Świat Marty W.

8 Maj 2014

Autoanaliza

Filed under: maj 2014 — swiatmartyw @ 12:37 pm

Jestem w szoku. Po opublikowaniu wpisu poniżej dostałam aż dziesięć e-mailii/ Facebookowych wiadomości od Polaków mieszkających w Wielkiej Brytanii, którzy przechodzili lub przechodzą przez dokładnie to samo, co ja. Ogólne złe samopoczucie, niewyjaśnione bóle, a w kilku wypadkach nawet depresja. Czuje się jak gwiazda, która ujawniła swój długo skrywany problem i spotkała się ze zrozumieniem i współczuciem publiczności ;-)

Dziwne jest życie na emigracji. Anglia to czwarty kraj, w którym mieszkam, ale o ile wcześniej podświadomie wiedziałam, że to tylko na chwilę – rok, góra dwa, i traktowałam każdy dzień jak wielką przygodę – to teraz nagle dotarło do mnie, że zostanę tu przez najbliższe…. boję się myśleć, jak długo. I żadna przygoda też się nie zapowiada.

Dotąd w mojej głowie istniało „główne” życie, nazwijmy go życiem „A”, to w Polsce, do którego zawsze można było wrócić, a szalałam sobie w życiu „B” i chyba tak naprawdę nie brałam go do końca na poważnie. Wiadomo było, że co by się nie stało, jest mama w Gdańsku, jest mój pokój i kot (a nawet dwa). Stabilizacja. W stylu, mama pocałuje bolący paluszek i będzie dobrze. Dziecinne myślenie, przyznaję, ale tak właśnie było. Pewnie dlatego tak łatwo przychodziły mi wszelkiego rodzaju zmiany – na zasadzie, phi, to tylko życie „B”, w życiu „A” wszystko nadal gra i buczy.

W lipcu minie pięć lat od mojej przeprowadzki do Anglii, a ja dopiero teraz zaczynam myśleć o moim życiu tutaj jako o tym głównym. Co prawda Gdańsk stoi jak zwykle, pokój jest, a koty coraz tłustsze, ale nagle zrobiło się „poważnie” – mąż, samochód, dom, kredyt. No i zaczęły się problemy, opisane poniżej. Mój organizm podświadomie się broni i rwie do Polski, którą utożsamia ze stabilizacją i spokojem, a serce mówi, weź się głupia uspokój, teraz tutaj jest twoje życie.

Czym się tak stresuję, zapytacie? Usiłowałam sama siebie przekonać, że może otoczeniem, bo na takim zadupiu jeszcze nigdy nie mieszkałam. Ale bez przesady, Londyn jest oddalony tylko o 2 godziny pociągiem, a o wiele bliżej mam do Bristolu i Birmingham, jak z Gdańska do Gdyni, mogę tam jeździć w każdy weekend.

To może nie mieszkaniem w Polsce, bo wiadomo, zawsze człowiek obcy, choćby nie wiem ile lat gdzieś spędził. Ale też nie to, bo Anglia to taki miks kulturowo-językowy, że gdyby wszyscy się przejmowali, mielibyśmy nację pogrążoną w depresji. Na szeroko pojęty brak „polskości” również nie mogę narzekać – w naszej wiosce jest wielki sklep z polskimi produktami, włącznie z lekarstwami bez recepty i kosmetykami, telewizję oglądam przez internet, codziennie czytam wiadomości oraz ulubione blogi po polsku, z polskimi koleżankami i kolegami spotykam się regularnie, z rodzicami i prababcią rozmawiam na Skypie (najlepszy tekst prababci: „A kto to jest ta stara baba w rogu ekranu….? To ja?! No niemożliwe, ja taka stara jeszcze nie jestem!” ;-), w pracy też mam jedną Polkę, pożyczamy sobie książki, filmy i gazety, żeby być na bieżąco…

Zaraz, zaraz. Coś mi w tym ostatnim zdaniu nie pasuje. A, tak, praca. No właśnie. Praca jest łatwa i nieźle płatna. Co prawda muszę wstawać o 7:00 rano i dojeżdżać 45 minut, ale z drugiej strony, gdy chodziłam do liceum, wstawałam o 6:30, żeby zdążyć na autobus o 7:26 (po tylu latach takie pierdoły pamiętam!) i być w szkole na 8:15. Na studia na UW też dojeżdżałam, najpierw z Saskiej Kępy, potem z Woli – także bez przesady, 45 minut to żadna tragedia. Ale tragedią jest to, że nie mogę być tłumaczem i nauczycielem, tak jak chciałam i co studiowałam. Po pierwsze, w Anglii prawie nie ma szkół językowych (a już na pewno nie w mojej wiosce), a nawet jeśli, to przecież nikt nie zatrudni Polki do uczenia niemieckiego i hiszpańskiego. Wcale się nie dziwię zresztą – gdybym miała własną szkołę językową, dajmy na to w Gdańsku, nie zatrudniłabym np. Włoszki do nauki niemieckiego, szukałabym albo native’a albo Polaka. To prawda, przez jakiś czas uczyłam polskiego, ale nie ma wystarczającego zainteresowania, żebym mogła się z tego utrzymać. Poza tym uczenie Angoli to orka na ugorze. Ponieważ nie uczą się gramatyki w szkole, ciężko im wytłumaczyć różnicę pomiędzy czasownikiem a przymiotnikiem, a nawet osobą i liczbą, nie mówiąc o tak zaawansowanych konceptach jak przypadki czy odmiana w ogóle.

Na angielski tłumaczyć nie mogę, no nie oszukujmy się. Ostatnio widziałam stronę jednej z moich koleżanek z lingwistyki i zakładka, w której po angielsku chwali się, że tłumaczy na angielski jest tak fatalnie napisana, że aż mi się smutno zrobiło. Pewnych rzeczy się nie przeskoczy. Za każdym razem, gdy muszę coś przetłumaczyć na angielski, zatrudniam Simona do przeczytania moich wypocin. Jego komentarze są typowo angielskie – zaczyna się od „It’s perfect….”, żeby po jakimś czasie dodać „I would just change this sentence… and perhaps this word…. and perhaps this expression…”, aż w końcu mówi: „It’s perfectly understandable, no-one would have any problems with understanding what you meant, but it just doesn’t sound natural”. Gdy mi tak powiedział po raz pierwszy, wzięłam i się rozpłakałam. Tak właśnie. Od tamtej pory nie próbuję udawać, że jestem w stanie tłumaczyć skomplikowane teksty na angielski – bo nie jestem.

Mogłabym zacząć pracę jako asystent nauczyciela w szkole publicznej, gdyż jest wiele polskich dzieci, które sobie nie radzi, bo nagle zostały wyrwane z polskiej rzeczywistości i przeniesione do angielskiej – i po prostu nic nie rozumieją, więc nie są w stanie się uczyć, zniechęcają się, wagarują. Trzeba im tłumaczyć wszystko – geografię, matematykę, biologię. Ciągle czytam w lokalnych gazetach, że to dla szkół ogromny problem – wyobrażacie sobie, że w niektórych miejscach nawet dla połowy uczniów angielski jest językiem obcym? W dodatku trafiają tam w trudnym wieku, buntują się, rodzice pracują po nocach, żeby więcej zarobić (podwójna stawka), w dzień śpią, nie mają czasu i siły sprawdzać, czy dzieciaki odrobiły lekcje i czy w ogóle chodzą do szkoły, poza tym sami nie znają angielskiego. Idiotyzmem w brytyjskim systemie edukacji jest to, że nie można zostać na drugi rok, bo to „źle wpływa na psychikę dziecka”. Czyli teoretycznie można skończyć szkołę nie umiejąc czytać i pisać. Takim dzieciom trzeba pomóc, i ja to doskonale rozumiem, ale asystenci przez pierwsze kilka lat zarabiają głodowe stawki i po prostu nie stać nas na to, żebym zajmowała się pracą u podstaw.

Czyli praca. Spędzam tam 8 godzin dziennie, więc chcę być w niej szczęśliwa. Skoro już zidentyfikowałam źródło moich problemów, postaram się coś zmienić. Czekam na odpowiedź z dwóch firm, mam nadzieję, że zaproszą mnie na rozmowę. Trzymajcie kciuki bardzo, bardzo mocno! Bo jeśli się nie uda, to już zawsze będę dodawać depresyjne wpisy ;-)

Reklamy

3 Komentarze »

  1. Babcia wymiata :P, ale wracając do głównego wątku, to wydaje mi się, że dobrze wszystko zidentyfikowałaś i po wprowadzeniu zmian wystarczy monitorować rezultaty. Jeśli będzie lepiej to super, jeśli nie to trzeba poszukać innych rozwiązań. Co do szukania pracy, to postaraj się – wiem że łatwo powiedzieć – nie stresować się procesem poszukiwania, przynajmniej do momentu interview. Wskazówka na koniec (pewnie nie jedna :P): jeśli wyda Ci się, że znalazłaś fajną ofertę, to wyprofiluj odrobinę swoje CV pod to ogłoszenie. Ale nie spędzaj nad tym dłużej niż 1h. No i jeszcze jedno na koniec – pracodawcy odrzucają często z różnych mega głupich powodów świetne kandydatury, tym bardziej są na to duże szanse, jeśli nie podają powodów odrzucenia. Ja zawsze wychodziłem ze stanowiska, że jeśli mnie nie zatrudnili, to stracili podwójnie :P i dobrze im tak. I tak zawsze wychodziłem na swoje. Aplikuj na dużo ofert, ok. 5 dziennie.

    Komentarz - autor: dariusz - stały czytelnik :P — 8 Maj 2014 @ 1:08 pm | Odpowiedz

    • Zawsze profiluję CV i list motywacyjny, a potem Simon sprawdza. Problem polega na tym, że ja nie chcę z jednej nieambitnej pracy iść do drugiej nieambitnej pracy – jedyna, która mnie interesuje to Translation Project Manager. Takich ofert poza Londynem jest co kot napłakał, także nie ma szans wysyłać 5 aplikacji dziennie, bo po prostu nie ma na co. Wysłałam do dwóch firm i czekam… Cały dzień siedzę jak na szpilkach, bo mają się odezwać. Jak głupia sprawdzam maile co 5 minut…. no i oczywiście się stresuję. Ech, ten kraj mnie zabija ;)

      Komentarz - autor: swiatmartyw — 8 Maj 2014 @ 2:43 pm | Odpowiedz

      • No właśnie. Napiszę Ci jak to wygląda w mojej branży. Założyłem sobie, że chce świadczyć usługi firmom w postaci produktu X, ale firmy powiedziały: – stary, WTF! Jak nam nie dasz X=Y+n^6-x*256/9, to spadaj na drzewo! Nie chciałem spaść na drzewo, więc musiałem się trochę nagiąć i nadal to robię. Aby przeżyć na tym świecie musiałem stać się mega elastyczny. Nie ma nic pewnego, nie ma nic na stałe – dosłownie NIC. Nie traktuj tego jako zagrożenie, ale coś co można wykorzystać. :)

        Komentarz - autor: dariusz -don't worry b happy :P — 8 Maj 2014 @ 4:38 pm


RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: