Świat Marty W.

27 lutego 2012

Simona z kotem rozmowy – część II

Filed under: luty 2012 — swiatmartyw @ 6:38 pm

Scenka – ja czytam na górze, Simon z kotem urzędują na dole.

Kot: MIAU!!

Simon: Nie, nie dostaniesz więcej jedzenia, jesteś za gruby, niedługo nie będziesz mógł skakać!

Kot: MIAUUUUU!!!

Simon: Nie.

Kot: (cisza)

Simon: No nie patrz na mnie z takim wyrzutem… o, Jezu, no dobra, masz!!

Kot: (cisza)

Simon: Co, teraz już nie chcesz? To po to wstawałem z kanapy?? Wracaj tu i żryj! ŻRYJ!!! :D

Vader został zaatakowany przez ogromnego kota (widzieliśmy z okna) i przyszedł do domu mocno poturbowany. Simon – Kto ci to zrobił, nazwisko i adres tego bandyty!!!

Scenka – godzina pierwsza nad ranem, my przysypiamy, a kot pełen energii, raz po raz przynosi nam swoje zabawki do łóżka i chce się bawić.

Simon: Twoje powieki są bardzo ciężkie…. twoje łapy są zrobione z ołowiu…. ogon ci ciąży… nawet twoje wąsy ciągną cię w stronę poduszki… Teraz policzę do pięciu i będziesz spał…

Kot pokręcił się jeszcze chwilę i… usnął. Kaszpirowski wysiada ;))

Reklamy

17 lutego 2012

Dlaczego Polacy są tak nieuprzejmi?

Filed under: luty 2012 — swiatmartyw @ 6:32 pm

Lubię felietony Jamiego Stokesa, choć stoimy po przeciwnych stronach „barykady”. On – Anglik mieszkający w Polsce, łagodnie i z humorem naśmiewający się z Polaków i czasami z Brytyjczyków również, i ja – Polka w Anglii, niezbyt łagodnie, choć często z humorem narzekająca na Anglików. Zapraszam do przeczytania jego dzisiejszego tekstu, wytłuszczenia tłustym drukiem i komentarze są moje:

„Dlaczego Polacy nie są uprzejmi?

Jeden z problemów z obcokrajowcami jest taki, że wszyscy są nieuprzejmi. Nie ma znaczenia, czy jesteś Anglikiem, Polakiem, Chińczykiem czy Tuwańczykiem: spędź trochę czasu w obcym kraju, a wkrótce przekonasz się, że lokalni mieszkańcy mają maniery kiepsko wytrenowanych gibonów. To oczywiście iluzja. Kiedy mówimy „dobre maniery”, mamy na myśli „maniery takie same jak nasze”. Wyjątkiem są jedynie Nowy Jork i Paryż, gdzie wszyscy ludzie są nieuprzejmi celowo i w dodatku z tego dumni.

Każdy, kto spędził trochę czasu na wyspach, wie, że największa różnica między Brytyjczykami a Polakami polega na tym, że ci pierwsi mówią „proszę”, „dziękuję” i „przepraszam” dużo, dużo częściej. Przykład:

Pierwszy Brytyjczyk: Czy mógłbyś, proszę, podać mi masło?
Drugi Brytyjczyk: Oczywiście. Proszę bardzo.
Pierwszy Brytyjczyk: Dziękuję.
Drugi Brytyjczyk: Przepraszam, nie domyśliłem się wcześniej, że chciałeś masło.
Pierwszy Brytyjczyk: Nie musisz przepraszać.
Drugi Brytyjczyk: Dziękuję.
Pierwszy Brytyjczyk: Nie ma za co.

[Byłam świadkiem takiej właśnie rozmowy – teściowa przepraszała Simona, „Sorry, love, I should have known you would want butter”, Simon: „It’s ok, mum, don’t worry about it”. No biedny synek, nie dostał masełka pod nos, no!].

W Polsce, taka sama rozmowa wyglądałaby natomiast następująco:
Pierwszy Polak: Masło?
Drugi Polak: Już.

[Osobiście powiedziałabym „proszę” podając komuś masło, może już się zanglicyzowałam. Czasami u nas w domu używa się żartobliwego „naści” :)]

To przykłady rozmów, w których wszystko poszło dobrze. Co natomiast, gdy dobrze nie idzie? W takiej sytuacji brytyjska etykieta wymaga jeszcze bardziej wyszukanego języka.

Brytyjczyk: Czy mogę poprosić kostkę masła?
Brytyjski sprzedawca: Bardzo mi przykro, ale niestety nie mamy masła.
Brytyjczyk: To nie Pańska wina.
Brytyjski sprzedawca: Dziękuję.
Brytyjczyk: Proszę bardzo.

[„Oh, well, it isn’t your fault, is it?„]

W Polsce sytuacja wygląda inaczej:
Polak: Masło?
Polski sprzedawca: Nie ma.

Nietrudno zobaczyć, dlaczego w relacjach między Polakami i Brytyjczykami dochodzi czasem do nieporozumień. Dla Brytyjczyków, którym od kołyski kładziono do głowy, by przy każdej okazji mówili „dziękuję”, „przepraszam” i „proszę”, bezpośredniość polskich rozmów brzmi bardzo nieuprzejmie. Dla Polaków ozdobność brytyjskich manier pachnie natomiast obłudą.

The Daily Mail, gazeta ozdabiana zazwyczaj nagłówkami w stylu „Najgrubsza Brytyjka od lat nie wychodzi z domu”, opublikowała ostatnio artykuł pod tytułem „Dlaczego polska uprzejmość jest nieprzetłumaczalna?”. Równie dobrze tytuł mógłby brzmieć: „Dlaczego Polacy są tak nieuprzejmi?”.

Artykuł opisuje badania nad brytyjskimi i polskimi sposobami komunikowania się, których rezultaty pokazały dużą różnicę w społecznych interakcjach między tymi dwoma grupami. Psycholog dr Jörg Zinken zauważa, że Brytyjczycy prawie zawsze wyrażają prośbę w formie pytania (Czy możesz podać mi masło?), nawet wtedy, gdy oczywiste jest, że prośba będzie spełniona. Polacy natomiast zwykle sięgają po tryb rozkazujący (Podaj mi masło).

Dr Zinken próbuje odpowiedzieć na pytanie o przyczyny takiego zjawiska. Twierdzi, że Brytyjczycy kładą ogromny nacisk na wolność jednostki. Zadając pytanie, dają drugiej osobie możliwość odpowiedzenia „nie”, nawet jeśli wiedzą, że taka odpowiedź nie padnie. Podanie masła staje się więc wyborem. Polacy zaś, twierdzi dr Zinken, widzą ogromną wartość we wspólnocie rodziny i bliskich przyjaciół. Mówią zwyczajnie „Podaj mi masło”, bo przesadnie uprzejme pytanie sugerowałoby, że wątpią w ewentualną pomoc przyjaciela, a to przecież byłoby nieuprzejme.

Informacja ta na pewno bardzo mi się przyda, jak tylko nauczę się identyfikować moich bliskich, polskich przyjaciół. Już nie mogę się doczekać chwili, gdy znów będę miał masło na toście”.

Simon twierdzi, że za każdym razem, gdy jest ze mną w Gdańsku i słyszy moje rozmowy z rodzicami, wydaje mu się, że my się cały czas kłócimy i nie może się nadziwić, iż co chwila wybuchamy śmiechem, skoro – w jego mniemaniu – wyzywamy się od najgorszych, brzydkie wyrazy po kilka razy. Chodzi tutaj właśnie o ton głosu, który prawie nigdy nie przyjmuje formy pytania (tak jak np. te cholerne, doprowadzające mnie do szału question tags opisane w poście poniżej), tylko stwierdzenia, czy też „rozkazu”. Simon: „Ostanio, gdy rozmawiałaś z mamą na Skypie, to ja już nie wiedziałem, czy mam wskakiwać pomiędzy was i starać się rozładować sytuację, czy o co w ogóle chodzi! A tu nagle obie zaczęłyście chichotać jak school girls. Normalnie zgłupiałem”.

PS. Więcej felietonów Jamiego: http://wiadomosci.wp.pl/kat,119594,publicysta,Jamie-Stokes,komentarze.html

12 lutego 2012

Prawda?

Filed under: luty 2012 — swiatmartyw @ 9:35 pm

Uwaga: wpis wyłącznie dla osób znających język angielski i wyczuwających pewne niuanse.

Gdy człowiek uczy się angielskiego, prędzej czy później przychodzi lekcja o tzw. question tags. Teoretycznie sama struktura jest prosta, „You’re Marta, aren’t you?”, „It isn’t your car, is it?”, ale nauczyciel przeważnie nie wspomina – a przynajmniej moi milczeli na ten temat jako groby – że  z używaniem question tags wiąże się cała kultura „grzeczności”, którą na własny użytek nazywam gadaniem długo i bez sensu. Zaraz wyjaśnię.

Anglicy są mistrzami mówienia o niczym. Długiego mówienia o niczym, bez przekazywania sobie ani grama treści. Można z kimś przegadać pięć minut i nic, dosłownie nic się nie dowiedzieć. Oni uważają to za grzecznościowe rozmówki, czyli small talk, ale mnie, jako osobę konkretną, doprowadza to do szewskiej pasji. Przykład z piątku – stoję w kolejce do kasy w dużym supermarkecie, przede mną pani zaczyna pakować swoje zakupy w miarę jak kasjerka je skanuje:

Kasjerka: You’re okay for bags, aren’t you?

Pani: I’ve brought one from home but it might not be enough, we’ll see how it goes.

Kasjerka: We will, won’t we?

Pani: It might turn out one is not enough after all, I’ve bought so much!

Kasjerka: You have, haven’t you? (obie chichoczą)

Pani: You know, I’m not a fan of those plastic bags actually because they tend to break so, so easily!

Kasjerka: They do, don’t they? They should do something about that!

Pani: They should, shouldn’t they? I would have brought more if I had known I’d buy so much!

Kasjerka: Oh, you would, wouldn’t you? (obie chichoczą) But you couldn’t have known, could you?

Pani: No! No, I couldn’t have!

Trwa skanowanie, okazuje się, że pani jednak potrzebuje więcej torebek.

Pani: I think I will need two more, please.

Kasjerka: Here you go, love. I figured you might! It’s never enough, is it?

Pani: No, it isn’t, is it? (obie chichoczą)

O, matko, trzymajcie mnie! Ile razy w ciągu jednej konwersacji można zapytać „prawda?”, choćby i na dziesięć różnych sposobów? Podchodzę do kasy –

Kasjerka, widząc, że wyciągam dwie własne torebki: You’re okay for bags, aren’t you, love?

Ja: Yes, thank you.

Kasjerka: If you need more, you will tell me, won’t you?

Ja: Yes, thank you.

Kasjerka: It’s rather cold today, isn’t it?

Ja: (cisza i morderczy wzrok)

Nie potrafię, no nie potrafię! Chyba nigdy się nie przyzwyczaję.

W piątek wieczorem przyjechali teściowie. Ich „styl”, jeśli chodzi o question tags, można opisać następująco – teść jest dużo mniej irytujący, bo przynajmniej nie czeka na odpowiedź, np: „If the weather is good tomorrow we should go to Oxford, shouldn’t we, and find the college where X studied”. Teściowa natomiast na tak długo zawiesza głos, aż ktoś jej odpowie, a jeśli odpowiedzi nie ma, powtarza to niby-pytanie, wzmacniając je czyimś imieniem, np.:

– If we get up earlier, we will be able to see more of Oxford, won’t we? – oczywista oczywistość, ale nie, nie, zwykłe „hm” jej nie wystarczy – Won’t we, Simon? – domaga się potwierdzenia

– If I hadn’t put three layers on, I would be freezing now, wouldn’t I? – no i co ja mam jej odpowiedzieć na coś takiego? – Wouldn’t I, Simon?

Najlepiej radzi sobie z tym teść. Obojętnie, o co zapyta go żona, on słucha wyłącznie końca i odpowiada zgodnie z gramatyką języka angielskiego – jeśli pytanie kończy się na negatywny question tag, teść mruczy „Yes, dear”, jeśli na pozytywny, „No, dear” – i teściowa zadowolona. 44 lata małżeństwa zrobiły swoje ;)

***

Dzisiaj teściowa całkowicie sterroryzowała mnie w sklepie:

– You need walking boots! – oświadczyła tonem nieznoszącym sprzeciwu – You need boots to hike in, don’t you? Don’t you, love? [właśnie nabierałam powietrza, żeby powiedzieć, że w sumie nie] C’mon, I’ll buy you a pair! Which ones would you like?

Wskazuję na parę porządnie wyglądających butów – ale nie, nie, nie z teściową te numery!

– £34.99?!?! So cheap?! You’re joking, aren’t you?! I’m not going to buy you anything below £100, real Gore-tex can’t be that cheap, can it? Can it, Simon?… [Simon mruczy, że rzeczywiście, że jego kosztowały sporo ponad 100] Excuse me, excuse me!! [to do pana z obsługi] These boots here look rather nice and we would like a pair but they can’t be that cheap, we would like something of a better quality, wouldn’t we? Wouldn’t we, Marta? Wouldn’t we? [ratunkuuuuu!!!!]

– Yes, yes!!!! – wrzasnęłam zrozpaczona w obliczu takiego ataku.

No i dostałam parę pięknych butów. Kochana z niej kobieta, tylko trochę męcząca lingwistycznie… Once a linguist, always a linguist, jak mawiał mój prawie wiecznie podchmielony profesor od Teorii Komunikacji Językowej.

9 lutego 2012

Zapędzona w krowi róg

Filed under: luty 2012 — swiatmartyw @ 1:05 pm

Nauczyciel Simona przygotował mu słownictwo związane z farmą – owce, kury, obora, pole itd. Simon ćwiczy przed lekcją: „Owce jedzą trawę”, „Kury składają jajka”, „Krowy mieszkają w oborze”… i nagle pyta, zdziwiony: – Dlaczego Polacy używają słowa „obora”, gdy się zdenerwują?

Ja: ???

Simon: No mógłbym przysiąc, że za każdym razem, gdy jesteś zła, mówisz „oborze”!

Ja: O, Boże! – wykrzyknęłam i udławiłam się ze śmiechu :D

Dobry słuch, jeszcze będzie z niego lingwista!

6 lutego 2012

O tym, jak dwóch Anglików nieźle namieszało

Filed under: luty 2012 — swiatmartyw @ 3:11 pm

Weekend był dla mnie dość ciężki, gdyż zupełnie się nad sobą rozkleiłam. 30 lat, bez pracy, w obcym kraju i kompletnie bez pieniędzy, bo mimo dwóch przepracowanych lat nie przysługuje mi zasiłek dla bezrobotnych (długa historia, nie chce mi się opisywać, bo zaraz mnie szlag trafi). Krótko mówiąc, nie tak wyobrażałam sobie swoje życie. Nie po to studiowałam w dwóch krajach, nie po to rodzice opłacali korepetycje z czterech języków. Po uiszczeniu wszystkich opłat z pensji Simona, zostaje nam 400 funtów, z czego 250 idzie na jedzenie, a 50 na benzynę – co daje nam 100 funtów miesięcznie na szeroko pojęte „życie”. Z głodu nie umrzemy, ale oczywiście nic nie zaoszczędzimy – a chce się człowiekowi przecież gdzieś pojechać, coś zobaczyć, zmienić środowisko, odpocząć. Co prawda ja nie mam niby od czego odpoczywać, bo całe moje obecne życie to jeden wielki odpoczynek – tylko że psychicznie mi ciężko. Staram się jak mogę, wysyłam CV gdzie się da – i nic. Co prawda obecnie bezrobocie w Anglii jest największe od 1996 r., więc nie tylko ja nie mam pracy – ale za bardzo nie poprawia mi to humoru.

Nie mam również szczęścia do angielskich koleżanek. Po prostu wszystkie dziewczyny, które poznaję potrafią rozmawiać wyłącznie o durnowatych serialach i mało ambitnych programach telewizyjnych – a że ja ich nie oglądam, nie mogę wtrącić się do rozmowy i tylko siedzę cicho w kącie. Nic nie czytają, nic nie wiedzą, nic ich nie interesuje, nigdy nigdzie nie były i nawet by nie chciały, bo po co? Anglia jest cool przecież. Pewnie, że nie wszystkie takie są, na pewno nie, ale ja coś mam pecha.

I nagle poznaję Nicole, z Trynidadu. Śliczna taka, że muszę się pilnować, żeby się na nią nie gapić z rozdziawioną gębą ;) Pani doktor prawa, super inteligentna, ciekawa świata, wesoła, świetna kucharka. Na Trynidadzie pracowała w dużej kancelarii, dobrze zarabiała, na zakupy latała do Miami, miała apartament na plaży i beztroskie życie. Wyjechała do Anglii na szkolenie… poznała Anglika, zdecydowała się tu zostać i od tej pory zaczął się horror. Mimo że angielski jest jej pierwszym językiem, a doktorat skończyła już tutaj, nigdzie nie może znaleźć pracy. Taka sama historia jak ze mną – wysyła CV i cisza, nikt nawet nie dzwoni. Zaproponowali jej pracę sekretarki w kancelarii, za 900 funtów miesięcznie. Jej rodzice są zrozpaczeni, chcą, żeby wróciła i ona też wie, że miałaby o wiele łatwiejsze życie tam niż tu… no ale serce nie sługa.
Ja też miałam apartament (prawie) na plaży, a na zakupy latałam do Panamy. Potem, w Chinach, mieszkałam w samym centrum fascynującego Pekinu, a na zakupy latałam do Hong Kongu… W Polsce byłoby mi sto razy lepiej… no ale serce nie sługa.

Spotykamy się trzy razy w tygodniu na siłowni (najmniejszej i najtańszej w całej wiosce, oczywiście) i nawzajem się nad sobą litujemy, pocieszamy, rozśmieszamy. Zgadzamy się w zasadzie na wszystkie tematy, od polityki, poprzez książki, filmy, programy, aż do technik wychowywania dzieci (których nie mamy) ;) co już dawno mi się z nikim nie przytrafiło. Nicole ma w zasadzie jeszcze gorzej niż ja – wszędzie traktują ją zgodnie z łatką obywatelki trzeciego świata, nie ma praktycznie żadnych praw, w każdym urzędzie biorą jej odciski palców (!), i co dwa lata musi składać podanie o przedłużenie pobytu, które mogą odrzucić bez podawania powodu. Abstrahując od braku pieniędzy, i tak nie może opuścić Wielkiej Brytanii, bo wniosek o wizę do dowolnego kraju Unii Europejskiej mogą rozpatrywać kilka miesięcy i kosztuje to masę pieniędzy i nerwów.

I tak właśnie dwóch Anglików popsuło nam życie :) Na szczęście obaj są fantastyczni i warci tych wszystkich upokorzeń (tfu tfu tfu!!!). Simon wziął mnie wczoraj na trzygodzinny spacer (bo u nas upały, +6 :)  i tak długo przekonywał, że będzie dobrze, że nawet mu uwierzyłam.

Nie wiem, co bym zrobiła, gdybym z jakiegoś powodu musiała mieszkać na obczyźnie i nie miała przy sobie przyjaznej duszy Simona W. A trzeba powiedzieć, że większość naszych znajomych tutaj jest samotna. Pewnie, mają lepiej, bo są u siebie, ale jednak z kimś weselej. Dużo weselej. Można smutki dzielić na pół, a radości mnożyć przez dwa, jak mówi moja mama.

Gdybym go nie miała, chyba skorzystałabym z usług tych państwa… zapraszam do obejrzenia mojej ulubionej reklamy serwisu randkowego:

Trzymajcie za mnie kciuki!

4 lutego 2012

Narzekania ofiary szalonego architekta

Filed under: luty 2012 — swiatmartyw @ 1:55 pm

Dom, w którym mieszkamy, ma zaledwie dziewięć lat i został odremontowany od góry do dołu miesiąc przed naszym wprowadzeniem się – czyli jest prawie nowy i powinien posiadać nowoczesne rozwiązania uprzyjemniające życie. Nie wiem, kto go projektował ani co sobie przy tym myślał, ale na centralne ogrzewanie niestety nie wpadł. Zamiast tego w całym, dwupoziomowym, trzypokojowym domu mamy zaledwie trzy tzw. hall heaters, wyglądające tak:

Nastawia się toto na „Low” lub „High” i potem czeka godzinami, aż zacznie robić się ciepło. Temperatura wzrasta średnio o jeden stopień na godzinę, a ponieważ na noc musimy wyłączać ogrzewanie (i zamykać pokoje, co by tego ciepła trochę zatrzymać), bo ceny są zabójcze i poszlibyśmy z torbami, rano wita nas ok. 14 stopni. Ale nie to jest najgorsze. Mamy ich tylko trzy – w obu sypialniach i salonie, co oznacza, że łazienka i kuchnia zamieniają się w duże lodówki. W kuchni jest tak zimno, że nie można rozsmarować masła, a otwarte żarcie dla kota, nieopatrznie pozostawione w szafce na kilka dni, w ogóle się nie zepsuło. W łazience jest tak zimno, że mój płyn do płukania ust staje się po prostu tak lodowaty, iż nie jestem w stanie utrzymać go w buzi przez przepisowe 30 sekund. Gorąca, czy też prawie wrząca woda nalana do wanny stygnie w pięć minut.

Czasami mam ochotę obrosnąć w grube kocie futro (co na nogach by mi się spokojnie udało, gdyby nie głupie konwenanse, że niby nie wypada :P). Simon też trochę narzeka – nie tak jak ja oczywiście, ale zimno w łazience jemu również daje się we znaki – zwłaszcza rano, gdy człowiek nie dość, że spiący, to jeszcze musi wyjść z ciepłego łóżka na taką mini Syberię. Tylko Vader zadowolony:

To ja pod dwoma kołdrami z samego rana, piszę bloga i konsultuję z kotem :-)

Witajcie w super rozwiniętym kraju pierwszego świata. Brrrr!

PS.

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.