Świat Marty W.

15 lipca 2013

Wpis pesymistyczny

Filed under: lipiec 2013 — swiatmartyw @ 4:22 pm

Po miesiącach szarówki wreszcie zaczęły się upały. Od dwóch tygodni na niebie ani jednej chmurki, słońce przypieka, a lud wylega na plaże i wystawia na widok swoje blade ciała. Ciała nawet najmniej apetyczne by mi nie przeszkadzały, gdyby tylko ich właściciele potrafili wyrażać swoje myśli (?) w sposób w miarę cywilizowany.

W sobotę pojechaliśmy nad pobliskie jezioro. Zaparkować ciężko, ludź na ludziu, koc przy kocu, w wodzie głowa przy głowie. Już prawie chcieliśmy się wycofać rakiem, no ale 10 funtów zapłaciliśmy, więc swoje trzeba odsiedzieć. Rozłożyliśmy ręczniki, nasmarowaliśmy się kremem, leżymy, czytamy i cieszymy się ciepłem. Nie zdążyłam przeczytać drugiego zdania, gdy usłyszałam z koca obok: „Ty, ale się najebałyśmy wczoraj, nie? Tak było zajebiście, że chuj!” – „No, wyjebana w kosmos muza!” – „A ty się z nim w końcu pukałaś w tym kiblu, czy nie?” – „Nie wiem tak naprawdę, przecież mnie widziałaś, najebana w trzy dupy byłam!”

Opadła mi szczęka. Dosłownie. I od razu wstyd mi się zrobiło – za te dwie prymitywne dziewczyny, za Polaków w Wielkiej Brytanii, za cały naród. A to był dopiero początek. Okazało się, że tego popołudnia Anglicy byli nad jeziorem w mniejszości. Polski słyszało się dosłownie wszędzie. I dodam – choć to możecie już sobie wyobrazić – że uszy aż więdły. Chuje, kurwy, pierdolenie i najebanie latały na wszystkie kierunki. W wodzie za boje kto wypłynął? Polak oczywiście, a gdy ratownik zaczął gwizdać i przez megafon prosić, żeby wrócił, Polak nie zrozumiał i płynął dalej. W końcu do akcji włączyli się jego koledzy, którzy zaczęli wrzeszczeć: „Paweł, kurwa, wracaj, stary chuju! Nie słyszysz, że ratownik cię woła? Kurwa, twój angielski jest jeszcze gorszy niż mój!”

W wodzie trzech Polaków bawiło się platikową piłką. Jeden nie złapał i piłka uderzyła mnie w głowę – nic się nie stało, nie będę udawać, że zwijałam się z bólu, ale może jakieś przepraszam? Skąd! Panowie zaczęli rechotać, a następnie jak gdyby nigdy nic powrócili do zabawy. Pecha miałam niesamowitego, bo po 200 metrach znowu oberwałam w głowę, tym razem od Anglików. Od razu zaczęli się tłumaczyć: „Sorry, dear, I am a terrible goalkeeper! Are you okay?” Dodam, że z wyglądu nie różnili się od wspomnianych Polaków niczym – wielkie bary, ogolone głowy, ciała pokryte ogromnymi tatuażami. Także nie wyciągajmy tu stereotypów w stylu, że jak łysy i wytatuowany, to pewnie prymityw i nie ma co się dziwić.

Prawda jest taka, że do Anglii przyjeżdża dużo hołoty z Polski i swoim prymitywnym zachowaniem wyrabiają nam złą opinię. Co ja tu przeżyłam w ciągu tych czterech lat. Nagle okazało się, że bycie Polakiem to obciach, bo, wiadomo, Polak nie mówi po angielsku i nie chce się nauczyć, zamknięty na świat zewnętrzny mieszka po kilka osób w pokoju z innymi Polakami, ogląda tylko polską telewizję, kupuje wyłącznie w polskim sklepie, bo przecież dzień bez pierogów lub gołąbków ze słoika to dzień stracony; wiecznie kombinuje i przedstawia fałszywe zaświadczenia na to i na tamto, bo może kilkadziesiąt funtów wpadnie, pije, nie potrafi się zachować. Już raz się zdarzyło, że się nie przyznałam, że znam polski. Stałam w kolejce do kasy w Tesco, przede mną „typowy Polak”. Pani z uśmiechem pyta: „Do you need a bag, sir?”, a „sir” zaczyna wrzeszczeć, nie bardzo wiadomo do kogo: „Co ona, kurwa, chce? Daję jej kasę, a ta jeszcze coś się pyta, po chuja się pyta! Niech bierze kasę i spierdala!!!” Pani bez zmrużenia okiem: „Sorry, does anyone speak Polish here?” Od razu rozpoznała, pewnie nie pierwszy raz coś takiego jej się przydarzyło. Pokręciłam głową. A co miałam powiedzieć? Musiałabym w jego języku, żeby zrozumiał. Może: „Ja pierdolę, ty głupi chuju! Nie rozumiesz, że cię pyta, czy chcesz siatkę??!”

Pobyt nad jeziorem miałam przez to popsuty. Wiem, że nie powinnam się tak przejmować – ale nie potrafię. Chcę wierzyć, że te pustogłowe dziewczyny oraz prymitywni kolesie to 0,00000001% polskiej emigracji, ale niestety to ich najbardziej słychać, więc to oni stają się „twarzą” polskich emigrantów. Wstyd i żenada.

I nie mówcie, że Angole też często robią obciach. A co mnie to obchodzi? To nie jest żadne usprawiedliwienie, żadna pociecha. Ja chcę żeby „Polka” można było mówić tu z dumą, a tak nie jest.

Swoją drogą, my sami nie jesteśmy z siebie dumni. Anglik powie o Anglii, że to fantastyczny kraj i natychmiast zacznie wyliczać wszystkie jego zdaniem wspaniałości, a my – i ja wcale nie jestem wyjątkiem – zaraz zaczynamy narzekać – na drogi, na niskie pensje, na polityków-oszołomów oraz że wszyscy kradną. Mama zamówiła taksówkę z kościoła do domu, żeby odwieźć koperty po ślubie, bo „w hotelu przecież ukradną”. Chcieliśmy zamówić alkohol i wysłać do hotelu, ale nie, lepiej nie, bo „przecież ukradną i będą palić głupa, że nigdy nie dostali”. Gdy mama kiedyś tam straciła przytomność w domu i zadzwoniliśmy po karetkę, natychmiast zdjęłam jej wszystkie pierścionki i kolczyki, bo tak miałam zakonotowane, że przecież „w szpitalach kradną”. U nas na wiosce na głównej ulicy co parę metrów stoi ozdobna konstrukcja, z której zwieszają się piękne kwiaty w doniczkach – doniczkach, które można wyjąć i zabrać. Pierwsze, co mi przyszło do głowy, to „U nas pewnie zaraz by rozkradli albo zniszczyli”.
Simon nie mógł uwierzyć, że mam takie niskie mniemanie o rodakach. To z kradzieżą kopert już zupełnie go zszokowało, bo on by nawet o czymś takim nie pomyślał. „To może włożymy do sejfu w hotelu?” – „Z sejfu też ukradną i potem nie udowodnisz” – odpaliłam od razu.

I tak zamyka się błędne koło. My nie jesteśmy z siebie dumni, Anglicy traktują nas z góry, a my tylko utwierdzamy ich w przekonaniu, że mają rację. A o naszym stosunku do życia niech świadczy ten przykład – na pierwszej lekcji angielskiego nauczymy się zdań typu: „Hi, how are you?” – „Good, thank you, and how are you?” A na pierwszej lekcji polskiego, co opisuje znajoma blogerka będąca w związku z cudzoziemcem, jej chłopak nauczył się: „Jak się masz?” – „Fatalnie, jestem chory i boli mnie głowa”. Narzekanie już od pierwszego zdania, taki widocznie nasz charakter. Ciekawe, że nigdy nie zdawałam sobie z tego sprawy, gdy mieszkałam w kraju – dopiero zza Kanału La Manche to widzę.

Czytałam ostatnio o „reverse cultural shock”, czyli o szoku kulturowym po powrocie z emigracji. Wydaje nam się, że hurra, wreszcie jesteśmy z powrotem w kraju, będzie cudownie! A nie jest. Z artykułu wynikało, ze najbardziej przeszkadzają smutne miny, nieuprzejma obsługa, wszechobecne kombinowanie na boku, niższy standard życia, ciężej uzbierać na wakacje, a jak już człowiek pojedzie, to wszędzie się wydaje drogo. Znam wielu Polaków (na poziomie, chciałabym dodać) mieszkających tutaj i nikt nie chce wracać. Wakacje w Polsce im wystarczają – jeśli zatęsknią za jedzeniem, mogą pójsć do polskiego sklepu; jeśli zatęsknią za telewizją, bez problemu mogą sobie polską podłączyć albo oglądać w internecie. Ja wciąż chcę wrócić, a Simon – ku mojemu zdumieniu – nie miałby nic przeciwko. „Tanio, ciepłe morze, trochę niskie, ale fajne góry, piękne miasta, bogata historia, mili ludzie! Czego tu nie lubić?” Uczmy się optymizmu od Simona :)

Blog na WordPress.com.