Świat Marty W.

30 Maj 2010

Negocjacje

Filed under: maj 2010 — swiatmartyw @ 6:25 pm

„Youth is a wonderful thing. What a crime to waste it on children.” – George Bernard Shaw

Jedziemy samochodem do teściów, a tu Simon nagle wyskakuje ni z gruszki, ni z pietruszki, ni z żadnego innego owocu lub warzywa: „Kiedy chcesz mieć dzieci?” Miałam na końcu języka, że nigdy, bo rzeczywiście przez całe lata myślałam, że się nie zdecyduję, gdyż instynktu u mnie nie zero, a minus dziesięć nawet, a zegar biologiczny widocznie ma zepsute baterie, bo w ogóle nie tyka – ale ostatnio zaczynam mięknąć, bo a) on bardzo chce, b) moi rodzice bardzo chcą (tak bardzo, że obiecują brać na wakacje, hej! ;), c) jego rodzice bardzo chcą i deklarują nieustanną pomoc. Muszę zmienić swoje myślenie o dzieciach, bo na razie w moim umyśle dziecko = koniec życia, koniec rozrywek, koniec wszystkiego – „wszystkiego”, czyli głównie podróży. Owszem, można podróżować z dzieciakami, ale co to za męka, Jezu Chryste. A to pić, a to jeść, a to spać, a to zabawkę kup, a co to, a dlaczego, a kiedy dojedziemy, a za gorąco, a za zimno…. grrrrrrr i to mają być wakacje? Po drugie, nikt mnie nie zapędzi do ponownego siedzenia w domu – już pracowałam w domu przez ponad półtora roku i już nigdy, powtarzam, NIGDY, nie dam się tak uziemić (tutaj wchodzą Kochani Dziadkowie ;). Po trzecie, co z beztroskimi wieczorami, co ze „Sprawdź, co grają w kinie/ teatrze” i natychmiastowym wyjściem, co z imprezami i tańczeniem do białego rana. Widocznie jeszcze nie dorosłam. Simon, mimo że lekko młodszy ode mnie, najwyraźniej już tak. Tym niemniej, oboje dopiero zaczynamy „karierę” – pojutrze mój pierwszy dzień w nowej firmie, chyba byliby lekko niezadowoleni, gdybym po miesiącu pracy oznajmiła, że jestem w ciąży ;). Długie i żmudne negocjacje zakończyły się następujacym wnioskiem: dziecko za 4-5 lat. I proszę już mi nie suszyć głowy na ten temat Kochana Mamo ;).
Inne negocjacje poszły dużo szybciej – chcemy kupić czarnego Forda Fiestę, dom z jak największym ogrodem, mieć kocura dachowca oraz czarną suczkę labradora  – dokładnie w takiej kolejności (ja bym wolała owczarka niemieckiego, no ale już trudno, Simon przez całe życie miał labradory, więc nie wyobraża sobie innego psa w domu). Oczywiście na to wszystko trzeba mieć pieniądze, których na razie nie mamy, ale rozmarzyliśmy się tak z okazji mojej nowej pracy, dzięki której – jeśli nie będziemy jakoś niesamowicie szaleć – uda nam się trochę zaoszczędzić, bo do tej pory większość obciążenia finansowego spadała na Simona, z czym prawdę powiedziawszy czułam się fatalnie. Zresztą, pomarzyć zawsze dobra rzecz i przynajmniej gdy kiedyś pojawi się kasa, będziemy mniej więcej wiedzieli, na czym stoimy i jakie mamy oczekiwania co do życia :).

Przyjeżdżamy do teściów, gadka-szmatka, poszliśmy na spacer, Simon na przedzie z tatą, ja z tyłu z teściową. Nagle teściowa obejmuje mnie i mówi: „I want to be a grandma!” Jeeeeezu, dajcie mi jeszcze trochę pożyć ;)).

PS. Simon: „Jeśli będzie dziewczynka, to zbuduję jej domek dla lalek i zrobię małe mebelki, a jeśli chłopczyk, to zbuduję taki mały pociąg i szyny, i najpierw razem go pomalujemy na różne kolory i…” – krótko mówiąc, potrzebni mu kompani do zabawy ;)) potem trochę dorosną i razem będą walczyć z obcymi galaktykami i zabijać zombie…

Reklamy

28 Maj 2010

Przypowieść o gadatliwym taksówkarzu i mądrym szefie

Filed under: maj 2010 — swiatmartyw @ 9:56 am

Powiedzmy sobie szczerze – moja nowa firma znajduje się na zadupiu, do którego trudno trafić. Dzień przed rozmową o pracę usiłowaliśmy się z Simonem zorientować, jak tam dojechać, ale nawet googlemaps odmawiały współpracy, wskazując na punkt w środku niczego. Wyglądało, że przez pola w kaloszach iść trzeba.
Postanowiłam wziąć taksówkę, wierząc, że profesjonalista będzie wiedział, gdzie to, bo spóźnienie się na rozmowę o pracę raczej nie robi dobrego wrażenia.

W Anglii jest tak, że po zamówieniu taksówki dana firma od razu wysyła potwierdzenie na komórkę, a gdy samochód już czeka pod domem, przychodzi kolejny sms z dokładnym opisem, jaka marka, jaki kolor, jaka tablica rejestracyjna. Wsiadam do wskazanego srebrnego forda, podaję taksówkarzowi adres na kartce, a on pyta: „A gdzie to?” Aż mnie zmroziło ze strachu – czyli jednak te kalosze! ;) Zaparkował, wyjął GPSa, wstukał adres, myślał, myślał, kombinował, w końcu mówi: „Chyba wiem!” To „chyba” lekko mnie zdenerwowało, no ale nic, jedziemy. Kątem oka widziałam, jak ogląda mnie w lusterku. Trwało to dłuższą chwilę i też mnie irytowało. Od razu zobaczyłam, że to Turek i wyobraziłam sobie, że chce mnie na trzecią żonę ;).

– Czemu taka elegancka? – przemówił taksówkarz, gdy już mnie sobie obejrzał

Zaczęliśmy gadać… i przegadaliśmy całą drogę, facet jest bardziej gadatliwy niż ja, o co na tym świecie raczej trudno. Skarżyłam się, że już tyle czasu szukam pracy i nic, dopiero pierwsza rozmowa w ciągu pięciu miesięcy i to pewnie dlatego, że jestem Polką, bo jaką ogólną opinię mają Polacy w Anglii każdy wie. On na to, że jemu też było ciężko, bo na Turków patrzą równie podejrzliwie, że chociaż mieszka tutaj od ponad 10 lat zawsze czuł się gorszy itd. W końcu założył restaurację, a taksówką jeździ dodatkowo, bo „sama wiesz jakie tu są ceny” (oj, wiem, oj wiem!!). Gdy już się wyżaliliśmy na losy emigrantów, pan taksówkarz mówi tak:

– Jeśli nie dostaniesz tej pracy dzisiaj, idź do banku Halifax i powiedz managerowi, że znasz cztery języki. To mój znajomy i na pewno cię zatrudni, bo wiem, że kogoś szukał. Nie ważne, że nie masz doświadczenia w bankowości, nauczysz się. A jak przyjdę do banku i ciebie tam zobaczę, zapraszasz mnie na obiad! :)

Dał mi swoją wizytówkę, życzył powodzenia, a odjeżdżając przestrzegł:

– Pamiętaj, szukając pracy staraj się o stanowiska trochę gorsze od twoich kompetencji. W ten sposób łatwo zdobędziesz pracę i potem szybko awansujesz i będziesz robić to, co rzeczywiście chciałaś robić. A jeśli będziesz się starać o stanowiska odpowiadające twoim umiejętnościom, minie kolejne pięć miesięcy!

Hmm… czy ja wiem, może coś w tym jest. Rzeczywiście, przez pierwsze trzy miesiące starałam się o pracę project managera, czyli to, co robiłam dotychczas, tylko w większych firmach  – i było zero odzewu. Z drugiej strony jednak, przez kolejne dwa miesiące spuściłam z tonu i ubiegałam się o posadę asystentki w firmach dużych i małych, i co, też nic.

Gdy okazało się, że pracę dostałam, wysłałam panu taksówkarzowi smsa, że jednak nie muszę iść do banku Halifax, ale zapamiętam na przyszłość :). Odpisał od razu:

„I am so glad you got the job, I am very happy for you. Hope to see you soon”.

Pewnie, jeśli będziemy potrzebowali taksówki, na pewno do niego zadzwonię, chyba przyniósł mi szczęście :).

Nie wiedziałam, jak zacząć rozmowę z moim szefem, jak mu powiedzieć, że odchodzę. Gabriele jest jednym z najsympatyczniejszych i najzabawniejszych ludzi, jakich spotkałam w życiu. Świetny szef, świetny przyjaciel. Zaczęłam tradycyjnie, czyli od grobowego „Mam złą wiadomość”. On: „Poczekaj, najpierw usiądę, co by nie zemdleć… ok, już siedzę, wal śmiało!” Myślałam, że wybuchnie, że powie mi jaka jestem niewdzięczna, paskudna i ogólnie zła. A on tylko: „Super, bardzo się cieszę, że ci się udało. Na twoim miejscu zrobiłbym to samo! Ile można siedzieć w domu? Powodzenia!” No nie, ludzie, takich szefów, to ze świecą szukać! Grazie mille, Gabriele :). Wciąż będę dla niego tłumaczyć i oczywiście pomogę za każdym razem, gdy będzie miał jakieś pytania – na razie umówiliśmy się tak, że przez pierwszy miesiąc będę sprawdzać maile codziennie i służyć wiedzą zakumulowaną podczas mojej prawie trzyletniej kariery w tej firmie :).

Dzisiaj jedziemy do „teściów” na przedłużony weekend (w poniedziałek Spring Bank Holiday), a od wtorku zaczynam Nowe Życie. Dopiero będę miała dużo tematów do opisywania! Czuję, że w moim życiu zaczyna się bardzo ciekawy rozdział i jako czytelnicy będziecie mi w nim towarzyszyć :).

26 Maj 2010

Dzień Matki

Filed under: maj 2010 — swiatmartyw @ 11:04 am

Sprawdziłam w Wikipedii i prawie w każdym kraju obchodzi się Dzień Matki w innym dniu, a w Wielkiej Brytanii oraz Irlandii święto to jest ruchome (czwarta niedziela postu). Poniżej przedstawiam moją ulubioną piosenkę na cześć mam – niestety nie znalazłam nagrania z koncertu, więc poniższy amatorski klip zrobiony przez delfinę00 musi wystarczyć – można też zamknąć oczy i wsłuchać się w słowa…

„Nie ma jak u mamy, ciepły piec, cichy kąt
Nie ma jak u mamy, kto nie wierzy, robi błąd.
Nie ma jak u mamy, cichy kąt, ciepły piec
Nie ma jak u mamy, kto nie wierzy jego rzecz!”

Znam jeszcze: „A ja wolę moją mamę, co ma włosy jak atrament, złote oczy jak mój miś…” :D

Wszystkim Mamom, życzę cierpliwości do nas, dzieciaków! :)

24 Maj 2010

Urodziny

Filed under: maj 2010 — swiatmartyw @ 11:17 pm

Minął kolejny rok, a ja wciąż czuje się młodo :). Co prawda, czasami patrzę na zdjęcia moich koleżanek i myślę sobie „Jezu, jak ona się postarzała!! Ja też tak wyglądam??” Potem patrzę w lustro i usiłuję przekonać samą siebie, że skąd, że fiu fiu, że wszyscy, tylko nie ja… a potem dopatruję się kolejnej zmarszczki mimicznej i muszę przyznać, iż jam też nadgryziona zębem czasu ;).

Simon zorganizował mi wspaniałe przyjęcie urodzinowe, nie mogłam uwierzyć, że aż tak się postarał, a ja nie musiałam nawet palcem kiwnąć. Zaprosił znajomych, kupił wszystko na grilla, elegancko przygotował stoły i krzesła w ogródku, rozwiesił balony z napisem „Happy Birthday”, a nawet zmusił naszą wspólną koleżankę, żeby zrobiła mi tort ;). Po jedzeniu, piciu i dmuchaniu świeczek (było ich dużo mniej niż mam lat, kochany Szymek! ;), pojechaliśmy do kilku klubów, żeby zakonczyć w moim ulubionym – nic takiego, mała sala, lekko śmierdząca potem, drinki strasznie drogie, ale siedzi w niej facet, który genialnie, genialnie gra na fortepianie i równie genialnie śpiewa. Atmosfera jest super, wszyscy ryczą na cały głos (tylko oczywiście nie ja, bo nic nie znam – muszę, cholera, bardziej się brytyjską muzyką zainteresować), przytupują, podskakują. Nigdy nie widziałam, żeby ktoś się tam upił, widocznie miłośnicy fortepianowych dźwięków nie chleją na umór ;).
Tym razem też było super, zwłaszcza gdy Simon zamówił dla mnie „Happy Birthday”, a że wskazał, dla kogo to, od razu podświetlił mnie reflektor i śpiewała mi cała sala ;). Potem poprosił również o jego ulubioną „fortepianową” piosenkę, „Tiny Dancer” Eltona Johna. Oczywiście wszyscy znali słowa, a ja utknęłam na „Hold me closer, tiny dancer…” ;). Bardzo, bardzo udany dzień/ wieczór/ noc.

Moje urodziny wypadają tak naprawdę dzisiaj i dobry Pan Bóg postanowił zrobić mi nielada prezent – nową pracę. Po bitych pięciu miesiącach bezowocnych poszukiwań, frustracji i nawet chyba lekkiej depresji, wreszcie ktoś dał mi szansę zaprezentowania się na rozmowie i zrobiłam wszystko, żeby się udało. I udało się. Wciąż nie mogę w to uwierzyć, zaczynam w przyszłym tygodniu, najpierw sześć tygodni intensywnego szkolenia, a potem „prawdziwa” praca. Co będę robić? Sama dokładnie nie wiem. Moja pozycja nazywa się Web Event Specialist, czyli że niby specjalistą będę ;) tylko nie bardzo wiadomo od czego. Okaże się w przysłowiowym praniu. Najważniejsze dla mnie jest to, że dzień w dzień będę używała niemieckiego i hiszpańskiego do rozmów z/ pisania mailii do klientów firmy. Poza tym, czuję, że mam tam naprawdę dużo szans na awans/ rozwój/ naukę nowych rzeczy. Nie mogę się doczekać pierwszego dnia :). Wreszcie wyjdę do ludzi, hurra! Koniec z gotowaniem obiadków i układaniem simonowych skarpetek w równe stosiki :D.

Czego sobie życzę? Zdrowia i miłości, reszta jakoś się ułoży!

21 Maj 2010

Maskotka

Filed under: maj 2010 — swiatmartyw @ 9:29 am

Kilka tygodni temu zarejestrowałam się jako potencjalny wolontariusz na czas Olimpiady w Londynie w 2012 roku. Trzeba było wypełnić kilka formularzy, dokładnie napisać, co się umie, czego się nie umie, co się chce robić itd. Oczywiście zależy mi na zostaniu tłumaczem, do którego obowiązków należy między innymi wybawianie zagubionych kibiców z opresji, tłumaczenie ustne w szpitalach, gdyby ktoś źle się poczuł itd.

Po zarejestrowaniu się, dostałam maila z wiadomością, że będą mnie informowali na bieżąco i gdy tylko zaczną szukać osób z konkretnymi umiejętnościami, od razu się ze mną skontaktują.

Wczoraj dostałam pierwszego maila. Organizatorzy pytają, czy nie miałabym ochoty… zabawiać publiczności przed, w trakcie i po konkurencjach chodząc w przebraniu Maskotki Londyn 2012 :D :D. Widocznie moje CV nadaje się tylko do tego :D. Obie Maskotki, szczerze powiedziawszy, są okropne:

Wenlock oraz Mandeville

Mają po jednym oku na cześć London Eye, a to światełko na głowach to ukłon w stronę londyńskich taksówkarzy.

Najpierw dostałam histerycznego ataku śmiechu i wyłam przez 5 minut. Potem zaczęłam się zastanawiać… Jako tłumacz nawet nie wejdę na stadiony… Maskota wejdzie wszędzie i w przerwach między robieniem z siebie idioty, można obejrzeć konkurencje! Jako tłumacz, nie spotkam żadnej gwiazdy (czyt. słynnego sportowca, nie chodzi o Paris Hilton ;), bo zatrzymają mnie ochroniarze… a kto się boi Maskoty? Kto by nie chciał zrobić sobie z nią zdjęcia na pamiątkę? ;) No i… Maskoty są pokazywane w telewizji! ;) Jeśli zobaczycie Wenlocka machającego z całej siły do kamery i usłyszycie zduszone: „To ja, Marta!!”, będziecie wiedzieli, o co chodzi :D.

Chyba jeszcze to przemyślę :D

PS. Simon: „COOL!!! I will register as well!” ;)

Nasza pszczółka

Filed under: maj 2010 — swiatmartyw @ 9:07 am

Już wiecie, że mam fisia na punkcie sportu (czyt. kibicowania, broń Boże uprawiania czegokolwiek! a kysz, a kysz! ;), więc będziecie musieli mi wybaczyć ten wpis – nie potrafię się powstrzymać, mój patriotyzm się tego domaga :).

Gdy przed wyścigiem F1 w Monako brytyjscy prezenterzy opowiadali, że dzień wcześniej odbyła się impreza charytatywna i Robert Kubica przekazał 300 tysięcy funtów na rzecz jakiejś tam organizacji, o mało nie pękłam z dumy, prawie jakbym to ja miała taki gest, a nie on ;). A potem zrobiło mi się jeszcze lepiej, bo z komentarzy wynikało, że dwaj brytyjscy kierowcy, Lewis Hamilton i Jenson Button, nie dali nic :D. Skąpiradła jedne, tyle milionów zarabiają – i to nie tylko na samej F1, gęba Hamiltona patrzy na mnie dosłownie z każdego produktu, a ostatnio wziął się również za reklamowanie banku Santander.

Ale ja nie o tym, ja o naszej pszczółce chciałam pisać ;)




Trzecie miejsce, hurra!

Wszystkie zdjęcia pochodzą z Grand Prix Monaco i zostały zrobione przez Richarda Jonkmana & Darrena Jefforda. Wzięłam je ze strony Fan Klubu, do którego oczywiście należę :).

Robert, Robert!! Simon mowi na niego „Bumblebee” albo po prostu „Bob” :D. A ja… na pierwszej lekcji polskiego tłumaczę moim uczniom alfabet, a potem ćwiczymy czytanie na takich oto przykładach:

Lech Wałęsa
Jan Paweł
Robert Kubica…

19 Maj 2010

Tchórze dwa

Filed under: maj 2010 — swiatmartyw @ 4:18 pm

Zarejestrowałam w Wielkiej Brytanii własną działalność gospodarczą i zaczęłam się ogłaszać. Niemal od razu zgłosił się niejaki Sam, na lekcje polskiego. Nauczona doświadczeniem, pytam, drogą mailową, czy ma dziewczynę Polkę, a on na to, że tak, Magdę, która gdy się zdenerwuje, krzyczy na niego po polsku ;).

Umówiliśmy się na dzisiaj. Najpierw byłam bardzo zadowolona, że oto znalazł się następny uczeń, ale potem dopadły mnie wątpliwości. Na internecie może znaleźć mnie każdy, ciekawe, co to za jeden? Brzmi może trochę głupio, ale co, mało to psycholi na świecie? W dodatku, ponieważ siedziba mojej „firmy” znajduje się u mnie w domu, jestem z uczniami sam na sam – i krótko mówiąc, w razie czego nikt mi nie pomoże.

Simon o mało nie umarł ze śmiechu, gdy mu o tym powiedziałam. Popukał się w głowę i powiedział, że naoglądałam się za dużo „Medycyny Sądowej” na Discovery (mamy i mój ulubiony program ;). Łatwo mu mówić, ma 1,83 wzrostu i mięśnie, a ja co. W akcie desperacji już chciałam dzwonić do tego Sama i umówić się w parku, żeby najpierw go wybadać. Ale jak to by wyglądało… no i co, tablicę pod pachą przyniosę? Postanowiłam… schować mały ostry nóż w książce… strzeżonego Pan Bóg strzeże. Nie śmiejcie się, sama w domu z obcym facetem – moje zachowanie wcale nie było tak irracjonalne jak się może wydawać.

Przyszedł. Bardzo przystojny. 22-24 lata. Hindus z pochodzenia, ale mówi z perfekcyjnym brytyjskim akcentem. Jeszcze wyższy od Simona, lecz postury raczej koguciej. Wesoły, uśmiechnięty. Mieliśmy super lekcję, chłopak ma talent, nawet „dź” i „szcz” dobrze wymawiał, a jak ładnie „rrrrrr” mu wychodziło :). Podnoszę książkę, żeby coś mu pokazać….. i WYPADA Z NIEJ NÓŻ!!! :D :D. Dostałam ataku śmiechu, w końcu mówię:

– Pewnie pomyślisz, że jestem kompletną idiotką, ale ten nóż to był w razie czego, np. gdybyś okazał się mordercą!

Sam bez cienia zdziwienia:

– Świetnie cię rozumiem, ja też się trochę bałem tu przyjść! Koledzy pukali się w głowę i mówili, stary, idziesz do czyjegoś mieszkania, obca osoba, a jak to wcale nie jest dziewczyna, tylko facet i cię obrabuje albo co??
Ci jego koledzy chyba widzieli naszą reklamę „Ja też mam 12 lat” ;).

Śmialiśmy się przez dobre 10 minut :).

Tym razem się udało, ale tak na przyszłość… sama nie wiem, może pierwsze spotkanie rzeczywiście powinno się odbywać na neutralnym terenie. Pewnie jestem panikarą, ale psychole naprawdę są wśród nas, obejrzcie sobie „Medycynę Sądową”! ;).

PS. Simon dzwoni po lekcji, żeby sprawdzić, czy żyję (zmusiłam go do tego, gdybym nie odebrała, miał dzwonić na policję ;). Wszystko mu opowiedziałam. Jego komentarz: „Naprawdę miałaś nóż w książce??? On też się bał??? You need to grow up, guys!” ;). I kto to mówi, osoba, której ulubionym sposobem spędzania wolnego czasu jest granie w wojnę między galaktykami :D.

18 Maj 2010

Meksyk – część IV i ostatnia

Filed under: Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 10:27 am

Widzę, że moje meksykańskie opowieści mają stosunkowe niskie notowania (tylko kilkanaście wejść dziennie; dużo lepiej „sprzedaje się” narzekanie na Anglików – do stu wejść! Wniosek – lubicie, gdy mi źle ;), więc dzisiaj będzie ostatni odcinek.

Po Acapulco nastąpił cały szereg mniejszych i większych miast i miasteczek, które między Bogiem a prawdą wyglądały malowniczo, ale dość podobnie – ryneczek zwany zócalo, katedra, jeszcze jakiś kościół, uliczne kramiki z różnościami. Była to najbardziej męcząca część podróży, gdyż co noc spaliśmy w innym hotelu i wyjeżdżaliśmy bardzo wcześnie rano. Tym niemniej, nikt się nie skarżył, bo przecież czytaliśmy program i wiedzieliśmy, w co się pakujemy – a poza tym, wizyta np. w wytwórni tequili i mezcalu wyraźnie wszystkich ożywiła ;). Innymi atrakcjami podczas tego długiego przejazdu z zachodu na wschód były:

a) niesamowite wodospady (z dość zimną wodą, ale chętnie się wykąpałam w ten upał!)

Jeden z wielu wodospadów, ciągną się one dosłownie kilometrami

b) rejs łódeczką do wybrzeża Gwatemali i dwudziestominutowa wizyta w przygranicznej wiosce (nic tam nie było ciekawego, ale zawsze inny kraj ;),

c) najstarsze i największe drzewo obu Ameryk (mama: „Jezu, nasz dąb Bartek padłby ze wstydu!” ;) oraz

c) fantastyczny kanion Sumidero, w którym oprócz stad małp, pelikanów oraz iguan zobaczyliśmy również kilka krokodyli (niektórzy się upierali, że sztuczne, ale ja widziałam, jak jeden z nich mrugnął okiem ;)

Żywy, gumowy? ;)

Któregoś dnia przyjechaliśmy do małej indiańskiej wioski, w której miał być niesamowity kościół. Przewodnik zaklinał nas i błagał, żebyśmy nie robili w środku zdjęć, bo będą z tego straszne kłopoty, z ogromną karą grzywny i zatrzymaniem przez policję włącznie. Kupił bilety wstępu, wchodzimy.

Chyba mogę tutaj wypowiedzieć się za całą wycieczkę – opadły nam szczęki i bardzo długo się nie podnosiły. Podłoga wyłożona była sianem, przy ścianach  i na środku kościoła stało mnóstwo figur świętych, wielkości człowieka. Paliły się setki świec i drugie tyle lampek. Ludzie siedzieli przed figurami, modlili się na głos, śpiewali, zawodzili. Powietrze przenikał duszący zapach kadzideł, z rogu dobywała się muzyka grana na tradycyjnych instrumentach. Ci, którzy się nie modlili, siedzieli trochę bliżej wejścia i albo spali na podłodze, albo pili tequilę oraz… Coca-Colę w ilościach industrialnych, wszędzie stały puste zgrzewki po tym napoju. W moim przypadku to głównie ten zapach oraz setki świec przyprawiło mnie, dosłownie i w przenośni, o zawrót głowy. Coś niesamowitego, nie bardzo dającego się opisać. Jeśli będziecie mieli okazję, pojedźcie koniecznie, kościół znajduje się nieopodal miejscowości San Cristobal de las Casas.

Podczas wycieczki zobaczyliśmy tak wiele piramid, że teraz, gdy patrzę na zdjęcia, często nie wiem, która była gdzie. Ale piramidy w Chichen-Itzy nie da się zapomnieć:


Odkryli ją w XIX w. dwaj pasjonaci, dyplomata i pisarz Amerykanin John Lloyd Stephens oraz rysownik Brytyjczyk Frederick Catherwood. Oczywiście cały teren był zarośnięty dżunglą, więc wyobraźcie sobie ile pracy kosztowało ich (oraz cały zespół, z którym podróżowali) odnalezienie i odkopanie piramidy oraz wszystkich budynków znajdujących się dookoła.
Na tę akurat piramidę nie można wejść, gdyż 5 lat temu pośliznęła się i spadła z niej amerykańska turystka – niestety ze skutkiem śmiertelnym. Od tego czasu można podziwiać to cudo jedynie z oddali (a podobno środek jest niesamowity).

Wreszcie, po 14 dniach życia na walizkach, dotarliśmy do najbardziej rozreklamowanego, najsłynniejszego, naj, naj, naj resortu Meksyku – Cancun. Hotel był przeogromny, czegoś tak wielkiego chyba jeszcze nie widziałam. All-inclusive oczywiście, więc już wiecie, jak się kończyły wszystkie wieczory ;). Jedzenie rewelacja, a wybór taki, że nawet mi – osobie, która je tylko dlatego, że musi (niektórzy posuwają się nawet do stwierdzenia, iż nie posiadam kubków smakowych ;) – rozbiegły się oczy na widok np. kilkudziesięciu rodzajów sushi. A plaża… raj sam w sobie! Leżałam na niej plackiem cały boży dzień (jak nie ja!), a kolega donosił drinki. Było cudownie, leniwo, a jakie widoki!

Trzy baseny i Morze Karaibskie

Wygrzałam się, naładowałam baterie i… wróciłam do Anglii, w której na szczęście też jest ciepło – nie tak jak w Meksyku, ale na 21 C nie mam prawa narzekać.

KONIEC

Od jutra znowu będę narzekała na Angoli, więc będziecie zadowoleni ;).

16 Maj 2010

Meksyk – część III

Filed under: Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 4:24 pm

Nasz przewodnik był w wieku 50+, ale ciało miał jak młody półbóg ;). Gdy się rozebrał na basenie, wszystkim paniom szczęki opadły, a panów pewnie szlag trafił. Pan Darek to nietuzinkowa postać, był na wszystkich kontynentach, mieszkał w wielu dziwnych miejscach (nadłużej w Indiach – ponad 8 lat), zwiedził dosłownie wszystko, co warte zwiedzenia. A ciało ma jak Herkules, bo uprawia wspinaczkę ektremalną, najlepiej bez żadnych zabezpieczeń, butli i sprzętu. Oprócz wspinaczki interesuje się astrologią, różnymi religiami, wierzeniami… i tu się niestety nie rozumieliśmy. Zostałam wychowana na Zatwardziałą Sceptyczkę, nie przyszłoby mi do głowy, żeby iść do wróżki, analizować daty urodzin, patrzyć w gwiazdy lub zakładać, że wszystko już zostało zapisane i nie mam na nic wpływu. „Nawiedzony”, szeptałyśmy z mamą po kątach ;). Nie jestem z tego specjalnie dumna, wielu ludzi twierdzi, że istnieje świat, inna płaszczyzna, do którego dostęp mają tylko nieliczni, i możliwe… możliwe, że coś w tym jest, ale nie potrafię się przekonać, nie potrafię uwierzyć. Simon na szczęście myśli podobnie, pewnie dzięki swojej mamie, która też twardo stąpa po ziemi. Dygresja –

Piątek, „teściowa” zalogowała się na Skype’a, jak co rano. Gadki-szmatki, w końcu:

Ona: Fajnie, że macie z Simonem urodziny tak blisko siebie, możecie wyprawić jedną wielką mega imprezę.

Ja: Tak, oboje jesteśmy Bliźniakami, to podobno dobre dla związku [wpływ pana Darka!]

Ona: I ty wierzysz w takie głupoty??

Nie, nie wierzę. I uwielbiam ją ;). Gorzej, że pan Darek w przyszłym tygodniu przyśle wszystkim uczestnikom wycieczki horoskopy na resztę życia bazujące na dacie urodzenia. Jeśli się dowiem, że umrę za dwa lata, rzucam pracę, biorę pożyczkę z banku i lecę w podróż dookoła świata ;). Gorzej, jeśli nie umrę i trzeba będzie to spłacić ;).

Wracajmy do Meksyku. Drugą ciekawą – ale ciekawą inaczej – osobą był nasz meksykański kierowca. Jako typowy przedstawiciel kultury, którą na swój własny użytek nazywam kulturą macho, gdy tylko zorientował się, że mówię po hiszpańsku, zaczął mnie co rano witać tekstami w stylu: „Witam, moja gwiazdeczko”, „Witaj, królowo”, „Całą noc o tobie śniłem, pięknie wyglądasz”, „Mam nowy krawat, wystroiłem się specjalnie dla ciebie” ;). Typowe, takie typowe! Dwa lata wysłuchiwałam takich głupot na Dominikanie/ w Panamie/ na Kubie. Od razu mu powiedziałam, że mam chłopaka – głupia, przecież mogłam przewidzieć odpowiedź:

– On jest daleko, a ja jestem blisko. Trzeba się cieszyć tym, co jest blisko!

Typowe, takie typowe! W końcu wielkodusznie zaproponował, że „podaruje” mi dziecko, bo „byłoby takie piękne”. Odmówiłam grzecznie, acz stanowczo ;). Gdy potem opowiedziałam wszystko Simonowi, mój flegmatyczny Anglik flegmatycznie zapytał: „Gdzie on teraz jest? Znajdę go i zabiję!!” ;).

Muszę przyznać, że wszyscy uczestnicy wycieczki byli bardzo sympatyczni i tacy „normalni”. Nikt się nie spóźniał, nikt nie marudził, nikt się nie wymądrzał. Jeśli pobudka była o 6:30, a wyjazd o 7:30, już o 7:20 autokar był pełen. Jeśli zbiórka była o 16:00, o 15:50 wszyscy już grzecznie czekali. Nikt się nie buntował, że za wcześnie, za mało/ za dużo czasu wolnego, za męcząco, za… Niektórzy piszczeli, że gorąco, ale bardzo cichutko ;). Przewodnik przyznał, iż po każdej wycieczce robi się czarną listę marudnych turystów i wysyła się ją do wszystkich biur podróży z adnotacją „Uwaga na te mędy!”. Także my już byliśmy po selekcji ;) i pewnie dlatego wszystko wyszło tak dobrze. Byliśmy naprawdę zgraną grupą, wieczorami zbieraliśmy się na basenie na pogaduszki, albo na tarasie hotelu na drinka. Rozmawialiśmy głównie o tym, gdzie kto był i gdzie warto pojechać. Wszyscy chwalili Maroko, więc jak będzie kasa, to pewnie pojedziemy na objazdówkę. Jedno starsze małżeństwo co roku jeździ do czarnej Afryki i jest to ich ulubiony kontynent, ale gdy zaczęli opowiadać jak tam jest niebezpiecznie, trochę się zniechęciłam, np. w Ugandzie obrabowali ich żołnierze mający chronić hotel. Za bardzo się nie patyczkowali, przystawili tej pani karabin do brzucha i koniec, oddawaj wszystko. To ja już z tej Afryki wolę komercyjne Maroko…

Ten wyjazd przywrócił mi wiarę w ludzi, którą lekko straciłam patrząc na Polaków w Anglii… Nie jest z nami tak źle!

Cdn.

14 Maj 2010

Meksyk – część II

Filed under: Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 1:33 pm

Sanktuarium Maryjne Matki Bożej z Guadalupe znajduje się na obrzeżach stolicy.


Jeśli kogoś interesuje, może sobie kliknąć na link podany powyżej – dość powiedzieć, że znajdujący się w środku obraz Matki Bożej uważany jest za cud sam w sobie. Mówi się, że nie mógł on zostać namalowany ludzką ręką, gdyż nie widać absolutnie żadnych pociągnięć pędzla, a ta niebieska tunika została zrobiona z włókien agawy, które normalnie szybko się rozpadają, a tymczasem obraz ma kilkaset lat:


Wierzyć, nie wierzyć, zależy od Was, oni wierzą na pewno:

Wierni udają się do kościoła na kolanach

Po duchowych przeżyciach, przyszedł czas na dwie największe piramidy Azteków – piramidę Słońca i Księżyca. Zrobiły na nas tak niesamowite wrażenie, że wszyscy jak w amoku cykaliśmy zdjęcie za zdjęciem (jak ludzie mogli kiedyś żyć z filmem 36 klatek maks? ;).

Piramida Słońca

Piramida Księżyca

Właśnie samokrytycznie stwierdziłam, że zarówno mój aparat, jak i moje umiejętności robienia zdjęć są do d, ale musicie mi uwierzyć na słowo – wrażenia nie do opisania. Zwłaszcza gdy człowiek wyobrazi sobie kapłanów stojących na samym szczycie i składających ofiary z ludzi, jedzących serca… itd. Co prawda, jeden pan z naszej wycieczki, lekarz, stwierdził, że te legendy o wyrywaniu serc po jednym ciosie noża, choćby bardzo ostrego, należy brać z przymrużeniem oka, bo tak szybko do serca dojść się nie da. Zaczął się rozwodzić o rozchylaniu żeber… i wtedy odeszłam na bok, bo gdybym dalej go słuchała, to bym zemdlała ;).

Po wyczerpującym wchodzeniu na i schodzeniu z piramid w okropnym upale, pojechaliśmy do miasteczka znanego z kopalni srebra, a tym samym z piękniej biżuterii. Nie powiem, rozbiegły mi się oczy ze szczęścia, ale mina mi zrzedła, gdy okazało się, że nie dla psa kiełbasa:

Repliki biżuterii noszonej przez Fridę Kahlo

Tylko 10.000 dolarów i jeden z tych cudów byłby mój ;). Ech, chyba dopiero w przyszłym życiu… choć z drugiej strony, mając tak drogą biżuterię, bałabym się jej nosić – zwłaszcza w mojej angielskiej wiosce, gdzie co drugi to Polak ;).

Następne dwa dni spędziliśmy w nieco podupadłym, lecz wciąż popularnym resorcie Acapulco. Kojarzycie piosenkę? Śpiewaliśmy ją z rodzicami non-stop ;). Przestroga dla potomności – hotele typu all-inclusive NIE są dobre dla ludzi. Zwłaszcza dla ich głów. Jako że można pić alkohol bez ograniczeń (czym wyższy napiwek, tym mocniejszy drink), już o 14:00 człowiek nie bardzo wie, co się dzieje i np. zostawia torebkę z paszportami, aparatem i wszystkimi pieniędzmi w restauracji… Mama stwierdziła, że noszenie wszystkiego ze sobą będzie „bezpieczniejsze” niż trzymanie tego w pokoju – ale nie wzięła pod uwagi klątwy all-inclusive ;). Chwała Matce Bożej z Guadalupe za uczciwy personel, który torebkę, nietkniętą, oddał.
Ocean w Acapulco był wspaniały, ale piasek jak papier ścierny, w ogóle nie dało się spacerować po plaży. Samo miasto, mimo że teoretycznie duże, bez rewelacji. Jedna ulica ciągnąca się kilometrami, wzdłuż której stoją ogromne hotele, trochę małych barów i lokalne sklepiki. Bary i restauracje raczej nie mają zbyt dużego powodzenia wśród turystów, bo po co wydawać pieniądze, skoro ma się all-inclusive? Tym niemniej powtórzę raz jeszcze – all-inclusive to zdradliwy wynalazek.  Ja co prawda niczego nigdzie nie zostawilam, ale za to przespalam pol dnia i tak sie skonczyly szalenstwa w Acapulco ;).

Cdn.

12 Maj 2010

Meksyk – część I

Filed under: Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 12:50 pm

Lot z przesiadką w Houston (mój pierwszy raz w Ameryce! ;) odbył się bez wydarzeń godnych zanotowania. Ponieważ samolot rodziców miał wylądować dopiero za dwie godziny, doprowadziłam się do porządku (a po 20 godzinach lotu było co porządkować), pochodziłam trochę po lotnisku i wreszcie, znudzona, udałam się do hali przylotów. A tam… setki nastolatek z balonami z napisami „WE LOVE YOU” lub „TE QUIERO”, transparenty, wysokodecybelowe dziewczęce piski, w powietrzu atmosfera radosnego podniecenia. W pierwszej chwili pomyślałam sobie, że zaraz pojawi się jakaś meksykańska gwiazda, jakaś Paulina Rubio albo zespół Maná. Z upływem czasu przybywało coraz więcej ludzi, młodych i starszych, coraz więcej balonów i coraz więcej transparentów. W końcu zrobił się tak straszny tłok, że zaczęłam się spodziewać co najmniej Brada Pitta. Już dawno nie widziałam tylu rozentuzjazmowanych, rozanielonych, podnieconych osób na raz. Nie wytrzymałam i pytam pana obok, co się dzieje. Jego odpowiedź nieźle mnie zaskoczyła, bo to lotniskowe szaleństwo miało się w moich oczach nijak do powodu:

– Dzieci z kilku szkół pojechały na zawody sportowe do Anglii i z powodu wybuchu wulkanu na Islandii, przez tydzień nie mogły wrócić do Meksyku.

No i co, to wszystko?? Cały ten cyrk dla kilkudziesięciu dzieciaków, jak się okazało w wieku ok. 10-12 lat? Hm, dziwne dziwy. Widocznie bardzo się skarżyli, że w tej zimnej Anglii tylko herbatę z mlekiem podają i ani pół burrito nie ma ;). Gdy wreszcie „gwiazdy” się ukazały, lotniskiem wstrząsnął WRZASK, śpiewy, krzyki… Ludzie padali sobie w ramiona i płakali, niektórzy szlochali tak, jakby w tej Anglii przetrzymywano ich co najmniej rok, i to w warunkach urągających godności człowieka ;).

Rodzice przylecieli, całą grupą (aż 31 osób, bo dwa poprzednie wyjazdy nie doszły do skutku) pojechaliśmy do hotelu w centrum Mexico City. Hotel w porządku, choć na dość podłej ulicy. Zjedliśmy kolację, strzeliliśmy sobie z rodzicami po kieliszku żołądkówki – to tak w ramach terapii, żeby nie dopadła nas żadna aztecka „klątwa” ;) – i poszliśmy spać.

Ale spać się nie dało. W pokoju naprzeciwko towarzystwo urządziło sobie tak głośną imprezę, że żadne z nas oka nie zmrużyło. Przekręcam się z boku na bok, w końcu zaklęłam pod nosem (bardzo brzydko), a mama z ulgą: „O, ty też nie śpisz!” Od 3 do 6 nad ranem gadałyśmy o życiu ;). Mimo, że rozmawiam z mamą dzień w dzień na Skypie, zawsze jakieś tematy się znajdą. Obie jesteśmy tak straszliwymi gadułami, że bardzo często musimy się przekrzykiwać i wrzeszczeć: „Cicho, teraz JA!” ;).

Mexico City to największe miasto świata – dziennie przewija się przez nie ok. 35 milionów osób. Wyobrażacie sobie całą Polskę w jednym mieście? Tym niemniej, w Pekinie bardzo „widać” te 20 milionów ludzi, a w Mexico City jakoś nie ma się wrażenia tłoku. Akurat była sobota, więc na głównym placu sprzedawcy powystawiali kramiki z różnymi cudami, Indianie tańczyli w rewelacyjnych strojach – kolorowo, egzotycznie… i trochę zimno. Wszyscy mieliśmy gęsią skórkę i trzęśliśmy się jak stado osik. Nikt nie wziął nic ciepłego, no bo jak to, Meksyk przecież! ;) Z czasem nauczyliśmy się, że poranki bywają bardzo chłodne.

Nie będę opisywać każdego odwiedzonego miejsca, bo padlibyście z nudów – sama wiem po sobie, że dużo faktów, dat i nazwisk odnośnie miejsc, których nie widziałam po prostu mnie zniechęca. Chciałabym bardziej skupić się na ogólnych wrażeniach. Warto zobaczyć stolicę Meksyku chociażby dlatego, aby uświadomić sobie, że kiedyś była to wyspa z niesamowitymi piramidami, które zostały bezsensownie zniszczone przez hiszpańskich kolonizatorów. Obecnie budynki stoją na terenie zasypanego jeziora i większość z nich, krótko mówiąc, jest krzywa. Weszliśmy do kościoła, patrzymy na główną nawę, a tam prawa część kilka metrów niżej od lewej. Samo miasto na pierwszy rzut oka wyglądało „sympatycznie”, jeśli tak się mogę wyrazić, aczkolwiek przewodnik mówił, że często niebo przesłania smog, a powietrze jest bardzo zanieczyszczone. Spędziliśmy tam dwa dni… i dwa dni chyba wystarczą.

Kto interesuje się malarstwem lub przynajmniej oglądał „Fridę”, wie co nieco o Diego Riverze – jego freski przedstawiające historię Meksyku są po prostu rewelacyjne. Zrobiłam kilka zdjęć, ale chyba nie oddają one ani ich perfekcji, ani rozmiaru.

Cdn.

11 Maj 2010

Elo, ziom!

Filed under: maj 2010 — swiatmartyw @ 12:17 pm

Do mojej szkoły językowej zgłosiło się dwóch Anglików z zapytaniem o lekcje polskiego. Od razu sobie pomyślałam, że albo mają polskich pracowników i nie potrafią się z nimi porozumieć, albo chodzi o miłość, gdyż jak wiadomo Polki fajne są ;). Sprawdził się drugi wariant – jeden żeni się z niejaką Joanną, a drugi jest jego najlepszym kolegą i musi, biedaczysko, wygłosić na weselu przemówienie po polsku, bo rodzina panny młodej po angielsku ani be, ani me. Mam niecały rok, żeby zrobić z nich Mickiewiczów dwóch ;).

Wczoraj mieliśmy pierwsze zajęcia. Zaczęło się strasznie, bo od alfabetu. Choć interesuje ich głównie podejście komunikacyjne, czyli jak najwięcej konwersacji i gramatyka ograniczona do minimum, stwierdziłam, że litery znać powinni, chociaż niech im się przyjrzą parę razy. „Ą” jeszcze jakoś przełknęli, lecz już przy „ę” zaczęły się problemy. Obaj są przezabawni, więc nieźle się uśmialiśmy, ale fakt faktem, że to „ę” ich załamało. A potem było tylko gorzej – o ile „ż” i „ź” wyszło w miarę dobrze, to już takich cudaków jak „dz”, „dż” i „dź” nie dało rady wymówić. Pocieszałam ich, że początki zawsze są trudne, a oni tylko smutno kiwali głowami ;).

Przy okazji wyszło na jaw, iż lingwiści inaczej patrzą na świat :). James jest z tą dziewczyną już kilka lat, a nie wiedział, że w języku polskim istnieją rodzaje rzeczownika. Mój Simon co prawda nie mówi po polsku, ale ma całą masę teoretycznych informacji, które – tak myślę – ułatwiłyby mu naukę, gdyby chciało mu się wreszcie ruszyć tyłek i trochę poczytać. Obu panów załamał fakt, że „wieczór” to „on”, a „noc”, to ona. „But why, WHY?!?!” – wrzeszczeli jeden przez drugiego ;). Nie chciałam o tym wspominać już na pierwszych zajęciach, co by nie wywoływać niepotrzebnej paniki – sami się wrobili, bo zapytali czemu „dobry” wieczór, ale „dobra” noc.

Skończyło się pozytywnie, bo dialogiem: „Cześć, jestem James. Jak masz na imię?”, „Jestem David. Miło mi”, oraz „Dzień dobry, nazywam się James. Jak się pan/ pani nazywa?” – które to dialogi obu panom udało się opanować perfekcyjnie, więc byli zadowoleni. I ja też. Przyznaję, zdania są nieco sztywne i sztuczne, ale od czegoś trzeba zacząć – „Elo, ziom!” raczej nie przeszłoby na weselu ;).

10 Maj 2010

Uwagi dobrodusznie złośliwe

Filed under: maj 2010 — swiatmartyw @ 8:48 am

Zanim przejdę do Meksyku, muszę opisać to, co zastałam w domu. Znacie tę  piosenkę?

„Baby, ach te baby, człek by je łyżkami jadł. Co tu łgać, co tu kryć, spróbuj bez baby żyć – gdy ci się uda taka sztuka, toś jest chwat!”

O prawdziwości powyższego tekstu boleśnie przekonał się Simon. Gdy pisał mi smsy o treści: „Bardzo za tobą tęsknię, bez ciebie nic nie ma sensu”, myślałam, naiwnie, że chodzi mu o wyjścia, imprezy i rozrywkę ogólnie. Błąd. Beze mnie nic nie miało sensu.

Już na stacji stwierdziłam, że wyszedł po mnie jakiś długowłosy hippis. Miał iść do fryzjera zaraz po moim wyjeździe, ale przecież nie miało to sensu, więc nie poszedł. Bujna czupryna zaczęła opadać mu na oczy, ale zamiast oddać się w ręce specjalistów, nauczył się ją automatycznie odgarniać ;).

Po wejściu do domu zobaczyłam buty rozrzucone po całym przedpokoju, mimo elegancko zainstalowanej szafki. Potem było już tylko gorzej. Łazienki mogły konkurować z toaletami publicznymi w Pekinie, w lustrach nie było nic widać, bo zostały zaplute pastą do zębów, dywany się kleiły, na kanapie leżały wgniecione resztki chipsów, a w kuchni walały się niezliczone wprost opakowania po pizzy i puszki/butelki po piwie. Przed dwa tygodnie jadł tylko pizzę, bo gotowanie beze mnie nie ma sensu. Pił głównie piwo, bo kupowanie innych napojów beze mnie nie ma sensu. Nie sprzątał i nie odkurzał, bo… tak, zgadliście, bez sensu przecież! Jedynie ubrania miał uprane, uprasowane i ułożone w kosteczkę – chociaż tyle, pewnie po to, żeby jego szef nie zauważył, że baba wyjechała (choć te włosy…) ;).

W sobotę jeszcze odpuściłam, ale w niedzielę, dzień święty, zapędziłam go do roboty, a że co cztery ręce to nie dwie, a poza tym nagle sens się znalazł, w ciągu godziny dom zaczął lśnić i pachnieć. Potem obejrzeliśmy F1, pojechaliśmy na spacer, poszliśmy na kawę z lodami, powygrzewaliśmy się nad pobliską rzeczką… Zasypiając Simon wymamrotał: „Kocham cię… porządkujesz mi życie”. Ciekawe, czy zamiast „życie”, w pierwszym odruchu miał ochotę podstawić „mieszkanie” ;).

8 Maj 2010

Po podróży

Filed under: kwiecień 2010,maj 2010,Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 5:07 pm

Miałam pisać dzień w dzień, ale plan ten wziął w łeb z trzech powodów, logicznie ze sobą powiązanych. Po pierwsze, aby móc zwiedzić cały kraj, codziennie wstawaliśmy o 6:30 rano (czasami nawet o 5:20), więc gdy ok. 21:00 wreszcie udało się zjeść kolację, padałam półżywa na łóżko i nie miałam siły na nic. Po drugie, kafejki internetowe były drogie. A po trzecie, zdałam sobie sprawę, że od wielu, wielu lat nie spędziłam ani jednego dnia bez komputera. Bez sprawdzania wiadomości, portali społecznościowych i mailii. Bez denerwowania się głupotą niektórych artykułów lub komentarzy. Doszłam do wniosku, że przecież jestem na wakacjach, więc po co mi to. A teraz wróciłam i znowu jestem pełna zapału do pisania oraz miłości do cyberprzestrzeni.

Wycieczka była bardzo udana, aczkolwiek – ze względu na wielkość Meksyku i związane z tym długie przejazdy autokarem – trochę męcząca. Codzienne wstawanie o nieludzkiej jak dla mnie porze (mimo, żem skowronek) powodowało, że potem, zamiast słuchać, co opowiada przewodnik, przesypiałam z obciachowo otwartą gębą praktycznie wszystkie przejazdy. Budziłam się, wysłuchiwałam kilku zdań o Aztekach, i znowu odpływałam. Większą ruchliwość wykazywałam jedynie podczas przerw na toaletę – wiadomo jak to jest na wycieczkach, człowiek jak piesek, jak go wyprowadzają, to sikać musi. A potem znowu do autokaru, pięć minut skupienia na historii Meksyku i znowu w objęcia bogów (pewnie jakiegoś mieli od snu, ale skąd mam wiedzieć, przecież wszystkie opowiadania przespałam).

Wróciłam dopiero cztery godziny temu, po okropnej, koszmarnej podróży, podczas której – dla odmiany – nie zmrużyłam oka ani na chwilę. Nie spałam od ponad 24 godzin i zaczyna szumieć mi w głowie jak po wypiciu mocnego wina. Jednocześnie walczę z moim organizmem, bo jeśli usnę teraz, o 17:00, to obudzę się w środku nocy i tak będziemy się bawić przez kilka dni. A przecież w poniedziałek do pracy.

Gdy już trochę oprzytomnieję, wszystko elegancko opiszę i zamieszczę stosowne zdjęcia. Na razie czekam, aż chłop mi obiad zrobi i poda pod nos, a pewnie i nakarmi, bo zapadam w letarg. Meksykańskiego żarcia mam dosyć na pół roku. Pierogów mi nie ulepi, ale coś tam pichci w kuchni ze śpiewem na ustach, więc nie jest źle :). Facet w kuchni to aktualnie najcudowniejszy widok dla moich zamykających się oczu i żołądka wymęczonego ohydnym jedzeniem podawanym w Continental Airlines.

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.