Świat Marty W.

30 stycznia 2010

Szczęśliwy, szczęśliwy dzień

Filed under: styczeń 2010 — swiatmartyw @ 7:15 pm

Wreszcie doczekałam się pozytywnego artykułu o Polsce w brytyjskiej prasie – i to nie byle jakiej, bo w „The Economist”. Co prawda, jak zwykle nie obyło się bez charakterystycznego zdjęcia typu „wiocha i bieda”, którymi jest opatrywana większość informacji o naszym kraju. Skoro artykuł o takim hurraoptymiźmie, to czemu nie dać panoramy Warszawy, z nowoczesnymi wieżowcami ze szkła i stali? Może następnym razem. Artykuł znajdziecie tutaj.

Mój ulubiony kawałek:

Mr Kaczynski’s record is dire (his popularity rises only when he makes no public statements). His main role has been destructive, vetoing laws and blocking appointments. He is widely believed not to want a second term, but to have been pushed into it by his bossy twin brother, Jaroslaw, who leads the main opposition party, Law and Justice.

Cholera, znowu o polityce.

Reklamy

29 stycznia 2010

Szkodniki

Filed under: styczeń 2010 — swiatmartyw @ 1:30 pm

Dzisiaj cała Wlk Brytania żyje zeznaniami Tony’ego Blaira dotyczącymi ataku na Irak. Wszystkie kanały to pokazują, niektóre na żywo, niektóre tylko urywki i komentarze. Ostatnia wiadomość brzmi: „Blair admits Saddam threat was overstated”. A tak to wygląda okiem satyry:

TimesOnline Peter Brookes

Mam swoją prywatną opinię na ten temat, ale nie chcę pisać o polityce. To ma być blog do pośmiania się, a nie do podwyższania Wam ciśnienia (bo wiadomo, że ile ludzi, tyle opinii). Moje zdanie na temat sytuacji politycznej w Polsce obrazuje poniższy genialny rysunek znajomego satyryka, który powstał jako komentarz do wypowiedzi Daniela Olbrychskiego: „Jarosław Kaczyński to największy szkodnik polityczny w Polsce. Wszystko, co robi ten człowiek, wynika z chorobliwej żądzy władzy”.

Wszelkie prawa do rysunku – Artur Krynicki

A szkodniki, wiadomo, niezależnie od języka, w którym brzęczą, należy eliminować.

To był mój pierwszy i ostatni wpis polityczny.

Coś optymistycznego

Filed under: styczeń 2010 — swiatmartyw @ 9:26 am

Były dwa krytyczne teksty o Wlk Brytanii – ale nie chcąc być niesprawiedliwa, muszę przyznać, że zalety znacznie przewyższają wady. Podoba mi się, że (kolejność przypadkowa):

1. Nie można palić w klubach, barach, pubach, restauracjach, na dworcach, na przystankach. Wreszcie wracam do domu z imprezy i moje ubranie, włosy oraz ja sama nie śmierdzą papierosami. Ciekawe kiedy doczekamy się takiego cudu w Polsce? Tylko żeby nie było jak w Danii – w pubach stoją „budki” dla palących pozbawione… drzwi. No to dym powolutku, powolutku roznosił się po całym lokalu, najpierw nieprzyjemnie drażniąc moje nozdrza, aż w końcu cała fala dostawała mi się do gardła i zaczynałam się dusić. Pewnie pomysłodawca tych budek był pod wpływem Carlsberga ;).

2. Ludziom, ogólnie rzecz biorąc, dobrze się żyje. Stopa życiowa jest o wiele wyższa niż u nas, nawet za pensję minimalną można przeżyć bez większych problemów.

3. Nie ma pomazanych sprayem budynków, wszędzie jest czysto (oprócz dzielnic imigrantów, niestety!) – pewnie dlatego, że kara za śmiecenie na ulicy wynosi 2500 funtów. No i dobrze! Niepopękane chodniki, kilometry autostrad, świetnie oznaczenia na drogach.

4. Ludzie są mili, zawsze próbują pomóc, nawet jeśli nie muszą. Wystarczy na ulicy rozłożyć mapę, a natychmiast ktoś podejdzie pytając, czy się zgubiliśmy i czy może jakoś pomóc.

5. Na poczcie i w bankach z reguły działają wszystkie okienka (na naszej wioskowej poczcie jest ich aż 12), więc nigdzie nie ma kolejek.

6. Latem w centrach miast mnóstwo donic z kwiatami stoi wprost na ziemi, lub na parapetach parterowych restauracji – i nikt ich nie kradnie.

7. Starsi ludzie spędzają czas aktywnie – organizują się w kluby, podróżują. Mają na to pieniądze, ale też i ochotę.

8. Nie ma bezdomnych zwierząt. Wszystkie są łapane i przewożone do czegoś w stylu całkiem luksusowego hotelu, bo azylem tego nie można nazwać. Widziałam dwa takie – dużo opiekunów, spory wybieg, bardzo dobre warunki. Instytucje te dofinansowywane są z budżetu państwa oraz z datków dobrych ludzi – stąd te reklamy „podaruj nam 6 funtów miesięcznie„. Nie mówię, że zwierząt tam nie usypiają – na pewno w końcu usypiają, ale po wejściu do większości azyli w Polsce serce się człowiekowi kraje, a tutaj zwierzaki mają naprawdę dobrze.

9. Najważniejsze dla mnie – tanie loty do większości krajów/ tanie wakacje, o dużo, dużo tańsze niż z Warszawy. Nie chodzi wyłącznie o „last minute”, nie wiem jakim cudem mogą sobie pozwolić na takie ceny, ale jest naprawdę tanio. Na Dominikanę leciałam za 200 funtów*, bezpośredni lot z Londynu. Do Kopenhagi za 45, do Amsterdamu za 80 zdaje się, ale sam początek lata był i w dodatku piątek, to zawsze drożej. Na Kanary można polecieć za 50 (lecimy we wrześniu, hurra! co prawda jeszcze nie kupiliśmy biletów, jeszcze czas), do Barcelony za 40, do Nowego Jorku za sto z groszami (wszystkie podawane ceny w obie strony). Oczywiście, trzeba zarezerwować wcześniej, ale i tak się opłaca. A dla Brytyjczyków – biorąc pod uwagę fakt, że średnia pensja osoby zaraz po studiach (czyli w wieku 22 lat…) to 1500 funtów na rękę – to naprawdę nie jest dużo.
Piątek-poniedziałek w Marakeszu, przelot, hotel z wyżywieniem – 120 funtów od osoby. Strasznie chcieliśmy lecieć, ale chęć posiadania stołu i krzeseł przeważyła ;).

Nie jest źle.

*1 GBP = ok. 4,8 PLN

27 stycznia 2010

Babie nie dogodzisz

Filed under: styczeń 2010 — swiatmartyw @ 5:13 pm

Ponieważ tłumaczenia do 11 rano i trzech uczniów to za mało, żeby wypełnić mi tydzień, postanowiłam umieścić swoje CV na kilku brytyjskich portalach zajmującym się pośrednictwem w szukaniu pracy. Najpierw zrobiłam wywiad środowiskowy i dowiedziałam się, które uważane są za najlepsze, najbardziej znane, najbardziej popularne wśród pracodawców. Skrupulatnie wypełniłam wszystkie rubryki (za każdym razem zajmuje to ok. 2 godzin), takie doświadczenie, siakie doświadczenie, tu studia, tam praktyka, kiedy, gdzie i z kim. Listy motywacyjne, skany dyplomu, cuda na kiju. I wreszcie – jako kto chciałabym pracować. Wpisałam: Language Teacher. Druga Opcja: Translator. Trzecia Opcja: Project Manager.

I zaczęły się jaja.

Dzień w dzień dostaję po 15 mailii o entuzjastycznych tytułach typu: „Poszukiwany tłumacz z twojej kombinacji językowej!!!!!” (albo jeszcze i więcej tych wykrzykników). Czytam maila – 3 tysiące słów do przetłumaczenia ze szwedzkiego na japoński. Gdzie na litość boską kiedykolwiek wspomniałam, że znam te języki?? Mało tego, nawet nie byłam w tych krajach, więc nie ma absolutnie żadnej możliwości, żeby wyczytać takie dane z mojego CV. Z chorwackiego na portugalski. A nawet – uwaga – z arabskiego na suahili. Przysyłają wszystkie ogłoszenia z „translator”, w ogóle nie biorąc pod uwagę moich umiejętności (lub raczej ich braku).

Kolejnych spamów dorobiłam się słowem „language”. Nie wiem ile razy dziennie dostaję wiadomość, że potrzebują kogoś ze znajomością „web scripting language”, C++ language oraz Java language.  No nie do końca o to mi chodziło niestety. Umiem komputer włączyć, wyłączyć, maile odebrać, Office jako tako obsłużyć i bloga napisać. Wystarczy mi.

Na „teacher” uparcie usiłują mnie namówić na zostanie nauczycielem matematyki. Gdyby wiedzieli, że od 13 do 19 roku życia miałam prywatne korepetycje…

O kwiatkach z „manager” nawet nie wspomnę. Proponują mi wszystko, od pozycji managera banku po… zarządzanie miejskimi toaletami publicznymi. Pecunia non olet, ale gdy czytam opis obowiązków i widzę m.in. „zarządzanie środkami czystości”, to już widzę siebie dzwoniącą do Tesco: „Dzień dobry, brakuje nam 200 rolek papieru toaletowego miękkiego jak aksamit oraz 50 Domestosów, co zabijają zarazki. Na śmierć”. Chrzanię taką robotę, zresztą po co się męczyć, Mr Muscle mnie wyręczy.

Ale już naprawdę nie wiem, co skłoniło jeden z portali do przysłania mi maila o takim tytule:

Marta, start your plumbing career today!!!

I na to straciłam w sumie 8 godzin życia? Nic, tylko zostać hydraulikiem ze znajomością japońskiego ;).

PS. Napisałam ten tekst wczoraj wieczorem. Dzisiaj otwieram maile, a tam: „Zostań football event manager!!!!!” Zgłoszę się, a co, może poznam Davida Beckhama, Victoria będzie o mnie zazdrosna, i trafię na okładkę The Sun! Sława, sława, sława!!! Czuję, że stoi przede mną otworem :D.

26 stycznia 2010

Talent polecam

Filed under: Przemyślenia różne,styczeń 2010 — swiatmartyw @ 9:25 am

Zobaczyłam u koleżanki i przekazuję dalej. Dobre rysunki i trafne puenty! Poniżej dwa związane tematycznie:

Więcej na http://agde.blox.pl oraz na profilu „piksele” na Facebooku. Niektóre naprawdę rewelacyjne, np. to:

:)

Niektórzy mają talent! A jak ja coś narysuję, to nie wiadomo, czy kot, czy świnia…

25 stycznia 2010

Intruz

Filed under: styczeń 2010 — swiatmartyw @ 1:45 pm

Ale mi się udało ją zaskoczyć, hłe, hłe, hłe! Już od dawna miałam na nią oko, skradałam się, planowałam, czekałam na właściwy moment do ataku. No i leży, głównie śpi, kicha albo usiłuje ze mną walczyć za pomocą jakiś marniutkich leków wziętych z walizeczki z pierwszą pomocą. Umówmy się – żenada. Ja przecież zahartowana w bojach jestem! Niejednego na tamten świat wyprawiłam. Niejednemu życie na długie tygodnie uprzykrzyłam. Szybko z tego nie wyjdzie. Powaliłam ją elegancko, precyzyjnym prawym sierpowym.

Ja, grypa.

24 stycznia 2010

Ale jaja

Filed under: styczeń 2010 — swiatmartyw @ 11:07 am

Kupowanie jedzenia z Simonem to prawdziwy koszmar. Wszystko musi mieć napis „British”, „Made in the UK”, „From British farms” albo mieć brytyjską flagę. Nie ma mowy o warzywach z Hiszpanii, rybach ze Skandynawii czy francuskim chlebie. Nie może być nawet tak, że półprodukty przychodzą skądś tam, a potem zostają mieszane i pakowane w Wlk Brytanii. Jedyne ustępstwa robione są dla serów, wina oraz naszego jogurtu Jogobella (tu w każdym supermarkecie jest co najmniej jeden regał z polskimi produktami), który – w przeciwieństwie do brytyjskich – o dziwo zawiera trochę owoców.

Najgorzej jest z jajkami. Będziemy chodzić godzinę po Sainsbury’s czy innym Tesco, aż znajdziemy duże jaja od „free range hens”, czyli takich, co niby szczęśliwe są i stresu w życiu nie mają, bo biegają sobie na zewnątrz i zajadają się dżdżownicami i innymi smakołykami. Z tym akurat zgadzałabym się w 100%, bo robi mi się niedobrze na samą myśl o tych biednych kurach w ciasnych klatkach ze sztucznym światłem palącym się 24 h na dobę, ale… skąd wiem, że Tesco nie robi mnie w jajo? Jak można sprawdzić, czy rzeczywiście dany produkt pochodzi od szczęśliwych czy od depresyjnych? Oprócz po cenie, bo jest dokładnie trzy razy drożej. I czemu są małe jaja, średnie, duże i ogromne? I czemu w różnych kolorach? Od czego to zależy, od rodzaju kur, od stanu ich szczęśliwości? Dodam, że w smaku różnicy żadnej, oczywiście, tylko sama ze sobą lepiej się czuję, pewnie szczęście tych kur mi się udziela.

Simon twierdzi, że Tesco i inni nie ryzykowaliby swojej reputacji dla jaj, więc jest tak jak mówią. Ale… pamiętacie ten skandal w Polsce, ten reportaż o którymś z supermarketów zatytułowany „Trzecie życia kurczaka”? Jaja jak berety. Już nie kojarzę, co to za sklep był, ale rozumiecie skąd się bierze moja podejrzliwość. Póki co wolę wierzyć, że przyczyniam się do lepszego humoru brytyjskich – a jakże – kur szczęśliwie znoszących jaja ku szczęśliwości brytyjskiego narodu.

23 stycznia 2010

Dobre serce Szymka

Filed under: styczeń 2010 — swiatmartyw @ 2:47 pm

Siedzę i tłumaczę, niepoprawnie zgarbiona tak jak lubię. Przychodzi Simon: „Słuchaj… wiem, że urządzamy mieszkanie i jesteśmy kompletnie spłukani, ale… mogę wysłać trochę pieniędzy na pomoc Haiti?” Dobrego mam chłopa ;) (odpukać).

A propos urządzania mieszkania, to wczoraj, w piątek, zadzwoniłam do tej firmy, która miała nam przysłać materac dwa tygodnie temu i zrobiłam nieziemską awanturę. Wystraszony pan obiecał, że w przyszły poniedziałek już NA PEWNO, że przysięga i osobiście tego dopilnuje.

Sobota rano, odsypiamy całą noc szaleńczych tańców. 8:30 dzwonek do drzwi. Kogo tam czort niesie (powiedzonko prababci)? Materac. Aż tak na nich nakrzyczałam? O 8:30 to my jeszcze mieliśmy resztki wina w krwioobiegu i przez pierwsze kilkanaście sekund nie mogliśmy zrozumieć kto i po jaką cholerę. Nieprzytomni zwaliliśmy się na ten materac, a że rzeczywiście wygodny, spaliśmy do 13:00. A teraz hop na krzesło do łowienia ryb i 5 tysięcy słów do przetłumaczenia… Kupimy za to szafkę dla wężowiska szymkowych kabli, które na razie walają się na podłodze i o które regularnie się potykamy. Wczoraj nawet się przewróciłam o jeden taki kabel i zdarłam sobie kolano do krwi – a że upadłam na dywan, Simon nazwał taką ranę „carpet burn”. No i proszę, nawet w nieszczęściu czegoś nowego się nauczyłam ;).

Mówi się, że wiek kobiety można poznać po wyglądzie skóry na szyi i wokół oczu. Mój wiek można poznać po kolanach – mam sześć lat ;).

21 stycznia 2010

Alles klar!

Filed under: styczeń 2010 — swiatmartyw @ 9:05 pm

Grupa niemiecka też super. Młodzi, z wyjątkowo dobrym poczuciem humoru (jak nie Angole ;)), chcą się uczyć, wszystko chwytają w mig. Nagadałam się, naśmiałam, namądrzyłam, i jeszcze mi zapłacili – rewelacja. Sto razy bardziej wolę uczyć niż tłumaczyć, jeśli zdobędę więcej uczniów, chyba rzucę tłumaczenia… ale na razie muszę zabrać się za siedmiostronicową instrukcję obsługi robota kuchennego. Nie ma to jak ciekawie spędzony wieczór ;).

20 stycznia 2010

To se pogadalim

Filed under: styczeń 2010 — swiatmartyw @ 9:24 pm

O biurokracji, nieudolnej obsłudze klienta i nierzetelnych fachowcach w naszym pięknym kraju można napisać całe księgi. Zwrócenie pieniędzy z zeskanowanej karty kredytowej zajęło mojemu bankowi pięć miesięcy, mama po oddaniu komórki do naprawy dostała z powrotem nie swoją i nie chcieli jej oddać starej, a panowie, którzy montowali nam w domu okna najpierw dwa razy stłukli w nich szyby, a na końcu zostawili wielką dziurę w parkiecie. Jeśli ktoś myśli, że tak jest tylko w Polsce, zapraszam do Anglii.

Wiedząc, że wprowadzamy się do pustego mieszkania, zamówiliśmy meble miesiąc przed przeprowadzką, podając dokładne daty, a nawet przedział czasowy, w którym ktoś (czyt. ja, cura domestica) będzie w domu. Tak, oczywiście, przywieziemy. Mija już 12 dni, a my wciąż nie mamy nic oprócz ramy łóżka. Swoją drogą, bezczelny był ten kurier, który ją dostarczył – poprosiłam go, żeby pomógł mi ją wnieść na górę, bo sama nie dam rady, a on na to: „Trzeba było zamówić coś lżejszego!!” Aż mnie w ziemię wmurowało.

Co nam po ramie, skoro nie ma materaca. Dzwonię. Tak, pamiętamy, będzie w środę. Czekam całą środę i nic. Dzwonię. A, bo już się skończyły, to popularny model, będzie w piątek, już na pewno. Czekam cały piątek i nic. Wściekła dzwonię wczoraj, we wtorek. Jutro przyjdzie do magazynu, to od razu wyślemy i zadzwonimy z potwierdzeniem. Nie zadzwonili. Śpimy na nadmuchiwanym.

Pan od internetu i kablówki kazał mi być w domu „od 13:00 do 18:00”. Czekam, czekam jak durna i nic. Dzwonię. A, bo śnieg był (!). No zaraz mnie szlag trafi. Czekam w następnym umówionym terminie – przyszedł, coś tam pogrzebał, zainstalował. Simon wraca do domu i łapie się za głowę – nie to zainstalował co trzeba, nie takie kanały, internet strasznie wolny. Zadzwonił, ochrzanił ich, kazali mi następnego dnia czekać „od 11:00 do 17:00”. Pracuję w domu, więc akurat mogę sobie na to pozwolić, ale co z „normalnie” chodzącymi do pracy?

Kanap jak nie było, tak nie ma. Dzwonię codziennie i codziennie mówią, że następnego dnia to już NA PEWNO. Stołu nie ma. Jemy na podłodze. Siedzimy na zmianę na simonowym krześle, takim co się na ryby bierze.

Chciałam zmienić adres korespondycyjny, dzwonię do banku. Automatyczny system rozpoznawania głosu nie był w stanie zapisać mojego nazwiska, choć je literowałam. „Zapraszamy do oddziału!” Klik.

W czasach kryzysu rząd brytyjski zaczął rozpowszechniać informacje na temat tego, jak wyjść z długów, jak spłacać długi itd. Telefon. „Nie odkładaj słuchawki, ta informacja może mieć decydujący wpływ na twoje finanse!”, zachęca automatyczny głos. Odkładam. Dosłownie za 10 minut, telefon. „Oto wiadomość od Gordona Browna: jeśli masz długi, jeśli jesteś w trudnej sytuacji…” Odkładam. Mają co najmniej pięć różnych. W końcu kiedyś odłuchałam całości, mając nadzieję, że będzie opcja zrezygnowania z tych miłych monologów w przyszłości – i rzeczywiście: „Jeśli nie chcesz otrzymywać takich informacji, po usłyszeniu sygnału powiedz ‚no'”. „NO!!!!”, wrzeszczę głośno i wyraźnie. „Sorry, I did not hear you properly. Please repeat”. Krew mi sie zagotowała, ale jeszcze raz mówię: „No”. I co? Następnego dnia cały teatrzyk się powtarza.

Morał historii? Czy gadasz z człowiekiem, czy z maszyną – bez znaczenia, i tak nic nie można załatwić.

Mój pierwszy raz… po hiszpańsku

Filed under: styczeń 2010 — swiatmartyw @ 6:02 pm

Moja uczennica jest super. Kupiła z mężem dom gdzieś w Walencji, a że Hiszpanie ani be, ani me po żadnemu oprócz po swojemu, postanowiła się trochę podszkolić. Kiedyś uczyła się już francuskiego i niemieckiego, i choć niewiele jej z tego zostało, przynajmniej nie dziwi się, że „wino” to „on”, a „krzesło” to „ona”. Nie zadaje głupich pytań typu „Dlaczego ‚nosotros’ to ‚my'”? (już mi się zdarzyło), nowe słówka przyjmuje z radością ;), cierpliwie odgrywa kelnera/ klienta restauracji/ panią ze sklepu z warzywami w moich zaimprowizowanych scenkach. Oby jutro ta grupa niemiecka też taka była. Powinno być dobrze, mają od 28 do 30 lat, więc jest nadzieja, że wiedzą, co robią i naprawdę chcą się uczyć. 28 lat to już za dużo, żeby mama kazała ;).

19 stycznia 2010

Sukces i załamka w jednym

Filed under: styczeń 2010 — swiatmartyw @ 4:59 pm

Ponieważ pracuję na pół etatu, moja pensja jak na Anglię nie jest rewelacyjna, powiedzmy sobie szczerze. Na szczęście kończę te moje tłumaczenia o 11 rano, więc po południu mogę jeszcze coś zdziałać. Postawiłam na szkołę językową, uczenie zawsze najbardziej mi odpowiadało, bo człowiek i się nagada, tak jak lubię, i może się bezkarnie wymądrzać, też tak jak lubię ;).

Idę na rozmowę. Szefowie szkoły bardzo mili, może herbatkę z mlekiem? Nie, dziękuję, a cytryna jest? Nie ma, kto pija herbatę z cytryną? No… ja! Po tym małym kulturowym nieporozumieniu zaczęliśmy rozmawiać, najpierw po niemiecku, potem po hiszpańsku. Zagadałam ich na śmierć, jak to ja. Co prawda pewnie połowy nie zrozumieli, bo choć wydawało im się, że znają te języki, nawet zadawanie pytań szło im dość opornie („Sorry, mein Deutsch ist a bit rusty!”). No nic, gadu, gadu, i naraz zeszło na Polaków w Wielkiej Brytanii. Główny Szef zaczął piać (już po angielsku) jacy to jesteśmy sumienni, pracowici, wykształceni i… tani. „Obie nasze sprzątaczki są z Polski, takie miłe, i biorą połowę stawki!” Coś mnie zakłuło w sercu. Super, że dobrze pracują, ale wolałabym, żeby były choćby sekratarkami w tej szkole, a nie sprzątaczkami :/

Pracę dostałam. Za angielską stawkę. Cieszę się i boję jednocześnie. Nigdy nie uczyłam Anglików, jak ja im wytłumaczę, że rzeczowniki mają rodzaje? Prawdę powiedziawszy, tu nie ma co tłumaczyć, tak jest i koniec. Jak ja im wytłumaczę odmianę przez przypadki? Nie dość, że angielski jest najmniej skomplikowanym językiem świata i prawie nic nie można na jego przykładzie wyjaśnić, to jeszcze oni w ogóle nie uczą się gramatyki w szkołach, więc jeśli powiem: „to, moi drodzy, jest przysłówek”, to pewnie tylko rozdziawią gęby i będą się we mnie niemo wpatrywać, tępaki jedne ;).

Trzymajcie kciuki, jutro pierwsza lekcja!

Główne Wydanie Nudy

Filed under: Kraj ojczysty,Przemyślenia różne,styczeń 2010 — swiatmartyw @ 7:12 am

Gdy przyjeżdżam do Polski, jedynym serwisem informacyjnym, który mogę ścierpieć jest „Teleexpress”. 15 minut, najważniejsze wiadomości z kraju i ze świata, trochę muzyki, na koniec lepszy lub gorszy żart. 15 minut i z grubsza wiem wszystko. Kiedyś bardzo lubiłam „Fakty” na TVN-ie, ale z czasem zmieniły się one w trzydziestominutowe rozgrzebywanie tanich sensacji. Pierwsza wiadomość – siedmioletnią Marysię pogryzł pies w Koziej Wólce pod Radomiem. Wywiad z jednym sąsiadem. Z drugim sąsiadem. Z wójtem. Z panią ze sklepu naprzeciwko. Jeszcze tylko brakuje wywiadu z psem. Przykro mi droga Marysiu, ale to mnie w ogóle nie obchodzi. To nie jest wiadomość do głównego wydania dziennika, najwyżej do koziowólczych wiadomości lokalnych.
Druga wiadomość – długość spódniczek posłanek. No, ludzie! Zbliżenie kamery na jedną, drugą, trzecią spódniczkę. W końcu wywiad z obleśnym posłem, który wyraża swoje zadowolenie, że tyle posłanek – mimo zimna! – decyduje się na pokazywanie swoich wdzięków. Minęło 15 minut.
Trzecia wiadomość – zarząd jakiejś tam gminy nie ma pieniędzy na drogę i samochody grzęzną w błocie. Litości. Zróbcie z tego program do „UWAGI”, czy innego „NA ŻYWO”, a nie trąbcie o tym 10 minut w porze największej oglądalności. I tak wam drogi nie wybudują.
W ciągu ostatnich kilku minut szybkie migawki ze świata. Koniec.

Byłam pewna, że styl wiadomości na BBC jest kompletnie inny. Nie wiem skąd było we mnie tyle wiary w Brytyjczyków, bo ich serwisy informacyjne to nuda przekraczająca nawet Marysię.
Pierwsza wiadomość – śnieg. Jeden reporter nadaje z Yorkshire, drugi z Suffolk, trzeci z Gloucestershire, czwarty gdzieś ze Szkocji, piąty z Belfastu, szósty z Londynu, siódmy z Essex… O, Boże, już wystarczy! Każdy ma do powiedzenia to samo – że śnieg i zimno, i złe warunki na drogach, i nie ma wystarczająco dużo soli, i sakramentalne „nie wychodźcie z domu, jeśli nie musicie”. 15 minut.
Druga wiadomość – premier Gordon Brown został wybrany najgorzej ubranym politykiem roku. Przez następne 10 minut na ekranie migają garnitury, krawaty, skrapetki i butonierki. Normalnie się ubiera – ciemny garnitur, koszula i krawat, co tu krytykować? Gdyby chodził w ubraniach od Armaniego to dopiero by wrzało! Że pewnie z kasy państwa bierze. Albo łapówki przyjmuje. Zanim nadawać o takich bzdetach, lepiej skupiliby się na posłach, którzy rzeczywiście z kieszeni podatników wynajmują sobie luksusowe mieszkania w Londynie i jeżdżą na egzotyczne wycieczki.
Przygotowuję się na przyjęcie ciosu trzeciej wiadomości, ale zostaje mi to darowane – w studiu BBC pojawia się sześcioosobowy chór żołnierzy i przez ostatnie minuty programu śpiewają partiotyczne pieśni. Koniec głównego wydania wiadomości.

Od kilku dni z BBC nie można dowiedzieć się niczego oprócz Haiti. Jeden ekspert od trzęsień ziemi, drugi ekspert od Karaibów, trzeci ekspert od pomocy humanitarnej, czwarty ekspert od… Ja rozumiem, że to straszna tragedia, która zasługuje na odpowiednią ilość pokazywania, komentowania i analiz – ale na litość boską, to już nic innego na świecie się nie dzieje? Śnieg i Haiti, Haiti i śnieg. I krzywy krawat Gordona Browna.

18 stycznia 2010

Funty, stopy i kamienie

Filed under: styczeń 2010 — swiatmartyw @ 10:39 am

Mam blokadę mentalną jeśli chodzi o brytyjski system miar i wag. Nie potrafię zapamiętać, co to uncja, co to galon, co to cal. Osoba taka jak ja, co to nawet do sześciu nie jest w stanie policzyć, nie radzi sobie z tak skomplikowanymi obliczeniami. Zbaraniałam, gdy fryzjer zapytał o ile cali chcę przyciąć włosy. Zaniemówiłam, gdy pan na stacji spytał ile chcę galonów benzyny. A już zupełnie mnie ogłupiło, gdy koleżanka wysłała mi smsa pod tytułem: „I’ve lost a stone!” Przez pierwsza sekundę nie wiedziałam, czy się cieszyć, czy nie. W drugiej sekundzie doszło do mnie, że nie zgubiła żadnego kamienia, tylko schudła – ale do dzisiaj nie wiem ile.

Podobne rozterki przeżywałam w pierwszych tygodniach podczas zakupów. Poszłam kupić buty i na pytanie o rozmiar, bez zastanowienia wypaliłam: „Trzydzieści dziewięć”. Jaki człowiek głupi. Okazuje się, że noszę buty o rozmiarze 7, wzrostu mam 5 stóp i 6 cali, a ważę 132 funty. Dla mnie to wszystko brzmi jakbym była brzuchatym karzełkiem o stópkach Kopciuszka ;).

Najgorzej jest z gotowaniem. Oprócz wspaniałego Jamiego, który posługuje się dwoma systemami, większość książek kucharskich torturuje mnie uncjami, calami sześciennymi i różnymi innymi stworami, których wielkości nie potrafię sobie wyobrazić ani tym bardziej przeliczyć na coś bardziej zrozumiałego. W obawie o swój obiad, Simon aż mi miarkę kupił z zaznaczonymi ilościami, co by zupa nie była za słona ;).

Jedziemy gdzieś i GPS oznajmia: „In point six miles turn left”. Udaję profesjonalnego pilota, ale tak naprawdę gapię się przez okno i w panice usiłuję przeliczyć za ile ten skręt… A gdy Simon prosi: „Wypatruj tego sklepu, powinien być gdzieś za 300 stóp”,  mogę się tylko głupawo uśmiechnąć.

Dobrze, że chociaż temperaturę mierzą tak samo – choć co z tego, i tak wiecznie mi zimno.

16 stycznia 2010

Niewygodne poczucie odpowiedzialności

Filed under: styczeń 2010 — swiatmartyw @ 8:00 pm

Wiecie, że w Wlk Brytanii, po wpisaniu http://www.onet.pl, następuje automatyczne przekierowanie na http://www.onet.eu? Na środku strony znajduje się sekcja „POLAK NA WYSPACH”, poniżej „Czytelnia Wyspiarza”, a po prawej najważniejsze wiadomości z Wlk Brytanii z Polakami w tle, ważne wiadomości dla imigrantów, porady, fora, mniej lub bardziej ciekawe artykuły. Bardzo często wystarczy mi przeczytanie nagłówka i już wiem, że znowu będziemy mieli złą prasę. „Polak podejrzany o morderstwo obywatela Wlk Brytanii”, „Polski gang podejrzany o napaść na angielską emerytkę”, „Dwóch Polaków skazanych za gwałt w Londynie”… To bez sensu oczywiście, ale czuję się odpowiedzialna za cały kraj i wszystkich jego mieszkańców. Za każdym razem, gdy znowu coś przeskrobiemy, jest mi tak głupio, że mam ochotę zapaść się pod ziemię. Pamiętam taką scenę: siedzimy przy kolacji w domu rodziców Simona, w tle leci BBC. Pierwsza wiadomość: „Polak spowodował wypadek samochodowy na autostradzie, pomylił pasy ruchu i wjechał pod prąd. Zabił 5 osób, sam również zginął”. Robię się czerwona. Mama Simona:

– Erm… może zmieńmy kanał…

Zmienia na coś tam i od razu słyszymy: „Trzech Polaków napadło na rodzinny sklep spożywczy w mieście X, ciężko pobili właściela, zrabowali produkty o wartości 100 funtów, po czym zbiegli z miejsca zdarzenia. Właściel sklepu zmarł z powodu odniesionych obrażeń”. Robię się fioletowa. Mama Simona:

– Może wyłączmy to pudło, już mnie głowa boli…

Simon mówi, że gdyby on się przejmował każdym Angolem, który upija się w Krakowie, to by nie spał po nocach, więc ja też mam sobie odpuścić. Próbuję, ale nie jest mi łatwo. Swoją drogą, Polacy sami sobie życia na emigracji nie ułatwiają. Na onet.eu pojawił się następujący artykuł, który akurat mnie zainteresował, jeśli ktoś czytał wpis „Po przeprowadzce„, to wie czemu.

Średnio 360 funtów za ogrzewanie
Średni rachunek za ogrzewanie za trzy miesiące od listopada do stycznia ma wynieść ok. 360 funtów – informuje „Daily Mail”.

Sześć największych firm dostarczających gaz do brytyjskich domów i mieszkań odmówiło obniżenia cen detalicznych podobnego do obniżek na rynku hurtowym. Cena dla detalistów spadła o niecałe 10%. W tym samym czasie ceny dla dostawców zmalały o prawie 60%.
Jednocześnie zużycie gazu jest jak dotąd o 60% wyższe niż w czasie „normalnych” zim. Mrozy uniemożliwiają odbiorcom „skręcenie” grzejników i korzystają na tym dostawcy.

Z tych powodów średni kwartalny rachunek ma wynieść 360 funtów i być o 60 funtów wyższy niż rok wcześniej. Dzięki utrzymywaniu cen na zawyżonym poziomie dostawcy gazu zyskują miesięcznie dodatkowo ponad 800 mln funtów.

Komentarze pod artykułem (pisownia oryginalna):

NIEUDACZNIKI I OFERMY!!!!
PRZECIEZ WYDATEK RZEDU 300-500 FUNCIAKOW NA SAMO OGRZEWANIE TO DLA WAS, MOJE KOCHANE KREZUSY, PIKUS!!!
PO PIERWSZE ZARABIACIE KROCIE I SAMI JUZ NIE WIECIE NA CO PRZEZNACZAC TE MILIONY FUNTOW Z WASZYCH KONT
PO DRUGIE WSZAK MIESZKACIE PO KILKANASCIE OFERM W JEDNYM HOUSE!!!
P.S.MILEGO I MROZNEGO WEEKENDU FORPOCZTO BRYTYJSKIEJ FINANSJERY!

Kilkanaście oferm w jednym house…

Ktoś tam napisał, że płaci mniej. Odpowiedź:

jak to czytam to smiac mi sie chce
jasne placicie 90 funtow za 3 miechy, ale nie wspominacie ze spicie w trzech spiworach i do tego przy kaloryferze ustawionym na 0.5. sknerzy, jecie calymi miesiacami ryz z pomidorami w puszce a pozniej jedzie do polski i mowicie ze kierownikiem byles.

Ostatni komentarz:

Posłuchajcie tego…

Nie czytam pozostałych wypowiedzi, ponieważ zapewne sa pelne cynizmu i kretynizmu, jak to w przypadku polskiej rasy bywa (…)
Dziwi mnie jedno, czemu Polacy zawsze tak się miedzy soba gryza, dlaczego zazdroszcza, przeciez każdy jest kowalem wlasnego losu i każdy może mieć to samo, jeśli na to zapracuje. Ja już nie jestem Polakiem, przyjąłem brytyjskie obywatelstwo i jestem z tego dumny. Zycze pomyślności i pozdrawiam. John

Dziwicie się, że czasami mi wstyd, że jestem z tego samego kraju, co ci ludzie?

15 stycznia 2010

Zima na kreatywnie

Filed under: styczeń 2010 — swiatmartyw @ 9:21 am

Takich mrozów i takiego śniegu nie było tu od wielu lat. Kilka dni temu podawali na BBC, że Anglia musiała importować 12.000 ton soli z Niemiec, bo już sobie nie dają rady. A tymczasem mój utalentowany kolega… (każda z rzeźb jest nieco wyższa od niego, a on ma 185 cm wzrostu)

Copyright by N. Clarke

W chorym ciele zdrowy duch

Filed under: styczeń 2010 — swiatmartyw @ 9:04 am

Dość tych marsowych klimatów, wracamy do weselszej strony rzeczywistości.

W zeszłym tygodniu po raz pierwszy poszliśmy do kina w naszym nowym mieście i upiekliśmy od razu trzy pieczenie na jednym ogniu – okazało się, że obok kina jest siłownia, a obok siłowni są lekcje salsy. Zaczęliśmy chodzić na salsę w połowie października i mimo że Simon odmawia machowskiego trzęsienia klatą oraz wykonywania innych ruchów, które uważa za niemęskie i poniżej jego godności, i tak idzie nam coraz lepiej. Reaktywacja pląsów w przyszłym tygodniu.

Zapisałam się na siłownię z musu, a nie z miłości do ćwiczeń. Super maszyny, dużo różnych zajęć grupowych, basen. Idę na zajęcia o nazwie „Core”, na dolną część kręgosłupa właśnie. Pierwsze ćwiczenie. Patrzę do lustra i oczom nie wierzę – ta pokraka o nieskoordynowanych ruchach to ja?? Przy mnie na oko osiemdziesięcioletni pan bezbłędnie wykonuje polecenia trenera, a ja tylko stękam yyyyy…. uuuuu…. pffffff…. i nic, nie potrafię wykonać żadnego ćwiczenia. Trener Dan z politowaniem: „Pewnie masz siedzącą pracę?” No niestety, cholera, niestety. Gdy uczyłam w szkole językowej nie miałam żadnych problemów, bo biegałam po klasie jak z motorkiem w tyłku, gestykulowałam, pisałam, zmazywałam, schylałam się zobaczyć czy pod ławkami nie ma ściąg… ;). A teraz co, kilka godzin dziennie siedzę zgarbiona i jeszcze – dodatkowa atrakcja – psuję sobie wzrok. Przez pół godziny zajęć nie byłam w stanie wytrzymać w żadnej pozycji dłużej niż 5 sekund, a z większości ćwiczeń musiałam po prostu zrezygnować. Dan kazał mi przychodzić na „Core” trzy razy w tygodniu, „to może za 10 lat cię nie sparaliżuje”.

Wzięłam sobie do serca i następnego dnia znowu chciałam iść. Budzę się i… klęska, nie mogę wstać z łóżka. Simon pomógł mi się podnieść, a potem posadził na mój fotel, żebym spokojnie mogła garbić się dalej ;). Oj, jak dobrze.

PS. Wczoraj poszliśmy na „Sherlocka Holmsa”, byłam prosto po siłowni, więc ze zmęczenia i bólu usnęłam 2 razy… ale film dobry :)

14 stycznia 2010

Ciężkie życie emigranta

Filed under: styczeń 2010 — swiatmartyw @ 6:13 am

Przyjechałam do Anglii nie za chlebem, tylko za sercem. Chleba, szczerze powiedziawszy, było o wiele więcej na Karaibach i w Chinach, no ale serce nie sługa. To, że odczuję różnicę cen, wiedziało się od razu, ale nic nie przygotowało mnie na mające wkrótce nadejść rozczarowania.

Zanim podpisaliśmy umowę, agent obrotu nieruchomości musiał się upewnić, że mamy z czego płacić, normalka. W przypadku Simona wystarczyły magiczne słowa „Pracuję dla British Telecom”, ze mną oczywiście były problemy. Polka pracująca dla firmy z siedzibą w Pekinie – brzmiało zbyt podejrzanie. Co jest dziwnego w byciu freelancerem? Nie wystarczyło zaświadczenie o zarobkach, musiałam się gęsto tłumaczyć, pokazać wyciąg z polskiego konta (przetłumaczony na angielski!), podać stronę internetową firmy oraz prywatny numer mojego szefa, z którym rozmawiali prawie pół godziny.

Ale to jeszcze nic, największy szok przyszedł, gdy okazało się, że mój tytuł magistra to tutaj odpowiednik licencjatu. Rozpoczęłam studia przed wejściem Polski do Unii Europejskiej i chociaż plan studiów „przed” i „po” w ogóle się nie zmienił, dyplomu i tak nie uznają. Zrobienie angielskiej magisterki zajęłoby mi tylko rok, ale nie mogę przez rok studiować i nie zarabiać, bo pójdziemy z torbami (poza tym studia płatne 3 tysiące funtów rocznie, plus mnóstwo dodatkowych wydatków). Co ciekawe, mogłabym od razu robić doktorat, bo tu już po licencjacie można – rozumiecie coś z tego?

Poszłam do najbliższego banku otworzyć konto. Anglicy przeważnie są wręcz za mili, ale akurat ta pani z Obsługi Klienta była wyjątkowo niesympatyczna. Skąd? Z Polski. Paszport brytyjski jest? Nie ma. Oficjalnie zatrudniona w Wlk Brytanii? Nie, ale pracuję jako freelancer, jestem tłumaczem, proszę, oto zaświadczenie o dochodach. Aha, to dziękujemy, otwieramy konta tylko osobom pracującym tutaj. Dlaczego? Gdyż boimy się defraudacji. Ale ja nie chcę karty kredytowej, tylko taką zwykłą, do bankomatu, do rozporządzania moimi własnymi pieniędzmi. Nie, nie, nie możemy. Odwróciła się i uznała rozmowę za zakończoną. Aż się we mnie zagotowało. W Polsce ciągle do mnie dzwonili proponując złote, platynowe, Bóg wie jakie karty i kredyty, a tutaj nawet konta nie mogę otworzyć. Simon mnie pocieszał, że ten bank akurat „is very traditional, very, very British”, więc mam się nie martwić.
OK, idę do innego – to samo, z tą różnicą, że ewentualnie mogą mi założyć konto, jeśli będę za nie co miesiąc płacić (i to nie mało).  Nie będę.
W trzecim dali mi do zrozumienia – delikatnie i z uśmiechem na ustach oczywiście – że obawiają się, iż wybiorę wszystkie pieniądze z karty i zniknę w swoim kraju, w którym już mnie nie znajdą. Nie mogłam zrozumieć o co im chodzi z tym wybraniem pieniędzy, przecież tam będą tylko moje własne, do jasnej cholery. W swojej bankowej ignorancji nie wiedziałam, że w większości banków automatycznie dostaje się konto z debetem i właśnie tego tak się boją. No to nie dawajcie mi debetu, nie chcę waszego debetu, mam gdzieś wasz debet, chcę zwykłe konto grrrr! :/
W końcu przypomniałam sobie o banku nazywanym bankiem emigrantów. Rzeczywiście, po wejściu do środka widziałam tylko turbany, orientalne sukienki, burki oraz kilku białych, pewnie Polaków w takiej samej sytuacji. Tutaj wszystkich przyjmują, prawie o nic nie pytają, 10 minut i miałam konto. Oraz kartę. Bez debetu, na wszelki wypadek, bo jeśli zniknę w swoim dzikim kraju, to kto mnie znajdzie?

Chciałam kupić angielską komórkę na abonament. Skąd? Z Polski. Od ilu miesięcy w Anglii? Od czterech. Zatrudniona w Wielkiej Brytanii? Nie, ale pracuję, mogę przynieść zaświadczenie o dochodach. A nie, to dziękujemy, możesz mieć tylko telefon na kartę. Czemu? No bo wiesz… Tak, tak, zniknę w swoim dzikim kraju z telefonem i już mnie nie znajdziecie?? Pan uśmiecha się i potakuje.

I to ma być Unia Europejska? Jak u Orwella, równi i równiejsi.

Ciekawe, czy u nas też tak jest w stosunku do cudzoziemców?

PS. Dodałam filmik do wczorajszego wpisu, jak ktoś wrażliwy, to niech nie ogląda.

13 stycznia 2010

Łkanie przy ekranie

Filed under: styczeń 2010 — swiatmartyw @ 9:56 am

Były dwa wesołe wpisy, teraz będzie jeden smutny.

Zawsze lubiłam programy przyrodnicze, zwłaszcza o zwierzakach. Możecie sie śmiać, ale naprawdę uważam je za tysiąc razy lepsze niż nudne jak flaki szkolne lekcje biologii, na których regularnie odlatywałam myślami. Chyba nic mnie tak nie nudziło jak biologia – może tylko matematyka mogła konkurować o pierwsze miejsce na mojej liście przedmiotów, które sprawiały, że minuty ciągnęły się w nieskonczoność.

Od przyjazdu do Anglii na stałe Eden stał się moim ulubionym programem, konkretnie seria „Attenborough Season”. Sir Davida A. chyba nie trzeba przedstawiać. 83 lata, a wciąż chce mu się marznąć na Antarktydzie (ostatni odcinek).  W ciągu 50 lat pracy zrobił mnóstwo wspaniałych programów i teraz Eden je pokazuje.

Ale ja nie o tym. Nie będę się rozpisywać o orangutanach na Borneo ani o strategiach przetrwania suszy przez słonie. Chcę napisać o reklamach trwających z reguły dłużej niż sam program.

Kto ma czas oglądać telewizję w dni powszednie od 12:00 do 14:00? Emeryci i kury domowe. Angielscy emeryci są w swojej masie bogatą częścią społeczeństwa, nie jak u nas. To właśnie starszych ludzi najczęściej widuje się za kierownicą jaguarów i w drogich sklepach. Sama znam parę prawie osiemdziesięciolatków, która podróżuje po całym świecie, a mieszkają w takim domu, że Kulczyk by się nie powstydził ;). A kury domowe? Skoro siedzą w domu, to pewnie partner dobrze zarabia, więc im też powodzi się nieźle.
Do takich wniosków musieli dojść szefowie Edenu, bo w przerwach nie uświadczysz reklam proszku do prania i nowej pomadki. Siła reklamy społecznej jest powalająca.

Pierwsza reklama. Małe, brudne afrykańskie dzieci, muchy latają im koło oczu, dzieci płaczą, smutna muzyka przez prawie minutę. „Co 17 sekund z powodu braku czystej wody umiera na świecie dziecko. Jeśli podarujesz nam tylko 3 funty miesiecznie, będziemy mogli wybudować więcej studni w Afryce i uratujemy takie dziecko jak X (zbliżenie na owo dziecko, z jego wielkich czarnych oczu rzęsiście leją sie łzy). Miej serce, podaruj 3 funty miesiecznie”. Zanim na ekranie pojawi sie numer konta, ja łkam bardziej niż to dziecko. Dobrze, myślę sobie, 3 funty, nie ubędzie mi. Zadzwonię jak się program skończy.

Druga reklama. Piękny tygrys pręży się w słońcu. Głos oznajmia: „Przypatrz się temu tygrysowi, być może widzisz go po raz ostatni. Tygrysy są zabijane ze względu na wspaniałe futro…” i tak przez kilka minut. W końcu obrazy tygrysów obdartych ze skóry, bez łap, z odciętymi głowami. No i końcówka – mały tygrysek nieporadnie pełznie przez dżungle. Głos: „Kłusownicy zabili jego matkę, tylko szybka reakcja ochotników z organizacji Y uratowala mu życie. Prosimy, tylko 2 funty miesiecznie pomogą sfinansowac ogranizację Y, która zajmuje się ratowaniem tygrysów”. Okay, 5 funtów miesięcznie, dam radę.

Czarno-biały obraz. Niemowlak leży w łóżeczku, podłączony do maszyn i rurek. Głos: „Pięć złamanych żeber. Siniaki na całym ciele. Rany kłute i cięte. Tym razem Paul przeżył, ale czy uda mu się następnym razem? Codziennie kilkanaście tysięcy dzieci w Wielkiej Brytanii narażone jest na przemoc domową. Potrzebujemy 3 funtów miesięcznie, żeby skończyć z tym raz na zawsze”. Tu też zadzwonię.

Ale to nie koniec. Adoptuj dziecko z Azji. Tylko 12 funtów miesięcznie, i będziemy ci przysyłać nowe zdjęcia co 3 miesiące. Pomóż głuchoniemym odkryć jaki cudowny jest świat, tylko 3 funty miesięcznie. „W szpitalu było bardzo ciemno. Miałam raka” – oświadcza dziewczynka, na oko czteroletnia. Pomóż chorym na raka, sfinansuj badania, tylko 2 funty miesięcznie. Pomóż schroniskom dla psów i kotów, tylko 6 funtów miesięcznie. Zaadoptuj pandę, 5 funtów miesięcznie. Opłać studia biednym dzieciom, tylko 10 funtów miesięcznie…

Mogłabym tak wymieniać bez końca. Te reklamy rozstrajają mnie nerwowo, gdyż choć chcę, nie mogę pomóc wszystkim i w związku z tym mam takie wyrzuty sumienia, że za każdym razem, gdy widzę nową reklamę tego typu kręci mi się łezka w oku :(.

Dzwonię pomagać dzieciom. I co? Nie przyjmują polskich kart kredytowych! Bez komentarza. „Za duże… za duże ryzyko”, jąka się pani w telefonie. Pewnie, bo polska karta to ani chybi jakieś oszukaństwo, waluta zaraz się zdewaluuje, będzie wojna i o, nie dostaną swoich 3 funtów miesięcznie. Strasznie mnie to rozczarowało, bo przecież Polska to nie jakiś targany konfliktami kraj afrykański czy inne Haiti, tylko duże europejskie państwo. No trudno, chciałam pomóc i się nie udało. Byłam zła, ale gdy emocje opadły postanowiłam wyrobić angielską kartę.

O tym, jak poszłam do banku założyć angielskie konto i jak mnie potraktowali – w następnym wpisie.

PS. Jedna z reklam poniżej. Gdy widzę tego chłopczyka na końcu, od razu chce mi się ryczeć.

12 stycznia 2010

Angielskie problemy

Filed under: styczeń 2010 — swiatmartyw @ 7:11 am

Od przyszłego tygodnia zacznie się w telewizji akcja skierowana do najmłodszych widzów, mająca zniechęcić ich do… wyrywania pająkom nóżek i męczenia insektów :D. Dzieciaki muszą to robić na wielką skalę, skoro doczekaliśmy się aż kampanii! Rzeczywiście, jedyny pająk, którego widziałam, wyraźnie kulał, pszczoła skarżyła się, że miód jej ukradli, a biedronka pytała, czy nie widziałam jej kropek.

Również od przyszłego tygodnia policjanci zostaną wysłani na kurs „bycia miłym i nieużywania przekleństw w zetknięciu z ludźmi” :D.

Szczęśliwy naród!

A oto jak jeden z moich ulubionych komików nabija się z kampanii numer jeden (tylko 29 sekund, naprawdę warto!):

Never gang rape a toad :D

Następna strona »

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.