Świat Marty W.

10 września 2012

Bolesny (wy)(s)padek, czyli o tym, jak łatwo przyzwyczaić się do dobrego

Filed under: wrzesień 2012 — swiatmartyw @ 9:04 pm

Wpis uzupełniony o klipy z YouTube 11.09.

Pod koniec sierpnia wybraliśmy się na kilka dni na farmę. Jako że lata w tym roku nie było w ogóle (podobno spadło najwięcej deszczu od 100 lat), wyruszyliśmy w zimnie, a dojechaliśmy w jeszcze większym zimnie i szarości – Yorkshire na północy przecież, więc nie mogło być inaczej. Następnego dnia pojechałam odwiedzić koleżankę, a gdy wracałam od niej po południu zaczęło tak lać, że moje wycieraczki ledwo nadążały. Jechałam powoli, bardzo uważałam… a przynajmniej tak mi się wydawało. 200 metrów przed farmą pomyślałam sobie „Uff, wreszcie w domu!” – i potem prawie nic nie pamiętam, oprócz swojego wrzasku „JEZUUUU!!!”. Wpadłam w dziurę wypełnioną – to raczej nikogo nie zdziwi – wodą (okazuje się, że w Anglii też są dziury, choć w tym wypadku głupio by było triumfować), wpadłam w poślizg, obróciło mną parę razy, z impetem uderzyłam w krawężnik, przednia prawa opona eksplodowała, już zupełnie straciłam panowanie nad samochodem i staranowałam znak drogowy…  i jechałam dalej, nie mogąc się zatrzymać (właśnie wtedy zaczęłam wzywać imię Pana Boga nie tak całkiem nadaremno). Choć pewnie wszystko razem trwało nie dłużej niż kilka sekund, wydawało mi się, że mijają wieki i już widziałam siebie wpadającą z wielkim pluskiem w pobliską rzekę, gdy nagle samochód się zatrzymał. Bilans – trzy opony do wymiany, zniszczony zderzak oraz uszkodzone podwozie. Mi na szczęście nic się stało, choć najpierw byłam chyba w lekkim szoku, a potem z niesamowitą siłą trafił mnie szlag, gdy zobaczyłam przód samochodu – aż mi się gorąco zrobiło ze złości i musiałam usiąść, bo się trzęsłam.

Zadzwoniłam na farmę i wyjąkałam, że miałam wypadek i że zobaczą mnie praktycznie od razu po wyjściu z domu. Teść informację przyjął spokojnie: „Oh, dear. Are you okay? Stay where you are, we’re coming to get you”. Przyjechał razem z Simonem, a na widok zmiecionego znaku, zażartował: “O, ten znak już dawno się pochylał [rzeczywiście, był pod kątem ok. 60 stopni] i nie mogliśmy się doprosić, żeby coś z nim zrobili… teraz już nie będą mieli wymówki, więc tak naprawdę nam pomogłaś!… chodź, odwiozę cię do domu, napijesz się sherry i świat wyda się lepszy!”

Po dwóch kieliszkach sherry przestałam się trząść, choć wciąż byłam na siebie wściekła. Może gdybym jechała wolniej… może gdybym wcześniej zaczęła hamować… wiadomo, jak to jest, czasu cofnąć nie można, a i tak człowiek się zastanawia, co by było gdyby.

Ubezpieczenie przysłało pomoc drogową i zabrali samochód do warsztatu. Następnego dnia podstawili nam samochód zastępczy… i opadły nam szczęki. Co to jest, to coś? To ma być samochód? To w ogóle będzie jeździć? Tego czegoś wiatr nie zwieje z drogi??

Fiat 500. Młodszy, ale równie paskudny brat 126p – nic dodać, nic ująć:

Silnik 1,2. Nie wiem, ile koni mechanicznych, ale zapewne nie za wiele – pierwszego dnia jadąc do pracy zaczęłam podjeżdżać pod dość stromą górkę na piątym biegu jak zwykle (nasza Honda ma sześć) i….  nagle, ku mojemu przerażeniu, zaczęłam staczać się do tyłu. Szybko zaciągnęłam ręczny, w panice włączyłam światła bezpieczeństwa, wrzuciłam pierwszy bieg i powolutku, powolutku wgramoliłam się na szczyt… spocona ze stresu jak ruda mysz. Wyprzedzały mnie nawet ciężarówki… Czuję się jak na rowerze z dachem. Przy silniejszych podmuchach wiatru autentycznie mną trzęsie, a raz miałam nawet wrażenie, że mnie lekko popchnęło do przodu. Przez kilka pierwszych dni ze strachu pociły mi się ręcę, a do szybszej jazdy zachęcałam moją zabaweczkę okrzykami w stylu: „C’mon little car!!!” (bo po angielsku na pewno zrozumie przecież! ;). Jeśli myślicie, że przesadzam, to porównajcie silnik 2,2 i 1,2, a potem porozmawiamy ;). Simon wrócił z zakupów zły jak osa i tylko mruczał przez pięć minut: „What a little shit!!”, bo zgasł mu silnik (zadusić toto jest wyjątkowo łatwo) na dużym skrzyżowaniu i mało co nie został staranowany przez rozpędzony samochód normalnych rozmiarów.

Po kilku dniach fatalnych podjazdów pod trzy duże górki, które niestety mam na swojej trasie, kupiłam sobie następujący znak – żeby nie było, że nie ostrzegałam! ;)

YES, THIS IS MY TOP SPEED!

Przynajmniej już nikt się nie dziwi, gdy niezdarnie rozpędzam się do setki przez jakieś 20 sekund… gdy niezgrabnie gramolę się na górki… gdy z wielkim trudem ruszam pod górkę z ręcznego… Zawsze śmiałam się z tych małych samochodzików, które ledwo co sapią przy podjazdach, a teraz jestem jednym z nich – także dobra szkoła życia, już więcej śmiać się nie będę ;) Codziennie modlę się, żeby zadzwonili z warsztatu i powiedzieli, że nasza *wstaw dowolne superlatywy* Honda już gotowa.

W pracy koledzy codziennie wymyślają nowe żarty na temat mojego Fiata, w stylu: „No, jeśli dzisiaj po południu będzie wiał wiatr z zachodu, to Marta nie dojedzie do domu!” Gdy powiedziałam im, że chcemy jechać do Parku Safari, takiego „prawdziwego”, w którym obserwuje się zwierzęta z samochodu, od razu się zaczęło: „Daj spokój, kopnie was słoń i będziecie się toczyć kilometrami!”, „Ten samochód wygląda jak jajo, jeszcze struś na was usiądzie!” – i w taki oto sposób samochód dostał przezwisko „Jajo”. Już inaczej na niego nie mówimy: „Where have you parked the Egg?”, „Should we walk or take the Egg?” ;)

Oczywiście Jajo też ma swoje zalety – jest lepsze niż wstawanie godzinę wcześniej na wysoce niepewny pociąg (choć ładne i wygodne, angielskie pociągi znane są z wysokich cen i wiecznych spóźnień); wolno, ale jednak dowozi mnie wszędzie, gdzie chcę, w cieple i jako takim komforcie; wcisnę się nim w każdą dziurę, więc stałam się królową parkowania – przodem, tyłem, bokiem, ach, co ja z Jajem zrobić potrafię! ;)

Ale czekam na moją Zwinną Panterę ;)

***

Dzisiaj zobaczyliśmy reklamę, która nas po prostu powaliła. Śmialiśmy się z 5 minut, Jennifer Lopez w Jaju! Ciekawe, ile jej zapłacili… Już widzę, jak naprawdę jeździ czymś takim! :D

a tu jeszcze większy kit wciska :D

Reklamy

1 komentarz »

  1. […] zwłaszcza że pracowaliśmy i wciąż pracujemy razem nad jednym projektem. Po opisanej tutaj kraksie z moją Hondą w roli głównej, dwa razy musiałam wracać z pracy pociągiem, co […]

    Pingback - autor: Czego nie robi się dla pieniędzy « Świat Marty W. — 9 listopada 2012 @ 12:41 am | Odpowiedz


RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: