Świat Marty W.

23 kwietnia 2011

Jedziemy na wycieczkę, bierzemy misia w teczkę… a misiu wiadomo ;)

Filed under: kwiecień 2011 — swiatmartyw @ 6:14 pm

Jutro, zaraz po śniadaniu wielkanocnym, jadę do Londynu, a w poniedziałek o nieludzko wczesnej porze wylatuję na Maltę. Nie mogę się doczekać, odliczam godziny. Wreszcie coś nowego, nowy kraj, nowe miasta, nowi ludzie, nowe przeżycia. Dodatkowym bonusem jest spotkanie z rodzinką, z którą zawsze świetnie się bawię. Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze, musi być!

Zawieszam działalność bloga do trzeciego maja, potem wszystko Wam opowiem :)

Wesołych Świąt!

Reklamy

22 kwietnia 2011

Koguty

Filed under: kwiecień 2011 — swiatmartyw @ 9:58 pm

„Nie wiedziałem, że na świecie jest tylu kretynów, dopóki nie zacząłem korzystać z internetu”, powiedział, i słusznie, Stanisław Lem. A Marta W. mówi tak – nie wiedziałam, że na drogach jest tylu kretynów, dopóki nie zaczęłam jeździć. Świat z perspektywy pasażera jest zupełnie inny, dobry, bezpieczny. Człowiek gapi się na sklepy, kwiatki i przechodniów, i nie zdaje sobie sprawy, że przed nim stale toczy się walka o dominację.

Wydawać by się mogło, że z reguły spokojni i grzeczni Anglicy będą tak samo spokojni i grzeczni na drogach – ale gdzie tam, diabły, szatany! Największym zagrożeniem, tak jak pewnie w każdym kraju, są młodzi mężczyźni w drogich, przeważnie sportowych samochodach, z silnikami o poziomie głośności bolidów Formuły 1. Słychać takiego już z kilku kilometrów i od razu wiadomo, że za nic ma ograniczenia prędkości czy zakaz wyprzedzania z prawej strony. Będzie taki lawirował pomiędzy samochodami, zmieniając pas co 10 metrów… a potem i tak utknie na światłach, razem ze wszystkimi. Ja też lubię szybko jeździć, przyznaję, ale 80 km/h na rondzie to jednak lekka przesada, nawet jeśli jest się super kierowcą super samochodu.

Osobną grupę stanowią kierowcy BMW. Mam teorię, że po zakupie beemwuchy coś się Anglikom dzieje z głową i zaczynają się czuć królami dróg. Nie stosują się do żadnych przepisów, przejeżdżają czerwone światła, pędzą 160km/h po mieście i utrudniają życie wszystkim, a zwłaszcza początkującym kierowcom jak ja.

Jedziemy do Birmingham, ja prowadzę. Autostrada, więc pędzimy 120 km/h. Wyprzedza nas BMW i zajeżdża nam drogę tak, że muszę hamować z całej siły, hamulec idzie do samej podłogi, a silnik głośno protestuje. Wściekła drę się po polsku, TY KRETYNIE JEB*NY!! Bardzo brzydko, przyznaję, ale przy takich prędkościach nie ma żartów, a w dodatku, nawet gdybyśmy cudem przeżyli (bo niby mamy poduszki powietrzne również po bokach – wszystko fajnie, ale nie chcę sprawdzać, czy działają), to jeszcze by w sądzie powiedzieli, że moja wina była, bo to zawsze wina tego, co z tyłu.

Jedziemy do Bristolu, Simon prowadzi. Nagle z szybkością światła mija nas BMW, a na nasz samochód spada grad małych kamyczków – jeden powoduje rysę na szybie. Simon ma morderstwo w oczach i wrzeszczy: „FUCKING DICKHEAD!!!! All BMW drivers are COCKS!!!” Po tym następuje seria przekleństw nie do powtórzenia, włącznie z tym, co by zrobił z jego narządami rozrodczymi, gdyby go złapał itd. ;) Gdy złość mija, Simon mruczy pod nosem: „Oh wait… my mum drives a BMW…” ;) Trzeba przyznać, że teściowa to też niezły pirat, zawsze łamie ograniczenia prędkości – ale u nich na wiosce to najwyżej bażanta stuknie albo owcę wystraszy, a w mieście już trochę gorzej.

Nie kupujemy BMW. Powód oficjalny – człowiek tyle kasy wyda i kogutem się stanie ;)

17 kwietnia 2011

Birmingham

Filed under: kwiecień 2011,Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 9:19 pm

Chociaż mieszkamy niecałą godzinę od Birmingham, jakoś nigdy nas tam nie ciągnęło – a to dlatego, że wszyscy znajomi odradzali; że brudno, niebezpiecznie, brzydko i w ogóle do niczego. Śmiali się i kpili z nazywania Birmingham „angielską Wenecją”, przytaczali zastraszające statystyki morderst, rozbojów i gwałtów… no i tak nas zniechęcili, że dopiero „Gadget Show live„, na który bardzo chcieliśmy pojechać, zmusił nas niejako do wybrania się na ten nieprzyjazny ludziom teren.

Pojechaliśmy w sobotę wczesnym popołudniem. Tani hotel jak to tani hotel – łóżko, trzy małe szafki i mikroskopijna łazienka – ale czego można się było spodziewać za 36 funtów za noc. Wyruszyliśmy na miasto, zobaczyliśmy pierwszy kanał – a kanałów rzeczywiście jest więcej niż w Wenecji – i… no ładnie, bardzo ładnie nawet:

bedandbreakfastdir.co.uk

britaingallery.com

Rondo dla łódek ;)

Pospacerowaliśmy, pogoda piękna, napiliśmy się czegoś w sympatycznej kawiarni z widokiem na wodę i poszliśmy dalej. Dotarliśmy do centrum i… no znowu bardzo ładnie!

uk.ask.com

wesparkle.co.uk

deskshop.co.uk

Weszliśmy na główną ulicę – szeroką, nowoczesną, z kawiarenkami, restauracjami, sklepami zwykłymi, ale także drogimi w stylu Gucci czy Louis Vuitton, oraz takim oto „cudem”:

Widać co to jak byk ;)

Oprócz tego z „rondem”, ani jedno zdjęcie nie jest moje, bo tak nam się podobało, że wszędzie się ustawialiśmy i szczerzyliśmy – a wolałabym Wam naszych gęb oszczędzić ;).

Zwiedziliśmy wszystko co się dało, a potem Simon fircyk zarządał wycieczki do ZARY i obkupił się jak nie wiem ;). No i dobrze, miło mieć eleganckiego faceta!

Wieczorem poszliśmy do znakomitej chińsko-malezyjskiej restauracji, a następnie na kilka drinków ze znajomymi, którzy właśnie wrócili z czteromiesięcznej wycieczki po Azji południowo-wschodniej, więc mieliśmy o czym rozmawiać i co wspominać. Nie poszliśmy do klubów, bo musieliśmy wstać z samego rana na Formułę 1 :) ale dyskoteki wyglądały rewelacyjnie, bez porównania w stosunku do trzech beznadziejnych klubów w naszej wiosce.

Dzisiaj rano obejrzeliśmy wyścig, zjedliśmy śniadanie w eleganckiej kawiarni w centrum, obejrzeliśmy wystawę starych samochodów i pojechaliśmy na Gadget Show. Było fantastycznie, choć nie wiedzieć dlaczego, Simon nie chciał mi kupić gadgetu za 2000 funtów, skąpiradło jedne ;).

Bardzo zadowoleni wróciliśmy do domu. Polecam wycieczkę do Birmingham! Wenecja to może nie jest, ale ładnie, czysto, sympatycznie, mili ludzie, tylko… „God, I hate this accent, I could not live here for a day!”, narzekał Simon ;). Rzeczywiście, akcent okropny – poza tym, wszystko super. Na pewno są nieciekawe dzielnice, ale mało to miast z nieciekawymi dzielnicami?

12 kwietnia 2011

Szósty zmysł

Filed under: kwiecień 2011 — swiatmartyw @ 5:35 pm

Posiadanie partnera, który uczy się twojego języka można porównać do posiadania dziecka, które nagle zaczyna mówić. Ogarnia człowieka zachwyt ślepy i absolutny, a poza tym rozwija się jakiś dodatkowy zmysł, który sprawia, że rozumie się nawet niezbyt logiczne wypowiedzi. Simon od dwóch miesięcy poznaje zawiłości naszej mowy i już znacznie wyszedł poza początkowe „kokam cze” („kocham cię”, dla niedomyślnych ;) – ale wiadomo było, że z moimi rodzicami będzie musiał się wspiąć na wyżyny swojej polszczyzny.

Pojechaliśmy po rodziców na lotnisko w Bristolu. Mama, wiedząc, że mi na tym zależy, zawyła radośnie: „Oooo, jaki piękny samochód, jaki elegancki, jaki czarny!” (wciąż jestem na etapie zachwycania się nowym samochodem ;), a Simon zawtórował zadowolony: „Ciarny samochót!” Potem, jako że lał się żar z jasnego nieba, a poza tym Simon jest Anglikiem, więc ten temat mu nieobcy, wypalił znienacka: „Ładna dziś pogoda!” Super ładna, bardzo ładna, słońce i ciepło, natychmiast podjęliśmy rozmowę, żeby go zachęcić, na co on powtórzył szczęśliwy „słońce!” :)

Gdy czekaliśmy w restauracji na drinki, Simon zmarszczył czoło, mocno się zamyślił i w końcu wydusił: „Dobry… samolot?” Serce matki pomieszane z szóstym zmysłem natychmiast zadziałało, bo moja mama bez najmniejszego zdziwienia odpowiedziała: „Tak, mieliśmy bardzo dobry lot, wylądowaliśmy 10 minut wcześniej” – czym oczywiście trochę Simona skonfudowała, ale zrozumiał „dobry”, więc zamiar komunikacyjny został osiągnięty ;)

Te cholerne polskie liczebniki! Gdy na simonowe pytanie „Kawa ciarny?”, tata odpowiedział: „Poproszę, z dwoma łyżeczkami cukru”, mój biedny Anglik nie zorientował się, że „dwoma”, to odmiana „dwa” i musiał się mnie szybko zapytać w lepiej znanym mu języku :).

Szósty zmysł działał również w drugą stronę, bo gdy mama poprosiła Simona o „spider”, ten od razu się domyślił, że chodziło jej o „cider”… I tak wspólnymi siłami, trochę rękami, trochę nogami, wspaniale się dogadywali :)

3 kwietnia 2011

Gotowa na wakacje

Filed under: kwiecień 2011 — swiatmartyw @ 4:11 pm

Jestem zmęczona. Zmęczona bardziej psychicznie niż fizycznie, bo fizycznie to raczej się oszczędzam – wszędzie wożę tyłek samochodem, w biurze siedzę na tymże samym tyłku, i ruszam wyłącznie palcami u rąk, ewentualnie ręką, gdy trzeba ukryć ziewanie lub zamachać pięścią przed ekranem komputera, gdy głupia maszyna znowu zwolni do tempa ślimaka. Na siłownię chodzę coraz rzadziej – a ile pretekstów potrafię wymyślić, żeby nie iść, ech! Gdybym była tak kreatywna również w innych dziedzinach życia, Nobla miałabym w kieszeni ;).

Żeby samą siebie pocieszyć, napiszę o tegorocznych wyjazdach. Nie mogę uwierzyć, że już mamy kwiecień, ale chwała za to Bogu, bo wreszcie koniec z rutyną praca-dom. Nawet nie wiem, ile urlopu przysługuje w Polsce – tutaj w pierwszym roku zatrudnienia dostaje się 22 dni wolnych plus 8 tzw. bank holidays, w które też się nie pracuje – a w tym roku 9, dzięki księciu Williamowi; od drugiego roku przysługuje 25 dni wolnych + 8 bank holidays.

W przyszłym tygodniu przyjeżdżają moi rodzice – co prawda tylko na 4 dni, ale zawsze jakaś odmiana i okazja do plotkowania w ojczystym języku, no i oczywiście, do bycia razem. Mam zamiar pokazać im Bristol i Oxford, a także może Bath albo Cardiff. Na przerażającą wieść, że będę ich wozić, mama postanowiła kupić kask i podróżować wyłącznie w bagażniku ;). Ciekawe, co bym zrobiła, gdyby w ramach rutynowej kontroli zatrzymała mnie policja i kazała otworzyć bagażnik – Panie Władzo, moja mama schowała się tutaj z własnej, nieprzymuszonej woli! ;)

W Lany Poniedziałek lecę na tydzień na Maltę, z rodzicami i wujkami. Jeśli starczy kasy, popłyniemy jeszcze na Sycylię, ale jeśli nie, i tak na pewno będzie fantastycznie – często razem podróżujemy i zawsze bawimy się rewelacyjnie. Do dzisiaj wspominamy liczne anegdoty z naszych wypadów, np. zjedzenie sąsiadom truskawek w Rzymie ;).

Na moje wielkie, trzydzieste urodziny lecę z Simonem do Maroka – tzn. mam nadzieję, że tak się stanie, bo na razie sytuacja w świecie arabskim nie bardzo nastraja do podróży… W Maroku na razie spokój, odpukać, ale kto wie, może nagle stwierdzą, że król jest do niczego i się zacznie – wtedy szybko trzeba będzie myśleć nad alternatywą… Póki co plan jest taki – 4 noce w luksusowym hotelu na plaży w Agadirze, spa, nurkowanie itd., i 3 w Marakeszu, nie w luksusowym hotelu, ale w samym centrum. Plus wycieczki krajoznawcze.

W czerwcu lecę odwiedzić moją najlepszą koleżankę ze studiów w Luksemburgu. Znowu ploty w ojczystym języku, wspominanie starych czasów, no i oczywiście zwiedzanie Luksa i trochę Francji, może Belgii też.

Reszta nie została jeszcze zaplanowana, ale moja koleżanka z pracy ma apartament w Maladze nad samym morzem, który wynajmuje za bardzo przyzwoitą cenę, więc chyba się skusimy – może w listopadzie, gdy tutaj już bardzo kiepsko z pogodą, a tam wciąż przyjemne 20 stopni. Poza tym bardzo chciałabym pojechać do Lake District na północy Anglii, który to region ma nieco bajkowe tłumaczenie Kraina Jezior. Wikipedia twierdzi, że można tam takie cuda zobaczyć:


A potem już nie będę miała urlopu, więc koniec wycieczek :). Najwyżej jakieś weekendowe wypady, pewnie znowu na surfing pojedziemy, też będzie fajnie.

A w przyszłym roku… dwa tygodnie w Kanadzie! Kolega Simona bierze ślub w Ottawie, więc na ślub z chęcią pojedziemy, a potem, korzystając z okazji, zwiedzimy trochę kraju. Dopiero w przyszłym roku… ale cieszymy się już teraz :).

Hej, wakacje to rzecz miła, wyśmienita rzecz! Wreszcie praca się skończyła i swobody użyczyła, troski idźcie preeeecz! ;)

2 kwietnia 2011

Szef

Filed under: kwiecień 2011 — swiatmartyw @ 3:30 pm

Mimo że bardzo kocham moją prababcię, denerwuje mnie strasznie, gdy zaczyna wygłaszać swoje teorie na temat wyższości mężczyzn nad kobietami.  Mężczyźni są jej zdaniem lepsi pod każdym względem – czyli inteligentniejsi, zdolniejsi, lepsi kierowcy, lepsi kucharze itd., a poza tym nic nigdy nie jest ich winą, „bo to zawsze baby winne”. Tak została wychowana i nic jej opinii nie zmieni.

O female-only szefostwie w mojej firmie pisałam na łamach tego bloga wielokrotnie, więc nie będę pogłębiać moich frustracji, pozwólcie tylko, że przypomnę w skrócie – wszystkie cztery ok. 30 lat, bez wykształcenia (z odpowiednikiem naszej podstawówki), kompletnie nieprofesjonalne, nie mają pojęcia o tym, co robi nasz dział, nic nie wiedzą na temat oferowanych przez nas usług i nie próbują się dowiedzieć, nigdy nie mają dla nas czasu, więc bardzo często nie widzimy ich całymi tygodniami, nie odpowiadają na maile, robią okropne problemy z wzięciem urlopu i choć byśmy na głowach stawali, zawsze jest „room for improvement” i „zarabiacie tyle, że powinniście się bardziej starać”. Krótko mówiąc, złośliwe małpy – taka prawda niestety.

Jakiś czas temu stwierdziły, że nie radzą sobie z szefowaniem (pewnie, że sobie nie radzą, skoro wszystkie pracują tylko na pół etatu, plus jeden dzień w tygodniu mają wolny) i postanowiły zatrudnić tzw. team leadera, czyli osobę odpowiedzialną wyłącznie za nasz zespół.

Sześć tygodni temu w biurze zjawił się facet w średnim wieku, nazwijmy go Peter, i mówi: „Hello guys, I’m your new team leader! Przyniosłem ciasta i czekoladki, żeby dobrze zacząć naszą znajomość!” Mówię do niego, jak to ja: „A ja? Mam alergię na cukier, więc musisz mi kupić coś innego, np. owoce!” Żart to był oczywiście, choć naprawdę mam alergię, ale Peter natychmiast odwrócił się na pięcie, poszedł do sklepu za rogiem i kupił mi banana oraz kiść winogron :).

Od tego czasu nasze życie zmieniło się na lepsze. Facet jest maksymalnie zaangażowany w pracę naszego zespołu, interesuje się tym, co robimy, uczy się od nas, pomaga jak może. Od razu w pierwszym tygodniu wymyślił kilka rzeczy, które ułatwiły podstawowe czynności, jak np. branie urlopu, czy kontakt z innymi zespołami. Gdy powiedzieliśmy mu, że niektórzy z nas nie mieli jeszcze szkolenia z czegoś tam (o które błagaliśmy nasze szefowe od ponad 6 miesięcy), załatwił je w ciągu tygodnia. Gdy poskarżyłam się na super pracochłonny raport, który muszę robić co środę, tak długo siedział i myślał, aż wykombinował jak skrócić czas jego przygotowania o prawie połowę. Poza tym broni nas przed atakami Wściekłej Czwórki, sama słyszałam, jak mówił do tej najbardziej agresywnej, gdy jak zwykle czegoś zaczęła się czepiać: „Daj spokój, daj spokój, oni naprawdę ciężko pracują, dzisiaj dwie osoby na wakacjach, dwie osoby chore, czego ty się spodziewasz?”

W naszym biurze zaczęło świecić słońce. Żartujemy non-stop, a Peter znalazł język porozumienia z każdym z nas. Z chłopakami rozmawia o piłce nożnej, bo wszyscy kibicują tej samej drużynie. Z jedną koleżanką rozmawia o dzieciach, bo ona ma dzieci, i on ma dzieci. Z drugą koleżanką rozmawia o Hiszpanii, bo ona Hiszpanka, a on uczy się hiszpańskiego i często tam jeździ. Z trzecią koleżanką rozmawia o samochodach, bo ona ma obsesję, a on akurat wie dużo… itd. A ze mną… Na mnie poznał się od razu. Któregoś dnia mówi: „Wymyśliłem dla ciebie przezwisko, The Dominator!” ;) No, to by się akurat zgadzało… Gdy nowy chłopak w naszym zespole spytał, co tak właściwie będzie robił, Peter odpowiedział: „Ogólnie to będziesz robił to, co Marta ci każe… bo co ja mogę, ona tu rządzi!” ;)

Codziennie nas chwali, „you’re doing a great job, guys!”, codziennie przynosi coś dobrego do jedzenia dla wszystkich, codziennie opowiada nowe kawały… i nie obraża się, gdy coś krytykujemy. Po raz pierwszy od 10 miesięcy mogę głośno powiedzieć, co myślę, i nawet dodać na końcu: „Peter, this is SHIT!” ;) W krytyce szefostwa przoduję ja i ta Hiszpanka, która nie mówi inaczej o tej najbardziej agresywnej niż „maldita puta de mierda”, na co Peter zawsze udaje zszokowanego i wykrzykuje: „GOD!!! These bloody foreigners, no sense of politeness at all!” :D

Zwyczajny, normalny, fajny facet. Można z nim pogadać o wszystkim…. i popić, i potańczyć też. Wczoraj zabrał cały zespół do jednego pubu, potem drugiego, potem trzeciego, aż skończyliśmy w klubie na śpiewach i tańcach do drugiej nad ranem.

Mężczyźni są lepsi.

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.