Świat Marty W.

27 września 2011

Wieczorne rozmowy

Filed under: wrzesień 2011 — swiatmartyw @ 8:55 pm

Oto poziom rozmowy po polsku z Simonem –

Ja: Dziewczyna chora, dziewczyna herbata z mlekiem i miodem, proszę!

Simon: Mioten?

Ja: Miodem, honey. I dziewczyna głodna, ty gotować, kuchnia!

Simon: Dziewczyna gotować, chłopak oglądać telewizja! [mój morderczy wzrok] Nie, chłopak gupi! Co chcesz?

Ja: Makaron.

Simon: Nie ma makaron.

Ja: No to risotto, grzyby.

Simon: Nie wiem risotto (dla niedomyślnych, „nie wiem, jak się robi risotto”)

Ja: Internet!

Simon: Dobrze.

I zrobił risotto z grzyby ;) Ech, gorzej niż z trzylatkiem :D Ale trzylatek nie ugotowałby risotto w kuchnia, więc nie jest aż tak źle! ;)

Reklamy

18 września 2011

O tym, jak Marta W. wyrobiła sobie dwudziestu wrogów w niecałe dwie godziny

Filed under: wrzesień 2011 — swiatmartyw @ 5:57 pm

…ale najpierw dokończę newsy, bo mi się przypomniało:

News numer cztery – z okazji trzydziestych urodzin postanowiłam zaszaleć i zrobić okropnie drogą sesję zdjęciową w dość znanym londyńskim studiu fotograficznym. Powtarzałam sobie, że przecież lepiej już nie będzie, więc należy uchwycić to, co jeszcze jest, aby na stare lata zdumionym wnukom pokazać. 45 minut make-upu, przemiły francuski fotograf, kilka zmian garderoby… pokażę Wam jedno zdjęcie, bo akurat nie widać na nim za bardzo mojej trzydziestoletniej gęby:

Catwoman dla ubogich ;)

Świetna zabawa i polecam każdemu – człowiek choć przez chwilę czuje się jak gwiazda…. a jeśli dożyję, żeby pokazać wnukom, będzie to najlepiej wydana szalona suma pieniędzy w życiu…

News numer pięć – miałam mały wypadek samochodowy i skasowałam lewy bok… Myślałam, że Simon mnie zamorduje, a on tylko spojrzał, uśmiechnął się i mówi: „No i tak, szlag trafił mój bonus… Bóg dał, Bóg wziął… Ale kwiatów nie będę ci kupował w tym miesiącu, dobrze? Musimy oszczędzać” ;)

News numer sześć – wychowuję bratanka Simona na Polaka:

"Polska, Biało-Czerwoni...!!!"

"Nic się nie stało... chłopaki, nic się nie stało!" ;-)

Gdy troszkę podrośnie, ciocia Marta nauczy go śpiewać i kibicować! :)

A teraz wróćmy do wyrabiania sobie wrogów – razem z koleżanką z pracy zapisałam się na kurs włoskiego. Tu należy się Wam krótkie wyjaśnienie – Anglicy niby uczą się w szkole dwóch języków (jednego przez dwa lata, drugiego przez rok), ale na takim poziomie, że ręce opadają. Na końcową ocenę nie ma wpływu ani poprawność gramatyczna, ani umiejętność sklecenia czegokolwiek pisemnie. Nie tłumaczą im żadnych reguł, nie uczą niczego zupełnie o danym kraju, tylko z radością witają każde wydukane zdanie, które ewentualnie można uznać za bąknięcie czegoś po nie-angielsku.

No i ludzie z taką wiedzą lingwistyczną właśnie pojawili się na kursie włoskiego. Większość zbliża się do emerytury i postanowiła w najbliższej przyszłości kupić domy we Włoszech. Część jeździ tam często na wakacje, części po prostu podoba się język.
Problemy pojawiły się już przy pierwszym ćwiczeniu pt. co wiecie o Włoszech? Pani dała nam tabelkę do wypełnienia – były kategorie takie jak muzyka, film, samochody, piłka nożna, jedzenie. O ile z tym ostatnim wszyscy mniej więcej dali sobie radę (choć kilka osób nie wyszło poza „pizza”), tak w pozostałych polach bylo pustawo. Marcie W. rozszerzyly sie oczy ze zdziwienia. Zglosila sie podnoszac dwa palce jak w pierwszej klasie, i zaczela recytowac wszystkich wloskich malarzy, aktorow, samochody, pilkarzy oraz… muzykow oczywiscie. Oprocz tenorow, znalam takie hiciory jak:

(to z dziecinstwa, zawsze mama spiewala :) swietny teledysk, jaka zaawansowana choreografia ;)

(mieszanina wlosko-francuska, nic nie rozumiem oczywiscie, oprocz moze trzech slow ;)

No zeby Erosa nie znac?? Erosa?? ;)

(musicie odczekac pierwsze 6 sekund reklamy)

No i Umberto Tozii, oczywiscie! Ti amo, ti aaaaamo!

I wielu, wielu innych. Gadalam jak katarynka, a nawet zaczelam spiewac „Felicita” ;). Cala klasa zamarla z (negatywnego) wrazenia. Nauczycielka podeszla do mnie i polglosem spytala: „Marta, are you sure you’ve never studied Italian before??”
Potem bylo tylko gorzej. Na kazde pytanie nauczycielki ochoczo wykrzykiwalam odpowiedz, bo po prostu wiedzialam, co to znaczy arrivederci, Firenze, grazie… Nie mialam problemow z wymowa, bo w polskim „rrrr” tez jest wyrazne, a inne reguly wydaly mi sie latwe i od razu wszystko zrozumialam. Potem uczylam ludzi przy moim stole. Pani mianowala mnie swoja asystentka. Po godzinie uslyszalam za soba zduszony szept: „Dlaczego ona jest w naszej grupie, przeciez ona wszystko juz wie, na pewno uczyla sie wczesniej!” Nigdy sie nie uczylam, po prostu bylam we Wloszech kilka razy, a poza tym przestawilam sie na tryb lingwistyczny, w ktorym chlone wiedze jak gabka… No i oczywiscie jako jedyna wiedzialam, co to odmiana i nie zdziwilam sie na wiadomosc, iz mowi sie „Mi chiamo Marta”, ale „Come ti chiami?”. Strasznie to wszystkich skonfudowalo, wiec mowie panu obok „It’s conjugation”, a pan na to „What’s conjugation, is that an English word?”…
Pod koniec zajec pani zaproponowala mi przeniesienie sie do grupy „Fast Track”, ktora wszystko przerabia dwa razy szybciej…

Na razie jade na tydzien do Kolonii i opuszcze jedna lekcje – po powrocie zobacze, co dalej!

Arrivederci! ;)

16 września 2011

Powrót do cyberprzestrzeni – i tyle do opowiadania!

Filed under: wrzesień 2011 — swiatmartyw @ 7:01 pm

Jeszcze chyba nigdy tak Was nie zaniedbałam! Biję się w wątłą pierś i obiecuję poprawę – a na swoje usprawiedliwienie mam to, że przeprowadziliśmy się z mieszkania do domu, i było z tym o dużo więcej zachodu, niż nam się początkowo wydawało, a poza tym na straszne, okropne trzy tygodnie odcięli nam internet (horror!!). Niby mamy dostęp do sieci na telefonach, ale bloga na takim małym ekranie niezbyt wygodnie się pisze, więc postanowiłam poczekać.

News numer jeden – mamy dom z ogrodem, a w nim…. najprawdziwsza palma!! ;) Cud, że w Anglii rosną palmy, muszą być jakieś wyjątkowo odporne. Dwa bambusy też są:


Ogródek niewielki, to prawda, ale sympatyczny – no i mamy komórkę, czy też „szopę”, w której Simon przeprowadza swoje inżynierskie eksperymenty ;) Kupiliśmy ładne meble ogrodowe (nie te ze zdjęcia) i teraz praktycznie codziennie po pracy pjemy wino pod palmą i udajemy, że jesteśmy w tropikach ;)

News numer dwa – dostałam nową pracę. Już od jakiegoś czasu miałam dosyć szefostwa w poprzedniej firmie, ale wiadomo jak to jest – przychodziłam do domu, coś się gotowało, piło wino w ogródku, jakiś film lub wyjście ze znajomymi… i nie mogłam się zabrać za szukanie czegoś lepszego. W końcu moja czara goryczy się przelała i pewnej soboty usiadłam na czterech literach i przejrzałam setki ofert. W oko wpadła mi jedna, aczkolwiek od razu pomyślałam sobie, że nie mam szans – Export Sales Executive odpowiedzialny za Europę Centralną i Zachodnią. Dobra pensja, iPhone, iPad, samochód, wyjazdy zagranicę… Z głupia frant wysłałam CV, w którym tak się nachwaliłam, że o Jeeeezu ;) Ku mojemu zdumieniu zaprosili mnie na rozmowę  i ku mojemu jeszcze większemu zdumieniu od razu tego samego dnia zaproponowali posadę. Nie wierzyłam własnym uszom, bo jeśli chodzi o sprzedaż, to mam tylko 1,5 roku doświadczenia… No i tak, zostałam Sales Executive i ze względu na moje języki będę jeździć głównie do krajów niemieckojęzycznych oraz Hiszpanii – a w przyszłości może do Ameryki Południowej, ale na razie nie ma na to co liczyć.

W przyszły poniedziałek lecimy na cały tydzień na wielkie międzynarodowe targi do Kolonii – szef zarezerwował nam hotel Sheraton w samym centrum miasta, z widokiem na katedrę… Wciąż nie mogę w to wszystko uwierzyć! Jest dobrze :)

News numer trzy – zaczęłam uczyć się włoskiego… Ale o tym w następnym poście, bo działo się, oj działo! ;)

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.