Świat Marty W.

27 października 2010

Jak nas widzą… tak się z nas w skeczach śmieją

Filed under: październik 2010 — swiatmartyw @ 8:19 pm

David Mitchell oraz Robert Webb – moi ulubieni angielscy komicy – gościli na łamach tego bloga parokrotnie, chociażby z doskonałym skeczem „Remind me, who’s the captain?”
Armstrong & Miller nie są aż tak zabawni, aczkolwiek należą do klasyki i cieszą się dużą popularnością. Niedawno poszliśmy obejrzeć ich na żywo i bardzo nam się podobało, niektóre teksty naprawdę bardzo dobre, bo niezbyt brytyjskie ;).

Wczoraj obejrzałam powtórkę jednego z ich programów i o mało zawału nie dostałam. Oburzałam się, że Polacy wcale tacy nie są, że nieprawda, że… ech, a może i częściowo prawda, ale całujemy się przecież trzy razy ;)). Obejrzcie sami, tylko półtorej minuty:

Wałęsa, Solidarność… :D

Reklamy

21 października 2010

Wierząca dziwnie praktykująca

Filed under: październik 2010 — swiatmartyw @ 6:15 pm

Moja mała rodzina składa się z następujących osobników:

1. Mama – wierząca, praktykująca

2. Tata – wątpiący nieco, praktykujący jak mu mama każe (czyli Wielkanoc, Święta, rocznice). Tym niemniej, jeśli jest w dobrym humorze, śpiewa „Chwalcie łąki umajone” ;)

3. Siostra prababci vel Ciocia – kiedyś praktykująca w dwóch Kościołach naraz (katolicki i ortodoksyjny), ale nigdy jakoś fanatycznie; na starość zaczęła chodzić regularnie, „A bo wiesz Martuś, człowiek nagle robi się religijny jak koniec zaczyna być widać!” ;), a teraz – jako że nogi już nie te – modli się co niedzielę z papieżem na ekranie telewizora

4. Wujek – wątpiący nieco, praktykujący jak mu mama i ciocia każą (czyli ponownie, Wielkanoc, Święta, rocznice)

5. Ja – wierząca, ale… Dopóki mieszkałam z rodzicami, chodziłam z mamą regularnie, przeważnie na mszę dla dzieci, bo krótsza i wesołe kazanie ;). Nigdy nie mogłyśmy usiedzieć 1,5 godziny na sumie parafialnej, więc unikałyśmy jak się dało… Sesje ponadgodzinne były zarezerwowane jedynie dla Pasterki i Bożego Ciała, choć przy tym drugim to rzadko kiedy dotrwałam do czwartego ołtarza. Bardzo nie lubiłam rekolekcji – i mama też, bo musiała mi kleić cholerne lampiony z bibuły – a potem, w liceum, ksiądz gadał, za przeproszeniem, takie głupoty, że nie mogłam i nie chciałam tego słuchać, więc zbuntowałam się i więcej nie poszłam.

Na studiach w Warszawie było różnie. Starałam się chodzić regularnie, ale lingwistyka to naprawdę, naprawdę ciężki kierunek i często jeśli miałam do wyboru spędzić te półtorej godziny na nauce albo w kościele, wybierałam naukę. Przed samymi egzaminami za to leciałam na skrzydłach i prawie krzyżem się kładłam przed ołtarzem zgodnie z zasadą „jak trwoga, to do Boga”… Jak widać kiepska była ze mnie Katoliczka.

Potem robiło się coraz gorzej, aż wreszcie w ogóle przestałam chodzić. Dlaczego? Łapałam się na tym, że automatycznie klepię modlitwy, a tak naprawdę myślami jestem zupełnie gdzieindziej. Zdałam sobie sprawę, że gdy nie ma ze mną innych ludzi, oprócz „Ojcze Nasz” nie potrafię powiedzieć żadnej modlitwy do końca. Denerwował mnie ksiądz, który wiecznie mówił tylko o datkach na dach, na ołtarz, na nowy dywan, na nową lampę.

A potem przyszły skandale, w Polsce i za granicą.

I wtedy pojawił się w moim życiu pewien Amerykanin, który zaprowadził mnie do swojego kościoła na obrzeżach Warszawy. Moje zdziwienie było wielkie. Na pewno każdy z Was choć raz widział na filmie mszę, na której chór – ubrany w identyczne kolorowe wdzianka – tańczy, klaszcze i śpiewa: „Oh, praise the Lord, hallelujah!!!” Mszę, na której ludzie stoją z rękami wzniesionymi do góry, reagują na słowa pastora gromkimi okrzykami (głownie „yeah!!!”, „right!!!” oraz „praise the Lord!!!”), tańczą między ławkami, modlą się trzymając się za ręce. Msze, na której grają gitary elektryczne, bębny i perkusja.

Ja, sztywna Katoliczka, przyzwyczajona do pieśni w stylu „Wisi na Krzyżu, krew Mu się z boku leje”, „Niewytrwałym skracaj mękę”, zamarłam z przerażenia i zdegustowania. Co za cyrk! Gdzie tu powaga, gdzie tu skupienie na modlitwie, gdzie mistyczne przeżycia? Potem przypomniałam sobie, że to ta powaga właśnie i smętne pieśni spowodowały, że przestałam chodzić do kościoła, więc spróbowałam się zrelaksować i dostosować do nowych warunków.

Było mi ciężko, bo pewnych zachowań po prostu nie wyssałam z mlekiem matki, mimo że matki praktykującej. Nigdy nie wzniosłam rąk do góry. Nigdy nie modliłam się trzymając innych za ręce. Nigdy nie wyszłam spontanicznie na środek i nie oznajmiłam wszystkim zebranym, jak ja interpretuję dany ustęp z Biblii. Ale udało mi się parę razy zaklaskać do skocznej muzyki, a słowa jednej z pieśni tak mnie wzruszyły, że normalnie się rozbeczałam. Pieśni były zdecydowanie najlepszym aspektem tego „cyrku” – radosne, pełne wdzięczności za Zbawienie, pełne miłości, a nie tylko „Urodziłem się grzesznikiem, Panie wybacz mi”.

Bardzo podobało mi się również, że prawie wszyscy się znali (ok. 300 osób), wspomagali w potrzebie, organizowali pikniki, urodziny i imprezy wszelakie, zbierali pieniądze, żeby kilka osób z kościoła wysłać na misję do Afryki itd. Poza tym, wreszcie ktoś dyskutował o Biblii, a nie tylko odczytywał kawałek i interpretował go po swojemu. Każdy mógł coś powiedzieć, każdy mógł się nie zgodzić z tym, co mówił pastor i zaoferować alternatywę. Ja oczywiście słowem nigdy nie pisnęłam, bom nie przyzwyczajona, ale bardzo mi to odpowiadało – słuchało się rewelacyjnie i zapamiętywało też lepiej.

Na studiach w Niemczech znowu było różnie. Do kościoła katolickiego musiałam jechać 45 minut w jedną stronę, więc – krótko mówiąc – nie chciało mi się, zwłaszcza, że msza o 10 rano. Do polskiego kościoła czasami chodziłam, ale było tak jak zwykle, także znowu w końcu przestałam.

W ciągu dwóch lat na Karaibach nie poszłam ani razu.

W Chinach kościół znalazł się w dość niespodziewanym dla mnie miejscu – w Ambasadzie Rzeczypospolitej Polskiej. Znowu miałam daleko, ale chodziłam – co prawda, to przyznam od razu, głównie ze względów towarzyskich. Nasza ambasada w Pekinie jest niesamowita, z kortami tenisowymi, boiskiem do gry w koszykówkę, siłownią, basenem i wielkim ogrodem. Przyszło się, wyklepało modlitwy wraz z tłumem, a potem były ciasta i kawa, i pogaduszki z rodakami, w lecie basen i relaks.

A potem poszłam do spowiedzi, w tejże Ambasadzie właśnie. Nie wiem dokładnie czemu, nagle poczułam taką potrzebę. Nie było konfesjonału, więc siedziałam z księdzem twarzą w twarz. Wszystko mi wybaczył – niechodzenie do kościoła, niemodlenie się rano i wieczorem, przeklinanie, niechodzenie na rekolekcje… ale pokłóciliśmy się o seks przed ślubem i antykoncepcję. Pokłóciliśmy się do tego stopnia, że obiecałam sobie, iż już nigdy więcej nie pójdę do spowiedzi. I nie poszłam.

„Dziwny” kościół rodziny Simona opisałam we wpisie „Herezje made in England„. A w zeszłą niedzielę mój uczeń oraz jego polska narzeczona, Beata, zabrali mnie do swojej parafii. Znowu gitary elektryczne, perkusja i keyboard. Znowu ludzie rozmodleni, ręce w górze albo na sercu, niektórzy podskakują w takt muzyki, niektórzy tańczą, niektórzy leżą krzyżem (!! a może po prostu zbliża im się egzamin ;). Msza trwa dwie godziny – 15 minut wprowadzenia, czyli pastor robi małe kazanie, a w tle gra muzyka, 45 minut śpiewania, 60 minut czytania Biblii oraz dyskusji na różne tematy. Beata szepcze mi na ucho, z charakterystyczną dla siebie szczerością: „Beka, nie? Jak tu pierwszy raz przyszłam, myślę sobie, Matko Boska, co to za ludzie, skąd oni się urwali?? Ale teraz już się przyzwyczaiłam, już tu dwa lata chodzę. A dzisiaj na dyskusji będzie o seksie przed ślubem. Powiem im dokładnie to, co myślę. Powiem im, żeby mi się kościół do łóżka nie wpierdalał!” ;)) I powiedziała. I nikt na nią nie napadł, nie potępił, nikt się nie oburzył. Pokiwali głowami, a pastor stwierdził, że jego zdaniem lepiej nie, ale skoro taką drogę obrała i jest to w zgodzie z nią samą, to życzy jej wszystkiego najlepszego.

Chyba pójdę drugi raz. Pieśni piękne, atmosfera jak na spotkaniu kochającej się rodziny, wszyscy się znajdą. W lutym organizują wyjazd do Kenii, do pomocy na misji – dwa tygodnie za 800 funtów, kto wie, może się zapiszę?

16 października 2010

Angielski romantyk

Filed under: październik 2010 — swiatmartyw @ 5:31 pm

Kolega Simona, który kiedyś tam pracował w barze z wieloma Polakami i trochę naszego języka podłapał, nauczył go słowa „księżniczka”. Simon cały wieczór trenował, bo widział, że takie określenie na moją osobę bardzo przypadło mi do gustu ;).

Rano się budzimy i Simon romatycznym głosem szepcze mi do ucha: „Moja rzeźniczka!” :D :D

14 października 2010

Upadek obyczajów

Filed under: październik 2010 — swiatmartyw @ 9:04 pm

Ja się chyba stara robię. A starym ludziom wszystko przeszkadza, wiadomo.

Denerwują mnie nastolatki głośno zachowujące się w autobusie. Siedzą takie cztery panny z brudnymi butami na siedzeniach, przeklinają, wrzeszczą, wyzywają się nawet, no i komentują rzeczywistość za oknem głębokimi przemyśleniami w stylu: „Patrz jaka kurwa tam idzie, kurwa blond włosy, kurwa, jak kurwa!” Wszyscy siedzą cicho, ze mną włącznie, bo panny wyglądają na agresywne, co z tego że młode. Dzisiaj jedna taka zaczęła dotykać swoich sutków (przez zieloną szkolną marynarkę, na szczęście!) i udawała orgazm, jęcząc przy tym na cały autobus.

Nastolatki płci męskiej natomiast lubią słuchać muzyki. No i dobrze, muzyka dobra rzecz. Ale dlaczego nie nałożysz słuchawek jeden z drugim, tylko skazujesz cały autobus na wysłuchiwanie „Yo, yo, yo, all my bitches, yeah!!!!” prosto z głośnika twojej komórki? OK, fajną masz komórkę. OK, wypasione głośniki. OK, jakość dźwięku naprawdę super. Ale do cholery jasnej, miałam dzisiaj trzy konferencje Deutsche Banku i łeb mi pęka, więc może byś przyciszył z łaski swojej????

Nie orientuje się jaki poziom przedstawia polska telewizja, bo za długo już na emigracji żyję, ale takiej chały jak tutaj to chyba nigdzie nie ma – może za wyjątkiem programów hiszpańskich i włoskich, które w większości są po prostu idiotyczne. W Anglii niewiele lepiej.

Nigdy nie oglądałam dużo telewizji (oprócz szału na punkcie MTV w podstawówce), ale skoro mieszkam w obcym kraju, to chciałam „wczuć się” w tutejszą atmosferę, chociażby po to, żeby móc zrozumieć z czego się śmieją w programach komediowych albo co komentują/ o kim mówią w wiadomościach. Nie wytrwałam ani dnia. Nie mówię tutaj o głupawych tasiemcach w stylu „East Enders”, który to serial podobno uwielbia Królowa i jest on jej głównym źródłem informacji na temat życia jej poddanych (naprawdę, naprawdę bez komentarza!), ale większość pozycji w programie można skreślić już po samej nazwie:

– Are you Fitter Than a Pensioner?
– Britain’s Worst Parents
– Britain’s Strictest Parents
– Britain’s Pushiest Parents
– Britain’s Worst Neighbours
– Britain’s Worst Driver (to chyba o mnie ;)
….kolejne 10 programów z serii „Britain’s Worst Coś Tam”….
– How to Kill a Celebrity?
– Celebrity Ghost („Celebrities share their real-life personal encounters with the paranormal”)
– cała masa programów z celebrytami klasy C lub D nawet (w stylu, 15 lat temu zagrał w trzech odcinkach serialu, o którym nikt dzisiaj nie pamięta) – albo usiłują coś zbudować, albo tarzają się w błocie, chodzą po linach i zjeżdżają na pontonach do wielkiego basenu, gdzie oczywiście czeka na nich milion pułapek).

Na kanale „Really” (już po nazwie można się domyślić, jaka jego jakość): Freaky Eaters („New. Charlotte Watts and Felix Economakis help people struggling with food cravings. A brown sauce addict is shocked to learn how much salt he consumes!”) Brown sauce addict…. Ludzie, trzymajcie mnie, bo padnę!!

Jest jeszcze program o mega grubasach usiłujących stracić wagę – zapomniałam tytułu, ale chodzi mniej więcej o to, że mają trenera i dietetyka, i muszą stosować się do jego zaleceń, pływać, biegać, itd. Oczywiście zawsze ktoś się załamuje i płacze – największa atrakcja programu.

Nie wspomnę o całej masie durnych konkursów dla domorosłych talentów – a to śpiewają, a to skaczą, a to gotują, a to tańczą, a to Bóg wie co robią – przeważnie idiotów z samych siebie.

Warto w tym miejscu również przypomnieć o wielce inteligentych programach, w których ktoś, ze łzami w oczach, i przed kiwającą głowami ze zrozumieniem bądź niedowierzaniem/ klaszczącą/ gwiżdżącą publicznością przyznaje się do zdrad małżeńskich, utraty dziewictwa w wieku 12 lat, tatuażu na pośladku i kradzieży gumy z Tesco. Żenada, żenada, po trzykroć żenada!!!

A kanał 15 nazywa się „Syfy”, ale to już inna historia :D

7 października 2010

Podsłuchane

Filed under: październik 2010 — swiatmartyw @ 9:10 pm

W podstawówce mój ulubiony żart wyglądał następująco – podchodziłam do kogoś i mówiłam: „Dokończ zdanie – Nie podsłu….”, a potem tarzałam się ze śmiechu, gdy ten ktoś mówił brzydkie słówko. Chyba z dwa lata tak się bawiłam, ubaw miałam po pachy ;). A teraz sama podsłuchuje.

Przed konferencjami trzeba nauczyć przemawiających jak działają nasze firmowe programy, gdzie co nacisnąć, gdzie mówić, jak animacje włączyć, a nawet jak stać/ siedzieć, żeby głos lepiej brzmiał – czyli krzyczę na moich klientów VIP, żeby się nie garbili ;). Jak już wszystko wytłumaczę, niby zostawiam ich samym sobie przez te ostatnie kilka minut przed konferencją, ale jednak jednym uchem słucham, co mówią, głównie żeby w razie czego móc szybko zareagować. Chyba są zbyt podekscytowani zbliżającym się wykładem, żeby zdać sobie sprawę, że przecież ja wszystko słyszę. I nawet to nagrywam, na potrzeby mojej firmy vel Wielkiego Brata. Czekają na rozpoczęcie i…

(konferencja po hiszpańsku, rozmawiają Pedro i Juan):

Pedro: Kurde, gdzie miałem nacisnąć, żeby zadać pytanie publiczności i żeby oni mogli głosować??
Juan: No przecież ci pokazywała tą niebieską ikonkę!! („ona”, czyli ja)
Pedro: No pokazywała, ale nie mogę jej znaleźć!!
Juan: A bo ty nigdy zbyt mądry nie byłeś, w końcu znam cię od 20 lat!
Pedro: A ty mądralo wiesz, gdzie ta ikonka cholerna??
Juan: Ja nie uważałem, zajmowałem się usuwaniem pyłków z krawata! :D

(konferencja po niemiecku, manager kont VIP w czołowym niemiecku banku mówi do swojego współpracownika):

– Jezu, tak się boję, normalnie sram w gacie ze strachu!!! Jeszcze nigdy nie gadałem do 500 osób! Pewnie zacznę się jąkać, stracę wątek i mnie wygwiżdżą! Już to widzę, już do widzę!! Pomyślą sobie, „Ten głupawy jąkała zajmuje się moimi pieniędzmi?!?!” :D

(konferencja po angielsku, która odbyła się dzisiaj rano – panowie zapomnieli, że mają włączone mikrofony)

– Kurde, ale mnie tyłek boli, to krzesło jest beznadziejne, chyba sobie pośladki spłaszczyłem!
– A ten idiota z (nazwa firmy) jakie głupie pytanie zadał, co to ma wspólnego z naszą prezentacją??

Gdy potem im powiedziałam, że wszystko było słychać, przysłali mi lakoniczny – jak to Anglicy – email: „Apologies, we didn’t know”.  Na razie nikt się nie poskarżył, nawet ten klient, który dowiedział się, że jest idiotą :D.

5 października 2010

Teneryfa – część II

Filed under: Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 9:42 pm

Gdy Simon powiedział w pracy, że jedzie na wakacje z teściami, wszyscy zaczęli mu współczuć i mówić: „Mate, that doesn’t sound too great…”, na co on niezmiennie odpowiadał: „They only speak a little bit of English, and drink lots of vodka, so it should be fine!” ;) Było bardzo fine, bo obie strony się starały – rodzice wspinali się na wyżyny swojej angielszczyzny, której rzeczywiście trochę pomagał alkohol ;), Simon mówił wolno i wyraźnie, a czasami nawet jakieś polskie słówko/ wyćwiczone zdanie wtrącił. A gdy obie strony były trzeźwe i zbyt zmęczone, żeby się wysilać, robiłam za tłumacza konsekutywnego – czyli studia nie poszły na marne :).

Teneryfa zdziwiła mnie pod względem lingwistycznym, bo kto by pomyślał, że gadają jak na Dominikanie?? No nie, niezupełnie tak, ale też nie wymawiają „s” na końcu i używają dziwnych słówek typu guagua (czyli autobus). Cudownie było móc porozmawiać sobie po hiszpańsku, choć moimi rozmówcami byli głównie kelnerzy i naganiacze do restauracji :) Jeden pan stwierdził nawet, że jeżeli tapas w jego lokalu nie będą nam smakowały, jest gotowy zjeść swoje buty :) Smakowały, na szczęście.

Z wieloma kelnerami/ ludźmi z tzw. obsługi turysty nie dało się pogadać po hiszpańsku, bo albo byli to Portugalczycy, albo Holendrzy, albo Niemcy, albo Rosjanie, albo Anglicy. W naszym ulubionym barze obsługiwały trzy Angielki właśnie, miłe ale „z wieśniackim akcentem”, orzekł Simon ;). Tym niemniej, do Anglików nas ciągnęło. Gdy się rozchorowałam, poszliśmy po poradę tutaj:


Skasował 60 euro za trzy minuty badania, jak to Anglik ;), ale przynajmniej przepisał dobre leki.

Wszystkie wycieczki zabukowaliśmy w biurze nad którym powiewała brytyjska flaga. I tu zostaliśmy podstępnie nabrani – po pierwszej wizycie Simon mówi, oburzony do żywego: „This guy is from New Zealand, not England!!” Ja naprawdę nie wiem, jak on to rozpoznaje po akcencie – facet miał koszulkę z napisem LEEDS i brytyjską flagę na biurku, więc nawet do głowy by mi nie przyszło, że to nie Angol. Zresztą co za różnica :).

Na Teneryfie Polaków i Rosjan, ale przede wszystkim Angoli jak psów i mrówków, co zresztą nie tylko słychać, ale i widać:


Niemców też sporo, ale nie aż tak. Sporym zaskoczeniem były dla mnie napisy po szwedzku/ duńsku/ fińsku – tych narodowości też tam jest dużo, nawet mają dwa kościoły! W sumie trudno się dziwić, Skandynawia nie jest znana z dobrego klimatu :)).

Na ulicach Playa de las Americas w oczy rzucają się emigranci z Afryki sprzedający mydło i powidło, czyli głównie tanie okulary przeciwsłoneczne, kiczowate koraliki i podrobione zegarki znanych marek. „I’m from Senegal, do you want watch?”, zapytał pan. Żal nam się zrobiło, że tak cały dzień stoi na plaży, w taki upał, i pewnie nikt od niego nie kupuje, więc Simon nabył w sumie dość dobrze wyglądający zegarek. „Do you want smoke?”, padło następne pytanie. „Hashish, marijuana, whatever!” Poczuliśmy się jak w Chinach, gdzie wystarczy przejść jakąkolwiek ulicą w pobliżu klubów nocnych, żeby usłyszeć: „Marijuana, joints, girls”…
Panie z Afryki oficjalnie zajmują się pleceniem warkoczyków, ale ich drugie pytanie to też o jointy ;).

Ech, nie mogę się doczekać następnych wakacji! Jeśli dobrze pójdzie, to w marcu albo w kwietniu wybierzemy się do znajomego do Dubaju, a jeśli pójdzie naprawdę dobrze, to polecimy do Cape Town. Jest o czym marzyć w te coraz zimniejsze dni!

2 października 2010

Teneryfa – część I

Filed under: Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 5:04 pm

Gdy mama powiedziała, że wygrała pobyt na Teneryfie dla czterech osób i spytała, czy chcemy jechać, entuzjastycznie zgodziłam się od razu, choć w głębi serca pomyślałam sobie, że pewnie będzie trochę nudno. Nic bardziej mylnego – Teneryfa jest wprost idealna na tygodniowy wypoczynek.

W umyśle Marty W. wakacje muszą się składać z następujących części:

1. musi, musi być ciepło
2. ma być coś do zwiedzenia/ zobaczenia (plus ładna przyroda mile widziana)
3. ma być jakaś woda, ciepła oczywiście
4. mają być atrakcje maści przeróżnej (czyli żeby gdzieś można było pospacerować, coś smacznego zjeść, przeżyć jakąś przygodę)

Teneryfa spełniła moje oczekiwania w 100%. Ciepło było? Było – koniec września, a tam 28-31 stopni dzień w dzień, bajka po prostu. Poza tym bardzo dobry klimat – nie tak obłędnie suchy jak w Pekinie, nie tak obłędnie wilgotny jak na Karaibach, nie takie nie wiadomo co jak w Polsce i Anglii – po prostu przyjazny dla człowieka.

Zobaczyć było co? Było, proszę bardzo:

 

600-metrowe klify "Los Gigantes"

 

 

650-letnia Dracena Smocza, w tle wulkan Teide

 

Plus piramidy w Güímar oraz stolica Teneryfy, Santa Cruz, z których to miejsc nie mam niestety bezosobowych zdjęć, zawsze któreś z nas bezwtydnie szczerzy się do aparatu :).

Woda była? Pewnie, że była, ocean nawet, o bardzo miłej temperaturze wynoszącej 24 stopnie – mogło być trochę lepiej, przyznaję, ale i tak nieźle jak na koniec września. Plaże czarne, jak to na wyspie wulkanicznej – no trudno, trochę piasek brudził i dokładniej się myć trzeba było :).

Atrakcje były? Jeszcze ile!

 

Delfiny, z czyjąś głową na pierwszym planie ;)

 

 

Wieloryby - co prawda nie takie wielkie jak człowiek sobie wyobrażał, ale otwór na grzbiecie był? No był. Wodę wydmuchiwały? No wydmuchiwały :)

 

A teraz rewelacja miesiąca:

 

My z naszym instruktorem nurkowania. Zeszliśmy na 10 metrów!

 

Przez pierwsze 5 minut myślałam, że uszy mi eksplodują, ale potem na szczęście się przyzwyczaiłam. Pływamy, pływamy, a tu zza rafy…


Dał się nawet pogłaskać! Żółwie są dobrze nastawione do nurków, tylko palców nie można wyciągać w ich kierunku, bo wezmą i ugryzą :).
Rafy są słabiutkie w porównaniu z Egiptem czy Dominikaną, ale nigdy wcześniej nie nurkowałam z butlą, więc przeżycie było niesamowite. Widzieliśmy dwa żółwie i wiele ryb, nawet papuzich, czyli takich wielkich i kolorowych :).

Jako że wciąż uważamy się za dzieci, nie mogliśmy przegapić największego parku wodnego Europy – Siam Parku. Była wielka strrrraszna zjeżdżalnia – przez ostatni odcinek można było podziwiać pływające nad człowiekiem rekiny i płaszczki, ale większość – ze mną i Simonem na czele – za bardzo była zajęta wrzeszczeniem ze strachu, żeby to docenić:

 

"Tower of Power"

 

było szaleńcze mknięcie pontonami na złamanie karku, prawie do góry nogami, były trzymetrowe fale:


było zjeżdzanie na gabkowych materacach głową w dół z zawrotną prędkością… Ech, wyszalały się dzieci za wszystkie czasy :).

Bulwary były, restauracje były (paella, mmmm!!!!), kluby były, sangria była… Rewelacyjny tydzień, naprawdę polecam.

Wróciliśmy lekko przypaleni słońcem i kompletnie spłukani. Komentarz do pierwszego: „Oh well, I wouldn’t be a proper English tourist if I didn’t come from holiday looking like a plum tomato!” :) Komentarz do drugiego, zawsze powtarzany przez mojego nauczyciela hiszpańskiego: „Jeśli wracasz z wakacji z pieniędzmi, to znaczy, że wakacje były do dupy!” Zecydowanie nie były do dupy, nasze portfele są puściusieńkie… ale ile wspomnień, ile radochy! :D

Blog na WordPress.com.