Świat Marty W.

25 października 2014

Zmiany, zmiany, zmiany

Filed under: pażdziernik 2014 — swiatmartyw @ 11:14 pm

Wreszcie mogę napisać coś pozytywnego. Długo czekałam na ten moment, ale to jak z tymi przysłowiowymi autobusami – czekasz, czekasz, marzniesz, klniesz pod nosem, raz po raz zerkasz na zegarek i wydaje ci się, że cholera nigdy nie przyjedzie. A potem nagle zjawiają się wszystkie trzy, które jadą w twoim kierunku, i to w dodatku puste. A pan kierowca miło się uśmiecha. I jeszcze słońce wychodzi.

Zaczęło się od awansu w pracy. Od razu i z góry powiedzmy sobie szczerze – gdyby nie to, że odeszła jedna z zatrudnionych dziewczyn i zostałam jedyną osobą w firmie znającą hiszpański, nigdy bym tego stanowiska nie dostała i moje kiepskie samopoczucie by się pogłębiało. Ale odeszła, a ja awans dostałam. Szef w grzeczny angielski sposób dał mi do zrozumienia, że jego zdaniem sobie nie poradzę, no ale znam hiszpański, więc dadzą mi szansę. Oczywiście nie wypowiedział ani jednego słowa krytyki pod moim adresem, nie – Anglicy mają szczególny sposób wysławiania się. Jak w tym dowcipie, że sztuką jest tak komuś powiedzieć „spierdalaj”, żeby zaczął się cieszyć na podróż. No to tak właśnie mi powiedział.

To było cztery miesiące temu i jak na razie dwukrotnie wysłali mnie do Hiszpanii, z której potem dostawałam sympatyczne maile o tym, jak miło było im mnie poznać oraz że wynik naszych negocjacji okazał się „fantástico”. W Austrii i Szwajcarii też nie narzekają. We Włoszech chwalą. Szef milczy jak zaklęty, a jak wiadomo, „strzeż się milczącego, nigdy nie wiadomo, o czym milczy”. Może jest zdziwiony, że daję radę i zapomniał języka w gębie.

W tym samym tygodniu, co o awansie dowiedziałam się również o ciąży. Ciąża była planowana, ale nie jakoś desperacko wyczekiwana – na zasadzie, co ma być, to będzie, bez stresu i liczenia dni w kalendarzyku. No i jest. Cieszymy się, robimy plany – ale też boimy, nie ma co tego ukrywać. Zwłaszcza ja. Za dowód na dziwność całej sprawy niech posłuży genialny komentarz mojego kolegi, który zna mnie nie od dziś: „My world is officially over”. Well, mine too. Nigdy nie chciałam mieć dzieci, ale Simonowi jakimś cudem udało się mnie przekonać, że warto. Teraz codziennie przemawia do brzucha, śpiewa kołysanki, prawi komplementy, choć zwłaszcza wieczorami czuję się i wyglądam moim zdaniem fatalnie, i niezmiennie zaskakuje tym, jaki jest dobry i kochany. Jego entuzjazm udzielił mi się do tego stopnia, że zaprojektowałam pokój dziecięcy, od łóżeczka po naklejki na ścianach i oknach.

I tu przechodzimy do trzeciego autobusu – po pięciu latach wynajmowania wreszcie kupiliśmy dom. Stać nas było albo na dom o rozmiarach hobbitowskich w dobrych dzielnicach, albo dom, w którym można się poruszać, a nawet obkręcić, w okolicach znanych policji. Przesadzam trochę, ale rzeczywiście jest tak, że w pobliżu znanych, prywatnych, a tym samym strasznie drogich szkół tworzą się te „dobre” dzielnice, bo jeśli kogoś stać na płacenie 30 tysięcy funtów rocznie za edukację dziecka, to stać go również na eleganckie lokum, a ceny nieruchomości automatycznie idą w takim miejscu w górę, a wokół szkół darmowych… no cóż, wokół szkół darmowych mieszkają różne typy. A teraz również i my. Na przeprowadzkę mamy czas do 14 listopada, więc na razie wybieramy kolory ścian – co sprowadza się do pełnego zapału mazania kwadracików w różnych odcieniach, jak również związanego z tym brudzenia siebie i podłogi. Nieobce są nam również westchnienia pełne zawodu, gdy farba, która w sklepie wyglądała na białą z lekkim odcieniem „ciepłej żółci”, na ścianie okazuje się wściekło pomarańczowa aż zęby bolą.

A teraz powiązana z ostatnim paragrafem notka lingwistyczna – ponieważ nigdy nie kupowałam domu w Polsce, zauważyłam, że brakuje mi polskich słów na opisanie najprostszych, by się wydawało, rzeczy. Oto teksty z wczorajszej rozmowy z rodzicami na Skypie, gdy – pocąc się niemiłosiernie – usiłowałam opisać postępy w dekorowaniu naszego gniazdka (proszę zauważyć częste występowanie partykuły „no”, którą usilnie próbowałam się ratować):

curtain pole – no tam, gdzie się wiesza zasłony (mama: „Karnisz, dziecko, karnisz!”)
chest of drawers – no taka szafka z szufladami
feature wall – no ta najważniesza ściana
smoke alarm – alarm od dymu
roller blinds – no tak jak zasłony, tylko papierowe i się je zwija
bedspread – no to na łóżko, żeby się pościel nie brudziła
cat flap – drzwi dla kota
down pillow – no ta miękka poduszka, wiecie… no nie wiecie?? no taka miękka, no!

Dobrze, że nie zaczęłam opowiadać o „mattress topper”, „patterned wallpaper” albo „bathroom mat”, bo nie wiem, jak bym wybrnęła. Mój polski schodzi na psy. Ale ogólnie jestem o wiele szczęśliwsza niż byłam 5 miesięcy temu, więc wdzięczna za te autobusy, patrzę w przyszłość z optymizmem! :)

Reklamy

Dodaj komentarz »

Brak komentarzy.

RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: