Świat Marty W.

14 sierpnia 2011

Nie ma jak w domu!

Filed under: Kraj ojczysty — swiatmartyw @ 5:17 pm

Pominę kilka wizyt w szpitalu i różne inne zdrowotne okropności – skupmy się na pozytywach.

Widzieliśmy nowy stadion na Euro 2012:


Już prawie gotowy, jeszcze tylko dookoła muszą jakąś infrastrukturę zrobić. W nocy, podświetlony stadion ma wyglądać jak bryła bursztynu – widziałam na projektach, naprawdę super pomysł. W środku jest podobno fantastyczny – rodzice byli, myśmy się niestety nie załapali.

W Sopocie wybudowano Marinę:


Wszystko bardzo ładnie wygląda, tylko niestety dzień był pochmurny, więc zdjęcie tego nie oddaje.

Gdy tylko pogoda się poprawiła, popędziliśmy na plażę:


Szczerze powiedziawszy, temperatura wody była mocno niezadowalająca, ale oczywiście dla chłopaka z północy Anglii nie stanowiło to żadnego problemu – kąpał się non-stop i jeszcze na windsurfing poszedł… Ja opalałam się na piasku i też byłam zadowolona. W końcu ja też weszłam do morza – piskom nie było końca, ale gdy wreszcie się zanurzyłam, nawet nie było tak źle! :)

Głównym punktem programu była wycieczka na Hel – co Simona strasznie rozbawiło i cały dzień nucił „Road to Hell” ;) Nakupował pocztówek z napisem „Hel” i porozsyłał chyba wszystkim znajomym, z dopiskiem „zobaczcie, gdzie mnie Marta na wakacje wzięła…” W przypływie pomroczności jasnej zrobiłam sobie tatuaż z henny (bo na prawdziwy nie starcza mi na razie odwagi) i do teraz chodzę ze smokiem na ramieniu – wakacje! :D

Robiliśmy sobie również bliższe wycieczki – np. na Kaszuby. Nie mogliśmy zrezygnować z odwróconego domku :)


Simon zrobił zdjęcie i wysłał swoim rodzicom z komentarzem: „Popełnili błąd i zatrudnili Irlandzkich budowniczych!”… Nie ma to jak tolerancyjni Angole ;)

W Wieżycy weszliśmy na punkt widokowy, z którego – według mojej mamy – miało być widać tysiąc jezior…. Rozglądamy się, rozglądamy….


Jedno jak w mordę strzelił! :D Podobno reszta ukryła się za wzniesieniami… hmm…
Wynajęliśmy rowerek wodny i popłynęliśmy sprawdzić, czy aby na pewno więcej niż jedno – no i rzeczywiście, więcej, ale z tym tysiącem to chyba lekka przesada…



Było naprawdę fantastycznie.

Prawie codziennie jeździliśmy do centrum Gdańska, żebym mogła przejść się Starówką i oczy nacieszyć…. takiej architektury nie ma w naszej angielskiej wiosce, oj nie! Niestety mam zaledwie jedno zdjęcie bez naszych gęb – zapraszam do obejrzenia reszty na Facebooku, jeśli ktoś mnie zna trochę lepiej i ma ochotę.

W tle Kościół Mariacki - największy kościół na świecie zbudowany z cegły

Na ulicach były tłumy – nie dość, że lato, to jeszcze Jarmark Domikański. Kupiliśmy parę souvenirów oraz patriotyczną koszulkę dla bratanka Simona, który ma… 6 miesięcy i jeśli chodzi o garderobę, z pewnością wszystko mu jedno ;) Ale i tak go przypilnuję, żeby nosił!! A gdy troszkę podrośnie, ciocia Marta nauczy go śpiewać w najczystszej polszczyźnie: „Polska, biało-czerwoni, Polska, biało-czerwoni!!” :)


Oczywiście zrobię go fanem Lechii Gdańsk, to chyba jasne! :D

W domu było fantastycznie – wreszcie wszystko i wszystkich rozumiałam, wszyscy rozumieli mnie, nikt mnie nie oceniał na podstawie akcentu, niczemu nie musiałam się dziwić, wiedziałam dokładnie gdzie pójść i co powiedzieć, żeby wszystko załatwić… ech, nie ma jak w domu!!! Bardzo, bardzo, bardzo nie chciałam wracać. Ba, przez jedną szaloną sekundę chciałam nawet zostać i Simona najzwyczajniej w świecie zaszantażować – albo Anglia, albo ja! Na szczęście ta szalona sekunda szybko minęła, więc spakowałam się i poczłapałam na lotnisko…

Już ponad sześć lat mieszkam za granicą, w różnych krajach, na różnych kontynentach – i mam dosyć. Nie chcę wiecznie czuć się cudzoziemką, chcę być u siebie, gdzie wszystko znam, gdzie wszystko jest swojskie i „normalne”. Niestety, nie ma na to szans – i dlatego od powrotu jestem w dołku. Pocieszam się, że w październiku znowu polecę do Gdańska, już zaczęłam odliczać dni!

Reklamy

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.