Świat Marty W.

23 września 2010

Wieczny pierdaczek

Filed under: wrzesień 2010 — swiatmartyw @ 9:54 pm

Podczas nielicznych wolnych chwil w pracy, rozglądam się dookoła i czasami mam wrażenie, że moje życie zatoczyło krąg i znowu jestem w szkole podstawowej.

Gdy wróciłam do domu po pierwszym dniu szkoły, pękałam z dumy, wreszcie byłam dorosła! Na ziemię dość szybko sprowadził mnie wujek, który spytał, czy wiedziałam, że uczniowie pierwszej klasy nazywają się pierdaczki. Krew mi się zagotowała, co za zniewaga! Szybko przekonałam się, że w dorosłym świecie obowiązuje mnóstwo zasad, a pierdaczki bezwględnie się gnębi.

Mundurek

O mało nie zemdlałam, gdy okazało się, iż będziemy musieli nosić okropne granatowe mundurki. Uważałam, że wyglądam okropnie, że wyglądam jak – o zgrozo!! – chłopak, co w wieku siedmiu lat jest tragedią nie do opisania. Płakałam, nie chciałam założyć. Moje męki trwały do pewnej lekcji plastyki, gdy wypadł mi z ręki pędzel z zieloną farbą i uciapałam cały mundurek – a nie ubranie pod nim. A już całkowicie się przekonałam, gdy pozwolono nam nosić bardziej dziewczęce fartuszki, z falbankami w kropki – to było to! A gdy mama przyszyła mi na przedzie wielką czerwoną odznakę WZOROWY UCZEŃ (zarobioną podlizywaniem się wychowawczyni, nie oszukujmy się), zaakceptowałam moje wdzianko na całej linii.


W pracy też muszę nosić mundurek. Od poniedziałku do czwartku obowiązuje nas „smart business dress”, czyli żakiety i garnitury, koniecznie czarne, szare, brązowe lub granatowe. Do tego najlepiej biała lub jasna bluzka. Najpierw się wściekłam, bo za stara jestem, żeby ktoś mi zabraniał chodzenia w moim ulubionym czerwonym kolorze, ale po głębszym przemyśleniu stwierdziłam, że nawet toto praktyczne – nigdy nie mam problemu w co się ubrać, a poza tym mieszam się z tłumem i nie odstaję – a dla pierdaczka to ważne, po co ma się narażać starszakom.
Za to co rano szukam cholernego identyfikatora bez którego nie wejdę do budynku. Chyba go sobie przyszyję na piersi jak wzorowego ucznia.

Dyscyplina

W podstawówce wzywają uczniów do dyrektora – u nas w pracy ciągle dostaje się wezwania do szefostwa (szczególnie taka jedna Marta W.).

W szkole przerwy wydzielone są dzwonkiem, u mnie czuwa program komputerowy, który – jeśli niepokorny pracownik przekroczy ustawowe 10 minut – automatycznie wysyła maila do szefa danej osoby (!!). „Dear Madam, informuję, że Marta W. siorbie swoją kawę od ponad 10 minut. To nie do zaakceptowania”.

W szkole trzeba prosić o pozwolenie na wyjście do toalety, u mnie i tym razem czuwa program komputerowy: „Dear Madam, informuję, że Marta W. już od 3 minut w toalecie. Strach pomyśleć, co ona tam robi”.

W szkole na wypracowanie ma się 45 minut, u nas… zgadliście, program komputerowy oblicza ile minut spędzam na odpowiedzenie na maila od klienta. Jeśli ponad 5 minut, system wysyła maila: „Dear Madam, Marta W. już piątą minutę nad tym mailem myśli. Widocznie głupia jakaś!”

Chyba nie mam co wspominać o przerwie obiadowej…?

Rozmawiać podczas lekcji nie wolno. U nas też nie wolno.

W trakcie lekcji nie można podawać sobie karteczek z wiadomościami. U nas nie wolno używać naszego wewnętrznego odpowiednika gadu-gadu do przekazywania osobistych informacji, wszystko musi dotyczyć pracy. Jeśli nauczyciel przechwyci karteczkę, to awantura, a u nas, jeżeli szefostwo zauważy, że jakiś chat nie o pracy to można pożegnać się z finansowym bonusem i powitać naganę.

Dobrze, że przynajmniej sama sobie układam plan lekcji, w to na szczęście moja szefowa nie ingeruje. Nie ma czasu – musi regularnie wszystkich ochrzaniać i czytać 100 mailii wysłanych przez system o naszych spóźnieniach z przerw, toalety i lunchu…

Reklamy

14 września 2010

Dyplomacja na najwyższym światowym poziomie

Filed under: wrzesień 2010 — swiatmartyw @ 9:33 pm

W pracy jestem odpowiedzialna za klientów VIP, więc od samego początku wbijano mi do głowy formułki i zwroty grzecznościowe, których wypada używać w bezpośredniej interakcji.

Dzwonię do wielkiego bossa w Belgii. Gadka-szmatka, omawiamy szczegóły konferencji, wymagania, nagrania, przemówienia itd., aż w końcu Marta W. mówi tak:

Ja: No to już chyba wszystko jasne. Acha, tak przy okazji, to tłumaczenie na niemiecki, które przysłała pana sekretarka jest naprawdę słabe. Powinniście znaleźć inną agencję tłumaczeniową. Znalazłam 5 poważnych błędów w 3 zdaniach!

Wielki Boss: Naprawdę? Sam je zrobiłem, bo zapomnieliśmy wysłać do agencji…

Cisza.

Chrząkanie z obu stron.

W końcu Wielki Boss: Jeśli jest pani pewna, proszę mi przysłać poprawki…
Zmieszana Marta W.: Oczywiście, oczywiście, right away, Sir…

Ale to i tak nic w porównaniu do tekstu, który zaserwowałam uczestnikom przed konferencją w zeszły czwartek. Nic nie działało, nagrywanie nie chciało się zacząć, prezentacja w PowerPoincie nie chciała się otworzyć, program komputerowy padł… Trzy osoby starały mi się pomóc, ale przez pół godziny nic nie mogliśmy zdziałać. Konferencja miała się zacząć za 25 minut i NIC, nic nie było tak, jak być miało. I ja co? Zdenerwowana, zestresowana, nie zauważyłam, że mikrofon się włączył… i wszyscy usłyszeli: „I co ja mam kurwa teraz zrobić??!”

W końcu wpadliśmy na to, co poszło źle i wszystko się udało, a po konferencji dostałam maila z podziękowaniami… Nikt o niczym nie wspomniał…

Ja to się do owiec nadaję, a nie do klientów VIP!

12 września 2010

You are what you eat, czyli prawda w oczy kole

Filed under: wrzesień 2010 — swiatmartyw @ 6:01 pm

W telewizji ciągle trąbią, że Brytyjczycy stają się otyłym narodem, że co trzecia, czy czwarta osoba ma problemy z nadwagą, że problem robi się poważny itd. Nie chciało mi się wierzyć, bo na ulicy prawie nie widuję otyłych osób – choć między Bogiem a prawdą, aż tak się nie rozglądam na prawo i lewo, przeważnie jestem zatopiona w swoich myślach i uważam tylko na „zwierzęcych” przejściach, co by nie zginąć śmiercią tragiczną.

Gdy po raz pierwszy weszłam do pracy, dosłownie aż zaniemówiłam. W języku polskim mamy kilka eufemizmów typu „przy sobie”, „przy kości”, „puszysty”, ale niestety nie da się żadnego z tych określeń użyć do opisania tego, co zobaczyłam. Telewizja w tym wypadku nie kłamie – co trzecia osoba jest rozmiarów wręcz monstrualnych. Większość to młode dziewczyny, młodsze ode mnie, 20-25 lat, co czyni całe wrażenie jeszcze bardziej szokującym. Wszystkie muszą mieć krzesła bez podłokietników, gdyż w przeciwnym wypadku są dla nich za wąskie. Palce jak serdelki, narzekają, że nie mogą kupić sobie pierścionków. Straszny kłopot z kupnem ubrań i butów, muszą jeździć do specjalnych sklepów z rozmiarami XXXXL. Wyprawa do łazienki, czyli jakieś 50 metrów, przyprawia je o zadyszkę. Chodzą kiwając się na boki, więc niektóre mają zwyrodnienie stawów. Horror, naprawdę.

Któregoś dnia na przerwie rozmawiałam z jedną z nich o podróżach. W przypływie szczerości powiedziała mi, że nigdy nie leciała samolotem, bo siedzenia w klasie ekonomicznej są dla niej za wąskie, a na business class ją nie stać. Z samochodem też miała problemy, musiała zamawiać specjalne siedzenie. A potem, na moich oczach, wepchnęła w siebie 5 bułek.

Rozmawiam z inną. Mówi mi, że dziennie wypija butelkę wina, bo inaczej nie potrafi zasnąć (jeden kieliszek to podobno 300 kalorii, więc jeśli w butelce są załóżmy cztery kieliszki, to…). Ulubione jedzenie? McDonald’s oczywiście. Mówię, że to przecież takie niezdrowe, a ona na to: „I don’t care”. No to jak you don’t care, to wyglądasz tak jak wyglądasz. Całe lato chodziła w bluzkach z długimi rękawami, bo wstydzi się wyglądu swoich rąk. Ale i tak je w McDonaldzie i regularnie się upija.

Rozmawiam z trzecią, o pracy, o życiu w ogóle. W pracy jest taki zwyczaj, że jeżeli ktoś ma urodziny, przynosi ciasta i różne słodycze, i kładzie je na stołach w pomieszczeniu, w którym spędzamy przerwy, jemy lunch itd. Moja rozmówczyni: „Dzisiaj Katie ma urodziny, zaraz pewnie przyniesie ciasto, mam nadzieję, że będzie czekoladowe!”

Nigdy, nigdy nie widziałam takich, za przeproszeniem, grubasów – może tylko w telewizji, w jakimś reportażu o otyłości w Stanach Zjednczonych. Tego naprawdę nie da się opisać. Oczywiście, bywają też różne choroby powodujące otyłość, ale w przypadku moich znajomych z pracy zdecydowanie chodzi po prostu o żarcie i picie ponad ludzką miarę oraz zero ruchu. Nic dziwnego, że „nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu” to jeden z grzechów głównych… Jak można samemu sobie coś takiego zrobić…

Jedna ze starszych pań ważyła ponad 150 kg i miała już takie kłopoty ze zdrowiem (głównie serce i stawy), że postanowiła poddać się operacji zmniejszenia żołądka. Podobno po wybudzeniu z narkozy bolało strasznie, ale w ciągu pierwszego tygodnia schudła 7 kg, w drugim tygodniu 5 kg, i ciągle chudnie, bo mało co może (i ma miejsce) jeść. Na razie jest ciężko, bo jeśli zje za dużo, zaczyna wymiotować, ale i tak czuje się o dużo lepiej… „I’m a new person now!”…

Opowiedziałam wszystko Simonowi. Patrzę, na drugi dzień wziął na lunch do pracy trzy marchewki i pojechał rowerem :)).

Na koniec zdjęcie zrobione przez moją koleżankę w Stanach Zjednoczonych, w sklepie z ubraniami dla „puszystych”:


Horror!

Teoretycznie możecie mi mówić Kubica

Filed under: wrzesień 2010 — swiatmartyw @ 4:57 pm

Egzamin zdałam z wynikiem 49/50, więc jestem zadowolona. Moje ulubione pytanie wyglądało tak:

Kierowca jadący przed tobą popełnił błąd. Powinieneś:

A. zacząć przeklinać i gestykulować
B. wysiąść z samochodu i powiedzieć mu, co o tym myślisz
C. użyć klaksonu i zacząć migać światłami
D. zachować spokój

Kto się zgadza, że A i B?? :))

Z dziewczynami bawiłam się rewelacyjnie, plotkowałyśmy do 21:00. Nawet gdybym już miała prawo jazdy, zdecydowanie musiałabym wrócić autobusem, bo na alkomacie chyba skończyłaby się skala ;).

Po powrocie na moją wiochę, dołączyłam do Simona i naszych znajomych, i do 3:00 rano oblewaliśmy mój sukces w rockowym klubie o wdzięcznej, acz nieco bezsensownej nazwie „TRZY KURY” :)). Muzyka była super, śpiewaliśmy tak głośno, że w końcu straciłam głos i mogłam już tylko cichutko chrypieć. Wychodzimy, i ja szepczę: „Nie mogę mówić!”, a koledzy do Simona: „You’ll thank us later!” :D

Dzień zaliczamy do bardzo udanych.

10 września 2010

Zwierzyniec

Filed under: wrzesień 2010 — swiatmartyw @ 10:58 pm

Jutro z samego rana mam egzamin z teorii. Przerobiłam wszystkie 863 pytania, przeczytałam Highway Code, naoglądałam się materiałów pomocniczych – teraz tylko się modlić ;). Test będzie składał się z 50 pytań wielokrotnego wyboru, jednej scenki i na jej podstawie 5 pytań, oraz 14 filmików, podczas których muszę zaznaczyć wszystkie niebezpieczeństwa na drodze klikając na nie myszką.

Wiedzieliście, że w Wlk Brytanii wszystkie przejścia dla pieszych biorą nazwę od zwierząt? „Zebrę” my też mamy, ale ich drogowy zwierzyniec poszerzony jest jeszcze o tukana, pelikana, pegaza (to, jak się można domyślić po nazwie, przejście dla koni :) oraz… maskonura (!) („puffin crossing”). Jeśli ktoś mi nie wierzy, proszę bardzo, maskonur wygląda następująco:

…a Wikipedia podaje, co następuje:

Maskonur (Fratercula arctica) – średni ptak wodny z rodziny alk.

Zamieszkuje wyspy oraz wybrzeża północnego i środkowego Atlantyku (…) Na polskim wybrzeżu pojawia się sporadycznie, w czasie zimowych wędrówek.
Jego sympatyczny i zabawny wygląd zewnętrzny, o sylwetce z zaokrągloną dużą głową i krótkimi czerwonymi nogami, sprawił, że nazwa łacińska maskonura określa go jako „braciszka arktycznego”.

I nawet ma przejście swojego imienia ;).

Po egzaminie spotykam się z koleżankami z pracy, Jolą i Gosią. Jeśli zdam, pójdziemy to opić, jeśli nie zdam, pójdziemy mnie pocieszyć :). Tak czy siak, będzie wesoło.

Trzymajcie kciuki, tak na wsiaki słuczaj!

4 września 2010

Autobusowa ferajna

Filed under: wrzesień 2010 — swiatmartyw @ 5:07 pm

Codziennie wsiadam do dwupiętrowego autobusu numer 95 o 8:00 rano i wracam o 17:20, więc nie dość, że już wiem wszystko o kierowcy, a on o mnie, zawsze widuję tych samych ludzi. Lubię siedzieć w kącie i obserwować – a oto wyniki:

1. Pani lat 30+, codziennie zajmuje to samo miejsce i ledwo siądzie, dzwoni jej komórka. Przez następne 35 minut rozmawia z jakąś kobietą w języku niestety przeze mnie nie rozpoznawalnym. Najpierw myślałam, że to hindi, ale jednak nie, coś innego. Kiedyś bezczelnie usiadłam obok niej i przysłuchiwałam się każdemu słowu – nie zrozumiałam kompletnie nic. Nie mogą być to wesołe konwersacje, bo pani zawsze ma smutną minę, a osoba, z którą rozmawia, często mówi podniesionym głosem, który słychać na pół autobusu.

2. Bardzo przy sobie dziewczyna lat 22, oryginalnie z Nigerii. Często wraca z koleżanką z pracy, filigranową blondyneczką, i zawsze  – ona donośnym głosem, blondyneczka prawie niesłyszalnym – rozmawiają o tym samym – najpierw o stresie w pracy, a następnie o narzeczonym tejże Nigeryjki. Wiem o nim wszystko, wiem również kiedy i gdzie będzie ślub, jak również, że po urodzeniu dziecka sprowadzą do niego nianię z Nigerii, bo taniej. Owa niania musi spełniać dwa kryteria, „musi być grubsza i brzydsza ode mnie, bo inaczej bałabym się, że zacznie podrywać mi męża!”. Jeśli nie ma z nią blondyneczki, przez całe 35 minut rozmawia z tymże narzeczonym przez telefon, w dziwnej mieszance angielskiego i jednego z ichnich języków. Najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy, że ma głos na podobieństwo tuby i cały autobus musi wszystkiego wysłuchiwać.

3. Śliczna dziewczyna lat ok. 23, piękne kręcone blond włosy, figura modelki. Zawsze czyta kieszonkowe wydanie Biblii po francusku, więc myślałam, że Francuzka, ale potem słyszałam, jak rozmawia przez telefon i na 100% był to język rumuński, także kto wie. Po identyfikatorze, który nosi na szyi widzę, że pracuje w mojej firmie, ale nigdy nie spotkałam jej w budynku. W drodze powrotnej zawsze nakłada korektor na cienie pod oczami, a potem długo przygląda się sobie w lusterku. Jej komórka wydaje straszny dźwięk, gdy dostaje smsa, jakby wyła karetka pogotowia. Kilka razy porządnie się wystraszyłam :)

4. Pani z diabolicznym dzieckiem, które wyje przez całe 35 minut. Wyje to mało powiedziane – wrzeszczy, kopie, rozrzuca zabawki, ryczy i po prostu zachowuje się jak rozwydrzony bachor. Mamusia nie mówi nic. Grzeczni Angole nie mówią nic. Ja rzucam jej na razie mordercze spojrzenia albo na jej widok idę na górne piętro autobusu, ale chyba niedługo coś powiem, bo nie wytrzymam.

5. Chłopak lat ok. 25 z kolczykiem w nosie typu „kolczyk byka” oraz piercingiem w obu brwiach i na wardze. Słyszałam, jak kiedyś rozmawiał z kolegą i wydawał się bardzo sympatyczny i inteligentny. Zawsze czyta mądre książki, ostatnio o Związku Radzieckim za czasów Stalina. Niestety ma jedną zdecydowaną wadę – roztacza bardzo niemiły zapach. Mam wrażenie, że kąpie się nie częściej niż raz na tydzień, więc gdy siada przy mnie, pierwsze 5 minut jakoś wytrzymuję, ale potem grzecznie mówię „Excuse me” i się przesiadam…

6. Dziewczyna lat ok. 25, bardzo silny akcent, może Polka. Ładna i zgrabna, ale na nogach zawsze ma to samo – botki do pół łydki z futerkiem w środku. Nawet przy trzydziestostopniowych upałach ubiera się w  bluzkę na ramiączkach, trochę przykrótkie szorty i nieśmiertelne botki. Chyba zaczęła wzrorować się na Angielkach, których wyczucie mody i stylu jest dość wątpliwe – szefowa szefowej też nosi kozaczki z futerkiem niezależnie od pogody.

7. Znajomy z salsy, Hindus z pochodzenia, ale urodzony tutaj. Przesympatyczny, ale nigdy nie chce ze mną tańczyć, bo sięga mi do szyi i mówi, że czuje się jak idiota ;). Często rozmawiamy o tańcu właśnie i o tym, co ciekawego można robić w naszej wiosce. Zgadzamy się, że niewiele…

8. Pani lat 50+ wyglądająca tak, jakby o tej 8:00 rano jechała na bal. Ubiera się w niesamowite stroje, kompletnie nie pasujące do „zwykłej” pracy. Nie potrafię sobie wyobrazić, jaka firma/ instytucja wymaga tak galowego stroju dzień w dzień. A może pani po prostu lubi chodzić w jedwabnych sukniach do ziemi i trzech sznurach pereł ;).

9. Dziewczyna lat ok. 23. Wsiada do autobusu bez makijażu, wybiera zawsze to samo siedzenie na górze, otwiera torebkę, wyjmuje lusterko i zaczyna się malować. Najpierw korektor, potem podkład, puder i róż; obrysowuje oczy czarną kredką, kąciki zaznacza białym cieniem, nakłada mascarę, potem pieczołowicie maluje usta. Dlaczego nie robi tego w domu? Pewnie woli dłużej pospać ;). Swoją drogą podziwiam jej pewną rękę – ja nie jestem w stanie zrobić równej kreski pod okiem stojąc na nieruszającej się podłodze naszej łazienki, a co dopiero w jadącym autobusie. Zrobiłabym z siebie klauna jak nic ;).

Ciekawe, co myślą o mnie? „Siada zawsze w tym samym miejscu w rogu i z nieprzeniknioną miną ciągle na wszystkich się gapi!” :D

Lato stulecia

Filed under: wrzesień 2010 — swiatmartyw @ 4:26 pm

Jaki deszcz? Jakie zimno? Jaka typowa angielska pogoda? Od połowy maja do teraz panują upały, jakich nie powstydziłyby się kraje południowoeuropejskie. Staramy się maksymalnie wykorzystać ten cud natury i w każdy weekend organizujemy sobie wycieczkę. Dwa tygodnie temu pojechaliśmy ze znajomymi do Woolacombe, w północnym Devonie, nad Oceanem Atlantyckim, mniej więcej tutaj:

Palmy na każdej ulicy, domy jak z obrazka, ciepła woda, plaża taka jak w Trójmieście, tylko trochę słaba infrastruktura dla turystów, no i wszędzie drogo, zwłaszcza taksówkarze robią niezły interes. Co tam, już pogodziliśmy się z faktem, że nigdy nie zaoszczędzimy w tym kraju ani funta ;) więc carpe diem i do przodu.

Najważniejszym punktem programu był surfing. Nikt z nas nie wiedział jak, co i gdzie, ale po chwili….


Simon W. okazał się wybitnym surfingowym talentem i udało mu się utrzymać na desce dwa razy po 5 sekund! :) Poza tym, bardzo mi się podobał w tym obcisłym wdzianku, więc będzie powtórka :).

W zeszły (długi) weekend pojechaliśmy do teściów na farmę i zafundowaliśmy sobie program Blisko Natury. Spacerowaliśmy po polach i lasach, opalaliśmy się na polanach, jedliśmy dzikie jeżyny i splądrowaliśmy ogród teściów, wyjadając wszystko, co ostało się na krzaczkach :). Wchodzę do domu, umorusana jak sześciolatek, i od razu się przyznaję:

Ja: Obawiam się, że zjadłam wszystkie poziomki…
Teść: A taką miałem ochotę, cały dzień marzyłem, że po pracy zjem trochę poziomek!
Teściowa: Miałam zrobić ciasto z poziomkami, i co teraz…

Powiedzieli to z tak poważnymi minami, że przez całe 10 sekund myślałam, że właśnie zrujnowałam jeden dzień z życia rodziny W. :))

W Yorkshire ciągle organizowane są jakieś farmerskie festiwale, wystawy, konkursy na największą cebulę i najbardziej posłusznego królika. Ale żółtych owiec to się nie spodziewaliśmy:


Takie cuda w Yorkshire ;)

Po obejrzeniu tych zdjęć, szarych i częściowo rozmazanych (a to przez wilgoć, która dostała się do aparatu w Tajlandii i już z niego nie wyszła), postanowiliśmy kupić nowy aparat. Podczas oglądania katalogu, spodobała nam się jeszcze wielka szafa z lustrami, wiertarka do simonowych projektów i wściekle czerwony czajnik. I właśnie dlatego nigdy nie uda nam się nic zaoszczędzić ;).

Blog na WordPress.com.