Świat Marty W.

6 lutego 2015

Historia jednej ciąży

Filed under: luty 2015 — swiatmartyw @ 6:28 pm

Ponieważ aplikacja „I’m expecting” pokazuje, że dokładnie za 50 dni będziemy mieli dziecko, postanowiłam pokusić się o małe podsumowanie tego, co działo się przez ostatnie 230 dni.

Przez pierwsze dwa miesiące nie działo się, krótko mówiąc, nic. W trzecim miesiącu zaczęła się, i trwa do dzisiaj, najdziwniejsza dolegliwość, o której nigdy wcześniej nie słyszałam – wstręt do smaku mięty. Jest to o tyle uciążliwe, że mogę myć zęby najwyżej przez 10 sekund, a potem natychmiast, za przeproszeniem, wymiotuję. A co człowiek chce zrobić po zwróceniu zawartości żołądka? Czyżby umyć zęby? ;-) Kupiłam sobie pastę dla dzieci, truskawkową, ale miętę mimo wszystko czuć (a może tylko ja czuję jakimś szóstym ciężarnym zmysłem), także tortury trwają. Pewnie do końca tej ciąży spróchnieją mi wszystkie zęby – chwała Ojcu i Synowi, że przez następny rok będę miała opiekę dentystyczną za darmo, bo ceny nawet najbardziej podstawowych usług są tutaj zatrważające. No chyba, że chcesz mieć darmową srebrną plombę w jedynce… za białą trzeba słono zapłacić.

Od czwartego do szóstego miesiąca znowu nic się nie działo. Oczywiście, obwód pasa mi się zwiększał, co było dobrą wymówką do kupienia nowych ubrań, ale czułam się dobrze, miałam energię, a jako jedyna niepijąca w towarzystwie, nagle stałam się bardzo pożądaną osobą na wszystkich imprezach, bo po co wydawać krocie na taksówkę, gdy Marta odwiezie pod sam dom i nawet klucze pomoże znaleźć, które jeden z drugim w pijanym widzie gdzieś zapodział.

Zaczął się trzeci trymestr i oh my word, jak tu mówią, co za zmiana. Życie się stało udręką, że zacytuję Annę Jantar. Rosnę w oczach, codziennie czuję się coraz bardziej ociężała, bardzo powoli chodzę, nie mam siły ćwiczyć, odbija mi się kwasem, zasypiam nad książką o 21:00, nie mam na nic ochoty – nawet na jedzenie, do którego muszę się zmuszać, żeby Fasolka mogła rosnąć. Fasolek właściwie, będziemy mieli chłopca – który na razie jest bezimienny, bo cały czas czekamy na natchnienie. Znajomy Szwajcar opowiadał, że u nich już jadąc do szpitala trzeba mieć wymyślone imię, bo inaczej nie chcą wpuścić rodzących kobiet na oddział. Tutaj dają 6 tygodni po urodzeniu na rejestrację – a jeśli się spóźnisz, to 100 funciaków kary za brak natchnienia ;-)

Najciekawszym aspektem mojego obecnego życia stał się kurs w szkole rodzenia. Dobrze jest spotkać inne kobiety, które też nie mogą spać, bo dzieci kopią, którym też jest ciężko prowadzić samochód, bo pas ciśnie i jest niewygodnie, i których mężowie też muszą zakładać im skarpetki, bo nie ma jak się schylić (chyba że w pozycji siedzącej uda mi się wygiąć nogę w bok i jak ta kobieta-guma naciągnąć skarpetkę na palce, a potem resztę szurając stopą po ziemi). A jeśli coś upadnie na podłogę, to niestety musi tam leżeć do czasu, aż Simon się zlituje i podniesie. Tak, jestem właśnie TAKA wielka. A to jeszcze nie koniec – przez ostatni miesiąc tyje się podobno najwięcej.

Wracając do szkoły rodzenia – kurs był strzałem w dziesiątkę. Poznaliśmy pięć sympatycznych par, dowiedzieliśmy się wielu praktycznych rzeczy, a przy okazji uśmialiśmy jak wariaci – zwłaszcza w tym tygodniu, bo uczyli nas o karmieniu piersią. Boże, co się działo – ludzie po trzydziestce, niby poważni, a tarzaliśmy się ze śmiechu i raz po raz ktoś mówił coś tak dziecinnego, że reszta ocierała łzy, a dziewczyny raz po raz poprawiały rozmazany tusz do rzęs. Największą wesołość wywołała pierś zrobiona na szydełku, na której musieliśmy się uczyć, jak wyciskać mleko. Nikt nie dał rady, chichotaliśmy jak idioci. Od razu przypomniały mi się pierwsze lekcje biologii w IV klasie podstawówki i rozmowy o penisach – wtedy też tak strasznie się śmialiśmy, że pani musiała przerwać lekcję, no ale wtedy mieliśmy po 11 lat ;-)

Mój ulubiony tekst brzmiał tak – pani mówi, że po cesarskim cięciu dzieci są oszołomione narkozą, więc trzeba je delikatnie obudzić i zachęcić do jedzenia. Jak najlepiej je obudzić? Nasze odpowiedzi – Potrząsnąć? Dać prztyczka w nos? (to ja) Ugryźć w piętę? ;-) Tacy starzy, a tacy dziecinni. Ale przynajmniej wesoło było i na chwilę mogłam zapomnieć o tym, że żyje mi się trochę niewygodnie.

Simon w drodze do domu: You know, I think I’m growing up – I can now say „vagina” without giggling!

Padłam ze śmiechu. I tak właśnie staramy się do tego wszystkiego podchodzić – z humorem. Nawet jeśli dają nam ulotkę pt. „Blood loss after birth”…

Będzie dobrze. Będzie inaczej, trudniej i biedniej – ale będzie dobrze. I takiej wersji się trzymamy!

Reklamy

Dodaj komentarz »

Brak komentarzy.

RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: