Świat Marty W.

26 marca 2011

Angielskie poczucie humoru

Filed under: marzec 2011 — swiatmartyw @ 8:24 pm

Poszliśmy dzisiaj do pubu oglądać mecz Anglia-Walia. Anglia wygrała, ale ogólnie rzecz biorąc mecz był nudny, więc dla poprawienia atmosfery moi znajomi w przedziale wiekowym 26 – 38 lat zaczęli mnie edukować co do angielskiego poczucia humoru. Oto „perełki” ;)

– Co to jest: zielone, włochate i porusza się do góry i na dół?
– Agrest w windzie.

– Co zrobić, jeśli Irlandczyk rzuci w ciebie granatem?
– Wyciągnąć zawleczkę zapalnika i odrzucić w jego kierunku.

– Co to jest: różowe i puszyste? Różowy puszek.
– A co to jest purpurowe i puszyste? Różowy puszek wstrzymujący oddech.

Przed następnym kawałem słowo wyjaśnienia – tak jak my mamy kawały z cyklu „Polak, Rusek i Niemiec”, tak oni mają „Anglik, Irlandczyk i Szkot”…

– Do pubu wchodzą Anglik, Irlandczyk i Szkot. Barman patrzy na nich i pyta: „Czy to jakiś żart?”

– Dlaczego piekarz miał brązowe ręce?
– Bo zrobił kupę.

I mój ulubiony, który jest nawet trochę śmieszny, ale niestety nieprzetłumaczalny na polski:

– Why was 6 afraid of 7?
– Because 7 8 9!

:)

Reklamy

23 marca 2011

Broadway Tower Country Park

Filed under: marzec 2011,Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 11:05 pm

Ponieważ mieszkamy na angielskim biegunie ciepła, minusowe temperatury utrzymały się zaledwie przez tydzień, a potem od razu nastała wiosna. Już od początku lutego dzień w dzień jest ok. 10 stopni, czasem 15, a dzisiaj – 18. Do tego słońce, kwiatki kwitną, ptaszki śpiewają… postanowiliśmy pojechać na wycieczkę. Długo jechałam, Simon się denerwował, bo a to za szybko jego zdaniem, a to za wolno, a to za niski bieg, a to za wysoki bieg… miałam ochotę wysadzić go w połowie drogi ;). W końcu dojechaliśmy:


Sielskie-anielskie widoki...

...oraz wielkie stado "Red Deer", do których - jak głosi tabliczka - można podchodzić, ale wyłącznie na własne ryzyko

„Red Deer” to po polsku jeleń szlachetny. Nie podeszliśmy bliżej, ale rzeczywiście było ich mnóstwo.

Dużo ładniejsze zdjęcia na oficjalnej stronie: http://www.broadwaytower.co.uk/

Czy warto? Bo ja wiem… £ 4,50 za wstęp na wieżę, która jednocześnie jest najwyżej położonym punktem obserwacyjnym w regionie, 334 metry, jeśli się nie mylę. Z jej okien widać cztery pola bitew, wszystko jest oznaczone, legendy opisane itd. Ładny park naookoło, kawiarnia z paskudną kawą… Niby średnio, ale był piękny, słoneczny dzień, więc wygrzaliśmy się na trawce, pospacerowaliśmy między jeleniami i wróciliśmy do domu zadowoleni :).

Enigma 2

Filed under: marzec 2011 — swiatmartyw @ 10:34 pm

Gdy niewprawiony w angielskich zwyczajach cudzoziemiec (patrz: ja) przysłuchuje się planowaniu podróży przez tubylców (patrz: Simon i jego koleżanka), po pierwsze nic a nic nie rozumie, po drugie nie rozumie jak oni rozumieją, a po trzecie nie potrafi powtórzyć choćby go przypalali. Koleżanka pyta: „Jak dojechać do was ode mnie z Leeds?”, a Simon na to bez nawet sekundowego zastanowienia:

– Musisz wyjechać na A58, potem skręcić na A643, będzie zjazd na M1, potem szukaj zjazdu na M42, kieruj się na Birmingam, wyjedziesz na M5, a potem to już łatwizna, A40, A46 i już jesteś u nas.

??? (to ja)

Koleżanka: „A, to rzeczywiście łatwo, będę za 3 godziny, pa!” Nawet sobie nie zapisała, bo prościzna przecież! ;)

Dwa tygodnie temu Simon pozwolił mi prowadzić z farmy do nas. Gdy już ominęłam wszystkie owce i wyjechałam na prostą drogę, pytam, co dalej? Głupie pytanie, przecież wiadomo, że…. A170, A169, M62, A1, M18, M1, M42, M5, A40 i A46!

Najlepsze, że Angole naprawdę potrafią w ten sposób powiedzieć człowiekowi jak dojechać z dowolnego punktu A do dowolnego punktu B. Gorzej, jeśli ten człowiek jest cudzoziemcem i co prawda wysłucha, ale potem i tak ustawi sobie GPS ;).

Nasze autostrady – te kilkaset kilometrów, które już mamy – chyba nazywają się od nazwisk ludzi? Może kiedyś ktoś zapyta mnie jak dojechać z Gdańska do Warszawy, a wtedy ja z dumą odpalę:

– Najpierw wjeżdżasz na Lecha Wałęsy, potem Jana Pawła, szukaj znaków na Szymborską, zjedź w Miłosza (broń Boże nie w Reymonta, bo wylądujesz w Bydgoszczy!), potem na prawo będzie skręt w Sienkiewicza, a gdy wjedziesz w Małysza, to już w oddali będzie widać Pałac Kultury!

:)

16 marca 2011

Dziecko prawdę ci powie

Filed under: marzec 2011 — swiatmartyw @ 12:09 am

Historia nieco przeterminowana, bo z zeszłego lata.

Pojechaliśmy do rodziców Simona do Yorkshire i przy okazji spotkaliśmy się z jego koleżanką z podstawówki. Nie chcę jej oceniać, bo ludziom różnie się w życiu układa, ale fakty są takie, że Sarah nigdy nie wyjechała z Yorkshire, skończyła edukację najszybciej jak się dało, pracuje jako kelnerka w lokalnym pubie i ma dziecko z facetem, którego poznała w jakimś klubie i który po jednej nocy więcej się do niej nie odezwał. Czy jest sympatyczna?, zapytacie. Ha! Chciałabym odpowiedzieć, ale niestety moja konwersacja z nią jest mocno ograniczona, bo ma tak silny akcent z Yorkshire, tzw. broad Yorkshire accent, że prawie jej nie rozumiem. Nawet Simon musi często ją prosić, żeby powtórzyła – a co dopiero ja.

Dla tych, którzy nigdy nie słyszeli akcentu z Yorshire, znalazłam zapis prawie fonetyczny w książce Brama Stokera „Dracula”, której akcja toczy się m.in. w Whitby, nadmorskim miasteczku w Yorkshire, z którego pochodził autor:

” ‚Ittin’ of them over ‚ead with a pole is one way. Scratchin’ of their ears in another, when gents as is flush wants a bit of show-orf to their gals. I don’t so much mind the fust, the ‚ittin of the pole part afore I chucks in their dinner, but I waits till they’ve ‚ad their sherry and kawffee, so to speak, afore I tries on with the ear scratchin’. Mind you”, he added philosophically, „there’s a deal of the same nature in us as in them theer animiles. Here’s you a-comin’ and arskin’ of me questions about my business, and I that grump-like that only for your bloomin’ ‚arf-quid I’d ‚a’ seen you blowed fust ‚fore I’d answer.”

Czyli jednym słowem – angielski, ale jednak… nie bardzo. Czytając jeszcze się można domyślić, ale gdy mówią w taki sposób, często nie daję rady i tylko głupio się uśmiecham i potakuję.

Pięcioletnia córeczka Sary podchodzi do mnie i pyta: „Dlaczego ty mówisz inaczej niż mamusia?”.
Dlatego, myślę sobie, że przez dwa lata studiowałam fonetykę języka angielskiego; dlatego, że kilka godzin tygodniowo siedziałam ze słuchawkami na uszach i powtarzałam dźwięki składające się na „klasyczny” amerykański i brytyjski angielski; dlatego, że potrafiłam narysować pozycję języka i strun głosowych przy wymowie każdej głoski; dlatego, że musieliśmy nauczyć się recytować wiersze w Queen’s English, włącznie z intonacją zdaniową (pamiętacie „Pretty, why so pale?”); dlatego, że dzień w dzień musieliśmy oglądać BBC i opowiadać pani profesor, co się dzieje w świecie anglojęzycznym. Ciężka praca się opłaciła – obecnie udaje mi się oszukać większość Anglików, że jestem stąd – oczywiście do momentu pierwszego angielskiego żartu, który mnie w ogóle nie śmieszy i od razu podpadam ;)

– Dlatego, my darling, że jestem z innego kraju – wykrztuszam wreszcie.
– To w twoim kraju wszyscy tak śmiesznie mówią po angielsku?

I tak właśnie pięcioletnia dziewczynka pobiła magister lingwistyki stosowanej z piątką na dyplomie ;)

15 marca 2011

Już bliżej jest niż dalej?

Filed under: marzec 2011 — swiatmartyw @ 11:22 pm

Gdy byłam bardzo małą dziewczynką, mama bawiła się ze mną w grę odpowiadającą moim zdolnościom umysłowym – ja zamykałam małe oczka i dla pewności zakrywałam je małymi rączkami, a mama mówiła teatralnym głosem: „Nie ma Martuni, nie ma Martuni…. Gdzie jest Martunia, gdzie??!” Wtedy ja otwierałam oczka i piszczałam: „Tuuuu! Tu jest Martunia!!!!”, a mama na to: „O!!!!! Tu jest!!!”. Nauczyłam się wtedy, że jeśli nie widzę, to tego nie ma.

Dzisiaj w pracy poszłam do toalety, a następnie przyjrzałam się sobie krytycznie w lustrze. Zauważyłam jakiś paproch na włosach, więc chciałam go strzepnąć. Strzepuję, strzepuję i nic. Przyglądam się dokładnie…. i serce mi zamarło… zimno mi się zrobiło… Pierwszy Siwy Włos. Króciutki, nieśmiały, ale jednak siwy. Zamknęłam oczy. Nie ma. Otworzyłam. Jest. Wyrwałam z obrzydzeniem. Wyrzuciłam do śmietnika. Zamknęłam oczy na wszelki wypadek. Nie otwieram.

7 marca 2011

Namacalny dowód na to, że nie jestem dobrą nauczycielką

Filed under: marzec 2011 — swiatmartyw @ 8:57 pm

To już prawie rok odkąd zaczęłam uczyć polskiego. Wysyłam urodzinowego smsa jednemu z uczniów – zdrowia, miłości, sukcesów itd. Dostaję odpowiedź:

„Uprzejmie dziekuja za wasze mile slowa. Obmyslam rozumiem!!!”

Chyba powinien obmyśleć zatrudnienie nowej nauczycielki… ;)

6 marca 2011

Czekając na czerwonym

Filed under: marzec 2011 — swiatmartyw @ 7:25 pm

Oto ja w drodze do pracy:

:)

5 marca 2011

O nieszczęśliwym wypadku i wyrozumiałym teściu

Filed under: marzec 2011 — swiatmartyw @ 12:26 pm

No i stało się – po niecałych dwóch tygodniach od odtrzymania prawa jazdy zarysowałam przednią lewą część zderzaka podczas wjazdu do garażu… Wydawało mi się, że ledwo co dotknęłam ściany, ale gdy wysiadałam zbadać szkodę, moim oczom ukazał się następujący widok – zdarty lakier i wgięcie w samochodzie oraz dziura – tak, dziura – w ścianie… Pierwsza myśl: „Simon mnie zabije, to koniec!” Staż związku: trzy lata i parę dni. Przyczyna rozstania: nieudolność w prowadzeniu samochodu…

Czekałam na niego z walącym sercem. Najpierw chciałam nic nie mówić. Potem zbagatelizować, w stylu: „A, wiesz, leciutko zarysowałam samochód, ale to nic, nic…” Piszę do mamy, co robić, co robić?!! Mama: „Wskakuj do samochodu i uciekaj, najlepiej do Gdańska!” :D

Przyszedł. Przyznałam się do razu. Na rzęsach zawisły mi łzy – to tak asekuracyjnie, żeby nie krzyczał ;). Nie był zadowolony, oj nie, oj nie!! Gdy zobaczył zderzak, z jego piersi wydobył się jęk pełen złości i smutku… „You should have reversed further!!!”, zagrzmiał na cały garaż. No wiem, wiem… :( Dziesięć razy wjechałam prawidłowo, a raz mi się, kurde, nie udało. Zaczęliśmy dzwonić po warsztatach – najniższa cena, którą nam zaoferowali to 150 funtów… Za takie gównienko, 150 funtów (700 złotych)! Skandal. Postanowiliśmy na razie się wstrzymać z decyzją i skonsultować z teściem.

Pojechaliśmy na farmę w zeszły weekend i Simon od razu na mnie naskarżył, dosłownie w pierwszym zdaniu, skarżypyta jeden! ;) Teść wyszedł przed dom, ogląda, ogląda i mówi: „Ale gdzie to zarysowanie, bo chyba ślepy jestem??”, „No tu, tato, TU!!”, Simon pokazuje palcem. „Aaaa… eeee…. maleństwo…. ja bym z tym nic nie robił”, Simon: „????!!” Teść: „Bez sensu wymieniać cały zderzak, wgięcie jest malutkie, prawie niewidoczne, a na tą rysę to mam coś w garażu, czekajcie”. Przyniósł substancję o nazwie T-Cut, zapastował, wypolerował, wysuszył… zderzak prawie jak nowy ;).

Wracamy do domu, teść pyta jak to się stało. No to mówię, że wjeżdżałam do garażu i byłam pewna, że wykręcę, ale ta ściana była bliżej niż myślałam i… „It’s one of them moving walls, innit? Yeah, I know this lot!” :D, śmiał się teść. Zwrócił się do teściowej i Simona: „A pamiętacie, gdy dopiero co kupiliśmy Discovery* i nie zdawałem sobie sprawy, jaki jest długi?” Teściowa: „Tak, i wjechałeś tyłem w ścianę domu!”, Teść: „No tej ściany nigdy tam nie było, naprawdę!” ;), Teściowa: „Stoi tam od 350 lat, ale tak, masz rację, czasami się przesuwa! A pamiętacie, gdy kupiliśmy nowe, szersze BMW, i staranowałam słupek przed sklepem?” Oboje: „Pamiętamy, pamiętamy!!!” Śmichy, chichy, w końcu teść mówi do Simona: „Krzyczałeś na Martę, a kto wycofał BMW w ścianę obory??”, Simon: „Kto, ja??”, Teściowie: „Tak, tak, ty, my dear!”, Simon: „Oszczerstwo, nie pamiętam!!” :D

No i takim właśnie sposobem jakoś mi się upiekło ;). Najlepszy był teść na końcu: „Najważniejsze, że tobie nic się stało, my dear. Samochody można naprawić, ludzi nie zawsze!”

*PS. Dla tych, którzy tak jak ja nie wiedzieli, co to Discovery (dowiedziałam się dopiero po przyjeździe do Anglii – nigdy nie za późno na edukację!). Rzeczywiście długi, kurczę, w życiu bym go nie zaparkowała! ;)

2 marca 2011

Rocznica

Filed under: marzec 2011 — swiatmartyw @ 8:59 pm

Trzy lata. Brawo Simon, jeszcze nikt ze mną tak długo nie wytrzymał! ;)

Spotkaliśmy się 19-ego stycznia 2008 r. w klubie nocnym w Pekinie, przyprowadzili go moi znajomi. Było strasznie głośno, jak to na dyskotece, i trudno się rozmawiało. Ktoś mi powiedział, że jest Holendrem – ale po pierwszym wykrzyczanym „pa:don?”, od razu wiedziałam, że Angol ;). Miał za szerokie spodnie, które mi się nie podobały, żel we włosach, czego nie cierpię, a w dodatku palił papierosy jeden za drugim, czego nie toleruję – i tak obiecująco właśnie rozpoczęła się nasza znajomość ;).

Następnym razem zobaczyliśmy się po kilku dniach, na wycieczce na północ Chin, na Festiwal Lodu. Najpierw zakochałam się w jego akcencie, który wydawał mi się super seksowny – nie wiedziałam wtedy jeszcze, że ma farmerskie naleciałości z Yorkshire ;). Potem spodobało mi się, że dzwoni do rodziców raz na tydzień i wszystko im opowiada – dobry znak, myślę sobie, musi mieć z nimi dobry kontakt. Ze wszystkimi potrafił się dogadać, wszystkich ciągle rozśmieszał, wszyscy go lubili – a ja coraz bardziej. W naszej szkole językowej była jedna Angielka – a że naturalną koleją rzeczy na obczyźnie lgnie się do rodaków – często się z Simonem widywała. I to ona zaczęła nas ze sobą swatać. Najpierw mi powiedziała, że Simon powiedział, że… Potem mu powiedziała, że ja powiedziałam, że… Jedno spotkanie, drugie, trzecie, czwarte… na moje życzenie przestał palić, zaczął się ubierać po ludzku i wyrzucił żel ;)… no i tak jakoś wyszło. Wszyscy mnie ostrzegali, że on przecież zaraz wyjeżdża na podróż dookoła świata i tyle będę go widzieć. „Nie zakochuj się!”, grzmieli znajomi. A ja, głupia, się zakochałam.

No i wyjechał – przedłużył swój pobyt w Pekinie o dwa miesiące, ale w końcu wyjechał na największą przygodę swojego życia. Trudno było mieć pretensje. Najpierw podróżowaliśmy razem, no ale w końcu musiałam wracać do Pekinu do pracy. Cały lot z Tajlandii przeryczałam. Myślałam sobie, że oto nadszedł koniec, przecież będzie podróżował przez następne siedem (!) miesięcy i pewnie zapomni albo znajdzie sobie inną.

Nie znalazł sobie innej. I nie zapomniał – pisał smsy dzień w dzień, a gdy tylko znalazł dostęp do internetu, dzwonił przez Skype’a. Całe siedem miesięcy – oprócz trzech dni w Laosie, gdzie, krótko mówiąc, napalił się za dużo trawki i stracił kontakt z rzeczywistością…

Gdy wreszcie przyjechał do domu, od razu do niego poleciałam, stęskniona i przerażona, co to będzie? Super było, a jego rodzice przyjęli mnie z otwartymi ramionami, aż się głupio czułam, tacy byli sympatyczni ;). Okazałam się córką, której teściowa nigdy nie miała. Suszyła i czesała mi włosy, pytała o poradę w sprawie kremów i szminek, zabrała na zakupy, żebym pomogła jej dobrać twarzową bluzkę. Rozbroiła mnie tekstem: „Uważam, że Simon ma bardzo dobry gust – lubiłam wszystkie jego dziewczyny!” :D Teść: „No, gdybym wiedział, to bym się polskiego w szkole uczył, a nie francuskiego, którego nigdy w życiu nie użyłem!” ;)

Spakowałam manatki i wyniosłam się z Pekinu. Przez następne pół roku były częste loty na trasie Gdańsk-Doncaster Sheffield (linie WizzAir zarobiły na nas fortunę ;), aż w końcu powiedziałam sobie, raz kozie śmierć i zamieszkaliśmy razem. I tak zaczęło się sielstwo-anielstwo, odpukać ;) Kocham go, bo… (kolejność przypadkowa):

– gdy z kimś rozmawia o planach, przyszłości, nigdy nie mówi „ja”, tylko zawsze „my”,

– nigdy nie podejmuje decyzji dotyczących nas obojga sam,

– nie wstydzi się powiedzieć „kocham cię” i mówi często,

– cieszy się moimi sukcesami bardziej niż ja :) a porażki zbywa żartami i „nic się nie stało, kochanie”, i „jesteś cudowna”, i „następnym razem będzie lepiej”,

– jest takim samym bałaganiarzem jak ja, więc nie przeszkadza mu mój bałagan ;),

– dał się przekonać, że na tym świecie istnieją nie tylko anglojęzyczne filmy i muzyka, i daje się edukować bez oporów,

– uwielbia podróżować tak samo jak ja,

– co niedzielę przynosi mi śniadanie do łóżka i budzi zapachem świeżo zaparzonej kawy,

– gdy był taki okres, że zarabiałam dużo mniej, nigdy nie powiedział: „O, muszę cię utrzymywać!”; teraz, gdy zarabiamy tyle samo, mówi: „Mam nadzieję, że niedługo będziesz zarabiać więcej ode mnie – wtedy to ja zostanę z dzieckiem w domu!” ;),

– lubi dzieci i chce je ze mną mieć, gdy będę na to gotowa,

– umie i lubi gotować, i nawet mnie udało mu się zachęcić,

– zawsze chwali moje potrawy, choć jego mama gotuje milion razy lepiej, nie oszukujmy się („40 years of practice, my dear, you’ll get there eventually!”, pociesza teściowa ;),

– pozwolił mi zacząć jeździć drogim samochodem na drugi dzień po zdaniu prawa jazdy – choć wiem, że całą noc nie spał z nerwów – no i z żalu, że od teraz musi dojeżdżać do pracy rowerem lub autobusem,

– gdy przychodzi w nocy do łóżka (kładzie się spać o 2:00-3:00 rano…), zawsze przez sen czuję, że całuje mnie w nos i szepcze: „Good night, baby”,

– chodzi ze mną do klubów na tańce, choć wiem, że nie lubi,

– chodzi ze mną na salsę, choć wiem, że nie lubi…,

– ogląda ze mną sporty zimowe, choć wiem, że nie lubi… i kibicuje Małyszowi i Kowalczyk, skacze przed telewizorem i dopinguje, choć wiem, że tak naprawdę obchodzi go to jak zeszłoroczny śnieg na zeszłorocznej skoczni ;),

– bez jednej niezadowolonej miny wysłuchiwał ze mną wszystkich wiadomości na temat stanu zdrowia Roberta Kubicy, oglądał wszystkie wywiady z chirurgiem, który operował Roberta, wyszukiwał najnowszych informacji na internecie i został ze mną przed telewizorem aż się skończyła konferencja prasowa nadawana na żywo z Włoch, choć wiem przecież, że oprócz Jensona Buttona to wszyscy kierowcy F1 obchodzą go jak zeszłoroczny wyścig na zeszłorocznym torze ;),

– uczy się polskiego i co chwilę zaskakuje mnie nowymi wyrażeniami – w zeszłym tygodniu przyszedł do kuchni, przytulił się i wyjąkał: „Umieś dobzie gotować!” :) a wczoraj rozkazująco wskazał na mnie palcem i zażądał: „Myjeś samochót!” :D,

– mówi mi, że jestem piękna nawet gdy nie mam makijażu, siedzę w rozmemłanych starych dżinsach i każdy włos sterczy mi w inną stronę,

– potrafi mnie rozśmieszyć nawet po długim i okropnym dniu w pracy,

– bardzo kocha swoich rodziców i ma z nimi dobry kontakt – no i, jako dodatkowy punkt, lubi moich rodziców, choć wciąż słabo się rozumieją (chyba że po szklaneczce spirytusu ;),

– potrafi przyznać się do błędu i przeprosić,

– nigdy się nie kłócimy,

– jest tak samo rozrzutny jak ja, ale-

– w przeciwieństwie do mnie nigdy nie martwi się o pieniądze, bo to „rzecz nabyta” i „jakoś to będzie”, i „obyśmy tylko zdrowi byli” :),

– potrafi wszystko zrobić w domu i załatwić wszystko poza nim…

Żeby nie było tak słodko – nie lubię, gdy:

– traci czas na durne gry komputerowe typu „idę z kałasznikowem i zabijam wszystko, co się rusza, a gdy już to zabiję, i to coś odpowiednio głośno zawyje, ekran komputera zalewa krew” :/,

– mądrzy się na temat mojego stylu prowadzenia samochodu… i w dodatku ma rację ;)

– głośno słucha Brit Popu w samochodzie albo muzyki w stylu umcyk-umcyk-umcyk-BAM BAM BAM-umcyk-umcyk-umcyk-BOOM BOOM POW!!! :/

Ogólnie na duży plus, oby tak dalej!

PS. Sól mi w oczy, jak mówi moja zabobonna prababcia.

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.