Świat Marty W.

16 marca 2010

Pisanioterapia

Filed under: marzec 2010,Przemyślenia różne — swiatmartyw @ 7:36 am

Student lingwistyki nie ma łatwo, przynajmniej taki jak ja, co to oprócz programu super trudnych studiów jeszcze na trzy dodatkowe języki chodził. Po ośmiu lub więcej godzinach dziennie mówienia nie w swoim języku, człowiek zaczyna myśleć w mieszance wszystkich, i wydaje mu się ona jak najbardziej naturalna, choć dla osób postronnych brzmi jak kompletny bełkot i często wywołuje reakcje typu: „Nie udawaj, że polskiego zapomniałaś!”. Sprawa nie jest taka prosta.

Wiele razy zadawano mi pytanie, w jakim języku myślę i śnię. Sama nie wiem, zależy, gdzie i z kim jestem. Jeśli chodzi o to, co aktualnie dzieje się w mojej głowie, dobrym przykładem jest kartka z nabazgraną listą zakupów z wczoraj:

bread
butter
veggies
kefir
juice
milk
śmietana
salmon

Nie robię tego świadomie, po prostu „kefir” i „śmietana” to tak polskie produkty, że automatycznie przechodzę na język polski, w ogóle się nad tym nie zastanawiając.

Wyjechałam z Polski w 2006 roku – nie dlatego, że mi było źle, tylko po przygodę. Przez następne trzy lata podróżowałam po świecie i mieszkałam w wielu dziwnych miejscach, tak różnych od siebie jak pole golfowe, na które przyjeżdżał Tiger Woods, plaża na Karaibach i kilkunastopiętrowy blok w Pekinie. Poznałam mnóstwo wspaniałych ludzi, zdecydowana większość z nich oczywiście nie była z Polski. I znowu rozmowy w różnych językach, i znowu mętlik w głowie.

Pamiętam, że kiedyś mama przysłała mi smsa. Rozumiałam każde słówko oddzielnie, ale nie mogłam zrozumieć całości. Trochę się wystraszyłam, czy to możliwe, żebym naprawdę zaczęła zapominać język ojczysty?

Zapominać może nie, tym niemniej od wielu lat widzę u siebie tendencje do kalek językowych, np. podczas rozmowy z mamą na Skypie powiedziałam tak: „Muszę jeszcze wypełnić kilka form”. Mama z przerażeniem: „Formularzy, dziecko, formularzy!! Wracaj do Polski, i to natychmiast!!” ;) Czasami zdarzy mi się źle odmienić, np. rozmawiałam z kimś o lotach i mówię: „Najlepiej lecieć albo z Berlina, albo z Londyna”. I, niestety, coraz częściej brakuje mi słówek. Łapię się na tym, że zaczynam się jąkać i wtrącam „Jak to się mówi po polsku?”. Zawsze mi się chciało śmiać z takich ludzi, pamiętam, z jakim politowaniem słuchałam pewnego Polaka, który od wielu lat mieszka w Kanadzie i nie mógł sobie przypomnieć słowa „trawa”. A teraz i na mnie przyszła kryska.

Oprócz tego, że lubię pisać i bardzo mi zależy na kontakcie ze znajomymi oraz szerszym gronem czytelników, prowadzę tego bloga również z powodów lingwistycznych. Uwielbiam bawić się językiem, jego formą i niuansami. Łącząc przyjemne z pożytecznym, mam nadzieję, iż dzięki (prawie) codziennemu pisaniu nigdy nie stracę łatwości tworzenia tekstów dobrych stylistycznie.

Polecam stronę http://www.ponglish.org, o tym, jak Polacy na emigracji spolszczają angielskie wyrazy. „Muszę wziąć holideja” albo „Nie wyrobiłem targetu” to teraz normalne polskie zwroty ;).

Widzę, że bloga czytają rodacy mieszkający w różnych krajach, zapraszam do podzielenia się Waszymi doświadczeniami w tym zakresie! Wiem, iż niektórzy czytelnicy nie chcą komentować, gdyż boją się o utratę prywatności związaną z podaniem imienia oraz adresu e-mail. Imię możecie wpisać dowolne, choćby Wujek Dobra Rada ;), a adresów można chyba w ogóle nie podawać (albo zmyślić). Zapraszam do dzielenia się swoim coraz gorszym polskim! ;)

Reklamy

14 marca 2010

Cierpienia (nie tak już) Młodego Tłumacza

Filed under: marzec 2010,Przemyślenia różne — swiatmartyw @ 6:16 pm

Największą zaletą bycia tłumaczem pisemnym typu freelancer jest to, że do pracy potrzebny mi jedynie komputer oraz dostęp do internetu, dzięki czemu mogę podróżować po świecie i nie muszę prosić szefa o wolne. Nie jestem też uwiązana do żadnego miejsca, więc gdy Simon oświadczył mi, że dostał lepszą pracę w innym mieście, nie było żadnych kłopotów z przeprowadzką. Tym niemniej, każdy zawód ma również złe strony (nawet wspomniani niżej szejkowie pewnie też czasami się martwią ;)), a w moim wypadku jedną z nich jest to, jak ludzie postrzegają moją pracę.

Scenka: jedynasta wieczór, ja od wielu, wielu godzin przyklejona do komputera tłumaczę tekst z hiszpańskiego na angielski. W końcu nie wytrzymuję i siarczyście klnę pod nosem, a potem na głos skarżę się, że strasznie trudna ta umowa spółki. Simon: „Nie rozumiem, jak to możliwe, że coś może być dla ciebie trudne, przecież znasz oba języki perfekt!” Oj, Szymek, Szymek, widać, że nigdy w życiu niczego nie tłumaczyłeś! Aby go przekonać, iż nie jest łatwo, dałam mu kilka zdań do sprawdzenia, a on na to, że się nie zna na „legal gibberish”. Miałam na końcu języka: „Przecież mówisz po angielsku perfekt!”, ale w ostatniej chwili się ugryzłam ;).

Opinia internauty wyrażona na forum: „Każdy, kto choć trochę otarł się o angielski, może z powodzeniem przetłumaczyć dowolny tekst. Przecież są słowniki!” Panu internaucie gratulujemy rozumowania.

Wczoraj ślęczałam akurat nad kolejnym tekstem napisanym w Chinglish (czyli chińskiej wersji angielskiego, która doprowadza każdego lingwistę do wściekłości, płaczu, rzucania przedmiotami i potem znowu płaczu), gdy przyszedł kolega Simona. Poradził mi, żebym wrzuciła wszystko do słownika internetowego google, a potem tylko „wypolerowała”. Nóż mi się otworzył w kieszeni. Kolejny Wujek Dobra Rada. OK, spróbujmy, wrzucam ostatnie przetłumaczone przeze mnie 5 minut temu zdanie (z angielskiego). Uwaga….:

„Ponieważ skondensowanej wody z tyłu jednostki wewnętrznej są gromadzone w ponding polu i wyprowadzony z sali, nie kładź niczego jeszcze w polu”.

No i wszystko jasne, czyż nie? Chyba logiczne, że niczego nie można kłaść w ponding polu ;).

Złości mnie, gdy ktoś twierdzi, że bycie tłumaczem to łatwy zawód, i każdy może go wykonywać. Bzdura do kwadratu. Ludzie nie zdają sobie sprawy, jak bardzo struktura każdego języka jest jedyna w swoim rodzaju i jak bardzo trzeba kombinować, żeby to samo znaczenie oddać za pomocą zupełnie innej struktury. Wyraz nie równa się wyrazowi, wyrażenie wyrażeniu, nawet części mowy oraz liczbę niejednokrotnie należy zmienić. Mózg na pełnych obrotach!

Na koniec kawał nie do przetłumaczenia na język polski, który w dodatku działa tylko wtedy, gdy powie się go na głos:

Two fish are swimming in the river. Suddenly one of them hits a concrete wall, turns around and says: „Damn!!” :D

I już na sam koniec jak można wyglądać, jeśli się używa google do tłumaczeń:

11 marca 2010

Wspomnienia z Chin

Filed under: marzec 2010,Przemyślenia różne — swiatmartyw @ 11:48 am

Zawsze chciałam pojechać do Chin, a mój tata – od małego zafascynowany Państwem Środka – jeszcze te moje chęci podsycał. Pamiętam, że podczas studiów w Niemczech urwałam się z zajęć i pojechałam do Berlina specjalnie po to, żeby zobaczyć 400 figur Armii Terakotowej, które przywieźli z Xi’an. Spędziłam w muzeum prawie dwie godziny i obiecałam sobie, iż kiedyś zobaczę wszystkie figury, a nie tylko 400, pojadę do Chin i zobaczę!

Gdy okazało się, że istnieje możliwość wyjazdu do Pekinu na praktyki tłumaczeniowe połączone z intensywnym kursem chińskiego oraz zwiedzaniem kraju, decyzja zapadła w zasadzie od razu. Jadę!

Przez pierwsze trzy miesiące byłam totalnie zafascynowana Państwem Środka, chodziłam po ulicach Pekinu jak urzeczona, zwiedzałam, co się dało, obfotografowywałam każdą świątynię ze wszystkich stron (zanim wreszcie zauważyłam, że wyglądają tak samo…). Po pewnym czasie jednak zauroczenie minęło i nastąpiły zwykłe, szare dni. Straszne zanieczyszczenie powietrza, brud i tłok, a jeśli chodzi o samych mieszkańców… o tym za chwilę.

W zeszłym roku moja koleżanka ze studiów, też Marta zresztą, do której bloga podałam link po prawej (cuda cudeńka ręcznej roboty! :)), wybrała się na trzy tygodnie do Chin. Po jej powrocie zaczęłyśmy wymieniać uwagi, w końcu wysłałam jej jednego z mailii, które stworzyłam podczas pobytu w Pekinie i tak się jej spodobał, że postanowiła podzielić się nim ze światem. Spodobał jej się głównie dlatego, że miała identyczne odczucia do moich i może podpisać się pod moimi kąśliwymi uwagami obiema rękami, i nogą pewnie też. Zapewniam, iż nie jestem osobą uprzedzoną do innych kultur, a jedynie Bystrym Obserwatorem Zjawisk ;). Nasze wspólne wypociny (Marta dorzuca swoje ciekawe komentarze) znajdziecie tutaj.

Czy polecamy wycieczkę do Chin? Polecamy! Ale na krótko, i trzeba się przygotować na szok kulturowy z prawdziwego zdarzenia. To, co mi serwują Anglicy, to pikuś! ;)

15 lutego 2010

(Auto)Reklama

Filed under: luty 2010,Przemyślenia różne — swiatmartyw @ 9:50 am

Zapraszam do obejrzenia pomysłowych reklam szkoły językowej, z którą byłam związana wiele lat, jako uczeń, nauczyciel i sympatyk. Poziom jest naprawdę wysoki, kartkówka na każdych zajęciach, stos zadań domowych ;) – ale wszystko w bardzo przyjaznej atmosferze. W zamian za swój pot i łzy uczniowie dostają lekcje 1,5 h dwa razy w tygodniu, bezpłatne konwersacje oraz własne konto na serwerze szkoły, na którym mogą sprawdzić program wszystkich zrealizowanych zajęć ich grupy, średnią ocen, komentarze wykładowcy. Naprawdę warto, nauczyłam się hiszpańskiego w rok ;). Z chińskim aż tak dobrze mi nie poszło… głównie dlatego, że podczas kartkówek ściągałam od mojego nauczyciela hiszpańskiego, który dzisiaj po chińsku mówi świetnie! Czyli: jednak niewarto ściągać :D.

Pierwsza część opowieści o zagubionym w Warszawie Angliku, o dwóch chłopakach z osiedla i o tym, że warto uczyć się angielskiego – tutaj.

Druga część tutaj.

PS. Jeśli znacie jakieś dobre reklamy i są one na youtube, wklejcie mi linki w komentarzach. Wszystko jedno czego ta reklama, byle oryginalna i wesoła :).

12 lutego 2010

Rok Tygrysa

Filed under: luty 2010,Przemyślenia różne — swiatmartyw @ 9:27 am

Dzisiaj ostatni dzień pracy, od jutra rozpoczynają się dziewięciodniowe uroczystości związane z końcem Roku Bawołu i początkiem Roku Tygrysa. W Chinach, oczywiście, ale jako że pracuję dla firmy z siedzibą w Pekinie, dziewięciodniowa laba obowiązuje również mnie.

Przed wyjazdem do Chin w 2007 roku dokładnie sprawdziłam, co jestem za zwierzak i wyszło, że Kogut. I to w dodatku metalowy! ;). Zgodnie z datą urodzenia można być jednym z 12 zwierząt i posiadać odpowiedni żywioł, w moim przypadku metal. Simon jest Drewnianym Bawołem :D. Jeśli chcecie się dowiedzieć, czy przypadkiem nie jesteścią Świnią ;), kliknijcie tutaj.

A oto prezent, który dostałam od mojej chińskiej koleżanki:

Koleżanka nie omieszkała mi powiedzieć, że ponieważ jestem Kogutem, będzie to dla mnie zły rok, gdyż koguty zaliczają się do… pożywienia tygrysów! ;). Tym niemniej – według jej nieco enigmatycznych słów – jeśli spotkam tygrysa i powiem mu, że bardzo go kocham, wtedy mnie nie skrzywdzi. Tym niemniej muszę uważać, gdyż przez cały rok jestem narażona na różne niebezpieczeństwa. Mam na ten temat swoją prywatną teorię – w końcu adoptowałam tygrysa („podaruj nam 3 funty miesięcznie„), więc powinno mi się tym razem upiec (nie dosłownie ;)).

Chińczycy mówią, że ten rok nie będzie dobry i żeby absolutnie nie wychodzić za mąż przed 3 lutego 2011, bo wielkie nieszczęście się stanie. Prawda, nieprawda, strzeżonego Tygrys strzeże ;).

XIN NIAN KUAI LE!!

(szczęśliwego nowego roku)

Kotek ;)

8 lutego 2010

Młodzi duchem i bardzo jarzy, czyli o rodzicach

Filed under: luty 2010,Przemyślenia różne — swiatmartyw @ 4:30 pm

Uff, ciężko było, ale wygrałyśmy. My, Justyna Kowalczyk i ja. Właśnie skończyła się transmisja, dopingowałam dzielnie, a brytyjscy komentatorzy piali na cześć Kowalczyk przez dobre 5 minut. O mnie nie wspomnieli, ale to nic, wolę być w cieniu ;). Mile zaskoczył mnie poziom angielskiego naszej zawodniczki, podczas krótkiego wywiadu dla EuroSport popełniła tylko jeden błąd – ale bez przesady, nie trenuje przecież czasu Future Perfect. Teraz zaatakujemy Vancouver!

Zwycięstwo dobrze nastroiło mnie do życia, więc mogę popełnić kolejny radosny wpis. Tym razem będzie o moich rodzicach, którzy nie mają nic, a nic wspólnego z typowymi „wapniakami”, co to – jak w kawale – są niczym nietoperze, nie widzą, nie słyszą, a się czepiają ;). O nie! O moich rodzicach można napisać osobną książkę, komedię oczywiście.

Podróżujemy razem po świecie odkąd skończyłam 6 lat. Co prawda z pierwszych podróży niewiele pamiętam, ale zdjęcia dokumentujące mój bezzębny uśmiech (akurat wypadły mi obie mleczne jedynki) w Odessie na Schodach Patiomkina dobitnie udowadniają, że było git. Do dnia dzisiejszego byliśmy razem w ponad dwudziestu krajach, a w tym roku wybieramy się do dwóch następnych. Wielu moich znajomych pukało się w głowę, kto podróżuje z rodzicami?? No ja właśnie, bo oni już tak sami z siebie są wyluzowani, a na zagranicznych wypadach to już zupełnie, tak się relaksują, że to ja wyglądam przy nich jak wapniak. Regularnie muszę się za nich wstydzić – a to tańczą tango na środku restauracji, a to pływają w hotelowym basenie z kwiatami we włosach i ustach, a to poprawiają przewodnika i sami zaczynają oprowadzać…  (oboje są po historii). Najgorzej było w Grecji, gdy mój tata, zazwyczaj bardzo spokojny, nie mógł już dłużej wytrzymać głupot opowiadanych przez przewodnika (pomylił bogów i dwie różne historie z mitologii, nawet ja się zorientowałam) i artystycznym szeptem wykrztusił: „Co on pieprzy??” ;). Albo w Egipcie, gdy przewodnik, na swoje nieszczeście, powiedział, że Egipcjanie „odkryli” zero. Tata zaszedł go od tyłu i wysyczał: „Nieprawda!” ;).

Od moich najmłodszych lat ich podejście do alkoholu było takie: jeśli masz pić, to lepiej z nami. No i rzeczywiście, w domu, przy barku (mamy bar jak w pubach, zawsze jedno z nas robi za barmana), wesoło, dobre towarzystwo, bezpiecznie. Tylko trzy razy w życiu upiłam się tak, że urwał mi się film, ale pierwszy raz był właśnie z rodzicami. Komentarz mamy: „A mówiła matka, nie mieszaj!” :D. Wszystko dla ludzi, trzeba jedynie wiedzieć kiedy, gdzie i z kim.
Będąc na studiach poznałam pewnego Amerykanina, który zaczął się starać o moje względy – ale dziwak jakiś, abstynent! Opowiadam o nim mamie:

Mama (po kilku pytaniach wstępnych, typu jakie wykształcenie, ile lat): Pije?

Ja: Nie…

Mama: Nawet wina? Nawet piwa czasem?

Ja: Nie…

Mama: To się nie może dobrze skończyć, uciekaj od niego!

No i uciekłam. Gdzie pieprz rośnie.

Papierosy mama sama mi dała, z komentarzem: „Zobacz, co to za świństwo”. Marta lat 7 zaczęła się krztusić, zrobiła się czerwona, zakasłała się omal na śmierć… i więcej papierosów nie ruszyła ;).

Najgorzej było z nauką, bo mnie od niej odganiali. Gdy w liceum po nocach kułam znienawidzoną biologię lub historię, przychodzili do mnie do pokoju i mówili: „Olej to, idź spać!”

Ja: Nie mogę, dostanę pałkę!

Oni: No to co, nie pierwsza i nie ostatnia.

Ja: Słucham? Ja jeszcze nigdy nie dostałam pałki!!!

Mama: Jaki kujon!! Ja nie wiem, czyje to geny, bo na pewno nie nasze! ;)

Gdy podczas studiów w Niemczech zadzwoniłam do domu i powiedziałam, że moja średnia ocen to 1,5 (w Niemczech jest odwrotnie), od razu się ucieszyli: „No, to tak jak nasza przez całe liceum, brawo!” ;)

Lubią wszystkich moich znajomych, w ogóle lubią przebywać z młodymi ludźmi, bo „co będziemy ze staruchami gadać, tylko narzekają, co ich boli!”

Codziennie rozmawiamy przez Skype’a, z mamą przeważnie ok. godziny, z tatą krócej, bo wiadomo, jak to mężczyźni. „Kocham cię i ciągle o tobie myślę, jak ci tam na tej obczyźnie”, mówi tata, i dodaje: „No, to wołam mamę!” ;).

O naszej miłości do sportu pisałam niżej. Poczucie humoru mamy identyczne (czyli głupawe), więc świetnie się ze sobą bawimy.

Ja też chcę być takim super rodzicem. Co prawda na razie mi się wydaje, że będę surowa i ogólnie rzecz biorąc okropna – nie mówiąc o tym, że ubiję, jeśli nie będzie się chciało toto uczyć, zwłaszcza języków… ale może jeszcze mi się odmieni, geny mam dobre ;).

7 lutego 2010

Sportowcy kanapowi

Filed under: luty 2010,Przemyślenia różne — swiatmartyw @ 3:35 pm

Nie mogę się doczekać Olimpiady w Vancouver. Dosłownie odliczam dni i po raz setny sprawdzam kiedy jakie dyscypliny.

W mojej rodzinie sport ma bardzo długą historię. Sport kanapowy, oczywiście. Oglądamy co się da, kibicujemy, dopingujemy, wrzeszczymy, skaczemy, a jak trzeba to i klniemy – wszystko z kanapy. Podczas Olimpiad i różnych Mistrzostw, siedzimy przyklejeni do ekranu i emocjonujemy się każdą minutą. Nie zniechęca nas nawet różnica czasu – ile to razy wstawaliśmy o którejś tam w nocy, żeby ważny mecz/ ważną konkurencję obejrzeć! Najlepsza jest moja prababcia, lat 95, która uwielbia piłkę nożną. Jeśli akurat przegramy (co zdarza się dość często…), zaczyna grzmieć: „Psiakrew, tak się zdenerwowałam, aż na obniżenie ciśnienia musiałam lekarstwa brać! Wojny przeżyłam, powstania przeżyłam, bombardowania przeżyłam, a teraz oni mnie chyba wykończą!” ;) A podczas meczu: „No podawaj, no, a nie godzinę w miejscu drypczesz! No do cholery, nie widzisz, że tamten po prawej już czeka?? Taki młody i już ślepy!” :D. Prababcia jest najlepsza.

Ja z rodzicami podczas meczy robimy meksykańską falę. Na kanapie, rzecz jasna. Śpiewamy „Ole ole ole, nie damy się, nie damy się!”, oraz „Polska, biało-czerwoni…” W naszym salonie atmosfera jest prawie tak samo gorąca jak na stadionie.

Przez wiele lat kibicowanie Adamowi Małyszowi na stałe wpisało się w program naszych weekendów. Gdy przychodziła kolej na Orła z Wisły, całą trójką wstrzymywaliśmy oddechy i zamieraliśmy we wcześniej ustalonych pozycjach (co by szczęście przynieść ;)) – oprócz prababci, która często ryczała na cały pokój: „Pochyl się, jeszcze! No leć, leć!! No jeszcze trochę, jeszcze metr! Nie krzyżuj nart, bo się przewrócisz!” :D.
Tata, schodząc na śniadanie, zamierał pochylony na schodach i wrzeszczał: „Jestem Małysz!!!” A mama: „Jak już wylądujesz, to choć na śniadanie”. Lądował pięknym telemarkiem, kłaniał się, a my biłyśmy brawo :D.
Nikt z nas nie wątpi, że to właśnie dzięki naszemu dopingowi Małysz został gwiazdą ;). Teraz idzie mu słabiej, bo przerzuciliśmy się na Justynę Kowalczyk i razem z nią zawzięcie biegamy.

Jeśli chodzi o zbliżającą się Olimpiadę, cieszymy się na wszystko oprócz hokeja, „Zamiast grać to się po mordach piorą” (cytat z prababci, oczywiście) ;), jakoś nas nie wciąga – podobnie jak, moim skromnym zdaniem, nieco głupawy curling. Natomiast wszystko inne dniem i nocą, nocą i dniem oglądać będziemy.

Jako mała dziewczynka uwielbiałam Katarinę Witt i chciałam zostać łyżwiarką figurową. Poszłam na lodowisko, przewróciłam się, rozcięłam sobie palec łyżwą, zniechęcona wróciłam do domu. Zostaje kanapa ;).

5 lutego 2010

Knigi

Filed under: luty 2010,Przemyślenia różne — swiatmartyw @ 6:23 am

Uwaga: wpis strasznie długi, bo mam dużo książek do opisania. Może rozłóżcie sobie na dwa razy, żeby nie paść z wycieńczenia ;).

Podczas gdy Simon urządza krwawą rzeź zombie, ja pochłaniam jedną książkę za drugą, przeciętnie dwie na miesiąc. Stosunkowo niedawno, bo w maju zeszłego roku, odkryłam współczesnego katalońskiego pisarza, Eduarda Mendozę, którego ze spokojną głową mogłabym oskarżyć o plagiat – facet kopiuje mój styl! ;) Nie wiem, jak dorwał się do moich skrzętnie ukrywanych pamiętników, ale naprawdę piszemy bardzo podobnie – lekko, z humorem, przy czym budujemy za długie zdania, i przesadzamy z figurami stylistycznymi, często ocierając się o banały lub dość prostackie porównania. Tym niemniej Mendozę czyta się dobrze, bezboleśnie, i od pierwszej strony człowiek zaczyna kibicować głównemu bohaterowi (postać spinająca kilka powieści), choć jest on wyjątkowym łajdakiem i – według jego własnej definicji – „elementem przestępczym” ;). Jeśli ktoś zainteresowany, to na początek polecam „Przygodę fryzjera damskiego”, reklamowaną na jednym z portali jako „zwariowany antykryminał w stylu Tarantino”.

„Shantaram” Gregory’ego Davida Robertsa jest prawdopodobnie najlepszą książką, jaką czytałam w życiu – choć przyznaję, że nudziły mnie fragmenty filozoficzne, czyli w tym wypadku rozmyślania o Bogu oraz dociekania, skąd pochodzimy, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy. Stanowią one na szczęście niewielki ułamek tej imponującej autobiografii. Jej autorem jest australijski pisarz, zbieg z więzienia o podwyższonym rygorze i narkoman, który przez lata ukrywał się w Bombaju. Naprawdę polecam i ponownie dziękuję Wspaniałemu Nauczycielowi Hiszpańskiego za wskazanie mi tej książki.

Gdy we wrześniu zeszłego roku poleciałam odwiedzić koleżankę w Kopenhadze, w całym mieście wisiały plakaty reklamujące film na podstawie książki Stiega Larssona, „Mężczyżni, którzy nienawidzą kobiet”. Spytałam, o czym to, a koleżanka powiedziała, że o hakerach. Phi, pomyślałam sobie, hakera* to ja mam w domu, nie będę płacić, żeby innego oglądać ;). Oj, głupota nam się uszami wylewała – mi, że nie wiedziałam, o co chodzi, a koleżance, że udzieliła mi takiej niezbyt mądrej odpowiedzi.
Właśnie skończyłam „Mężczyzn…” i jest to jedna z najlepszych książek, jakie czytałam w życiu, prawdopodbnie druga na mojej liście po „Shantaram”. Nie mogę się doczekać, kiedy dorwę się do dwóch pozostałych części wchodzących w skład trylogii „Millennium” (zamówione, chyba już się zbliżają…)! Absolutna rewelacja. Wchłonęłam ponad 600 stron w dwa dni. Szwecja nigdy nie interesowała mnie jako kraj, katalogowałam ją gdzieś w folderze „zimno i drogo”, ale po przeczytaniu „Mężczyzn…” mam ochotę tam pojechać. Naprawdę rewelacyjny kryminał społeczny – tak naprawdę nie wiem, jak napisany, ale świetnie przetłumaczony (choć oczywiście, jako Szalony Lingwista, odkryłam parę błędów).

„Katedrę w Barcelonie” Ildefonso Falconesa zaczęłam czytać jeszcze na Dominikanie – ale nie dałam rady, była w oryginale, czyli po starohiszpańsku (akcja dzieje się w XIV w.) z katalońskimi wstawkami i krótko mówiąc, wymiękłam. Nawet moja ówczesna sąsiadka, urodzona i wychowana w Barcelonie, nie znała wielu słówek i wyrażeń (poszłam do niej z listą, a co ;)), więc poddałam się mniej więcej w połowie.
Po polsku przeczytałam ją w kilka dni i byłam pod ogromnym, ogromnym wrażeniem. Do tego stopnia, że kazałam ją przeczytać „teściom”, a potem wysłaliśmy ich na tydzień do Barcelony (gdzie oczywiście od razu ich okradli, ale to już inna historia).

Barcelona musi być jakąś wylęgarnią pisarzy, bo oto chciałabym wspomnieć o Carlosie Ruizie Zafónie, który – choć od wielu lat mieszka w Los Angeles – również stamtąd pochodzi. Pewnie każdy z Was słyszał o „Cieniu wiatru”. Przeczytałam jednym tchem i chciałam więcej. Nawet moim rodzicom się podobało, co graniczyło omalże z cudem, gdyż zwykle czytają wyłącznie książki historyczne (choć mama pozwala sobie czasem na chwile słabości i w wannie przegląda „Kubusia Puchatka” ;)). Od tamtej pory przeczytałam jeszcze „Grę anioła” oraz „Marinę”, ale oba wydawnictwa mnie rozczarowały. Teraz poluję na „Księcia mgły”, jeśli mi się nie spodoba, to odwracam się od pana Zafóna.

Wiedząc, że moi rodzice jadą do Indii i Nepalu, kupiłam książkę (również z polecenia) pt. „Brzemię rzeczy utraconych” Kiran Desai. Nie czyta się jej łatwo, ale mimo swej dość ponurej natury bardzo mi się podobała. Moim zdaniem to gotowy scenariusz na film, jeśli ktoś mi podaruje odpowiedni budżet, niekoniecznie hollywoodzki, to przysięgam, że wyreżyseruję! Widzę wszystkie sceny jak na dłoni, zwłaszcza wątek jednego z bohaterów robiącego „karierę” w Nowym Jorku. Lektura do refleksji.

W najbliższej przyszłości wezmę się za dwie pozostałe części „Milennium”, „Święte gry” Vikrama Chandry (też o Indiach) oraz – dla urozmaicenia coś lekkiego – „It’s only a movie” Marka Kermode’a, brytyjskiego krytyka filmowego. Z recenzji wynika, że w zabawny sposób opowiada o latach spędzonych w szołbiznesie – np. gdy przeprowadzał wywiad z Wernerem Herzogiem, gdzieś w plenerze pod Los Angeles, reżyser nagle został postrzelony (!) i pocisk utkwił mu w nodze. Skomentował to lakonicznym: „Someone is shooting at us. We should leave…” Wrzaski i sugestie Kermode’a, że natychmiast powinni udać się do szpitala, skwitował:

„It is not a significant bullet… In Los Angeles, if you report a shooting they overreact. They send out a Swat team with helicopters and squad cars. We don’t need that.”

„But, Werner, you’re bleeding!” I protested.

„It is not significant,” Werner repeated, retying his belt. „It does not surprise me to be shot at.”

Priceless :D.

PS. Jeśli znacie dobre książki, podzielcie się ze mną wiedzą, nieście kaganek oświaty! Tylko błagam, nie o tym dokąd zmierza świat – pewnie do niczego dobrego, po co mam się denerwować…

*oficjalny tytuł brzmi „network engineer”, ale dla humanistycznego umysłu to jedno i to samo

3 lutego 2010

Wizja przyszłości cz. 2

Filed under: luty 2010,Przemyślenia różne — swiatmartyw @ 4:48 pm

To a propos wcześniejszego wpisu o takim samym tytule. Teraz na tapecie są strasznie, straszliwie wyjące zombie.

PS. Wyczytane u koleżanki: „Człowiek człowiekowi wilkiem, a zombie zombie zombie” ;).

Public enemy number one

Filed under: luty 2010,Przemyślenia różne — swiatmartyw @ 10:05 am

Oto mój wróg numer jeden, któremu życzę jak najgorzej:

Codziennie spędzam na tym cudactwie godzinę, i jestem po prostu torturowana. Po trzech tygodniach potrafię już zrobić tak:

ale tylko przez maksymalnie 5-7 sekund, potem spadam ze strasznym hukiem. A tak wciąż nie umiem:

Choćbym nie wiem, jak się starała, mam wciąż za słabe mięśnie w dolnej części kręgosłupa i na brzuchu, żeby to wytrzymać. Te dwie pozycje to i tak pikuś w porównaniu z tym, co serwuje mi mój trener – niestety nie mogłam znaleźć odpowiednich zdjęć. Spadam z piłki regularnie, a Tom tylko się śmieje: „Marta rolling around on the ball again, bless her!” ;).

I na koniec szokująca informacja – regularny trening zwiększa średnią życia o 1 do 2 lat. To ja się tak męczę dla głupich 2 lat?? Już wolałabym krócej żyć i tej piłki więcej na oczy nie oglądać ;). Gdyby nie moje problemy z kręgosłupem, nie kiwnęłabym małym palcem u nogi.

Myślicie, że łatwo się na takiej piłce gimnastykować? Ha! Nie uwierzę, że tak potraficie dopóki nie zobaczę zdjęć. Czekam z niecierpliwością, złośliwie zacierając ręce.

2 lutego 2010

Grammy 2010

Filed under: luty 2010,Przemyślenia różne — swiatmartyw @ 4:07 pm

Ja się chyba starzeję.

Po pierwsze – nie oglądałam na żywo, tylko powtórkę następnego dnia.

Po drugie – przewijałam nudzące/ irytujące mnie momenty (a sporo ich było).

Po trzecie – gdy kamera pokazywała publiczność, nie potrafiłam rozpoznać prawie żadnej
„gwiazdy”.

Kto jest Carrie Underwood?*

Po piąte – dlaczego większość teledysków oraz występów polega na pokazywaniu prawie gołego biustu oraz trzęsięniu prawie gołym tyłkiem? Mam na ten temat teorię – mężczyźni to kupują, bo golizna zwyczajnie im się podoba, a kobiety też kupują, bo chcą wyglądać jak swoje idolki. Na siłownię, cholera, a nie barachła słuchać! ;).

Po szóste – nie zgadzałam się z 90% wyników (w tych kategoriach, w których kogoś znałam). „Single ladies” najlepszą piosenką roku?? „Fearless” najlepszym albumem?? No naprawdę?**

Po siódme – nie śmieszyły mnie żarty.

Czas do piachu.

* Teraz już wiem, nawet dostałam ochrzan od KN, że taka niezorientowana jestem ;).

** Wyobrażam sobie frustrację Kings of Leon, którzy w niedawo opublikowanym wywiadzie mówili, że nienawidzą swojej piosenki „Use somebody”, że znalazła się na albumie przez przypadek i że już nigdy nie wykonają jej na żywo. A tu proszę – trzy statuetki. Myślę, chłopaki, że jeszcze nie raz będziecie zmuszeni to wykonać…

1 lutego 2010

Pierwszy sms z Indii

Filed under: luty 2010,Przemyślenia różne — swiatmartyw @ 10:24 am

A właściwie nie z Indii, tylko jeszcze z Polski, moi rodzice jadą autokarem na Okęcie, a stamtąd odlatują do Delhi. Zanim przeczytacie treść smsa, weźcie pod uwagę, że to jest pielgrzymka, a moi rodzice są z gatunku bardzo wyluzowanych i pozytywnie zakręconych (kiedyś poświęcę im osobny wpis), w którym to usposobieniu nie ustępuje im proboszcz:

Zbliżamy się do Warszawy. Jest super wesoło – wszyscy pijani oprócz kierowcy, choć i jego chcieli częstować ;). Proboszcz przy każdym rozlewaniu mówi: „Nie tamujmy drogi dobrym uczynkom!” ;) Wycieczka zapowiada się baaaardzo sympatycznie!

26 stycznia 2010

Talent polecam

Filed under: Przemyślenia różne,styczeń 2010 — swiatmartyw @ 9:25 am

Zobaczyłam u koleżanki i przekazuję dalej. Dobre rysunki i trafne puenty! Poniżej dwa związane tematycznie:

Więcej na http://agde.blox.pl oraz na profilu „piksele” na Facebooku. Niektóre naprawdę rewelacyjne, np. to:

:)

Niektórzy mają talent! A jak ja coś narysuję, to nie wiadomo, czy kot, czy świnia…

19 stycznia 2010

Główne Wydanie Nudy

Filed under: Kraj ojczysty,Przemyślenia różne,styczeń 2010 — swiatmartyw @ 7:12 am

Gdy przyjeżdżam do Polski, jedynym serwisem informacyjnym, który mogę ścierpieć jest „Teleexpress”. 15 minut, najważniejsze wiadomości z kraju i ze świata, trochę muzyki, na koniec lepszy lub gorszy żart. 15 minut i z grubsza wiem wszystko. Kiedyś bardzo lubiłam „Fakty” na TVN-ie, ale z czasem zmieniły się one w trzydziestominutowe rozgrzebywanie tanich sensacji. Pierwsza wiadomość – siedmioletnią Marysię pogryzł pies w Koziej Wólce pod Radomiem. Wywiad z jednym sąsiadem. Z drugim sąsiadem. Z wójtem. Z panią ze sklepu naprzeciwko. Jeszcze tylko brakuje wywiadu z psem. Przykro mi droga Marysiu, ale to mnie w ogóle nie obchodzi. To nie jest wiadomość do głównego wydania dziennika, najwyżej do koziowólczych wiadomości lokalnych.
Druga wiadomość – długość spódniczek posłanek. No, ludzie! Zbliżenie kamery na jedną, drugą, trzecią spódniczkę. W końcu wywiad z obleśnym posłem, który wyraża swoje zadowolenie, że tyle posłanek – mimo zimna! – decyduje się na pokazywanie swoich wdzięków. Minęło 15 minut.
Trzecia wiadomość – zarząd jakiejś tam gminy nie ma pieniędzy na drogę i samochody grzęzną w błocie. Litości. Zróbcie z tego program do „UWAGI”, czy innego „NA ŻYWO”, a nie trąbcie o tym 10 minut w porze największej oglądalności. I tak wam drogi nie wybudują.
W ciągu ostatnich kilku minut szybkie migawki ze świata. Koniec.

Byłam pewna, że styl wiadomości na BBC jest kompletnie inny. Nie wiem skąd było we mnie tyle wiary w Brytyjczyków, bo ich serwisy informacyjne to nuda przekraczająca nawet Marysię.
Pierwsza wiadomość – śnieg. Jeden reporter nadaje z Yorkshire, drugi z Suffolk, trzeci z Gloucestershire, czwarty gdzieś ze Szkocji, piąty z Belfastu, szósty z Londynu, siódmy z Essex… O, Boże, już wystarczy! Każdy ma do powiedzenia to samo – że śnieg i zimno, i złe warunki na drogach, i nie ma wystarczająco dużo soli, i sakramentalne „nie wychodźcie z domu, jeśli nie musicie”. 15 minut.
Druga wiadomość – premier Gordon Brown został wybrany najgorzej ubranym politykiem roku. Przez następne 10 minut na ekranie migają garnitury, krawaty, skrapetki i butonierki. Normalnie się ubiera – ciemny garnitur, koszula i krawat, co tu krytykować? Gdyby chodził w ubraniach od Armaniego to dopiero by wrzało! Że pewnie z kasy państwa bierze. Albo łapówki przyjmuje. Zanim nadawać o takich bzdetach, lepiej skupiliby się na posłach, którzy rzeczywiście z kieszeni podatników wynajmują sobie luksusowe mieszkania w Londynie i jeżdżą na egzotyczne wycieczki.
Przygotowuję się na przyjęcie ciosu trzeciej wiadomości, ale zostaje mi to darowane – w studiu BBC pojawia się sześcioosobowy chór żołnierzy i przez ostatnie minuty programu śpiewają partiotyczne pieśni. Koniec głównego wydania wiadomości.

Od kilku dni z BBC nie można dowiedzieć się niczego oprócz Haiti. Jeden ekspert od trzęsień ziemi, drugi ekspert od Karaibów, trzeci ekspert od pomocy humanitarnej, czwarty ekspert od… Ja rozumiem, że to straszna tragedia, która zasługuje na odpowiednią ilość pokazywania, komentowania i analiz – ale na litość boską, to już nic innego na świecie się nie dzieje? Śnieg i Haiti, Haiti i śnieg. I krzywy krawat Gordona Browna.

18 stycznia 2010

Mój pierwszy tysiąc

Filed under: Przemyślenia różne — swiatmartyw @ 11:05 am

Blog w ciągu pierwszego miesiąca swojego żywota został obejrzany już tysiąc razy! I to nie dlatego, że moja mama zawzięcie klika ;) – na co dowód w formie flag po prawej, ukłony w stronę znajomego informatyka. Dzięki i mam nadzieję, że nadal będzie się podobał. Nie kieruje mną żadna specjalna misja intelektualna, blog służy temu, żebyście wieczorem po pracy (lub w trakcie pracy, jeśli nuda ;)) mogli się chwilę zrelaksować i pośmiać z moich przygód na obczyźnie. Fakt, może nie zawsze będzie optymistycznie, ale chcę wierzyć, że zawsze będzie ciekawie.

11 stycznia 2010

Książkę polecam

Filed under: Przemyślenia różne — swiatmartyw @ 8:37 am

Jak wspomniałam w „Ab ovo”, w okresie dorastania byłam zafascynowana twórczością Stephena Kinga. Wydatnie przyczyniłam się do budowy jego domu w Maine, gdyż systematycznie kupowałam wszystkie ukazujące się powieści i zbiory opowiadań. Uwielbiałam ten styl pisania – staranny dobór słów, przerażająco dokładna analiza ludzkich zachowań*, niesamowite metafory. Czasami tak bardzo się bałam czytając, że nie byłam w stanie przejść wzrokiem linijkę niżej. Musiałam odkładać książkę, głęboko oddychać, pomyśleć przez chwilę o czymś innym, i dopiero potem kontynuować. Fascynacja Kingiem z czasem przeszła, tym niemniej do dziś uważam, iż „Misery” to najlepszy horror wszechczasów, który w czterech językach przeczytałam w sumie ponad dwadzieścia razy**. Arcydzieło gatunku. Mistrzowskie rozwiązania literackie, rozłożenie ludzkiej psychiki na elementy pierwsze, niezrównany styl narracyjny. Genialne.

W 2009 roku okazało się, że my też mamy swego Stefka Króla. Krótko po wydaniu debiutanckiego zbioru opowiadań „4 Pory Mroku”, Paweł Paliński został okrzyknięty nowym Stephenem Kingiem. Recenzje od początku były rewelacyjne, a styl Palińskiego opisywany jako „kingowski po obłęd”. Inni pisali, że: „Swoim debiutanckim zbiorem opowiadań zdeklasował klasyków gatunku z Ameryki tworząc horror, jakiego jeszcze nie było”. Nastawiłam uszy. Odezwała się we mnie dawna nutka tchórza, który lubi się bać.

Od kilku dni czytam „4 Pory Mroku” i powracają stare emocje. Strach się bać. Czytam, odkładam, oddycham, wracam. Paliński pisze tak, jakby najlepszy tłumacz na świecie genialnie przełożył Stephena Kinga. Pisze tak, jak ja chciałabym pisać. Jest mistrzem słowa, z niezwykłą łatwością porusza się po trudnych stylistycznie opisach, i podobnie jak King dokładnie opisuje zakamarki ludzkiej psychiki. Jestem dopiero w połowie, ale już teraz chciałabym podzielić się trzema cytatami, które wyjątkowo mi się podobają. Nie, nie będę Was straszyć, to tylko „niewinne” opisy – sami zadecydujcie, czy do Was przemawiają:

„Wszystko wokół nagle wydaje mu się inne, nieodgadnione. Lepsze.
Niedawne deszcze, którym nasiąkły stare domy i chodniki, parują teraz z każdego ich pora – spomiędzy złączy złuszczonego naskórka chodników, ze stwardniałych żył rynien. To zapach nowego świata”. (str. 170)

„Noc zgęstniała. Pachnie jaśmin. Tłusty księżyc wspina się powoli – srebrna mucha tonąca w rozgwieżdżonym słodkim budyniu”. (str. 171)

„Tamten dzień, w którym odebrałem mojego rugera z poczty.
Przyszedł dokładnie po dwóch tygodniach od złożenia zamówienia, stuprocentowo zgodnie z zapewnieniami ulotki sklepu z bronią. Zawinięty w niebieski papier o podobnej do wysuszonych liści szorstkiej fakturze, w opakowaniu wielkim jak pudło do przechowywania zastawy stołowej. Zatopiony w białym granulacie, lśniący i czarny (…) Matowa twarda bryła żądała szacunku. ‚Nie jestem pistolecikiem na motylki z plakatów Jamesa Bonda!’, szeptał, wydzielając zapach fabrycznego smaru. ‚Jestem paskudnym kawałem żelastwa i pluję ołowianą furią w schludnych złotawych koszulkach'”. (str. 175-176)

Szkoda, że nie potrafię pisać horrorów – choć z drugiej strony pewnie za bardzo bym się bała, żeby pisać. Poza tym, ja widzę świat na wesoło i nie potrafiłabym opisywać – jak w aktualnie czytanym opowiadaniu – wyglądu ludzkich wnętrzności. O, Jezu, znowu mi słabo ;)

*Przed napisaniem każdej książki, Stephen King poświęca dużo czasu na „wejście” w temat – np. gdy pisał o domu wariatów, przez cały rok odwiedzał kilka z nich, aż w końcu dał się na jakiś czas w jednym zamknąć.

**Film za to niewarty oglądania – ktoś taki jak ja, kto zna każdy detal, miał ochotę zrobić z reżyserem to, co Annie Wilkes ze swoim ulubionym pisarzem.

3 stycznia 2010

Wizja przyszłości

Filed under: Przemyślenia różne,styczeń 2010 — swiatmartyw @ 4:19 pm

Apel do panów czytających ten blog – do jakiego wieku graliście w gry komputerowe, a jeśli wciąż gracie, kiedy macie zamiar przestać? Rozumiem jakieś strategiczne, sensowne, człowiek podbija nowe lądy, przesuwa granice, walczy przeciwko armii wroga. Niestety u nas w domu takich gier nie ma – są za to zombie, apokalipsy oraz przeraźliwie wyjące wilkołaki. Właśnie wyobraziłam sobie taką scenkę: rok 2060, jesteśmy starzy i słabi, siedzimy na kanapie otuleni kocami, ja z krzyżówką na kolanach i lupą w ręku. Na stoliku leży Życie na Gorąco. Pytam Szymka: „Kto wylądował na Marsie w 2045? Osiem liter na E”, a on na to: „Zaraz, tylko zabiję jeszcze jednego smoka…”

Czy jest dla mnie jakaś nadzieja??

30 grudnia 2009

Chinglish

Filed under: Przemyślenia różne — swiatmartyw @ 9:08 pm

Dosyć mam tekstów przysyłanych przez jedną firmę z Chin, i jedną z Hong Kongu. Oryginały są po mandaryńsku/ kantońsku i potem jakaś sierota tłumaczy je angielski – i wysyła nam. My musimy przetłumaczyć te nieudolne wypociny na kilkanaście języków – oto kwiatek z zeszłego tygodnia, konia z rzędem, kto wie, co autor miał na myśli:

„Revolve the regulate the screw to make the plastics set lengthen, then will avoid the length of cable that has lengthen out”

Kto dwa dni stracił na korektę kilku stron i klął jak szewc wyzywając tłumacza od Żółtków? Ja. Swoją drogą, gdybym bardziej się przykładała do lekcji chińskiego, pewnie potrafiłabym zauważyć chociaż niektóre kalki językowe – a tak to pozostaje mi jedynie pomstować pod nosem, na niedouczonego tłumacza i na swoje lenistwo.

Zmiana wyglądu bloga

Filed under: Przemyślenia różne — swiatmartyw @ 6:11 pm

Ponieważ niektórzy czytelnicy skarżyli się na małe litery na blogu (m.in. zezowaty informatyk :) ), postanowiłam zmienić jego wygląd, żeby Wam oczu i krwi nie psuć. Ten długopis z prawej strony byłby świetny, gdyby nie to, że od dziewięciu lat niczego nie napisałam odręcznie za wyjątkiem listy zakupów ;) Gdzie te czasy kaligrafii i pięknego, ozdobnego pisma – teraz można tylko powiększyć czcionkę jednym kliknięciem.

16 grudnia 2009

O Berlusconim w „Mock the Week”

Filed under: Przemyślenia różne — swiatmartyw @ 1:11 pm

Tak się dobrze składa, że dopiero co pisałam o „Mock the Week”, jak również o mojej nauce włoskiego. Zapraszam do obejrzenia krótkiego wycinka z jednego z programów – od razu z napisami po włosku, gdyby komuś było ciężko zrozumieć Frankiego Boyle’a ;) Przy okazji możecie sprawdzić ilu komików znacie.

Następna strona »

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.