie przyszłoby mi do głowy, żeby iść do wróżki, analizować daty urodzin, patrzyć w gwiazdy lub zakładać, że wszystko już zostało zapisane i nie mam na nic wpływu. „Nawiedzony”, szeptałyśmy z mamą po kątach ;). Nie jestem z tego specjalnie dumna, wielu ludzi twierdzi, że istnieje świat, inna płaszczyzna, do którego dostęp mają tylko nieliczni, i możliwe… możliwe, że coś w tym jest, ale nie potrafię się przekonać, nie potrafię uwierzyć. Simon na szczęście myśli podobnie, pewnie dzięki swojej mamie, która też twardo stąpa po ziemi. Dygresja –

Piątek, „teściowa” zalogowała się na Skype’a, jak co rano. Gadki-szmatki, w końcu:

Ona: Fajnie, że macie z Simonem urodziny tak blisko siebie, możecie wyprawić jedną wielką mega imprezę.

Ja: Tak, oboje jesteśmy Bliźniakami, to podobno dobre dla związku [wpływ pana Darka!]

Ona: I ty wierzysz w takie głupoty??

Nie, nie wierzę. I uwielbiam ją ;). Gorzej, że pan Darek w przyszłym tygodniu przyśle wszystkim uczestnikom wycieczki horoskopy na resztę życia bazujące na dacie urodzenia. Jeśli się dowiem, że umrę za dwa lata, rzucam pracę, biorę pożyczkę z banku i lecę w podróż dookoła świata ;). Gorzej, jeśli nie umrę i trzeba będzie to spłacić ;).

Wracajmy do Meksyku. Drugą ciekawą – ale ciekawą inaczej – osobą był nasz meksykański kierowca. Jako typowy przedstawiciel kultury, którą na swój własny użytek nazywam kulturą macho, gdy tylko zorientował się, że mówię po hiszpańsku, zaczął mnie co rano witać tekstami w stylu: „Witam, moja gwiazdeczko”, „Witaj, królowo”, „Całą noc o tobie śniłem, pięknie wyglądasz”, „Mam nowy krawat, wystroiłem się specjalnie dla ciebie” ;). Typowe, takie typowe! Dwa lata wysłuchiwałam takich głupot na Dominikanie/ w Panamie/ na Kubie. Od razu mu powiedziałam, że mam chłopaka – głupia, przecież mogłam przewidzieć odpowiedź:

– On jest daleko, a ja jestem blisko. Trzeba się cieszyć tym, co jest blisko!

Typowe, takie typowe! W końcu wielkodusznie zaproponował, że „podaruje” mi dziecko, bo „byłoby takie piękne”. Odmówiłam grzecznie, acz stanowczo ;). Gdy potem opowiedziałam wszystko Simonowi, mój flegmatyczny Anglik flegmatycznie zapytał: „Gdzie on teraz jest? Znajdę go i zabiję!!” ;).

Muszę przyznać, że wszyscy uczestnicy wycieczki byli bardzo sympatyczni i tacy „normalni”. Nikt się nie spóźniał, nikt nie marudził, nikt się nie wymądrzał. Jeśli pobudka była o 6:30, a wyjazd o 7:30, już o 7:20 autokar był pełen. Jeśli zbiórka była o 16:00, o 15:50 wszyscy już grzecznie czekali. Nikt się nie buntował, że za wcześnie, za mało/ za dużo czasu wolnego, za męcząco, za… Niektórzy piszczeli, że gorąco, ale bardzo cichutko ;). Przewodnik przyznał, iż po każdej wycieczce robi się czarną listę marudnych turystów i wysyła się ją do wszystkich biur podróży z adnotacją „Uwaga na te mędy!”. Także my już byliśmy po selekcji ;) i pewnie dlatego wszystko wyszło tak dobrze. Byliśmy naprawdę zgraną grupą, wieczorami zbieraliśmy się na basenie na pogaduszki, albo na tarasie hotelu na drinka. Rozmawialiśmy głównie o tym, gdzie kto był i gdzie warto pojechać. Wszyscy chwalili Maroko, więc jak będzie kasa, to pewnie pojedziemy na objazdówkę. Jedno starsze małżeństwo co roku jeździ do czarnej Afryki i jest to ich ulubiony kontynent, ale gdy zaczęli opowiadać jak tam jest niebezpiecznie, trochę się zniechęciłam, np. w Ugandzie obrabowali ich żołnierze mający chronić hotel. Za bardzo się nie patyczkowali, przystawili tej pani karabin do brzucha i koniec, oddawaj wszystko. To ja już z tej Afryki wolę komercyjne Maroko…

Ten wyjazd przywrócił mi wiarę w ludzi, którą lekko straciłam patrząc na Polaków w Anglii… Nie jest z nami tak źle!

Cdn.

Następna strona »

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.