Świat Marty W.

27 Maj 2012

Ślub po hindusku

Filed under: maj 2012 — swiatmartyw @ 9:01 pm

Gdy dostaliśmy zaproszenie na ślub kolegi Simona z pracy, byliśmy lekko zaskoczeni, bo Simon rzadko go widuje (w budynku pracuje kilka tysięcy osób), a ja rozmawiałam z nim może ze trzy razy. Szybko okazało się, czemu zawdzięczamy ten honor – kolega potrzebował moralnego wsparcia wszystkich znajomych, bo zachwycony perspektywą małżeństwa nie był. Zaaranżowanego małżeństwa. Z dziewczyną, którą co prawda znał i lubił, ale jako że obie rodziny – mimo mieszkania w Anglii od ponad 30 lat – są bardzo tradycyjne, nigdy nie mogli być tak naprawdę razem, choćby wyjść do restauracji, czy do kina, bo nie wypada, bo nie są małżeństwem. Oczywiście nie było mowy o mieszkaniu pod wspólnym dachem, czy nawet o chodzeniu za rękę. Nie wyobrażam sobie, jak musiało im być ciężko – oboje urodzili się i wykształcili już tutaj, mają zupełnie inną mentalność, widzą, co się dzieje naookoło i jak żyją ich znajomi. „Man, you’re more married than I am, at least you know Marta well!“, żalił się Simonowi. Mówił, że i tak dobrze, że przynajmniej znali się jakiś czas przed ślubem…

Ceremonia miała się rozpocząć o 12:15, ale gdy dotarliśmy na miejsce lekko spóźnieni, wciąż nic się nie działo. Chodzimy, pytamy, nikt nic nie wie. Część je, część robi sobie zdjęcia w ogrodzie, część stoi na zewnątrz… W końcu jakaś dobra dusza poradziła nam, żeby wyjść przed budynek, bo zaraz nadjedzie pan młody. Podobno w Indiach przyjechałby na… słoniu, ale ze względów logistycznych w Anglii by to raczej nie przeszło ;). Czekamy, czekamy, czekamy… 10… 15… 30 minut, nic! Znowu kogoś pytamy, radzą nam, żebyśmy poszli zjeść, bo pana młodego coś nie widać. Plastikowymi sztućcami zjedliśmy serwowane hinduskie potrawy (bardzo dobre zresztą) z plastikowych talerzyków (to w ramach oszczędności, gdyż wesele trwało w sumie dziewięć dni i każdego dnia przychodziło na nie ok. 300 osób) i znowu wychodzimy. Czekamy, czekamy… Wreszcie dwóch panów zaczęło grać na bębnach, więc mieliśmy nadzieję, że może wreszcie coś się zacznie. Ha! Nasza naiwność nie znała granic. Czekamy, czekamy w ogłuszającym huku bębnów, mija 10, 15, 20 minut… Przynajmniej było na co patrzyć czekając, gdyż kobiety z rodziny pana młodego (zapewne siostry, bo ma ich aż 5), zaczęły tańczyć. Moim zdaniem wyglądały na mocno zawstydzone i wcale nie miały ochoty tego robić, no ale tradycja to tradycja:

Wreszcie po nie wiem ilu minutach pan młody nadjechał pięknym Benteleyem, po czym…. siedział w nim dobre pół godziny, a my nic z tego nie rozumieliśmy. Traciłam cierpliwość i bolały mnie nogi od niebotycznych szpilek. Nikt mi nie powiedział, że będę stała 2 godziny na dworze… Na moje skragi Simon odpowiedział tylko „Embrace the culture!“, ale widać było, że sam też nie był zachwycony.

Wreszcie… wyszedł z Bentleya, hurra!!! :

Po kolejnych 30 minutach tańców, zaczęły się śpiewy. Na to przyjechało lokalne BBC, bo przecież mieszkam na takiej wiosce, że hinduski ślub to nie lada atrakcja… Na szczęście pan reporter również był Hindusem i zaczął nam tłumaczyć znaczenie tych śpiewów. Rodzina panny młodej… obrażała matkę pana młodego, śpiewając, że ma brzydkie i niedopasowane sari, a sama jest stara i niegoda bycia teściową ;)) Rodzina pana młodego odśpiewywała, że skoro im się nie podoba, zawsze mogą iść do domu… Po następnych 20 minutach wreszcie weszliśmy do środka. Zaczęła się ceremonia prowadzona w sanskrycie, z której nikt nic nie rozumiał… ale to nie szkodzi, tradycja!

Ojciec panny młodej umył naszemu koledze duże palceu stóp czymś, co wyglądało jak jogurt, potem coś w nie wmasował, wszystko pod czujnym okiem prowadzącego ceremonię, który cały czas go instruował. Potem kadzidełka takie, śmakie, owakie, błogosławieństwa, odganianie złych duchów… 2 godziny. W tym czasie wszyscy goście gadali, wchodzili i wychodzili, jedli, pili i ogólnie rzecz mówiąc, nie uważali. Prowadzący ceremonię kilka razy musiał prosić o ciszę, ale nie robiło to na nich szczególnego wrażenia. Tylko my, wsparcie moralne, twardo siedzieliśmy w pierwszym rzędzie i choć lekko znudzeni i nic nie rozumiejący, pozostawaliśmy na posterunku. Pan młody raz na jakiś czas rzucał nam spojrzenie pełne wdzięczności ;)

Po ponad 2 godzinach wreszcie pojawiła się panna młoda. Wyobrażam sobie, a raczej nie wyobrażam sobie, jaki to musi być stres, jeśli dziewczyna naprawdę nigdy wcześniej nie widziała pana młodego…

I znowu ponad 2 godziny różnych tradycyjnych obrzędów, błogosławieństw, chodzenia wokół ognia, chodzenia wokół skały, wspólnych pierwszych siedmiu kroków, zdjęć, przekazywania prezentów od jednej rodziny dla drugiej:

Ciągneło się to bez końca. Wreszcie ok. 18:30 podeszła do nas jedna z sióstr pana młodego i przekazała od niego wiadomość – ma nadzieję, że nam się podobało i że się najedliśmy, i radzi nam, abyśmy poszli do domu, bo to jeszcze potrwa kilka godzin. Kilka godzin?? Głupio nam było, ale wyszliśmy… Pierwsze wesele, na którym nie miałam szans porozmawiać z nowożeńcami, nie tańczyłam i nic nie rozumiałam ;) Ciekawe doświadczenie kulturowe (embrace the culture!), ale cieszę się, że nie muszę chodzić na takie uroczystości częściej… A Simon zakochał się w sari i ciągle nawijał, jak pięknie bym wyglądała i że mi kupi takie czerwone haftowane złotem – ciekawe, gdzie bym je nosiła ;)

Reklamy

19 Maj 2012

Pokaż mi swój samochód… a powiem ci, ile ma lat

Filed under: maj 2012 — swiatmartyw @ 5:32 pm

Nie, nie przekwalifikowałam się na mechanika ;) Już dawno miałam o tym pisać jako o ciekawostce dla zainteresowanych samochodami, ale sprawa jest dość skomplikowana – postanowiłam więc temat mocno uprościć, także proszę nie traktować poniższych wywodów jak wyroczni ;)

W 2009 r., po dwóch tygodniach od przyjazdu do Anglii na stałe,  jechaliśmy gdzieś samochodem i  Simon denerwował się na kierowcę jadącego przed nami:  – Ma nowiutkie Audi, a wlecze się jak traktor!! Hey grandpa, it’s 70 miles an hour here, not 50!! -Skąd wiesz, że to Audi jest nowe, po modelu? – pytam zaciekawiona – Nie wiedziałam, że tak się interesujesz samochodami! W tym momencie Simon posyła mi spojrzenie pełne politowania i niedowiary, że ktoś może zadać TAK bezdennie głupie pytanie. – No przecież po rejestracji widać, co ty, nie wiesz?? – W Polsce rejestracja wskazuje na miejscowość, nie na wiek, nie wiesz?? – odgryzam się. Po pełnej nienawistnego milczenia minucie, Simon zaczyna tłumaczyć. Audi miało 09 w rejestracji, co świadczy o zarejestrowaniu go albo w drugiej połowie 2008 r., albo w pierwszej połowie 2009 r. Większość rejestracji wygląda tak:

LITERA LITERA CYFRA CYFRA LITERA LITERA LITERA

przy czym właśnie te dwie cyfry oznaczają datę produkcji/ rejestracji. Jeśli przed drugą cyfrą jest „0”, mamy sytuację taką, jak z opisanym Audi, a jeśli przed drugą cyfrą znajduje się inna cyfra, np. 5 lub 6, samochód pochodzi z drugiej połowy danego roku.

Przykład wzięty z Wikipedii: BD51 SMR

W takim wypadku samochód pochodzi z drugiej połowy 2001 r. Gdyby pochodził z drugiej połowy 2011 r., byłoby 61.

Inny przykład, wymyślony: MW05 SRW

Czyli druga połowa 2004 lub pierwsza 2005. Gdyby samochód pochodził z drugiej połowy 2005, miałby 55.

Nasz samochód ma 08, czyli druga połowa 2007 lub pierwsza połowa 2008 r. Druga połowa 2008 ma 58 i tak dalej.

Reforma ta została wprowadzona w 1995 r. (twierdzi Simon, ale jego teoria coś mi się nie zgadza). Przedtem było tak:

LITERA CYFRA CYFRA CYFRA LITERA LITERA LITERA

i to ta pierwsza litera zdradzała datę produkcji – czym dalej w alfabecie, tym samochód był nowszy, np. A oznaczało drugą połowę 1983 lub pierwszą połowę 1984, a np. V na starym samochodzie Simona oznaczało drugę połowę 1999 lub pierwszą połowę 2000.

Liter I, O, Z oraz U nigdy nie stosowano ze względu na podobieństwo do cyfr 1, 0, 2 oraz litery V.

Oczywiście można sobie zafundować prywatną tablicę rejestracyjną, pod warunkiem, że będzie na niej co najmniej jedna cyfra oraz trzy litery. Wiele osób daje swoje inicjały włącznie z drugim imieniem (np. wszyscy moi angielscy szefowie do tej pory) oraz swoją szczęśliwą cyfrę lub tą, oznaczającą miesiąc urodzenia – ja na przykład mogłabym mieć tak:

5 MJW

Tylko po co? :)

Właściciele co lepszych samochodów wstawiają w rejestrację numer swojego boskiego pojazdu, np. wczoraj widziałam pana w pięknym BMW model X6, właśnie z BMW X6 na tablicy, plus jeszcze jakieś liczby i litery, bo pewnie takich cwaniaków jest więcej ;).

Zdarzają się również zupełnie zwariowane rejestracje, jak widziana przeze mnie w zeszłym tygodniu HI OI YOU. Przykład z Google – BE5T D4D

Z tyłu samochodu tablice są żółte, z przodu białe.

Teraz już macie podstawy i możecie pobawić się w zgadywanie :) Ponieważ jestem nieco dziecinna, najbardziej bawi mnie wypatrywanie polskich trzyliterowych słów na końcu angielskich rejestracji. Ciągle widzę GEJ, FUJ, SRA, OKO, LOS, LUP, ROW, LAS, DOL, WUJ… oraz to rymujące się z WUJ ;) Zawsze mówię o tym Simonowi i takim oto sposobem jadąc poszerza swoje słownictwo ;)

A oto przykład na to, jak bardzo byłam zmęczona, gdy o 3:00 nad ranem jechaliśmy na lotnisko Gatwick:

Simon (który już wie, że u nas rejestracja wskazuje na województwo lub powiat): O, patrz, polski samochód. Ma SRB na początku, czyli skąd jest?

Ja: Z Serbii.

:D

7 Maj 2012

Plany i paranoje

Filed under: maj 2012 — swiatmartyw @ 8:42 pm

Zawsze śmiałam się z jednego z przyszywanych wujków, który, gdy tylko słyszy, że ktoś na coś zachorował, natychmiast idzie do lekarza i robi wszystkie możliwe badania, aby upewnić się, że on tego nie ma – jego Syndrom Jelita Drażliwego stał się już naszą rodzinną anekdotą :) Śmiałam się, śmiałam, a tu się okazuje, że jego geny musiały na mnie przeskoczyć (nauka z pewnością zna takie przypadki!! ;). Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że ni z tego, ni z owego zaczęły mnie męczyć myśli czarniejsze od skrzydeł kruka, który wpadł do sadzy?

Tak naprawdę przyczyn należy szukać w spotkaniu z pewną śliczną Angielką w Pekinie. Tak, śliczną Angielką, nie pomyliłam się. 23 lata, modelka, świetna figura, zawsze gustownie ubrana, uczesana i umalowana, a przy tym zwyczajnie miła, wesoła, przyjacielska. Nie byłyśmy bardzo blisko, ale uczyłyśmy się chińskiego w tej samej szkole językowej, chodziłyśmy na te same imprezy, jeździłyśmy na te same wycieczki, więc siłą rzeczy często na siebie wpadałyśmy.

Z Facebooka dowiedziałam się, że ma raka piersi i przerzuty na kręgosłup. Nie załamała się – założyła ogranizację charytatywną CoppaFeel, stawiającą sobie za cel uświadamianie dziewczyn i kobiet, że rak może zaatakować również ludzi w młodym wieku. Nie będę opisywała wszystkich akcji i koncertów, w których brała udział – dość napisać, że za swoją pracę została wyróżniona prestiżową nagrodą Pride of Britain, przyznaną jej na wielkiej gali z rąk… Spice Girls, po którym to wydarzeniu nawet sam David Cameron zaprosił ją na Downing Street już co najmniej dwa razy. Od wielu lat regularnie czytam jej bardzo dobrze napisany blog: http://kriskancer.squarespace.com/

I chyba właśnie po jej diagnozie zaczęłam lekko schizować. Od razu poleciałam zbadać piersi i wszystko inne też. Ale to był dopiero początek.

Dwa lata temu coś tam zaczęło mnie boleć, nie będę was epatować szczegółami. Ważne jest to, że przez półtora roku angielscy lekarze odsyłali mnie od jednego do drugiego, a efektów nie było. Po kilku mało przyjemnych badaniach dostałam wreszcie list ze szpitala: „Źródło bólu – nieznane”. Wielkie dzięki za taką służbę zdrowia. W akcie desperacji pojechałam do prywatnej kliniki w Gdańsku – i proszę, po dwuminutowym badaniu diagnoza już była. Potem zaczęło się leczenie. Osiem miesięcy było dobrze, a teraz znowu jest gorzej, więc pod koniec maja mam kolejną wizytę. Co sobie wkręciłam? Oczywiście, że to rak i że umrę w mękach. W dodatku nawet prywatna klinika w Gdańsku nie ma sprzętu, żeby potwierdzić lub wykluczyć ten rodzaj raka, który sobie wkręciłam, że mam. Odpowiednie maszyny są wyłącznie w Warszawie i Krakowie.

Dwa tygodnie temu pojechaliśmy do Cardiff na imprezę, spotkać się ze znajomymi, którzy przejechali ponad 250 mil na rowerach zbierając pieniądze na – a jakże – Cancer Research UK. Krótko mówiąc, upiliśmy się i zgubiłam szalik, więc wracałam po nocy z gołą szyją, było zimno i się przeziębiłam. Kaszlę non-stop od dwóch tygodni. Dzisiaj włączam telewizję i co widzę? Na BBC trąbią o nowej kampanii medialnej uświadamiającej ludziom, że – już zgadliście? – kaszel trwający ponad 3 tygodnie to pewnikiem oznaka raka płuc. Cudownie. Pójdę na badania w Gdańsku, bo tutaj wyniki rentgenów dostaje się po roku – podobno tutejsi lekarze nie potrafią prawidłowo interpretować prześwietleń płuc*, więc wysyłają zdjęcia do… Polski. W Polsce je opisują, dają do tłumaczenia, odsyłają… a pacjent schodzi z tego świata.

Paranoja? Hipochondria? Oczywiście. Dzięki, wujek! ;)

Schodzić ze świata, a w dodatku w mękach, jeszcze mi się nie chce – głównie dlatego, że czeka nas sympatyczne lato. Na początku czerwca mamy dwa dodatkowe dni wolnego w związku z Diamentowym Jubileuszem królowej, więc chcemy wybrać się na cztery dni do Lake District, czyli Krainy Jezior. Zależy to w dużej mierze od pogody, która – jak to na tej szerokości geograficznej – jest wielce nieprzewidywalna. Dość powiedzieć, że dzisiaj padał grad.

15 czerwca lecimy na „prawdziwe” wakacje. Dobry kolega Simona bierze ślub w Ottawie, a że bilety drogie i nie opłaca się jechać na kilka dni, wkomponowaliśmy tę okazję w nasze wakacyjne plany. Najpierw 5 dni w Nowym Jorku, potem 2 w Montrealu, następnie Ottawa, Niagara i Toronto. Kupiliśmy przewodniki, opracowaliśmy miejsca, które chcemy zobaczyć i… odliczamy dni. Na pewno będzie fantastycznie. O ile dożyję.

Wracamy i od razu jedziemy na wyścig Formuły 1 na tor Silverstone. Teść nam kupił bilety, co było bardzo miłe z jego strony :) On też idzie, razem z najstarszym synem, więc na pewno będzie super… o ile dożyję.

Na początku sierpnia dwa razy idziemy na Olimpiadę. Mam nadzieję, że w ćwierćfinale w siatkówce mężczyzn, na który mamy bilety, będą grali Polacy – skakałabym i kibicowała i śpiewała… ale nie Koko Olimpiada Spoko ;)

Pod koniec sierpnia znowu kilka dni wolnego (bez wyraźnego powodu; dzisiaj też jest w Anglii wolne i nikt dokładnie nie wie, czemu) i jeśli wszystko dobrze pójdzie, polecimy do Palermo. Bardzo mi zależy, żeby poćwiczyć włoski, moja prababcia zawsze mówi, że wycieczka do Palermo była najpiękniejszą w jej życiu, na Sycylii nigdy nie byłam, a w dodatku jestem zakochana w Commissario Salvo Montalbano, więc wybór był prosty. O ile… no właśnie.

* To wiem od polskiego lekarza, który pracował w kilku angielskich szpitalach.

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.