Świat Marty W.

2 listopada 2012

Zapowiedź trudnych relacji, czyli o tym, że czasami lepiej nic nie rozumieć

Filed under: listopad 2012 — swiatmartyw @ 11:45 am

Moich rodziców i rodziców Simona różni prawie wszystko – wykształcenie, zainteresowania, sposób spędzania wolnego czasu, stopień zaciekawienia światem itd. Nie, nie ma nic złego w innym od „znanego” mi stylu życia, ale coraz bardziej zaczynam dziękować losowi, że nasi rodzice nie potrafią się dogadać, bo chyba by się… nie dogadali.

Weźmy chociażby wizytę teściów w zeszłym miesiącu. Przyjechali w piątek, siedzimy, gadamy, pijemy winko. Pytam, czy jest coś, co by chcieli zrobić w ten weekend, gdzieś pojechać może, coś zobaczyć albo do kina pójść? Nie, cieszą się, że są z nami i to im wystarcza. No wspaniale, mówię, my też się cieszymy, ale co będziemy robić? Siedzieć i rozmawiać. Acha, no ale przez dwa i pół dnia? Może na spacer chociaż? Nie, przecież już wszędzie byliśmy. No byliście, ale co w takim razie…? Dałam spokój, po co mam się denerwować w piątek wieczór. Usnęli przed telewizorem ok. 21:00.

Sobota. Od rana wyjątkowo świeciło słońce i Simonowi, który oczywiście lepiej wie, jak z nimi rozmawiać, udało się namówić ich na spacer. Po spacerze wróciliśmy do domu w dobrych humorach – ale mina natychmiast mi zrzedła, gdy teściowa spytała, czy mamy ocet, bo chciałaby wymyć nam łazienkę (octem? pierwsze słyszę). Przecież myłam ją wczoraj i lśni, aż oczy bolą, próbuję żartować, ale nie, teściowa nalega, bo „ma więcej doświadczenia”. Jest prawie 40 lat starsza, więc pewnie więcej razy czyściła łazienki, zgadza się, lecz zapewniam, nie ma potrzeby, może herbatki z mlekiem zrobię? Nie ustępuje. Zaciek na szklanej ściance od prysznica widzi i chętnie by go usunęła. Nie mamy octu – wypalam w końcu, i nawet nie kłamię. Przy następnej wizycie w łazience długo szukam zacieku, w końcu znajduję i usuwam kwasem, który powstał z całej sytuacji.

Wymyśliłam, że w niedzielę pojedziemy do osławionego Longleat, czyli parku safari, do którego wybieraliśmy się od miesięcy. Może przed wyjściem pranie nastawisz? – pyta niewinnie teściowa. Nastawię po powrocie. Ale jeśli teraz nastawisz, to po powrocie będzie już gotowe i razem rozwiesimy! – kusi mnie wizją popołudnia spędzonego wspólnie przy lince na pranie. Bo zauważyłam, że kosz na brudną bieliznę pełen – ciągnie – więc warto zrobić pranie w weekend, żeby na poniedziałek już było. Zalewa mnie fala gorąca. Ja rozumiem, że ona chce dobrze, ale skoro grzecznie odmawiam, to powinna dać spokój. Aż tak się boi, że synuś nie będzie miał czystych majtek na następnych dzień? Simon wyczuwa napięcie i z przesadną radością w głosie oznajmia: „To ja nastawię pranie, a wy sobie rozmawiajcie!” i  brzmi tak, jakby było to spełnieniem jego weekendowych marzeń.

Ale to nic, to wszystko nic w porównaniu z dalszymi wydarzeniami. W drodze do Longleat mimo inteligentnego GPSu z milionem opcji w nowym BMW teściów, teściowa nie ustaje w pouczaniu Simona, gdzie jechać. Wyciągnęła mapę i wydaje komendy kompletnie niezgodne ze zdrowym rozsądkiem, bo mapa, jak się okazuje, nieaktualna, a GPS jak najbardziej o nowej drodze poinformowany. Dwie i pół godziny dobrych rad doprowadza mnie do szału i dzikiej pasji w jednym. Mam ochotę krzyczeć PATRZ PRZEZ OKNO, PODZIWIAJ JAK ŁADNIE I DAJ MU SPOKOJNIE PROWADZIĆ!!!!!! Uff, na pewno lepiej by mi się zrobiło, ale oczywiście milczę i tylko raz na jakiś czas posyłam Simonowi znaczące spojrzenie. W odpowiedzi on tylko lekko się uśmiecha pod niezgolonym z okazji weekendu wąsem i mruczy: „Yes, mum, we will go left at the next junction”. I potem skręca w prawo. Lament teściowej. Potem widzimy znaki. Jednak dobrze. Teściowa wertuje mapę. I tak w kółko.

Przejeżdżamy koło Stonehenge. Teściowa przyznaje, że nigdy tam nie byli. Ze zdziwienia wybałuszam oczy, ale komentarze zachowuję dla siebie. To może wysiądziemy? – proponuję. Chociaż na chwilę? Nie, nie trzeba, bo… PRZECIEŻ WIDAĆ Z DROGI! Widać z drogi!! Opadają mi ręcę, szczęka i wszystko inne też. Simon szepcze prawie niesłyszalnie „Nie wszyscy interesują się historią jak twoi rodzice, musisz być bardziej tolerancyjna” – to a propos mojej zszokowanej miny. Rozumiem, że może nie mieli ochoty stać w gigantycznej kolejce po mega drogie bilety, ale żeby nie chcieć wysiąść chociaż na 5 minut? Zwłaszcza, że nigdy nie byli? Moi rodzice marzą o zobaczeniu Stonehenge…. dobra, daję sobie na luz, nie będę się z nimi spierać.

Ale szczytem wszystkiego była wizyta w pałacu na terenie Longleat. Piękna budowla z XVI w., oryginalne obrazy, meble i księgi zebrane przez pokolenia, wszędzie napisy DO NOT TOUCH oraz DO NOT USE FLASH. Dla tych, którzy mnie nie znają – od małego chodziłam z rodzicami po muzeach różnego formatu i nawet do sześciolatki docierało, gdy mama mówiła: „Pamiętaj kochanie, niczego nie można dotykać paluszkami” (gdybym wtedy była mądrzejsza, mogłabym mamie zaserwować odpowiedź w stylu „A noskiem można?” ;) Do teściowej widocznie nikt nigdy tak nie mówił, bo zaraz przy wejściu dopadła i zaczęła obmacywać szesnastowieczny stół z okrzykami: „It’s sooo lovely! Look at it! Look at it! Sooo lovely!!” Z wrażenia normalnie się zapowietrzyłam i przez dobre 5 sekund nie mogłam oddychać. „Don’t touch!!” – syknęłam zgorszona, na co teściowa zabiła mnie tekstem: „Whatever, if I want to touch something, I will!” o_O Było mi za nią wstyd. Po kilku salach, a zwłaszcza tej, gdzie teściowa usiadła na siedemnastowiecznej kanapie i głośno stwierdziła, że wygodna oraz zrobiła zdjęcie z lampą, moje zażenowanie wzrosło do takiego stopnia, że wyprzedziłam ich i zwiedzałam sama. Swoją drogą, dlaczego żaden z pracowników, obecnych w każdej sali, nie zwrócił jej uwagi?

Teść pozostał obojętny na poczynania żony i oglądając kolejne sale, zawsze coś dowcipnie skomentował – np. gdy weszliśmy do przepięknej biblioteki z ponad pięcioma tysiącami ksiąg, rozejrzał się wokół i mówi: „I wonder whether they have Farmers Weekly?” ;-)

Chcę podkreślić, że normalnie lubię teściową, ale tamtej niedzieli doprowadziła mnie do pasji i miałam ochotę ją udusić. Gdy jakiś czas później rozmawiałam z Simonem o tamtym weekendzie, przyznał, że „mama robi się coraz bardziej zrzędliwa” i że „pogorszyło jej się w ciągu ostatniego roku”. Drżę na myśl o naszej starości, bo Simon to wykapana matka, więc pozostaje mi się modlić, żeby geny humorystyczno-optymistyczne miał po tacie… Teść we wszystkim jest w stanie znaleźć pozytywny aspekt i wszystko potrafi skomentować z humorem – gdy teściowa powtarza tę samą historię po raz piąty w ciągu godziny, on pyta ze śmiechem: „I think we might have already heard this one, dear, don’t you think?” Albo gdy opowiadała o kimś z hrabstwa Kent i to „Kent” powtarzała w każdym zdaniu…. Yes, he is from X, a small village in Kent. Do you know where Kent is? You do know where Kent is, good! Yes, so he is from Kent. And he comes to Yorkshire every few months, from Kent! I cannot believe he can be bothered to drive up from Kent! We mnie się gotuje, a teść tylko: “Sorry, where is he from again?” ;)

Wyładowałam swoje frustracje, a teraz kilka zdjęć z Longleat:

Były lwy sztuczne…

i takie, z którymi raczej nie warto żartować :)

…zwłaszcza, jeżeli są tak blisko…

Według przewodnika, zarówno lwy, jak i tygrysy świetnie przystosowały się do angielskiego klimatu, mają apetyt (jak widać) i ładnie się rozmnażają… Szkoda, że ja się jeszcze nie przyzwyczaiłam do angielskiego klimatu! ;)

Przy tygrysie wyszło, jak bardzo moje poczucie humoru różni się od angielskiego. Mówię: „O, widocznie ktoś jednak wysiadł z samochodu!”, na co teściowa: „No co ty, przecież to jego jedzenie, pewnie jakaś krowa”. Bez komentarza :D

Nie mieliśmy jedzenia, więc pokazał nam cztery litery

Już nie muszę jechać do Kenii :)

A w tym pałacu właśnie teściowa doprowadziła mnie do białej gorączki i prawie morderstwa

PS. A może ja po prostu jędzą jestem i niepotrzebnie czepiam się dobrej kobiety? Zawsze mogłoby być gorzej, jak u tej biednej bloggerki: http://z-mojej-perspektywy.uchwycone-chwile.pl/2012/08/22/dlaczego-nie-lubie-tesciowej/

Reklamy

4 Komentarze »

  1. “Sorry, where is he from again?” mnie rozwaliło :] Skarb, nie teść.

    Komentarz - autor: Anna — 2 listopada 2012 @ 4:27 pm | Odpowiedz

    • Fakt, skarb! Oby jego syn też taki był na starość :-) Właśnie jesteśmy na farmie i teściowa jakby nigdy nic ochoczo polewa sherry i niczego się nie czepia ;-)

      Komentarz - autor: swiatmartyw — 3 listopada 2012 @ 5:38 pm | Odpowiedz

      • Może źle znosi występy gościnne ;)

        Komentarz - autor: Anna — 3 listopada 2012 @ 7:17 pm

  2. Ciekawe czy Simon tez prowadzi blog….

    Komentarz - autor: Kondorzyca — 5 listopada 2012 @ 11:49 pm | Odpowiedz


RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: