Świat Marty W.

7 Maj 2012

Plany i paranoje

Filed under: maj 2012 — swiatmartyw @ 8:42 pm

Zawsze śmiałam się z jednego z przyszywanych wujków, który, gdy tylko słyszy, że ktoś na coś zachorował, natychmiast idzie do lekarza i robi wszystkie możliwe badania, aby upewnić się, że on tego nie ma – jego Syndrom Jelita Drażliwego stał się już naszą rodzinną anekdotą :) Śmiałam się, śmiałam, a tu się okazuje, że jego geny musiały na mnie przeskoczyć (nauka z pewnością zna takie przypadki!! ;). Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że ni z tego, ni z owego zaczęły mnie męczyć myśli czarniejsze od skrzydeł kruka, który wpadł do sadzy?

Tak naprawdę przyczyn należy szukać w spotkaniu z pewną śliczną Angielką w Pekinie. Tak, śliczną Angielką, nie pomyliłam się. 23 lata, modelka, świetna figura, zawsze gustownie ubrana, uczesana i umalowana, a przy tym zwyczajnie miła, wesoła, przyjacielska. Nie byłyśmy bardzo blisko, ale uczyłyśmy się chińskiego w tej samej szkole językowej, chodziłyśmy na te same imprezy, jeździłyśmy na te same wycieczki, więc siłą rzeczy często na siebie wpadałyśmy.

Z Facebooka dowiedziałam się, że ma raka piersi i przerzuty na kręgosłup. Nie załamała się – założyła ogranizację charytatywną CoppaFeel, stawiającą sobie za cel uświadamianie dziewczyn i kobiet, że rak może zaatakować również ludzi w młodym wieku. Nie będę opisywała wszystkich akcji i koncertów, w których brała udział – dość napisać, że za swoją pracę została wyróżniona prestiżową nagrodą Pride of Britain, przyznaną jej na wielkiej gali z rąk… Spice Girls, po którym to wydarzeniu nawet sam David Cameron zaprosił ją na Downing Street już co najmniej dwa razy. Od wielu lat regularnie czytam jej bardzo dobrze napisany blog: http://kriskancer.squarespace.com/

I chyba właśnie po jej diagnozie zaczęłam lekko schizować. Od razu poleciałam zbadać piersi i wszystko inne też. Ale to był dopiero początek.

Dwa lata temu coś tam zaczęło mnie boleć, nie będę was epatować szczegółami. Ważne jest to, że przez półtora roku angielscy lekarze odsyłali mnie od jednego do drugiego, a efektów nie było. Po kilku mało przyjemnych badaniach dostałam wreszcie list ze szpitala: „Źródło bólu – nieznane”. Wielkie dzięki za taką służbę zdrowia. W akcie desperacji pojechałam do prywatnej kliniki w Gdańsku – i proszę, po dwuminutowym badaniu diagnoza już była. Potem zaczęło się leczenie. Osiem miesięcy było dobrze, a teraz znowu jest gorzej, więc pod koniec maja mam kolejną wizytę. Co sobie wkręciłam? Oczywiście, że to rak i że umrę w mękach. W dodatku nawet prywatna klinika w Gdańsku nie ma sprzętu, żeby potwierdzić lub wykluczyć ten rodzaj raka, który sobie wkręciłam, że mam. Odpowiednie maszyny są wyłącznie w Warszawie i Krakowie.

Dwa tygodnie temu pojechaliśmy do Cardiff na imprezę, spotkać się ze znajomymi, którzy przejechali ponad 250 mil na rowerach zbierając pieniądze na – a jakże – Cancer Research UK. Krótko mówiąc, upiliśmy się i zgubiłam szalik, więc wracałam po nocy z gołą szyją, było zimno i się przeziębiłam. Kaszlę non-stop od dwóch tygodni. Dzisiaj włączam telewizję i co widzę? Na BBC trąbią o nowej kampanii medialnej uświadamiającej ludziom, że – już zgadliście? – kaszel trwający ponad 3 tygodnie to pewnikiem oznaka raka płuc. Cudownie. Pójdę na badania w Gdańsku, bo tutaj wyniki rentgenów dostaje się po roku – podobno tutejsi lekarze nie potrafią prawidłowo interpretować prześwietleń płuc*, więc wysyłają zdjęcia do… Polski. W Polsce je opisują, dają do tłumaczenia, odsyłają… a pacjent schodzi z tego świata.

Paranoja? Hipochondria? Oczywiście. Dzięki, wujek! ;)

Schodzić ze świata, a w dodatku w mękach, jeszcze mi się nie chce – głównie dlatego, że czeka nas sympatyczne lato. Na początku czerwca mamy dwa dodatkowe dni wolnego w związku z Diamentowym Jubileuszem królowej, więc chcemy wybrać się na cztery dni do Lake District, czyli Krainy Jezior. Zależy to w dużej mierze od pogody, która – jak to na tej szerokości geograficznej – jest wielce nieprzewidywalna. Dość powiedzieć, że dzisiaj padał grad.

15 czerwca lecimy na „prawdziwe” wakacje. Dobry kolega Simona bierze ślub w Ottawie, a że bilety drogie i nie opłaca się jechać na kilka dni, wkomponowaliśmy tę okazję w nasze wakacyjne plany. Najpierw 5 dni w Nowym Jorku, potem 2 w Montrealu, następnie Ottawa, Niagara i Toronto. Kupiliśmy przewodniki, opracowaliśmy miejsca, które chcemy zobaczyć i… odliczamy dni. Na pewno będzie fantastycznie. O ile dożyję.

Wracamy i od razu jedziemy na wyścig Formuły 1 na tor Silverstone. Teść nam kupił bilety, co było bardzo miłe z jego strony :) On też idzie, razem z najstarszym synem, więc na pewno będzie super… o ile dożyję.

Na początku sierpnia dwa razy idziemy na Olimpiadę. Mam nadzieję, że w ćwierćfinale w siatkówce mężczyzn, na który mamy bilety, będą grali Polacy – skakałabym i kibicowała i śpiewała… ale nie Koko Olimpiada Spoko ;)

Pod koniec sierpnia znowu kilka dni wolnego (bez wyraźnego powodu; dzisiaj też jest w Anglii wolne i nikt dokładnie nie wie, czemu) i jeśli wszystko dobrze pójdzie, polecimy do Palermo. Bardzo mi zależy, żeby poćwiczyć włoski, moja prababcia zawsze mówi, że wycieczka do Palermo była najpiękniejszą w jej życiu, na Sycylii nigdy nie byłam, a w dodatku jestem zakochana w Commissario Salvo Montalbano, więc wybór był prosty. O ile… no właśnie.

* To wiem od polskiego lekarza, który pracował w kilku angielskich szpitalach.

Reklamy

7 Komentarzy »

  1. Jak dobrze przeczytać, że w Polsce jest jednak lepiej :D

    Komentarz - autor: Lioness — 8 Maj 2012 @ 9:48 pm | Odpowiedz

  2. To przychodzi z wiekiem Marta, tez mialam mala paranoje w tym roku. I dzieki za linka do bloga Twojej kumpeli – that’s the spirit!

    Komentarz - autor: aniaedi — 10 Maj 2012 @ 10:27 pm | Odpowiedz

  3. Marto droga! Nie przyczyniaj się do redukcji liczby przypadków w języku polskim. „Dzięki, WUJKU!” :)

    Komentarz - autor: symeones — 14 Maj 2012 @ 10:43 am | Odpowiedz

    • Uprzejmie przepraszam, ale zawsze byłam przeciwniczką wołacza :-) Jest sztuczny i brzmi idiotycznie. Rzekłam.

      Komentarz - autor: swiatmartyw — 14 Maj 2012 @ 7:49 pm | Odpowiedz

  4. […] swoje marzenie… a potem jakoś to będzie. Obyśmy tylko zdrowi byli. Pamiętacie wpis “Plany i paranoje“? Pisałam w nim o mojej koleżance chorej na raka. Na swoim blogu zamieściła linki do […]

    Pingback - autor: Sposób na Pete’a, brytyjski film, którego nie zobaczycie w Polsce oraz plany podróżnicze « Świat Marty W. — 17 lutego 2013 @ 12:45 am | Odpowiedz


RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: