Świat Marty W.

5 września 2012

Jak ten Feniks

Filed under: wrzesień 2012 — swiatmartyw @ 9:34 pm

Nie pisałam, bo straciłam lekkie pióro. Tak na marginesie, to kto w dzisiejszych czasach używa piór? Od prawie dwudziestu lat nie trzymałam takowego w ręce. Trzeba iść z duchem czasu i uaktualnić słownik języka polskiego – słownik języka angielskiego właśnie przeszedł taki lifting, ale o tym za chwilę. Powiedzmy, że straciłam zwinne klawisze. Pisałam coś, czytałam i łapałam się za głowę, chcąc sobie tę głowę ukręcić za nudne teksty bez polotu. Mam nadzieję, że tym razem będzie lepiej.

Działo się tyle, że materiałami do przemyśleń mogłabym obdzielić połowę polskiej blogosfery. Najważniejsza wiadomość to taka, że Simon myślał, pocił się i znowu myślał, aż w końcu doszedł do wniosku, iż w sumie da się ze mną wytrzymać, i oświadczył się nad kanadyjskim jeziorem, którego powierzchnia jest podobno tylko o połowę mniejsza od całej Wielkiej Brytanii. Pewnie lekka przesada, ale kto by na takie szczegóły zwracał uwagę, gdy pierścień na palcu lśni. Nie ukrywam, już od jakiegoś czasu rzucałam aluzjami, raczej mniej niż bardziej subtelnymi, aż w końcu zapaliła mu się lampka i wykonał Jedyny Słuszny Krok.

Skutkiem wykonania Jedynego Słusznego Kroku będzie wesele, na które jeszcze nic nie mamy gotowe i jakoś niespecjalnie się tym stresujemy. Jedyne, co mnie przeraża, to polska biurokracja, która bardzo, ale to bardzo utrudnia połączenie świętym węzłem małżeńskim, jeśli jedna ze stron to barbarzyński nie-katolik. No jak tak można, kto to słyszał?

Kolejnym skutkiem wykonania Jedynego Słusznego Kroku jest to, że musimy zacząć oszczędzać, co nigdy dobrze mi nie wychodziło. Na wesele, na podróż poślubną, na zakup domu, dwóch psów i ciepłych kapci. Trzeciego lipca minęły już trzy lata od momentu, gdy samolot linii WizzAir przywiózł mnie tutaj na stałe, a jednak przez ten długi okres nie udało mi się zaoszczędzić prawie nic. Dzieje się tak dlatego, że wszystko, co mamy, wydajemy na podróże – cel wielce chwalebny, w tym roku dobiłam do 45 odwiedzonych krajów i nie zamieniłabym moich wspomnień na nic na świecie, aczkolwiek pięknymi zdjęciami i ciekawymi pamiątkami za wesele nie zapłacimy. Także zęby w ścianę i żadnych podróży do listopada przyszłego roku, kiedy to mamy nadzieję wybrać się na kilka tygodni do Ameryki Południowej, w ramach poślubnych szaleństw.
W tym roku zresztą też nieźle zaszaleliśmy – w ciągu dwóch i pół tygodnia w Stanach i Kanadzie wydaliśmy roczny budżet sporego afrykańskiego państwa. Alleluja i do przodu.

Co prawda – i co dla nas bardzo charakterystyczne – nie żałujemy ani funta. W Nowym Jorku było genialnie – kto był, ten wie, jaką niesamowitą energię ma to miejsce. W wielu przewodnikach czytałam, że to miasto można albo kochać, albo nienawidzić, ale mną nie targała żadna z tych skrajnych emocji. Po prostu bardzo mi się podobało. Zwiedziliśmy wszystko, co dało się zwiedzić w ciągu pięciu dni. Chodziliśmy od rana do nocy, przeciętnie po 10-11 godzin dziennie. Mimo wygodnych butów, po drugim dniu tak mnie bolały stopy, że musiałam je moczyć i kremować, a Simon masować. Taką cenę płaci się za wożenie tyłka samochodem i nieregularne wizyty w siłowni… Po trzecim dniu jakoś się przyzwyczaiłam i nawet mogłam śmigać do klubów w szpilkach ;)

Trudno powiedzieć, co zrobiło na mnie największe wrażenie – niesamowity Times Square, widok z Empire State Building, pomniki-wodospady ku czci ofiar zamachów na World Trade Centre… nie potrafię wybrać, wszystko było ciekawe. Pod względem towarzyskim też nie mogliśmy narzekać – spędziliśmy sporo czasu z parą z Hiszpanii poznaną w Pekinie oraz z moją koleżanką z Uniwersytetu Warszawskiego, która akurat była na szkoleniu. Na pewno jeszcze tam wrócimy!

W tym roku Kanada obchodziła 145 urodziny, więc łatwo się domyślić, że zabytków tam nie ma. Jest za to piękna przyroda, przemili ludzie oraz GPS, który rozśmieszał nas raz po raz: „Turn left and continue on this road for 230 kilometres” albo „Bear right”, na co Simon niezmiennie wykrzykiwał, udając wystraszonego: „A bear??!” ;) (brytyjski GPS mówi „slide right”).

Jeszcze a propos tych 145 lat – powiedziała nam to jedna z poznanych tam koleżanek, na co Simon wypalił: „Ile?? Farma moich rodziców ma 350 lat…. [a widząc zrzedłe miny Kanadyjczyków, szybko dodał]… ale nie rozmawiajmy o historii, skupmy  się na… pięknej pogodzie!” :D Pogoda rzeczywiście była piękna. Przez dwa tygodnie temperatura tylko raz spadła poniżej 30 stopni.

Ottawa to dziura – fakt bycia stolicą symbolizują zagraniczne ambasady oraz siedziba rządu, wszystko ulokowane na jednej ulicy. W ciągu 45 minut zobaczyliśmy zdecydowaną większość miasta. Prowincja Quebec (tzn. tyle, ile udało nam się zobaczyć) – lasy i jeziora do horyzontu, bardzo malowniczo, tylko nikt nie chce mówić po angielsku, co nas wysoce irytowało.

Tu właśnie oświadczył się Simon

Simon i nasz kolega Michael, na którego ślub pojechaliśmy do Kanady

Prawie jak na Kaszubach ;)

Toronto – oprócz charakterystycznej wieży ze szklaną podłogą tak naprawdę nic tam nie ma. Ładne miasto, nie powiem, taki mini-Nowy Jork, jest gdzie zjeść, jest gdzie potańczyć, jest gdzie pospacerować  – ale nie ma na czym oka zawiesić. To mówię ja, przyzwyczajona do „Starówek”, do jakiegoś konkretnego centrum. Zresztą sami oceńcie:

W oddali po lewej stronie lotnisko obsługujące loty krajowe

Wygląda mniej strasznie niż jest w rzeczywistości. Nie mam lęku wysokości, ale poczułam się odrobinę nieswojo… czy aby na pewno ta podłoga wytrzyma? Ale na pewno? Ale, Simon, na pewno? ;)

Clou programu była wizyta nad Niagarą. Spędziliśmy dwa dni gapiąc się na wodospady – nie mogliśmy się nacieszyć i popełniliśmy wręcz karalną ilość zdjęć. Z lewej, z prawej, za dnia, w nocy, z góry, z dołu… Rewelacja. No to zaczynamy – przyznacie, że widok z pokoju hotelowego niczego sobie:

To Niagara po stronie kanadyjskiej, tzw. końska podkowa. Jest jeszcze amerykańska część, już nie tak imponująca.

Najbliżej można podejść do „podkowy” niejako od tyłu:

oraz na stateczku:


Oczywiście w obu przypadkach człowiek zostaje bezlitośnie przemoczony do majtek… ale ile frajdy! :) Warte nawet tych zbójeckich 70 dolarów.

I jeszcze jedno, ostatnie przysięgam, zdjęcie Niagary nocą:

Kolory co chwilę się zmieniają, ale słowo się rzekło, zdjęcie będzie tylko jedno

Podsumowując – polecam Nowy Jork, Quebec oraz Niagarę. Podobno Vancouver też jest rewelacyjne – może następnym razem!

PS. I jeszcze obiecany lifting języka angielskiego – dwa tygodnie temu dodano do oficjalnego słownika takie perełki jak „lolz”, „ridic” oraz „photobomb”… to ostatnie akurat zabawne, ale reszta jakaś taka „stu” ;)

Reklamy

4 Komentarze »

  1. Ciepłe kapcie możecie umieścić na liście prezentów ślubnych ;) Wtedy macie (a raczej gość jakiś ma:)) już jeden prezent z głowy i nie musicie na to oszczędzać!

    Komentarz - autor: Marta G. — 6 września 2012 @ 2:07 pm | Odpowiedz

    • Genialny pomysł, zamówię sobie takie góralskie, na te angielskie chłody :))

      Komentarz - autor: swiatmartyw — 6 września 2012 @ 8:43 pm | Odpowiedz

  2. Gratulacje z powodu zareczyn! :)
    Ale dwa psy i kot? Co na to kot?!

    Pozdrawiam!

    P.S. Tesknilam za lekkim piorem Marty W.!! Az truchlalam na mysl, ze cos moglo sie Wacpannie stac, i nigdy, nigdy wiecej oczy me nie przeczytaja porywajacych zapiskow, szczegolnie tych dot. smaczkow jezykowych – to moje idee fixe! :)

    Komentarz - autor: wierna czytelniczka Zofia — 7 września 2012 @ 4:49 pm | Odpowiedz

    • Az sie wzruszylam, czyli jednak ktos to czyta! :)) I jeszcze chwali, olaboga jak dobrze! Kot jakos da rade – rodzice Simona maja dwa koty i trzy psy, i od razu widac, kto tu rzadzi – wystarczy ze White Thing wysunie pazury, a dwa labradory i owczarek natychmiast sie wycofuja ;)
      Pozdrawiam bardzo serdecznie i obiecuje czesciej pisac, skoro mam dla kogo!

      Komentarz - autor: swiatmartyw — 7 września 2012 @ 7:30 pm | Odpowiedz


RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: