Świat Marty W.

6 lutego 2012

O tym, jak dwóch Anglików nieźle namieszało

Filed under: luty 2012 — swiatmartyw @ 3:11 pm

Weekend był dla mnie dość ciężki, gdyż zupełnie się nad sobą rozkleiłam. 30 lat, bez pracy, w obcym kraju i kompletnie bez pieniędzy, bo mimo dwóch przepracowanych lat nie przysługuje mi zasiłek dla bezrobotnych (długa historia, nie chce mi się opisywać, bo zaraz mnie szlag trafi). Krótko mówiąc, nie tak wyobrażałam sobie swoje życie. Nie po to studiowałam w dwóch krajach, nie po to rodzice opłacali korepetycje z czterech języków. Po uiszczeniu wszystkich opłat z pensji Simona, zostaje nam 400 funtów, z czego 250 idzie na jedzenie, a 50 na benzynę – co daje nam 100 funtów miesięcznie na szeroko pojęte „życie”. Z głodu nie umrzemy, ale oczywiście nic nie zaoszczędzimy – a chce się człowiekowi przecież gdzieś pojechać, coś zobaczyć, zmienić środowisko, odpocząć. Co prawda ja nie mam niby od czego odpoczywać, bo całe moje obecne życie to jeden wielki odpoczynek – tylko że psychicznie mi ciężko. Staram się jak mogę, wysyłam CV gdzie się da – i nic. Co prawda obecnie bezrobocie w Anglii jest największe od 1996 r., więc nie tylko ja nie mam pracy – ale za bardzo nie poprawia mi to humoru.

Nie mam również szczęścia do angielskich koleżanek. Po prostu wszystkie dziewczyny, które poznaję potrafią rozmawiać wyłącznie o durnowatych serialach i mało ambitnych programach telewizyjnych – a że ja ich nie oglądam, nie mogę wtrącić się do rozmowy i tylko siedzę cicho w kącie. Nic nie czytają, nic nie wiedzą, nic ich nie interesuje, nigdy nigdzie nie były i nawet by nie chciały, bo po co? Anglia jest cool przecież. Pewnie, że nie wszystkie takie są, na pewno nie, ale ja coś mam pecha.

I nagle poznaję Nicole, z Trynidadu. Śliczna taka, że muszę się pilnować, żeby się na nią nie gapić z rozdziawioną gębą ;) Pani doktor prawa, super inteligentna, ciekawa świata, wesoła, świetna kucharka. Na Trynidadzie pracowała w dużej kancelarii, dobrze zarabiała, na zakupy latała do Miami, miała apartament na plaży i beztroskie życie. Wyjechała do Anglii na szkolenie… poznała Anglika, zdecydowała się tu zostać i od tej pory zaczął się horror. Mimo że angielski jest jej pierwszym językiem, a doktorat skończyła już tutaj, nigdzie nie może znaleźć pracy. Taka sama historia jak ze mną – wysyła CV i cisza, nikt nawet nie dzwoni. Zaproponowali jej pracę sekretarki w kancelarii, za 900 funtów miesięcznie. Jej rodzice są zrozpaczeni, chcą, żeby wróciła i ona też wie, że miałaby o wiele łatwiejsze życie tam niż tu… no ale serce nie sługa.
Ja też miałam apartament (prawie) na plaży, a na zakupy latałam do Panamy. Potem, w Chinach, mieszkałam w samym centrum fascynującego Pekinu, a na zakupy latałam do Hong Kongu… W Polsce byłoby mi sto razy lepiej… no ale serce nie sługa.

Spotykamy się trzy razy w tygodniu na siłowni (najmniejszej i najtańszej w całej wiosce, oczywiście) i nawzajem się nad sobą litujemy, pocieszamy, rozśmieszamy. Zgadzamy się w zasadzie na wszystkie tematy, od polityki, poprzez książki, filmy, programy, aż do technik wychowywania dzieci (których nie mamy) ;) co już dawno mi się z nikim nie przytrafiło. Nicole ma w zasadzie jeszcze gorzej niż ja – wszędzie traktują ją zgodnie z łatką obywatelki trzeciego świata, nie ma praktycznie żadnych praw, w każdym urzędzie biorą jej odciski palców (!), i co dwa lata musi składać podanie o przedłużenie pobytu, które mogą odrzucić bez podawania powodu. Abstrahując od braku pieniędzy, i tak nie może opuścić Wielkiej Brytanii, bo wniosek o wizę do dowolnego kraju Unii Europejskiej mogą rozpatrywać kilka miesięcy i kosztuje to masę pieniędzy i nerwów.

I tak właśnie dwóch Anglików popsuło nam życie :) Na szczęście obaj są fantastyczni i warci tych wszystkich upokorzeń (tfu tfu tfu!!!). Simon wziął mnie wczoraj na trzygodzinny spacer (bo u nas upały, +6 :)  i tak długo przekonywał, że będzie dobrze, że nawet mu uwierzyłam.

Nie wiem, co bym zrobiła, gdybym z jakiegoś powodu musiała mieszkać na obczyźnie i nie miała przy sobie przyjaznej duszy Simona W. A trzeba powiedzieć, że większość naszych znajomych tutaj jest samotna. Pewnie, mają lepiej, bo są u siebie, ale jednak z kimś weselej. Dużo weselej. Można smutki dzielić na pół, a radości mnożyć przez dwa, jak mówi moja mama.

Gdybym go nie miała, chyba skorzystałabym z usług tych państwa… zapraszam do obejrzenia mojej ulubionej reklamy serwisu randkowego:

Trzymajcie za mnie kciuki!

Reklamy

6 Komentarzy »

  1. To nie jest chyba moment, aby z Tobą polemizować, przydałoby się raczej sporo ciepła i wsparcia, ale nie mogę oprzeć się pokusie skreślenia kilku sceptycznych uwag, bo ta notka aż się o to prosi :))) W końcu od tego są znajomi, żeby czasami kubeł zimnej wody wylać na Ciebie.
    1. Studia w dwóch krajach? W Polsce to na nikim nie zrobi wrażenia, co dopiero w Anglii. Teraz każdy student jedzie na Erasmusa :)
    2. Znajomość czterech języków? Nie znam nikogo, kto by na tym zrobił karierę. Każdy się zapyta: a poza tymi językami co Pani umie? Lingwistyka, to oprócz politologii, kierunek po którym najtrudniej znaleźć pracę w Polsce.
    3. Twój zachwyt Nicole każe zapytać, czy nie przydarzyło Ci się coś, co z braku lepszego określenia nazwać należałoby dziewczyńską wersją bromance’u…
    4. Uderzające jest to, że Wy jesteście gotowe poświęcać się dla Waszych Anglików, ale w drugą stronę to nie działa. Bo Anglia jest taka cool, że każdy chciałby tam mieszkać? Ja na przykład za żadne skarby!
    5. Nicole jest – przy całym szacunku i sympatii, jakie mogę okazać osobie, której nie znam – obywatelką Trzeciego Świata. W najbardziej dosłownym znaczeniu tego sformułowania i ze wszystkimi tego ponurymi konsekwencjami.
    6. Moim skromnym zdaniem żaden Anglik nie jest wart wegetowania na bezrobociu w temperaturze 14 stopni Celsjusza. O ile z tym pierwszym Simon niewiele może zrobić, o tyle Twoja poprzednia notka mnie głęboko oburza :)
    Trzymaj się!

    Komentarz - autor: symeones — 6 lutego 2012 @ 4:39 pm | Odpowiedz

  2. Pokolei, pokolei! :)
    1. Nie zgadzam się – może Erasmus jest popularny w „Europie”, ale nie tutaj. Znam zaledwie jedną osobę, która spędziła pół roku w Niemczech i z ulgą wracała do domu bo (cytat): „Everything was so different to home, I hated it!!” Przyczyna jest prosta – poziom znajomości języków obcych jest tutaj zerowy, nie, minusowy. Wiesz, że ja w czerwcu będę zdawać maturę z włoskiego? Po roku nauki! Taki właśnie jest poziom. A zainteresowanie obcymi krajami równie wielkie.
    2. Zgadzam się – moje przyszłe kiedyś tam dziecko od małego będzie chodzić na kursy Javy i C++, i zostanie inżynierem. Mamusia postanowiła. Z drugiej strony, w Polsce mogłabym uczyć w szkołach językowych, co bardzo lubię zresztą. Tutaj szkół nie ma, a jeśli jakaś jest (daleko od mojej wiochy), to chodzą do niej wyłącznie dzieci, które są tak głupie, że nie radzą sobie z prymitywnym programem w szkole. Nienawidzę dzieci, jak wiesz, a już naprawdę nienawidzę głupich dzieci. Także uczenie odpada.
    3. Młode matki trzymają się razem i paplają o kupkach i zupkach, więc i stosunkowo młode bezrobotne cudzoziemki również lubią trzymać się razem, bo się rozumieją :) Poza tym Nicole jest naprawdę sympatyczna, dużo sympatyczniejsza ode mnie ;)
    4. Dzięki, dzięki, że ktoś do dostrzegł! Niestety, oni obaj pracują w tej samej instytucji… pamiętasz, opowiadałam Ci trochę… i są z tego tak dumni, i tak tą pracę uwielbiają, że nie przeniosą się nigdy nigdzie. I już. Z własnej nieprzymuszonej woli w życiu, W ŻYCIU bym tu nie została.
    5. Racja – źle napisałam, powinno być „traktują ją zgodnie z łatką obywatelki trzeciego świata”. Już zmieniłam.
    6. Sam wiesz, że Simony są fajne ;) Ale racja, racja, po stokroć racja z tą durną temperaturą! Na szczęście nie jest tak cały rok, tylko teraz, gdy temperatury w nocy spadają na minus. Jakoś ten miesiąc muszę przetrzymać, potem powinno się poprawić.
    Uwielbiam Twoje komentarze :)

    Komentarz - autor: swiatmartyw — 6 lutego 2012 @ 6:11 pm | Odpowiedz

  3. To i ja odpowiem w odpowiednim porządku :)
    1. Erasmus w GB popularny nie jest, to fakt, ale też zapewne nie ma wpływu na „employability”. To są dwa różne zagadnienia. A co do Twojej matury z włoskiego, to przy Twoim talencie lingwistycznym i znajomości hiszpańskiego to raczej Twoja zasługa, niż coś co świadczyłoby negatywnie o angielskim systemie nauczania języków obcych.
    2. Inżynier to zawsze lepiej niż lingwista, ale ja mam sporo takich inżynierów od Javy na projekcie i – uwierz mi – ich praca się wiele nie różni od pracy tłumacza. Ten sam poziom, ten sam prestiż, choć w Polsce pewnie płaca wyższa i łatwiej o zatrudnienie.
    3. Oj tam, oj tam, jak mawiają hipsterzy :) No powiedz, że Nicole atrakcyjną jest dziewczyną!
    4. Und dort liegt der Hund begraben. Dziewczę się dla związku poświęci. Chłop niekoniecznie.
    6. Tak, wszystkie Szymki to porządne chłopy, by sparafrazować klasykę. Tym niemniej jakby mnie chłop chciał zmusić do mieszkania na wsi w nieogrzewanym domu na zadupiu w środku Anglii, to nie wiem jaki by musiał być cudowny, żebym się zgodził.
    Skoro uwielbiasz moje komentarze, to będę komentował trochę więcej :) choć zawsze się boję, że jestem zbyt zgryźliwy i wchodzę w spór zamiast wspierać i pocieszać :)

    Komentarz - autor: symeones — 7 lutego 2012 @ 10:08 am | Odpowiedz

    • Kometuj, komentuj, zawsze lepiej na sercu wiedząc, że ktoś czyta, myśli i wyraża opinie. A tak z ciekawości – przeprowadziłbyś się np. na Węgry za odpowiadającą Ci w każdym calu kobietą, która by była nieszczęśliwa w Luksemburgu? Tak teoretycznie pytam, bo to chyba z perspektywy Simona tak wygląda – tu (niby) wysokorozwinięty kraj, dobra praca i tylko niewielkie problemy językowe (prawie nie rozumie Szkotów z Glasgow, a jego szef stamtąd właśnie ;), w Polsce – (niby) gorsze warunki bytowe, wielka niewiadoma w sprawie pracy, no i zero języka, który prawdę powiedziawszy jest bardzo trudny, a znajomość angielskiego wśród ogółu kiepska. I challenge you :)

      Komentarz - autor: swiatmartyw — 7 lutego 2012 @ 4:11 pm | Odpowiedz

  4. To w przeciwieństwie do przedmówcy ja zastosuję female approach. Biedactwo! nie dziwne, że masz dość. Nie powiem, że doskonale rozumiem, przez co przechodzisz, bo brakuje mi elementu obczyzny do pełni szczęścia, ale brak kasy i perspektyw tudzież kredyt w połączeniu z czasem przytłaczającą ilością pracy, która nie zawsze przekłada się na wynagrodzenie dają mi pewne pojęcie ;) w tłumaczeniach jako freelance też nie udaje Ci się znaleźć pracy…? a zdalnie, np. w Polsce? z Twoim doświadczeniem nie powinnaś mieć problemu… uściski ogromne!

    Komentarz - autor: Agata — 7 lutego 2012 @ 12:10 pm | Odpowiedz

  5. hm. nie mam uwagy co do Erasmusa a nie będę spróbowała Cię pocieszać opowieściami o tym, czym tutejsza pani doktorka aktualnie zarobi na czynsz czy o tym, o ile jeszcze mniej w Niemczech jest pocenione znajomość języków słowiańskych ;)

    po prostu nie bój sa, dalej wyślij ci CVsy a ciesz się z małych rzeczy – kwiatki lodowe na oknie, gładkie futro kota…
    life indeed does suck every now and then, but then after a while it gets bored and does something different. alles wird gut :)

    Komentarz - autor: iris — 7 lutego 2012 @ 3:12 pm | Odpowiedz


RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: