Świat Marty W.

17 lutego 2013

Sposób na Pete’a, brytyjski film, którego nie zobaczycie w Polsce oraz plany podróżnicze

Filed under: luty 2013 — swiatmartyw @ 12:45 am

Nie pisałam zdecydowanie za długo – a to dlatego, że w ciągu ostatniego roku moja firma bardzo się rozwinęła, podpisaliśmy nowe kontrakty, przyjęliśmy nowych ludzi, a pracy wciąż jest tyle, że tygodnie mijają mi z szybkością światła. Poniedziałek, mrugam, i już piątek. Człowiek nawet nie ma czasu Facebooka sprawdzić i BBC news przeczytać, co do tej pory było na porządku dziennym :)

Pierwsza wiadomość to taka, że znalazłam sposób na mojego zrzędliwego współpasażera. Po tym, gdy stwierdził, że strasznie denerwuje go, iż siedzę tak blisko kierownicy, o wiele bliżej niż on, i jego zdaniem nie ma to nic wspólnego z prawie trzydziestocentymetrową różnicą wzrostu między nami (ja 173 cm, on 2 metry), oraz że doprowadza go do pasji, gdy reguluję poziom głośności radia na desce rozdzielczej, mimo że mam przycisk na kierownicy, postanowiłam przestać z nim rozmawiać. Jestem zbyt nerwowa na takie durne teksty. A może (znalezione na FB)…

face

Ponieważ jeżdżenie w ciszy byłoby dla mnie lekko dziwne i krępujące, postanowiłam, że nauczę pana madralę…. polskiego. Ku mojemu zdziwieniu, nawet nie zaprotestował. Niech zobaczy, jak to ciężko nauczyć się języka obcego na przyzwoitym poziomie, niech doceni, niech zaduma się nad swoim akcentem i przestanie krytykować mój.

Pierwsza lekcja skończyła się…. kłótnią, oczywiście. Zapytałam, czy ma jakichś polskich znajomych – powiedział, że koleżankę Alicję, ale ciężko mu wymówić „Alicja”, więc mówi na nią „Alice”. Oświeciłam go, że może mówić „Ala”, a on mi na to, że nie, bo to nie jest jej „prawdziwe” imię. Tłumaczę, że to tak jak „Thomas” i „Tom”, czy „Peter” i „Pete” właśnie, ale nie, kolega idzie w zaparte: „Ona nigdy nie przedstawiła się jako ‚Ala’, więc nie będę tak na nią mówił, bo to NIE JEST jej imię”. Gdybym w tamtej chwili nie prowadziła, pewnie opadłyby mi ręce.

Myślałam, że tym samym temat nauki polskiego został zakończony, ale następnego dnia Pete jak gdyby nigdy nic zapytał, czego go dzisiaj nauczę. I od tej pory mam jego debilne komentarze na tematy wszelakie z głowy. 45 minut do pracy i tyle samo z powrotem spędzamy na ćwiczeniu wymowy, odmianie, dialogach i nawet śpiewach (ostatnio na tapecie było „Sto lat”). Raz na jakiś czas Pete jęknie: „What?! This is crazy!!”, ale to takie zrezygnowane jęczenie, gdy po raz kolejny pomyli mu się „sześć” i „cześć” albo gdy nie potrafi usłyszeć różnicy pomiedzy „dz”, „dż” i „dź”. Na Grouponie kupiłam kiedyś kurs polskiego dla Simona (http://www.earwormslearning.com), taki z muzyką i wielokrotnym powtarzaniem tych samych zwrotów – Simonowi się przydał, teraz katuję nim Pete’a. A gdy już się biedak zmęczy i zaczyna biadolić, że „I think my brain is going to explode in a minute!”, słuchamy i śpiewamy piosenki Davida Bowie oraz Depeche Mode (jedyni wykonawcy, których oboje lubimy). I spokój. Chciałabym napisać, że jest beztalenciem i mieć z tego dziką satysfakcję… ale muszę przyznać, że idzie mu rewelacyjnie. Do końca roku będzie średniozaawansowany :)

*****************

Już dawno miałam polecić film „Sighseers” – jestem omalże pewna, że nie było i nie będzie go w Polsce, bo jest „British to the bone”. Simon płakał ze śmiechu, ja może nie płakałam, ale bawiłam się świetnie. Film zdobył bardzo dobre recenzje i kilka prestiżowych nagród, więc jeśli będzieci mieli szansę go obejrzeć, polecam! Przy okazji nauczycie się kilku stereotypów, jakie Anglicy mają o różnych częściach kraju: „Dear Mum, Yorkshire is lovely, not like you said at all! They can smile!” ;) i moje ulubione: „He’s not a person, Tina, he’s a Daily Mail reader!” :D

*****************

Zgadnijcie, gdzie to (wszystkie zdjęcia pochodzą z albumu koleżanki Ani Ch.):

m3 m4 m6 m7 m8 Madera1 madera2

Pięknie? Jak dla mnie po prostu wspaniale. Zobaczyłam te zdjęcia i się zakochałam. Dwa uśmiechy i trochę przymilania się później, zarezerwowaliśmy pierwszy tydzień naszej podróży poślubnej właśnie tam – Madera. Na Maderze mnie jeszcze nie było, a loty z Londynu są tak tanie, że grzechem by było nie pojechać :) Dla zainteresowanych – lecimy we wrześniu, lot i czterogwiazdkowy hotel na siedem nocy, pokój z widokiem na ocean, ze śniadaniami – £380 od osoby. Bargain, jak mówią Anglicy, a gdy chcą podkreślić, jak wielki, przeciągają ostatnią sylabę i wychodzi „bar-gieejn” ;) Dla porównania – najtańsza oferta z Gdańska kosztowała trochę ponad 2000 złotych. Na 2000 zł pracuje się średnio cały miesiąc, no, może 3/4 miesiąca. Przy przeciętnej pensji tutaj na £380 pracuje się ok. 5 dni. Nic dziwnego, że na plażach w dowolnym kraju tylu spieczonych na pomidora Angoli ;)

Na drugi etap poślubnych szaleństw wybieramy się tu:

cape_town images (1)

Ktoś zgadnie? :) Zdjęcia oczywiście nie moje, tylko Google’a. Przedstawiam Cape Town, czyli po naszemu Kapsztad. Wiem, co powiecie – niebezpiecznie i podejrzanie. W Johanesburgu na pewno, w Kapsztadzie raczej nie – a wiem to od trojga naszych znajomych, którzy mieszkają tam od lat. Ale że strzeżonego Pan Bóg strzeże, będziemy na siebie uważać. Potem tradycyjnie safari, a następnie Wodospady Wiktorii w Zambii:

Vic-Falls-Zimbabwe victoria-falls_22

Nie, jeszcze nic nie mamy zarezerwowane, bo koszt takiej podróży to ok. 6 tysięcy funtów… więc liczymy, że goście weselni trochę nas wspomogą :) a na resztę weźmiemy kredyt. Zamiast zbierać na dom, wychodzimy z założenia, że podróż poślubną ma się raz, więc chcemy spełnić swoje marzenie… a potem jakoś to będzie. Obyśmy tylko zdrowi byli. Pamiętacie wpis „Plany i paranoje„? Pisałam w nim o mojej koleżance chorej na raka. Na swoim blogu zamieściła linki do trzech innych blogów poświęconej tej ponurej tematyce – wszystkie trzy napisane ładną angielszczyzną i mimo wszystko z humorem. I co? Jedna z autorek niedawno zmarła, 29 lat, dwa tygodnie przed swoim ślubem; druga, lat 33, w swoim wpisie z 7 lutego praktycznie się żegna, bo rak tak się rozprzestrzenił, że dają jej najwyżej kilka miesięcy życia; trzecia, 34 lata, już bardzo dawno nie pisze, a ostatnie wiadomości były okropne – cztery nowe guzy w mózgu. Także zdrowie, zdrowie i jeszcze raz zdrowie – w takiej perspektywie z długu na karcie kredytowej można się tylko śmiać.

Żeby nie zakończyć w morowym nastroju – już tylko niecałe 3 miesiące do wyjazdu do Palermo. Znalazłam artykuł na stronie National Geographic (http://www.national-geographic.pl/artykuly/pokaz/palermo-bambini-di-sicilia/), zaczynający się od:

„Za każdym rogiem czeka tu niespodzianka. Nie wiadomo, czy poczęstują nas pachnącym pomarańczami marcepanem, czy gotowaną ośmiornicą z cytryną.

Słońce pali niemiłosiernie. Chwilę wytchnienia znajdujemy w otaczającym kościół San Giovanni degli Eremiti ogrodzie. Dookoła palmy, agawy, bugenwille, drzewa pomarańczowe i kumkwaty. Dzieci przyjaciół, z którymi podróżuję, biegają po alejkach, my marzymy o frullato (napój ze zmiksowanego z wodą lub winem musującym miąższu owoców). Cytrusy Sycylia zawdzięcza Arabom. Jeździ się po niej wśród cytrynowych i pomarańczowych sadów (rozjeżdżając dojrzałe owoce!). Zresztą już tysiąc lat temu arabski poeta wychwalał Palermo: Żółta cytryna wygląda tu jak kochanek, który płacząc, spędził noc z dala od ukochanej.
Pachną słodko. Zielone i fioletowe leżą w niewielkiej  skrzynce. Kilka rozkrojono, obnażając zmysłowe, purpurowe wnętrze. Nie mogę od tych fig oderwać oczu”.

Rozmarzyliście się? Ja też. Nie mogę doczekać się frullato i marcepanu pachnącego pomarańczami… Dla takich chwil warto żyć!

Reklamy

Dodaj komentarz »

Brak komentarzy.

RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: