Świat Marty W.

27 lutego 2010

„Królowa śniegu” i ja

Filed under: luty 2010 — swiatmartyw @ 10:40 pm

Polskie media prześcigają się w wymyślaniu określeń na naszą złotą Justynę Kowalczyk, a tymczasem bezczelni brytyjscy komentatorzy przez całe 30 km wyścigu narzekali, jak ona mogła oskarżyć tamtą Norweżkę, że bez leków na astmę by nie wygrała, co ona sobie myślała, co to za brak profesjonalizmu itd. Tak się zdenerwowałam, że przyciszyłam tych panów i mogłam w spokoju skakać przed telewizorem i dodawać Justynie otuchy tak, jak ja to potrafię najlepiej ;). W szaleńczym sportowym amoku zaczęłam nawet wrzeszczeć coś w stylu: „Pokaż tej astmatyczce-oszustce, że jest bez szans!!! Jak ktoś chory, to w domu siedzieć, a nie za sport się brać!!!” Ot, zawładnęły mną emocje ;). Zaraz po zwycięstwie zadzwoniła do mnie mama – podobno u nas w domu kibicowało pięć osób i krzyczeli między innymi: „Skoro masz astmę, to niech cię zatka!” ;). I w taki właśnie sposób zdobyliśmy złoto, HURRA! Po 38 latach…

Patrząc na tabelę medalową, ktoś mógłby pomyśleć, że w sumie poszło nam słabo… a tymczasem to nasze najlepsze zimowe igrzyska w historii, sześć medali! Ech, jednak szkoda, że tak szybko się zniechęciłam do jazdy figurowej, coś czuję, że nazywaliby mnie Królewną Śnieżką ;).

A teraz patetyczne zakończenie – w opisanym niżej filmie z ust Nelsona Mandeli pada takie oto zdanie: „This country needs greatness”. Uważam, że świetnie się daje przenieść na polskie realia, więc brawo, Justyna! Brawo!

A jeśli chodzi o astmę… ta Norweżka pewnie też tak robi ;)

Reklamy

Film polecam!

Filed under: luty 2010 — swiatmartyw @ 6:24 pm

Jeśli będziecie mieli okazję, koniecznie obejrzyjcie „Invictus”. Mądry, wzruszający i miejscami bardzo zabawny film o Nelsonie Mandeli i… rugby. Aż nabrałam ochoty na zgłębienie reguł tej gry, choć do tej pory nie miałam do niej serca.
Muszę przyznać się do dwóch rzeczy – dwa razy nie zrozumiałam, co zostało powiedziane, bo jednak południowoafrykański akcent jest zupełnie inny; ale ważniejsze jest to, że więcej niż dwa razy – dużo więcej niż dwa razy – zakręciła mi się łza w oku ze wzruszenia. Pan przy mnie też pociągał nosem i ocierał łzy, więc nie byłam odosobniona w moich odczuciach. Swoją drogą, nie wiedziałam, że mam tyle wspólnego z Mandelą – kto obejrzy, będzie wiedział o co chodzi ;).

Morgan Freeman całe życie marzył, żeby zagrać Mandelę – marzenie się spełniło i zrobił to fantastycznie. Podczas zbliżającej się ceremonii Oskarów będę mocno trzymać kciuki, żeby skąd inąd mało szanowana przeze mnie Akademia choć raz podjęła jakąś sensowną decyzję i doceniła jego świetną grę.

Naprawdę polecam.

26 lutego 2010

Bitter sweet

Filed under: luty 2010 — swiatmartyw @ 5:44 pm

Dobra wiadomość to ta, że wszystkie zombie zostały wytłuczone. Ani jedno się nie ostało, ani pół nawet.

Zła wiadomość to ta, że Simon kupił pistolet do Wii i teraz, celując w ekran ukochanego telewizora, zabija kaczki, które spadają na ziemię w chmurach swojego pierza, kwacząc przy tym okropnie, a potem dobija je pies. Chyba nie do końca zrozumiał, co jego mama mówiła…

Ja się chyba powieszę. I jego też. A kaczki sama powybijam i będzie spokój.

25 lutego 2010

Jeszcze o Chińskim Nowym Roku

Filed under: luty 2010 — swiatmartyw @ 7:31 pm

Chińczycy wiedzą, jak uczcić Nowy Rok. Nigdy wcześniej nie widziałam takiej ferii ogni sztucznych – hałas jest po prostu OGŁUSZAJĄCY (o czym zaraz się przekonacie). Z okazji Roku Tygrysa proponuję obejrzenie filmiku, który dwa lata temu nakręcił Simon w Pekinie (witaliśmy chyba Rok Szczura, jeśli się nie mylę). Stał na spadzistym dachu naszego budynku i wyczyniał niesamowite akrobacje, żeby nakręcić jak najwięcej i jak najlepiej. Cud prawdziwy, że nie spadł, ponieważ był kompletnie, całkowicie pijany (Tsingtao zrobiło swoje) – do tego stopnia, że nie mógł wymówić słowa – także na filmiku usłyszycie wyłącznie „u-hu-hu!” ;). I tak, naprawdę jest tak głośno! Nic dziwnego, 20 milionów ludzi naraz puszcza fajerwerki!

Pijackie wyczyny Simona do obejrzenia tutaj.

Ludzie ludziom

Filed under: luty 2010 — swiatmartyw @ 6:22 pm

Jeszcze nigdy nie widziałam tylu nieszczęśliwych ludzi naraz. Powykrzywiane z bólu twarze, pomarszczone czoła, półotwarte usta ciężko łapiące powietrze. Nikt nawet nie próbuje się uśmiechnąć, zresztą powodów do zadowolenia jest niewiele. Mężczyźni bardzo często wydają z siebie nieartykułowane dźwięki bądź krzyczą ile sił w osłabionych płucach. Kobiety przeważnie cierpią w milczeniu, rzucając tylko zranione spojrzenia wszystkim wokół. Niektórzy cichutko pojękują, inni, zrezygnowani, wzywają Boga i/lub szepczą przekleństwa w rodzimym języku – dzisiaj na przykład, od pana obok usłyszałam: „Jezusmariabożeświętyjapierdzielę”. Atmosfera ponura, mimo wesołej muzyki. A przecież nikt nie każe im tam przychodzić,  sami sobie zgotowali ten los. Zaciskając pięści i walcząc ze zmęczonym organizmem, staram się nie spuszczać wzroku z hasła wymalowanego na ścianie: „Investment in yourself is a profit guaranteed”. Guaranteed to jest tylko to, że zaraz skonam z bólu. Cholerny kręgosłup.

Witamy na siłowni ;).

24 lutego 2010

Chrzest po angielsku

Filed under: luty 2010 — swiatmartyw @ 12:07 pm

Czy Polacy są tacy bystrzy, czy Anglicy tacy tępi? Przed każdym nabożeństwem wszyscy wierni dostają wydrukowany „plan” mszy, włącznie z tym, co powie ksiądz i co trzeba na to odpowiedzieć (odpowiedzi wytłuszczonym drukiem, co by się przypadkiem nie pomieszało i człowiek nie zaczął ryczeć „Módlmy się!”, a na koniec nie udzielił błogosławieństwa).

W zeszłą niedzielę byłam na chrzcie córeczki kuzynki Simona i od razu przy wejściu do kościoła dostałam cztery wydrukowane strony:

Welcome to our Service of Holy Baptism for (imię dziewczynki)

PREPARATION
In the name of the Father, and of the Son and of the Holy Spirit. Amen.
The Lord be with you. And also with you.*

No ludzie, jak można tego nie pamiętać? Następnie:

Hymn or Song (numer jest wyświetlany na tablicy, a śpiewnik leży przy każdym siedzeniu)

BIBLE READINGS & ADDRESS

No bo jak mi nie napiszą, że to czytanie Biblii, to będę siedzieć jak głupia i zastanawiać się, co to za historia i kim jest główny bohater? ;). Chyba nastawiają się na to, że może jakiś grzesznik poczuje powołanie i przyjdzie, no i musi przecież wiedzieć, co się dzieje.

Za chwilę (naprawdę za chwilę, bo tu msze trwają góra 25 minut):

Lord in your mercy. Hear our prayer.**

No ale wydrukowanie „Ojcze Nasz” to już naprawdę przesada. U nas trzylatki potrafią to wyklepać, no, może czterolatki. I tutaj moja pycha została ukarana – mogłam się tego spodziewać, przecież to pierwszy z siedmiu grzechów głównych, a ja byłam w kościele. Nachylam się do „teściowej” i szepczę:

– Po co wydrukowali całe „Ojcze Nasz”, przecież wszyscy to znają!

Teściowa z filuternym uśmiechem:

– A ty? Znasz całość po angielsku?

– Eeee… yhm… no kiedyś znałam, ale… teraz… już… zapomniałam…

– No to nie narzekaj, tylko czytaj, zaraz się zacznie!

Potem już nie rezonowałam, tylko karnie trzymałam się planu, aż ksiądz powiedział:

Go in the light and peace of Christ. Thanks be to God.***

Ceremonia chrztu dokładnie taka sama jak u nas – z jedną ciekawą różnicą. W pokoleniu Simona było następująco – jeśli do chrztu przystępował chłopiec, „dostawał” dwóch ojców chrzestnych i jedną matkę chrzestną; jeśli dziewczynka – dwie matki chrzestne i jednego ojca. Obecnie, niezależnie od płci, każde dziecko ma dwie pary rodziców chrzestnych. Logika stojąca za tym zwyczajem jest następująca – jeśli jedni rodzice się wypną, zawsze zostają jeszcze drudzy do dawania prezentów ;). Ja mam akurat super chrzestnych, ale Simon nie widział swoich „ojców” – ani jednego, ani drugiego! – od dnia chrztu. Tylko matka chrzestna od obowiązków nie może się wywinąć, bo to siostra „teściowej”, więc daleko nie ucieknie ;). Przesympatyczna zresztą, strasznie mi było zimno w kościele, więc oddała mi swoją futrzaną czapę. Wcześniej skarżyłam się jej, że dość mam pracy przez internet, że chcę do ludzi, że czuję się jak kura domowa! A ona na to ze śmiechem: „Yeah… housewife… that’s a pretty low form of life, isn’t it?” Sama oczywiście całe życie siedzi w domu jako żona farmera ;).

Po ceremonii pojechaliśmy do wynajętej sali, gdzie stoły uginały się od jedzenia, wina i szampana. Co chwila wznoszono toasty za główną bohaterkę dnia, która z wielkim zdziwieniem obserwowała cały harmider. Zachowywała się fantastycznie dopóki jej mama nie spróbowała posadzić jej mi na kolana – mała zaczęła tak rozpaczliwie ryczeć, że trzeba było ją natychmiast pocieszyć wielkim różowym królikiem. Wyczuła, że nie lubię dzieci, skubana ;). Ostatnie zdanie oczywiście nie odnosi się do mojego kochanego chrześniaka – ale on to już duży mężczyzna i można z nim normalnie porozmawiać o Transformersach, a nie tylko głupawo szczebiotać „kto ma takie śliczne paluszki? kto ma takie piękne oczka??”. I na pewno zna „Ojcze Nasz” na pamięć ;).

*W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.
Pan z Wami. I z Duchem Twoim.
** Ciebie prosimy. Wysłuchaj nas Panie.
*** Idźcie w Pokoju Chrystusa. Bogu niech będą dzięki.

23 lutego 2010

Różnice w poczuciu humoru

Filed under: luty 2010 — swiatmartyw @ 8:01 am

Byłam wczoraj trochę rozczarowana, bo namęczyłam się strasznie, żeby przetłumaczyć na angielski komentarz pana Zimocha (patrz wpis niżej), a Simon nic, nawet się nie uśmiechnął. No uwierzyć nie mogłam, kącik ust mu nie drgnął, nawet jak o tych niedźwiedziach słuchał! Proszę mi nie zarzucać słabej jakości tłumaczenia ;), on po prostu nie ma poczucia humoru – albo przynajmniej ma zupełne inne. Strzeliłam focha i pytam: „To co ciebie śmieszy??” Szukał na youtube, grzebał, sprawdzał, i z triumfem pokazał mi dwa filmiki. Pierwszy fajny, ale drugi… poryczałam się ze śmiechu, wyłam przez 5 minut i nie mogłam złapać powietrza :D. Może jednak ma trochę tego poczucia humoru, choć jest ono nieco mniej wyrafinowane – a przynajmniej tak to sobie tłumaczę ;).

KAKA, KAKA!! Nie wiem jak Wy, ale ja, będąc małym berbeciem, mówiłam tak na… ekhm… kupę ;). Świetną minę ma ten facet za nim!

Dennis Bergkamp ooooooohhh :D

PS. Chcę być komentarorem sportowym, tak bym mogła pracować! Co prawda, jak się zdenerwuję to zaczynam się jąkać – a o nerwy z naszymi sportowcami nie trudno, ale przynajmniej byłabym charakterystyczna ;).

22 lutego 2010

O tym, jak cała farma Małyszowi kibicowała, czyli Pavarotti na gumowej wycieraczce

Filed under: luty 2010 — swiatmartyw @ 7:42 am

W sobotę „teściowie” zaprosili na kolację trójkę swoich najbliższych przyjaciół. Wszyscy już mnie znają, więc bez skrępowania paplałam przy jedzeniu jak najęta, zachęcana podlewanym co chwila winem („Pij!! Alkohol tuczy, a ty za chuda jesteś!”).

Bezpośrednio po kolacji zagoniłam wszystkich przed telewizor, no bo przecież Małysz miał skakać! Teść: „Trochę mnie nudzi akurat ta konkurencja, ale skoro Marta każe kibicować, to nie ma rady, idziemy!” ;). Wszystko im opowiedziałam o naszym Orle z Wisły, więc gdy wreszcie pojawił się na belce, powitało go gromkie: „Now then mate! Focus! Be bold!!” ;). Pięknie skoczył, a my uczciliśmy to kolejną lampką wina.

Przy drugim skoku teść bardzo się zaangażował i zaczął ryczeć: „HOLD YOUR POSITION, HOLD YOUR POSITION!!!!” :D a wszystkie panie trzymały kciuki i piszczały: Gooooo! Well done mate, well done!”. No i proszę, srebro! Małysz nawet nie podejrzewa, że zawdzięcza je piątce angielskich farmerów ;).

Ale nic, nic nie jest w stanie przebić komentarzy redaktora Tomasza Zimocha. Tarzałam się ze śmiechu słuchając jego emocjonalnego wystąpienia :D co za porównania, czapki z głów!!

– To jest skok, który da mu na pewno medal! (…) Przeskoczył do naszych domów, przeskoczył do naszych serc, przeskoczył do naszej krwi! Adam Małysz na pewno medalistą! (…) Tak, jak piękna kobieta oślepia nas mężczyzn, tak Małysz oślepił nas wspaniałymi skokami. (…) Uklęknął, ucałował śnieg, a ten śnieg przecież, jak usta jego najukochańszej żony!

(…) Kariera Małysza jak plastry słodkiego ananasa! W tym syropie ananasowym wykąpał nas dzisiaj Adam Małysz!

(…) Wyginali się w powietrzu fantastycznie. Pobudzili niedźwiedzie. Niedźwiedzie spać już chyba nie pójdą! (…) W tym roku w Vancouver wiosną pachnie, Małyszem pachnie, skokami pachnie, szczęściem pachnie, ale zapach Ammanna chyba wyczuwalny jest tutaj najbardziej!

POBUDZILI NIEDŹWIEDZIE, no nie mogę :D

Jeśli ktoś jeszcze nie słyszał, całe 5 minut tego typu rewelacji:

Chylę czoła przed kreatywnością pana Tomasza! ;)

20 lutego 2010

Rozmowy z „teściową”

Filed under: luty 2010 — swiatmartyw @ 4:54 pm

Kiedyś już pisałam o rodzicach Simona, ale było to w mailu, a nie na blogu, więc pozwolę sobie przypomnieć kilka faktów. Mieszkają na ogromnej farmie na północy Anglii, uprawiają pszenicę i coś tam jeszcze oraz hodują krowy i owce – jak możecie się domyślić, nie bardzo mieści im się w głowie, że można być wegetarianinem ;). Działają w wielu organizacjach charytatywnych, udzielają się w lokalnym kościele, i są jednymi z najlepszych, najcieplejszych, najzabawniejszych ludzi, jakich poznałam w życiu.

Jedziemy z dworca na farmę. Minus jeden, a ja znowu widzę tabuny dziewczyn rozebranych do rosołu.

Ja: Naprawdę nie rozumiem jak one wytrzymują to zimno! Ja bym zamarzła na miejscu.

Ona: A bo większość z nich jest gruba i to ten tłuszcz je grzeje! A ciebie co ma grzać? Podtuczę cię w ten weekend, to od razu cieplej ci się zrobi, zobaczysz!

Po jakimś czasie:

Ona: Simon wciąż te swoje cholerne zombie zabija zamiast tobą się zajmować?

Ja: No niestety…

Ona: Powiedz mu, że jeśli już musi coś zabijać, to lepiej by się na pole albo do lasu przeszedł i jakiegoś ptaka upolował, żebyście mieli na obiad! Powiedz mu tak!

Jezu, to ja już wolę, żeby on te zombie zabijał, wyobrażacie sobie mnie patroszącą kuropatwę albo innego bażanta?? :D

„Teściowa” przyuważyła, że umyłam włosy i zaraz zgłosiła się na ochotnika, żeby mi je wysuszyć i uczesać. Ja bardzo lubię, gdy ktoś mi coś z włosami robi, więc nie protestowałam. Zaczyna suszyć i mówi:

Ona: Zawsze chciałam mieć córkę, żeby czesać jej włosy i pleść warkocze… ale Bóg dał trzech synów, tak bywa.

Ja: Za to ten najmłodszy jaki fajny!

Ona: No fajny… wszyscy fajni. Może ty mi kiedyś urodzisz wnuczkę, to będę ją czesać i ubierać jak laleczkę!

Ja (skonfudowana): Eeee…Yyyy… Na razie nie planujemy, a poza tym ja bardzo, bardzo, bardzo nie lubię dzieci!

Ona: Nikt nie lubi, a potem swoje zobaczysz i momentalnie odbije ci ze szczęścia, tak jak milionom matek przed tobą. I choćby nie wiem jakie paskudztwo było – a wiadomo, że większość noworodków jest okropna – i tak będziesz uważać, że ósmy cud świata i od razu zamieścisz zdjęcia na Facebooku, zobaczysz!

Ja: Nie odbije mi!! A poza tym, co potem, zarwane noce, bo a to karm, a to przewijaj, a to usypiaj, potem jak już będzie chodzić, to oczy dookoła głowy, potem się baw, potem koloruj jakieś głupie obrazki, potem odpowiadaj na 400 pytań dziennie… Nie chcę!

Ona: Jak ci będzie ciężko, to przyjedziesz tutaj, możesz mieszkać ile chcesz, a ja ci pomogę. Najwyżej zrezygnuję z części obowiązków.

Ja: No przecież nie mogę tutaj mieszkać przez trzy lata, czy kiedy tam można wreszcie dzieciaka do przedszkola oddać.

Ona: Czemu nie? A ile osób tu mieszka, tylko ja, mój mąż, dwa koty domowe, jeden kot przybłęda i pies. I wouldn’t exactly call this a crowd!

Ja: Moja mama mówiła, że te trzy lata, które spędziła ze mną w domu to były trzy najnudniejsze lata jej życia!*

Ona: Wychowywałaś się w trudnych czasach, nic w sklepach nie było. Poza tym w mieście jest inaczej. Tutaj pola do horyzontu, dwie rzeki, las, zwierzaki… raj dla takiego dzieciaka!

Ja: No ale my chcemy podróżować, a nie dzieckiem się zajmować!!

Ona: Więcej niż 36 dni w roku i tak nie dacie rady, bo Simon nie dostanie więcej urlopu. A na 36 dni spokojnie możecie dziecko u mnie zostawić.

Powoli zaczynało mi brakować argumentów, więc w końcu załkałam:

Ja: No ale cycki mi opadną!

Ona: Aaaa… na to też jest sposób, mama mnie nauczyła! – i zaczęła wykonywać ćwiczenia na biust w takt rymowanki, która widocznie przechodzi tutaj z matki na córkę:

„I must, I must, I must, improve my bust! I will, I will, I will, I’ll make it bigger still!!” :D.

W tym momencie popłakałam się ze śmiechu i nie byłam w stanie kontynuować rozmowy. Na koniec czesania „teściowa” rzuciła: „Tylko nie czekajcie z tym zbyt długo, bo inaczej najpierw będziesz musiała zmienić pieluchę dziecku, a potem mi!” :D

Po pysznej kolacji zaczęliśmy oglądać transmisję z Vancouver. Wszystko było interesujące, ale dopiero, gdy zapowiedziano bieg na 15 km, atmosfera stała się naprawdę gorąca. „Teściowa” raz-dwa nauczyła się wymawiać „Justyna Kowalczyk” i przez cały czas kibicowała z wielkim zaangażowaniem. Gdy dwie zawodniczki zaczęły ją wyprzedzać, „teściowa” złapała się za głowę i wrzasnęła:

Ona: Boże! Wyprzedzają ją!!

Ja: I hope they’re not!

Ona: They jolly well are!! (uwielbiam takie „smaczki”) Justyna, faster, FASTER!!

Wywalczyła brąz. Mama Simona wyjmuje sherry: „Po kieliszeczku? Musimy to oblać!” Stuknęłyśmy się kieliszkami. „I’m so glad you’re here, love”.

Nie rozumiem, skąd te złośliwe kawały o teściowej! ;)

*czemu wcale się nie dziwię!

18 lutego 2010

6 Kleine Jägermeister

Filed under: luty 2010 — swiatmartyw @ 1:25 pm

Było sobie sześciu kolegów, którzy mieszkali blisko siebie, chodzili do tej samej podstawówki, a potem do tego samego liceum. Zawsze trzymali się razem, wszędzie chodzili razem, nawet na wakacje często wyjeżdżali razem. Nigdy nie było między nimi żadnej rywalizacji, ani o stopnie, ani o dziewczyny, ani o to, który jest bardziej „cool”. Mimo że studiowali na różnych uniwersytetach, byli w stałym kontakcie, głównie dzięki stronie/ forum internetowym wymyślonym przez jednego z nich, na którym często wymieniali się poglądami, nowościami, problemami. Po studiach jeden wyemigrował do Kanady, drugi do Nowej Zelandii, trzeci na pół roku do Chin (gdzie drugiego dnia poznał dziewczynę, która już go nie wypuściła ;)), a potem w podróż dookoła świata, czwarty na drugi koniec kraju do Bardzo Prestiżowej Pracy w Służbie Jej Królewskiej Mości, piąty – zgodnie z powołaniem – został nauczycielem matematyki w znanym liceum (ma mega, mega wysokie IQ, na co dowód – wielki dyplom – wisi u niego na ścianie ;)), a szósty zaczął robić karierę w londyńskim City. Oprócz tego, że wciąż są w kontakcie dzięki wspomnianej stronie oraz portalom społecznościowym, spotykają się raz na kilka miesięcy. Za każdym razem cała akcja przypomina operację militarną – trzeba zgrać terminy, brać wolne w pracy, kupować bilety lotnicze… a jednak zawsze im się udaje. Spotykają się już jutro, a Simon od tygodnia nie może myśleć o niczym innym.

Poznałam każdego z nich osobiście, i pojedynczo każdy wydaje się bardzo rozsądny, inteligentny i poważny. Ale gdy są razem… ogarnia ich kompletna, całkowita, bezdenna głupawka. Chichoczą jak dziewczynki, grają w gry Nintendo i wlewają w siebie zatrważające ilości piwa (co ciekawe, jakimś cudem nigdy się nie upijają). Z jednej strony patrzę na nich z politowaniem, ale z drugiej zazdroszczę – taka silna, ponad dwudziestoletnia przyjaźń nie zdarza się często!

To już jutro po południu, więc z samego rana wybywam, nie zniosę ich wszystkich naraz ;). Gdzie jadę? Do „teściów”… Moi rodzice w Indiach, więc dam się trochę porozpieszczać rodzicom numer dwa, a co. „Teściowa” jest wspaniałą kobietą – wesoła, świetnie gotuje, lubi sport (a nie jak jej syn – patrz poniżej), no i pije ;) – czego chcieć więcej? Też będziemy sobie chichotać, oglądać olimpiadę i sączyć jej ulubioną sherry.

17 lutego 2010

Nasz drugi medal

Filed under: luty 2010 — swiatmartyw @ 10:37 pm

Emocje w naszym salonie po raz drugi sięgnęły zenitu. Nauczyłam Simona wrzeszczeć „biegnij!” i „sibciej!”, i tak oto kibicowaliśmy Justynie Kowalczyk przez ładne kilka godzin (kwalifikacje, ćwierćfinał, półfinał, finał…). Zabrakło nam siły na złoto, ale srebro wywalczyliśmy – głównie dzięki temu oczywiście, że skakałam przed telewizorem, machałam rękami, aż w końcu rzuciłam się na kolana ;). Spocona, zadowolona, siadam na kanapie, a Simon: „OK, to mogę obejrzeć teraz ‚Szklaną pułapkę’??” (po raz trzeci…) Nie wierzę, jak facet może nie interesować się sportem? Tak w ogóle?? Dobrze, że chociaż udaje, żeby mi przyjemność zrobić.

Czasami, jeśli koledzy go zmuszą, idzie do pubu oglądać rugby (aktualnie trwa turniej Six Nations), ale – według jego własnych słów – prawie nie patrzy na ekran, tylko smętnie siorbie piwo i zerka na zegarek. Próbowałam zrozumieć, o co chodzi w rugby – główne reguły załapałam, ale coś nie mogę sobie przyswoić szczegółów – jak to mówią moi rodzice, „Starej małpy nie nauczysz nowych sztuczek!” ;). Widocznie Simonowi też już nie wpoję miłości do sportu – tym niemniej każę mu kibicować jeszcze w piątek, sobotę i niedzielę… a potem już może spokojnie grać w Mario Kart, tak jak lubi najbardziej.

16 lutego 2010

Zawalidroga

Filed under: luty 2010 — swiatmartyw @ 11:32 am

Wczoraj miałam pierwszą lekcję jazdy po nieprawidłowej stronie ulicy i w nienormalnym samochodzie. Szczerze powiedziawszy, nie poszło mi zbyt dobrze. Instruktor był tylko niewiele mniejszy niż pojazd – naprawdę, już dawno nie widziałam tak ogromnego człowieka. Biedak musiał się garbić, żeby nie uderzać głową o sufit. Poza tym chyba ma nadciśnienie, bo cały czas strasznie sapał, co lekko mnie dekoncentrowało. Poza tym widocznie był zmęczony lub znudzony moją osobą, bo co chwila serdecznie sobie ziewał (co też mnie denerwowało, bo ja nerwowa jestem). Wszystko byłoby do przeżycia, gdyby nie jego akcent, który Simon określił jako „very western country”. Nie jest tak, że nic nie rozumiałam, wiadomo, ale ucząc się jeździć wolałabym jednak rozumieć wszystko. Już na samym początku zaskoczył mnie słowem „karlen”. Myślę, myślę, kombinuje!! Nic nie chce dać po sobie poznać, ale gdy kazał mi się zatrzymać „two karlen” od konkretnego słupa, trochę mnie zmroziło. Już zaczęłam podejrzewać, że to jakaś jednostka miary, o której nie mam pojęcia, gdy nagle, w przypływie lingwistycznego geniuszu, spłynęło na mnie oświecienie – „car length”! Ciężko mi się go słuchało spod tego sapania, ziewania i dziwnego akcentu. Dam nam jeszcze jedną szansę w przyszłym tygodniu, ale na razie jestem na nie.

Gdy zaczęłam uczyć się w Polsce, instruktor najpierw zabrał mnie na plac, i tam ćwiczyliśmy ruszanie i parkowanie. Wczoraj od razu zostałam zabrana na ulicę, i – krótko mówiąc – nieźle się zestresowałam. Lewa strona jezdni, kierownica po prawej, biegi lewą ręką… po 30 sekundach byłam spocona jak ruda mysz. Na szczęście szybko dojechaliśmy do ładnej, spokojnej dzielnicy willowej, gdzie pan kazał mi zaparkować na… czyimś podjeździe! Nie wiem jak Anglicy, ale ja nie byłabym szczęśliwa, gdyby jakaś krowa uczyła się parkować pod moim domem. W dodatku, wyjeżdżając z tamtego podjazdu, natknęłam się zapewne na właścicielkę domu i z tych nerwów zgasł mi silnik ;). Ręcę mi się trzęsły i upłynęło dobre kilka sekund zanim ponownie ruszyłam. I potem, sru!, znowu na drogę. I znowu zgasł mi silnik, gdy zatrzymałam się, żeby przepuścić samochód, który – jak się okazało – wcale nie miał pierwszeństwa ;). Oj, cienko to widzę!

15 lutego 2010

(Auto)Reklama

Filed under: luty 2010,Przemyślenia różne — swiatmartyw @ 9:50 am

Zapraszam do obejrzenia pomysłowych reklam szkoły językowej, z którą byłam związana wiele lat, jako uczeń, nauczyciel i sympatyk. Poziom jest naprawdę wysoki, kartkówka na każdych zajęciach, stos zadań domowych ;) – ale wszystko w bardzo przyjaznej atmosferze. W zamian za swój pot i łzy uczniowie dostają lekcje 1,5 h dwa razy w tygodniu, bezpłatne konwersacje oraz własne konto na serwerze szkoły, na którym mogą sprawdzić program wszystkich zrealizowanych zajęć ich grupy, średnią ocen, komentarze wykładowcy. Naprawdę warto, nauczyłam się hiszpańskiego w rok ;). Z chińskim aż tak dobrze mi nie poszło… głównie dlatego, że podczas kartkówek ściągałam od mojego nauczyciela hiszpańskiego, który dzisiaj po chińsku mówi świetnie! Czyli: jednak niewarto ściągać :D.

Pierwsza część opowieści o zagubionym w Warszawie Angliku, o dwóch chłopakach z osiedla i o tym, że warto uczyć się angielskiego – tutaj.

Druga część tutaj.

PS. Jeśli znacie jakieś dobre reklamy i są one na youtube, wklejcie mi linki w komentarzach. Wszystko jedno czego ta reklama, byle oryginalna i wesoła :).

13 lutego 2010

Nasz pierwszy medal

Filed under: luty 2010 — swiatmartyw @ 8:25 pm

Co za emocje, co za emocje!! Małysz zdobył srebro, hurra! Kibicowaliśmy dzielnie – Simon może mniej dzielnie, bo po pierwsze nie interesuje go sport (!!!), a po drugie w konkursie nie było żadnego Brytyjczyka. Tym niemniej, gdy skakał Małysz, ja wrzeszczałam „LEĆ, LEĆ!!!!”, a Simon „C’mon, funny moustache!” :D. Gdy przychodziła kolej na Ammanna i Schlierenzauera – czyli dwóch najgroźniejszych przeciwników – ja na cały głos: „SKUŚ BABA NA DZIADA, SKUŚ BABA NA DZIADA!!!!”, a Simon, jako że nie potrafił tego wymówić, ograniczał się do: „BOO!!! BOOO!!!” :D. Spytał mnie, co ja tak wrzeszczę, a ja nie byłam w stanie przetłumaczyć – no bo co, „Fail old ugly woman on old ugly man”??? :D. Wytłumaczyłam, o co chodzi i zażądałam przetłumaczenia na angielski. Simon po namyśle: „Hmm… Fuck off??” :D. Podobno podczas meczy piłki nożnej śpiewa się „You’re shit… and you know you are!” na taką samą melodię, na jaką my śpiewamy „Polska, biało-czerwoni”, ale typowego „Skuś baba na dziada” nie ma. Mało kreatywni ci Angole ;).

Zauważyłam ciekawą tendencję wśród brytyjskich komentatorów – starają się wymawiać wszystkie imiona i nazwiska zgodnie z ich oryginalną wymową, tym niemniej nie mogą się powstrzymać od wymawiania „Michael” z angielska – „Majkel”, zamiast, jak w przypadku imion z krajów niemieckojęzycznych, „Misiael”. Gdy po raz pierwszy usłyszałam „Majkel Szumaker”, przez dobre dwie sekundy nie wiedziałam o kogo chodzi, dopiero po chwili zobaczyłam na ekranie znajomą gębę Misiaela Szumachera i wszystko się wyjaśniło ;). Wyobrażacie sobie, żeby jakiś polski komentator powiedział „Michał Szumacher”? A może od razu Michał Szewc? ;).
Podczas skoków za każdym razem było „Majkel Uhrmann”.

Swoją drogą brakuje mi naszego komentatora skoków, Macieja Kurzajewskiego, któremu wydaje się, że zna niemiecki. Gdy byłam na studiach, pan Kurzajewski awansował na idola mojej grupy niemieckiej po niezapomnianym wywiadzie z Edim Federerem, zrealizowanym spod skoczni mamuciej:

Kurzajewski: Fliegen, fliegen kann man schnell!
(„Latać, latać można szybko!”, w dodatku z fatalnym, fatalnym akcentem, coś w stylu: „Fligen, fligen kan man sznel!”)

Federer coś tam odpowiedział i potem Kurzajewski tłumaczy: „Właśnie zapytałem pana Federera o jego przypuszczenia co do długości skoków na znajdującej się za nami skoczni mamuciej, a on na to, że…”

Śmialiśmy się z tego dobry miesiąc ;).

Sven Hannawald w ogóle go nie rozumiał i trzy razy prosił, żeby powtórzyć pytanie, a sympatyczny Martin Schmitt udawał, że rozumiał, ale często odpowiadał z czapy, więc widocznie też nic nie kumał ;). Ze Szwajcarami na wszelki wypadek rozmawiał po angielsku ;). Ubaw dla naszej lingwistycznej sekty był po pachy! (to się nazywa Schadenfreude ;))

Teraz oglądam łyżwiarzy, jest Polak, Chmura („Ci-mura”, według komentatora ;)), więc śpiewam pod adresem innych „You’re shit.. and you know you are!!!” Simon kręci głową z politowaniem.

12 lutego 2010

Rok Tygrysa

Filed under: luty 2010,Przemyślenia różne — swiatmartyw @ 9:27 am

Dzisiaj ostatni dzień pracy, od jutra rozpoczynają się dziewięciodniowe uroczystości związane z końcem Roku Bawołu i początkiem Roku Tygrysa. W Chinach, oczywiście, ale jako że pracuję dla firmy z siedzibą w Pekinie, dziewięciodniowa laba obowiązuje również mnie.

Przed wyjazdem do Chin w 2007 roku dokładnie sprawdziłam, co jestem za zwierzak i wyszło, że Kogut. I to w dodatku metalowy! ;). Zgodnie z datą urodzenia można być jednym z 12 zwierząt i posiadać odpowiedni żywioł, w moim przypadku metal. Simon jest Drewnianym Bawołem :D. Jeśli chcecie się dowiedzieć, czy przypadkiem nie jesteścią Świnią ;), kliknijcie tutaj.

A oto prezent, który dostałam od mojej chińskiej koleżanki:

Koleżanka nie omieszkała mi powiedzieć, że ponieważ jestem Kogutem, będzie to dla mnie zły rok, gdyż koguty zaliczają się do… pożywienia tygrysów! ;). Tym niemniej – według jej nieco enigmatycznych słów – jeśli spotkam tygrysa i powiem mu, że bardzo go kocham, wtedy mnie nie skrzywdzi. Tym niemniej muszę uważać, gdyż przez cały rok jestem narażona na różne niebezpieczeństwa. Mam na ten temat swoją prywatną teorię – w końcu adoptowałam tygrysa („podaruj nam 3 funty miesięcznie„), więc powinno mi się tym razem upiec (nie dosłownie ;)).

Chińczycy mówią, że ten rok nie będzie dobry i żeby absolutnie nie wychodzić za mąż przed 3 lutego 2011, bo wielkie nieszczęście się stanie. Prawda, nieprawda, strzeżonego Tygrys strzeże ;).

XIN NIAN KUAI LE!!

(szczęśliwego nowego roku)

Kotek ;)

10 lutego 2010

Samotność w sieci

Filed under: luty 2010 — swiatmartyw @ 11:25 am

Książki nie czytałam, filmu nie oglądałam – w ogóle nie wiem, o co chodzi, po prostu tytuł mi podpasował. Poniższy wpis to tylko i wyłącznie moje własne przemyślenia.

W brytyjskiej telewizji aż roi się od reklam portali randkowych, naliczyłam już dobrze ponad 10. Śmieszą mnie trochę, bo zawsze – zawsze – musi być pokazana para mieszana rasowo, gdyż inaczej dany portal zostałby oskarżony o rasizm. Ciekawe, czy dożyjemy czegoś takiego w Polsce… Wracając do głównego wątku – każda strona zapewnia dobranie partnera „idealnie pasującego do twojego profilu”. Wiadomo, że wszyscy mniej lub bardziej zmyślają i starają się zaprezentować w jak najlepszym świetle – czemu zresztą trudno się dziwić. I tu mamy paradoks – z jednej strony, gdy na światło dzienne wyjdą prawdziwe cechy, rozczarowanie może być wielkie. Z drugiej jednak strony, brak takiej „idealnej kompatybilności” wcale nie oznacza tragedii w związku. Jeśli Simon i ja mielibyśmy odpowiadać szczerze, byłoby tak:

Hobby/ Cecha Ja On
Podróżowanie Wszędzie tam, gdzie ciepło; byle nie Azja, już mam dosyć. Wszystko jedno, ale głównie Azja, nigdy dosyć.
Plaża Wielkie NIE (kiedyś lubiłam, ale w końcu mieszkałam na plaży ponad półtora roku, więc dosyć!) Zdecydowane TAK.
Spacery Wiosną, latem i jesienią bardzo chętnie. Po co? Ale gdzie idziemy? Tak bez celu? E, to nie.
Narty; szeroko rozumiane sporty wodne Wielkie NIE. Zdecydowane TAK.
Książki Zawsze i wszędzie. Tylko dotyczące programowania.
Wycieczki rowerowe, namioty, kempingi Nigdy w życiu – komary, niewygodnie, zimno. Zdecydowane TAK.
Chodzenie po górach Nie ma mowy, nie cierpię się męczyć. Góry lubię oglądać tylko z dołu. Zdecydowane TAK.
Filmy Tylko mądre, żadnych durnych komedii. Czym głupszy, tym lepszy (czyli: im więcej razy ktoś się przewróci na skórce od banana, tym lepiej; a już zupełnie dobrze, jeśli przy tym sobie beknie).
Telewizja Wiadomości, programy przyrodnicze, sport. Wszystko jedno, byleby coś mruczało w tle podczas gdy zabijam zombie.
Gry komputerowe Kiedyś byłam uzależniona od „The Sims”. Trwało to 3 miesiące, a ja miałam 18 lat. Od tamtej pory w nic nie grałam. Od czego zacząć? Zombie, wilkołaki, apokalipsy, zabijanie ogólnie – najlepiej żeby ekran raz na jakiś czas zalała krew.
Podejście do porządku i czystości otoczenia Bałagan jest ok dopóki potrafię wszystko znaleźć. Liberalne.
Ulubione jedzenie Kuchnia tajska, indyjska, hiszpańska oraz meksykańska. Gotować umie tylko moja mama.
Taniec Zawsze i wszędzie. Tylko salsa i to pod przymusem. Ale jest całkiem ok.
Nerwowość w skali 1-10 15 7
Idealny piątek wieczorem Impreza, tańce, wino!!! Piwo przed telewizorem
Idealna sobota Wycieczka Piwo przed telewizorem
Idealna niedziela Dobra książka Piwo przed telewizorem

Czy program by nas skojarzył? Na pewno nie.

A gdybyśmy chcieli zrobić lepsze wrażenie…:

Hobby/ Cecha Ja On
Podróżowanie Zawsze i wszędzie. Zawsze i wszędzie.
Plaża Uwielbiam ciepło, zdecydowanie TAK! Zdecydowane TAK.
Spacery Wiosną, latem i jesienią bardzo chętnie. Wiosną, latem i jesienią bardzo chętnie.
Narty; szeroko rozumiane sporty wodne Słabo jeżdżę na nartach, ale mogłabym zapisać się do szkółki. Sportów wodnych chętnie bym spróbowała! Zdecydowane TAK.
Książki Zawsze i wszędzie. Właśnie czytam Verne’a.
Wycieczki rowerowe, namioty, kempingi Oddech od komercyjnego podróżowania, zdecydowanie TAK! Zdecydowane TAK.
Chodzenie po górach Jeśli niezbyt wysokie, to wejdę. Uwielbiam widoki! Zdecydowane TAK.
Filmy Mądre Ostatnio odkrywam Almodovara.
Telewizja Wiadomości, programy przyrodnicze, sport. Wiadomości, programy przyrodnicze.
Gry komputerowe Nie gram. Czasami gram dla relaksu.
Podejście do porządku i czystości otoczenia Bardzo liberalne. Liberalne.
Ulubione jedzenie Kuchnia tajska, indyjska, hiszpańska oraz meksykańska. Zjem wszystko.
Taniec Zawsze i wszędzie. W piątki wieczorem jak najbardziej!
Nerwowość w skali 1-10 7 3
Idealny piątek wieczorem Impreza, tańce, wino!!! Impreza, tańce i piwo
Idealna sobota Wycieczka Wycieczka
Idealna niedziela Dobra książka Dobry program w telewizji

Wrażenie lepsze, ale połowa z tego to kłamstwo. Nienawidzę nart, kempingów, gór i sportów wodnych, a Simon czyta Verne’a, to prawda, ale czyta jedną i tą samą książkę, od kiedy go spotkałam, czyli już ponad dwa lata. Gra non-stop, a jego gust filmowy jest poniżej krytyki. O Almodovarze dowiedział się ode mnie.

I co? Program być może by nas skojarzył, chociaż oboje łżemy jak z nut.

Już od ponad dwóch lat jakoś wszystko się kręci, choć trudno znaleźć dwa bardziej niezgadzające się profile osobowości…

Wniosek – jeśli zapiszecie się na takie portale, kłamcie, oszukujcie i wymyślajcie, a znajdziecie miłość ;)!

Trochę sobie żartuję oczywiście, choć prawdą jest, że wielu ludzi w Wlk Brytanii poszukuje partnera właśnie przez takie portale. Kolega Simona miał już parę spotkań z osobami skojarzonymi z jego profilem – póki co bez sukcesu, ale próbuje dalej.

8 lutego 2010

Młodzi duchem i bardzo jarzy, czyli o rodzicach

Filed under: luty 2010,Przemyślenia różne — swiatmartyw @ 4:30 pm

Uff, ciężko było, ale wygrałyśmy. My, Justyna Kowalczyk i ja. Właśnie skończyła się transmisja, dopingowałam dzielnie, a brytyjscy komentatorzy piali na cześć Kowalczyk przez dobre 5 minut. O mnie nie wspomnieli, ale to nic, wolę być w cieniu ;). Mile zaskoczył mnie poziom angielskiego naszej zawodniczki, podczas krótkiego wywiadu dla EuroSport popełniła tylko jeden błąd – ale bez przesady, nie trenuje przecież czasu Future Perfect. Teraz zaatakujemy Vancouver!

Zwycięstwo dobrze nastroiło mnie do życia, więc mogę popełnić kolejny radosny wpis. Tym razem będzie o moich rodzicach, którzy nie mają nic, a nic wspólnego z typowymi „wapniakami”, co to – jak w kawale – są niczym nietoperze, nie widzą, nie słyszą, a się czepiają ;). O nie! O moich rodzicach można napisać osobną książkę, komedię oczywiście.

Podróżujemy razem po świecie odkąd skończyłam 6 lat. Co prawda z pierwszych podróży niewiele pamiętam, ale zdjęcia dokumentujące mój bezzębny uśmiech (akurat wypadły mi obie mleczne jedynki) w Odessie na Schodach Patiomkina dobitnie udowadniają, że było git. Do dnia dzisiejszego byliśmy razem w ponad dwudziestu krajach, a w tym roku wybieramy się do dwóch następnych. Wielu moich znajomych pukało się w głowę, kto podróżuje z rodzicami?? No ja właśnie, bo oni już tak sami z siebie są wyluzowani, a na zagranicznych wypadach to już zupełnie, tak się relaksują, że to ja wyglądam przy nich jak wapniak. Regularnie muszę się za nich wstydzić – a to tańczą tango na środku restauracji, a to pływają w hotelowym basenie z kwiatami we włosach i ustach, a to poprawiają przewodnika i sami zaczynają oprowadzać…  (oboje są po historii). Najgorzej było w Grecji, gdy mój tata, zazwyczaj bardzo spokojny, nie mógł już dłużej wytrzymać głupot opowiadanych przez przewodnika (pomylił bogów i dwie różne historie z mitologii, nawet ja się zorientowałam) i artystycznym szeptem wykrztusił: „Co on pieprzy??” ;). Albo w Egipcie, gdy przewodnik, na swoje nieszczeście, powiedział, że Egipcjanie „odkryli” zero. Tata zaszedł go od tyłu i wysyczał: „Nieprawda!” ;).

Od moich najmłodszych lat ich podejście do alkoholu było takie: jeśli masz pić, to lepiej z nami. No i rzeczywiście, w domu, przy barku (mamy bar jak w pubach, zawsze jedno z nas robi za barmana), wesoło, dobre towarzystwo, bezpiecznie. Tylko trzy razy w życiu upiłam się tak, że urwał mi się film, ale pierwszy raz był właśnie z rodzicami. Komentarz mamy: „A mówiła matka, nie mieszaj!” :D. Wszystko dla ludzi, trzeba jedynie wiedzieć kiedy, gdzie i z kim.
Będąc na studiach poznałam pewnego Amerykanina, który zaczął się starać o moje względy – ale dziwak jakiś, abstynent! Opowiadam o nim mamie:

Mama (po kilku pytaniach wstępnych, typu jakie wykształcenie, ile lat): Pije?

Ja: Nie…

Mama: Nawet wina? Nawet piwa czasem?

Ja: Nie…

Mama: To się nie może dobrze skończyć, uciekaj od niego!

No i uciekłam. Gdzie pieprz rośnie.

Papierosy mama sama mi dała, z komentarzem: „Zobacz, co to za świństwo”. Marta lat 7 zaczęła się krztusić, zrobiła się czerwona, zakasłała się omal na śmierć… i więcej papierosów nie ruszyła ;).

Najgorzej było z nauką, bo mnie od niej odganiali. Gdy w liceum po nocach kułam znienawidzoną biologię lub historię, przychodzili do mnie do pokoju i mówili: „Olej to, idź spać!”

Ja: Nie mogę, dostanę pałkę!

Oni: No to co, nie pierwsza i nie ostatnia.

Ja: Słucham? Ja jeszcze nigdy nie dostałam pałki!!!

Mama: Jaki kujon!! Ja nie wiem, czyje to geny, bo na pewno nie nasze! ;)

Gdy podczas studiów w Niemczech zadzwoniłam do domu i powiedziałam, że moja średnia ocen to 1,5 (w Niemczech jest odwrotnie), od razu się ucieszyli: „No, to tak jak nasza przez całe liceum, brawo!” ;)

Lubią wszystkich moich znajomych, w ogóle lubią przebywać z młodymi ludźmi, bo „co będziemy ze staruchami gadać, tylko narzekają, co ich boli!”

Codziennie rozmawiamy przez Skype’a, z mamą przeważnie ok. godziny, z tatą krócej, bo wiadomo, jak to mężczyźni. „Kocham cię i ciągle o tobie myślę, jak ci tam na tej obczyźnie”, mówi tata, i dodaje: „No, to wołam mamę!” ;).

O naszej miłości do sportu pisałam niżej. Poczucie humoru mamy identyczne (czyli głupawe), więc świetnie się ze sobą bawimy.

Ja też chcę być takim super rodzicem. Co prawda na razie mi się wydaje, że będę surowa i ogólnie rzecz biorąc okropna – nie mówiąc o tym, że ubiję, jeśli nie będzie się chciało toto uczyć, zwłaszcza języków… ale może jeszcze mi się odmieni, geny mam dobre ;).

7 lutego 2010

Sportowcy kanapowi

Filed under: luty 2010,Przemyślenia różne — swiatmartyw @ 3:35 pm

Nie mogę się doczekać Olimpiady w Vancouver. Dosłownie odliczam dni i po raz setny sprawdzam kiedy jakie dyscypliny.

W mojej rodzinie sport ma bardzo długą historię. Sport kanapowy, oczywiście. Oglądamy co się da, kibicujemy, dopingujemy, wrzeszczymy, skaczemy, a jak trzeba to i klniemy – wszystko z kanapy. Podczas Olimpiad i różnych Mistrzostw, siedzimy przyklejeni do ekranu i emocjonujemy się każdą minutą. Nie zniechęca nas nawet różnica czasu – ile to razy wstawaliśmy o którejś tam w nocy, żeby ważny mecz/ ważną konkurencję obejrzeć! Najlepsza jest moja prababcia, lat 95, która uwielbia piłkę nożną. Jeśli akurat przegramy (co zdarza się dość często…), zaczyna grzmieć: „Psiakrew, tak się zdenerwowałam, aż na obniżenie ciśnienia musiałam lekarstwa brać! Wojny przeżyłam, powstania przeżyłam, bombardowania przeżyłam, a teraz oni mnie chyba wykończą!” ;) A podczas meczu: „No podawaj, no, a nie godzinę w miejscu drypczesz! No do cholery, nie widzisz, że tamten po prawej już czeka?? Taki młody i już ślepy!” :D. Prababcia jest najlepsza.

Ja z rodzicami podczas meczy robimy meksykańską falę. Na kanapie, rzecz jasna. Śpiewamy „Ole ole ole, nie damy się, nie damy się!”, oraz „Polska, biało-czerwoni…” W naszym salonie atmosfera jest prawie tak samo gorąca jak na stadionie.

Przez wiele lat kibicowanie Adamowi Małyszowi na stałe wpisało się w program naszych weekendów. Gdy przychodziła kolej na Orła z Wisły, całą trójką wstrzymywaliśmy oddechy i zamieraliśmy we wcześniej ustalonych pozycjach (co by szczęście przynieść ;)) – oprócz prababci, która często ryczała na cały pokój: „Pochyl się, jeszcze! No leć, leć!! No jeszcze trochę, jeszcze metr! Nie krzyżuj nart, bo się przewrócisz!” :D.
Tata, schodząc na śniadanie, zamierał pochylony na schodach i wrzeszczał: „Jestem Małysz!!!” A mama: „Jak już wylądujesz, to choć na śniadanie”. Lądował pięknym telemarkiem, kłaniał się, a my biłyśmy brawo :D.
Nikt z nas nie wątpi, że to właśnie dzięki naszemu dopingowi Małysz został gwiazdą ;). Teraz idzie mu słabiej, bo przerzuciliśmy się na Justynę Kowalczyk i razem z nią zawzięcie biegamy.

Jeśli chodzi o zbliżającą się Olimpiadę, cieszymy się na wszystko oprócz hokeja, „Zamiast grać to się po mordach piorą” (cytat z prababci, oczywiście) ;), jakoś nas nie wciąga – podobnie jak, moim skromnym zdaniem, nieco głupawy curling. Natomiast wszystko inne dniem i nocą, nocą i dniem oglądać będziemy.

Jako mała dziewczynka uwielbiałam Katarinę Witt i chciałam zostać łyżwiarką figurową. Poszłam na lodowisko, przewróciłam się, rozcięłam sobie palec łyżwą, zniechęcona wróciłam do domu. Zostaje kanapa ;).

5 lutego 2010

Knigi

Filed under: luty 2010,Przemyślenia różne — swiatmartyw @ 6:23 am

Uwaga: wpis strasznie długi, bo mam dużo książek do opisania. Może rozłóżcie sobie na dwa razy, żeby nie paść z wycieńczenia ;).

Podczas gdy Simon urządza krwawą rzeź zombie, ja pochłaniam jedną książkę za drugą, przeciętnie dwie na miesiąc. Stosunkowo niedawno, bo w maju zeszłego roku, odkryłam współczesnego katalońskiego pisarza, Eduarda Mendozę, którego ze spokojną głową mogłabym oskarżyć o plagiat – facet kopiuje mój styl! ;) Nie wiem, jak dorwał się do moich skrzętnie ukrywanych pamiętników, ale naprawdę piszemy bardzo podobnie – lekko, z humorem, przy czym budujemy za długie zdania, i przesadzamy z figurami stylistycznymi, często ocierając się o banały lub dość prostackie porównania. Tym niemniej Mendozę czyta się dobrze, bezboleśnie, i od pierwszej strony człowiek zaczyna kibicować głównemu bohaterowi (postać spinająca kilka powieści), choć jest on wyjątkowym łajdakiem i – według jego własnej definicji – „elementem przestępczym” ;). Jeśli ktoś zainteresowany, to na początek polecam „Przygodę fryzjera damskiego”, reklamowaną na jednym z portali jako „zwariowany antykryminał w stylu Tarantino”.

„Shantaram” Gregory’ego Davida Robertsa jest prawdopodobnie najlepszą książką, jaką czytałam w życiu – choć przyznaję, że nudziły mnie fragmenty filozoficzne, czyli w tym wypadku rozmyślania o Bogu oraz dociekania, skąd pochodzimy, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy. Stanowią one na szczęście niewielki ułamek tej imponującej autobiografii. Jej autorem jest australijski pisarz, zbieg z więzienia o podwyższonym rygorze i narkoman, który przez lata ukrywał się w Bombaju. Naprawdę polecam i ponownie dziękuję Wspaniałemu Nauczycielowi Hiszpańskiego za wskazanie mi tej książki.

Gdy we wrześniu zeszłego roku poleciałam odwiedzić koleżankę w Kopenhadze, w całym mieście wisiały plakaty reklamujące film na podstawie książki Stiega Larssona, „Mężczyżni, którzy nienawidzą kobiet”. Spytałam, o czym to, a koleżanka powiedziała, że o hakerach. Phi, pomyślałam sobie, hakera* to ja mam w domu, nie będę płacić, żeby innego oglądać ;). Oj, głupota nam się uszami wylewała – mi, że nie wiedziałam, o co chodzi, a koleżance, że udzieliła mi takiej niezbyt mądrej odpowiedzi.
Właśnie skończyłam „Mężczyzn…” i jest to jedna z najlepszych książek, jakie czytałam w życiu, prawdopodbnie druga na mojej liście po „Shantaram”. Nie mogę się doczekać, kiedy dorwę się do dwóch pozostałych części wchodzących w skład trylogii „Millennium” (zamówione, chyba już się zbliżają…)! Absolutna rewelacja. Wchłonęłam ponad 600 stron w dwa dni. Szwecja nigdy nie interesowała mnie jako kraj, katalogowałam ją gdzieś w folderze „zimno i drogo”, ale po przeczytaniu „Mężczyzn…” mam ochotę tam pojechać. Naprawdę rewelacyjny kryminał społeczny – tak naprawdę nie wiem, jak napisany, ale świetnie przetłumaczony (choć oczywiście, jako Szalony Lingwista, odkryłam parę błędów).

„Katedrę w Barcelonie” Ildefonso Falconesa zaczęłam czytać jeszcze na Dominikanie – ale nie dałam rady, była w oryginale, czyli po starohiszpańsku (akcja dzieje się w XIV w.) z katalońskimi wstawkami i krótko mówiąc, wymiękłam. Nawet moja ówczesna sąsiadka, urodzona i wychowana w Barcelonie, nie znała wielu słówek i wyrażeń (poszłam do niej z listą, a co ;)), więc poddałam się mniej więcej w połowie.
Po polsku przeczytałam ją w kilka dni i byłam pod ogromnym, ogromnym wrażeniem. Do tego stopnia, że kazałam ją przeczytać „teściom”, a potem wysłaliśmy ich na tydzień do Barcelony (gdzie oczywiście od razu ich okradli, ale to już inna historia).

Barcelona musi być jakąś wylęgarnią pisarzy, bo oto chciałabym wspomnieć o Carlosie Ruizie Zafónie, który – choć od wielu lat mieszka w Los Angeles – również stamtąd pochodzi. Pewnie każdy z Was słyszał o „Cieniu wiatru”. Przeczytałam jednym tchem i chciałam więcej. Nawet moim rodzicom się podobało, co graniczyło omalże z cudem, gdyż zwykle czytają wyłącznie książki historyczne (choć mama pozwala sobie czasem na chwile słabości i w wannie przegląda „Kubusia Puchatka” ;)). Od tamtej pory przeczytałam jeszcze „Grę anioła” oraz „Marinę”, ale oba wydawnictwa mnie rozczarowały. Teraz poluję na „Księcia mgły”, jeśli mi się nie spodoba, to odwracam się od pana Zafóna.

Wiedząc, że moi rodzice jadą do Indii i Nepalu, kupiłam książkę (również z polecenia) pt. „Brzemię rzeczy utraconych” Kiran Desai. Nie czyta się jej łatwo, ale mimo swej dość ponurej natury bardzo mi się podobała. Moim zdaniem to gotowy scenariusz na film, jeśli ktoś mi podaruje odpowiedni budżet, niekoniecznie hollywoodzki, to przysięgam, że wyreżyseruję! Widzę wszystkie sceny jak na dłoni, zwłaszcza wątek jednego z bohaterów robiącego „karierę” w Nowym Jorku. Lektura do refleksji.

W najbliższej przyszłości wezmę się za dwie pozostałe części „Milennium”, „Święte gry” Vikrama Chandry (też o Indiach) oraz – dla urozmaicenia coś lekkiego – „It’s only a movie” Marka Kermode’a, brytyjskiego krytyka filmowego. Z recenzji wynika, że w zabawny sposób opowiada o latach spędzonych w szołbiznesie – np. gdy przeprowadzał wywiad z Wernerem Herzogiem, gdzieś w plenerze pod Los Angeles, reżyser nagle został postrzelony (!) i pocisk utkwił mu w nodze. Skomentował to lakonicznym: „Someone is shooting at us. We should leave…” Wrzaski i sugestie Kermode’a, że natychmiast powinni udać się do szpitala, skwitował:

„It is not a significant bullet… In Los Angeles, if you report a shooting they overreact. They send out a Swat team with helicopters and squad cars. We don’t need that.”

„But, Werner, you’re bleeding!” I protested.

„It is not significant,” Werner repeated, retying his belt. „It does not surprise me to be shot at.”

Priceless :D.

PS. Jeśli znacie dobre książki, podzielcie się ze mną wiedzą, nieście kaganek oświaty! Tylko błagam, nie o tym dokąd zmierza świat – pewnie do niczego dobrego, po co mam się denerwować…

*oficjalny tytuł brzmi „network engineer”, ale dla humanistycznego umysłu to jedno i to samo

3 lutego 2010

Wizja przyszłości cz. 2

Filed under: luty 2010,Przemyślenia różne — swiatmartyw @ 4:48 pm

To a propos wcześniejszego wpisu o takim samym tytule. Teraz na tapecie są strasznie, straszliwie wyjące zombie.

PS. Wyczytane u koleżanki: „Człowiek człowiekowi wilkiem, a zombie zombie zombie” ;).

Następna strona »

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.