Świat Marty W.

10 stycznia 2013

Strzelić miśka

Filed under: Kraj ojczysty — swiatmartyw @ 5:12 pm

Zmieniła mi się koncepcja tego wpisu, więc poprawiam. Zmiany w drugiej części.

W tym roku długo nie potrafiłam cieszyć się nadchodzącymi Świętami – pewnie dlatego, że w moich wioskowych sklepach już od października grali Jingle Bells, a na wszystkich wystawach szczerzyły się renifery z czerwonymi nosami. Telewizję zalała fala reklam o szybkich (i rzecz jasna lichwiarsko oprocentowanych) pożyczkach na zorganizowanie Świąt/ kupienie prezentów, oraz o tym, jak to wspaniale być panią domu, wysprzątać wszystko na błysk, a potem przygotować kilkanaście wyszukanych dań, podczas gdy domownicy grają na nowym Xboxie. Nie dla mnie takie klimaty! Zaraz bym pogoniła towarzystwo, żeby mi pomogło!!

Przyznam, że nie mogę na Simona narzekać – w drugi weekend grudnia kupił piękną choinkę (on zawsze chce świeżą, ja – sztuczną, bo mi szkoda, więc doszliśmy do kompromisu i jednego roku kupujemy, a następnego wygrzebujemy ze strychu), zrobił pyszne grzane wino i……. tak się ululaliśmy, że skończyło się na krzywym zawieszeniu lampek oraz tańcach do takich hitów jak „Frosty, the Snowman” i „Santa, Baby”… Simon przypomniał mi również o alternatywnych słowach do Jingle Bells:

Jingle bells
Batman smells
Robin laid an egg
Batmobile lost its wheel
Joker got away!

Następnego dnia poszło nam nieco lepiej, bo udało się powiesić bombki i łańcuchy, mimo że kot bardzo, ale to bardzo chciał nam w tym pomóc – skutkiem czego zawinął sobie łańcuch wokół szyi i nie potrafił go zdjąć, co oznajmił światu żałosnym miauczeniem. Po uwolnieniu z łańcucha, zainteresował się nisko wiszącą bombką i gdy tak patrzyłam, jak się na nią przyczaja, poczułam, że cieszę się na Święta. Co prawda w tym roku Simon pojechał do swoich rodziców, a ja do swoich, więc trochę tęskniłam, ale z drugiej strony spędziłam czas w domu z rodziną i znajomymi, w moim ukochanym mieście, ze ślicznymi, grubaśnymi kotami moich rodziców, które grzeją lepiej niż kaloryfer. Ich wspaniałe właściwości grzewcze przydały się już pierwszej nocy, gdy w jednej z dzielnic Gdańska pękła rura z ciepłą wodą i przy temperaturze -16 C, pół miasta zostało bez ogrzewania. Żeby było cieplej, spałam z rodzicami w jednym łóżku, pod dwoma pierzynami, kocem huculskim…. no i dwoma kotami właśnie. W kupie raźniej, przeżyliśmy :)

kominek

Przez te kilka dni w Gdańsku latałam jak kot z pęcherzem. Zakupy świąteczne, zabawianie prababci, załatwianie wesela… Spotkanie z DJem uzmysłowiło mi, ile rzeczy musimy jeszcze przemyśleć… Simon na początku uparł się na zespół rockowy, ale – zgodnie z moimi przypuszczeniami – gdy posłuchał, jak nasze zespoły śpiewają po angielsku, szybko zmienił zdanie. Najbardziej załamaliśmy się przy „łiiiiiiiiiiiiii ar ze czempionz, maj frjendzzzzz” oraz „… szi klemz zet ajem ze łan!” (że niby „Billie Jean”). Po co nam to, całe wesele tylko bym się denerwowała, a po paru głębszych wygłosiła przemowę na temat fonetyki ;) Tak naprawdę to tylko jedna grupa śpiewała przyzwoicie… ale zaśpiewali taką cenę, że nawet w przeliczeniu na funty było drogo. Trudno, będzie DJ. Wydaje się sensowny i przysięga, że zna angielski, choć za wiele w tym języku powiedzieć nie chciał…. W razie czego wyrwę mu mikrofon i sama zacznę gościom tłumaczyć, o co chodzi w kolejnej zabawie ;)

Swoją drogą, to moim zdaniem między innymi dlatego właśnie żaden polski wokalista/ zespół nie zaistniał na arenie międzynarodowej – przez okropny akcent. Pewnie, przeszkodą zawsze są pieniądze, ale takiej Edycie Górniak na przykład nie brakuje ani pieniędzy, ani talentu, ani repertuaru tak naprawdę – kilka piosenek mogło w swoim czasie spokojnie zawojować listy przebojów – no ale ten akcent, Jezu, Jezu. I niby w Londynie dłuższy czas mieszkała – chyba w polskiej dzielnicy…. Kiedyś próbowałam Simonowi puszczać angielskie wypociny naszych (bardzo dobrych) wokalistów, ale skończyło się na tym, że on się co chwila krzywił, a ja byłam tak zażenowana, że nie mogłam słuchać.

Przy okazji spotkania z DJem nauczyłam się nowego wyrażenia. „Na pierwszy taniec macie coś przygotowane czy chciecie strzelić miśka?” Hm? Dopiero po kilku sekundach w moim zanglicyzowanym mózgu pojawiło się światło. Ja bym chciała salsę, ale Simon boi się kompromitacji, więc pewnie będzie misiek. Aktualnie poszukuję sympatycznych wolnych piosenek, do których da się miśkowato pokręcić – może coś mi poradzicie? Oczywiście słowa muszą być mniej więcej o miłości – Polakom byłoby pewnie wszystko jedno, ale 70% gości będą stanowili Anglicy, więc sami rozumiecie, że nasza ulubiona piosenka „Fuck her hard” raczej nie przejdzie :D  Jakiś czas temu usłyszałam kilkadziesiąt pierwszych sekund piosenki Adele i pomyślałam sobie, bingo! Puszczam Simonowi, a on otwiera oczy ze zdziwienia: „Babe, do you understand what she sings??” Ekhm, no nie wsłuchałam się w drugą zwrotkę, a tam, że ten jej facet, którego tak kochała w pierwszej zwrotce, w drugiej jednak okazał się kłamcą i w ogóle ostatnim chamem. Także odpada :D

Zarówno DJa, jak i fotografa znalazłam z polecenia, więc od dzisiaj codziennie będę wznosić modły, żeby nie nawalili. Mam podwójny stres – chcę, żebym wszystkim podobało się wesele, ale także, żeby Anglikom, a zwłaszcza rodzinie Simona, podobało się w Polsce, żeby podobali im się Polacy, nasze zwyczaje, sposób bycia itd. Fotograf Adam: „Acha, czyli nie przychodzić w dresie, tylko wbić się we frak!” ;)

Sylwestra spędziłam już w Anglii i po raz pierwszy od kiedy pamiętam nie byłam na imprezie. Poszliśmy na kolację do jednej z naszych ulubionych restauracji, a potem w domu na kanapie rozpiliśmy dwie butelki wina, obejrzeliśmy dwa filmy Woody’ego Allena, pokaz ogni sztucznych na żywo z Londynu, rozmawialiśmy o tym, co przyniesie nam rok 2013 i o 3:00 nad ranem poszliśmy spać. Było bardzo miło, naprawdę….. ale mam nadzieję, że przyszłego Sylwestra spędzimy na dzikiej imprezie ;)

Plany na rok 2013 (miesiące nie obfitujące w żadne atrakcje zostały pominięte):

Kwiecień – wesele kuzynki w Warszawie. Cieszę się podwójnie, bo przy okazji wesela pokażę Simonowi, gdzie studiowałam, gdzie pracowałam, gdzie balowałam…

Maj – pięć dni na Sycylii z koleżankami w ramach wieczoru panieńskiego. Jedna koleżanka będzie w zaawansowanej ciąży, więc obym nie musiała odbierać porodu, bo zemdleję ;) ani tłumaczyć moim łamanym włoskim, że bambino, bambino!! ;) Plus wesele znajomych w Liverpoolu.

Lipiec – nasze wesele!

Sierpień – nasze drugie wesele, w Yorkshire.

Październik – wesele znajomych w Yorku, no i nasza podróż poślubna – tylko tygodniowa niestety, bo po tych wszystkich weselach nie będę miała już zbyt dużo czasu wolnego.

Listopad – wesele znajomych w Belfaście.

Koniec grudnia lub początek stycznia 2014 – prawdziwa podróż poślubna, w dalekie i ciepłe kraje.

Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku, kochani Czytelnicy!

Reklamy

2 Komentarze »

  1. nie nawalę, obiecuję ;)

    Komentarz - autor: Adam Kasprzak — 10 stycznia 2013 @ 8:24 pm | Odpowiedz


RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: