Świat Marty W.

8 grudnia 2011

Zrozumieć Anglików

Filed under: grudzień 2011 — swiatmartyw @ 6:00 pm

Nie, wbrew pozorom nie będzie o akcentach, tylko realiach interpersonalnych.

Dwa tygodnie temu firma wysłała mnie do Francji, do Lille, na spotkanie z osobą odpowiedzialną za kupno towaru w Auchan. W Wielkiej Brytanii o Auchan nikt nie słyszał, ale moi szefowie dokładnie wiedzieli, że jeśli podpiszemy z nimi umowę, to staną się naszą żyłą złota, więc kupili mi bilet na Eurostar i pojechałam.

Cieszyłam się jak mała dziewczynka – będę jechać pod Kanałem La Mache, hurra! ;) Czekam na tunel, czekam, czekam…. „Good afternoon ladies and gentlemen, and welcome to Lille”… przespałam! o_O Trudno, w drugą stronę sobie obejrzę. Pojechałam do hotelu w samym centrum miasta, pani w recepcji oczywiście Polka ;) zostawiłam rzeczy w pokoju i poszłam na zwiedzanie Lille. Bardzo mi się podobało, szkoda, że straciłam wszystkie zdjęcia – o tym za chwilę.

Następnego dnia miałam dwa spotkania – z panem z Auchan, oraz jeszcze innym klientem. Podpisaliśmy umowy, gadka-szmatka, miły pan odwiózł mnie na dworzec, wróciłam do domu. Następnego dnia dostałam pierwsze zamówienia, wszystko super.

W zeszłym tygodniu szef przysłał mi mailem bilety lotnicze oraz rezerwację hotelu w Kolonii – jedziemy na targi w marcu. Byliśmy tam w tym roku, we wrześniu (tylko oczywiście nie chciało mi się opisywać, bom leń) i krótko i bez przesady mówiąc, gdyby nie moja znajomość niemieckiego, nie podpisalibyśmy ani jednej umowy. Szef był super zadowolony, nawet dodał mi do pensji bonus „for your good job in Cologne”. No i w marcu 2012 jedziemy jeszcze raz.
W mailu było również napisane, że mam mu pomóc zorganizować nasze stoisko na targach w Hiszpanii w przyszłym roku oraz w Szanghaju, więc mam się skupić na chińskim, bo z samym „ni hao” daleko nie zajdziemy ;) Acha, i skoro tak mi dobrze poszło w Lille, to jeszcze do Paryża chce mnie wysłać, na spotkanie z ludźmi z Leclerca.

Przedwczoraj bardzo źle się czułam, więc poszłam do domu o 15:00 i przepracowałam dwie ostatnie godziny w domu.

Wczoraj czułam się jeszcze gorzej, ale twardo pojechałam do pracy, żeby pokazać szefostwu, jaka jestem „dzielna” i że biorę tę pracę poważnie. Poza tym miałam mieć „three-month review”, czyli rozmowę po zakończeniu okresu próbnego. Szef, gdy mnie zobaczył, od razu powiedział, że mam iść do domu, bo kiepsko wyglądam, a rozmowę możemy mieć następnego dnia – ale ja nie, oczywiście, że nie, twardym trzeba być!!!! Cały dzień się męczyłam, rzęziłam, kasłałam, kichałam i miałam dreszcze, ale zrobiłam wszystko, co do mnie należało.

O godzinie 17:00 zapraszają mnie na rozmowę i szef mówi: „Niestety nie mamy dla ciebie dobrych wiadomości – nie przedłużymy z tobą kontraktu”.

Słucham??

Że co??

Wysyłacie mnie za granicę, kupujecie mi bilety, gadacie o targach w przyszłym roku, chwalicie mnie omalże codziennie, że tak mi niby dobrze idzie, a teraz co??

„You are not the person we were looking for”.

NIE ROZUMIEM, nie ROZUMIEM, NIE rozumiem, nie rozumiem!!!

Teraz jestem na siebie zła, że bardziej nie drążyłam tematu, ale byłam chora, więc lekko przymulona, a w dodatku dosłownie odebrało mi mowę. Przez te dwa i pół miesiąca nie dostałam żadnego ostrzeżenia, żadnego negatywnego komentarza, nic – wręcz przeciwnie, wszystko wydawało się być super. A tu nagle okazało się, że „nie byłam tą osobą, której szukali”. Co zrobią z tymi 80 klientami z Niemiec, 10 z Hiszpanii i 10 z Polski, którzy po angielsku potrafią powiedzieć jedynie „hello”, nie mam pojęcia. Ale już mnie to nie obchodzi.

Obchodzi mnie za to nasza sytuacja finansowa, która w przyszłym miesiącu będzie po prostu tragiczna. Opłaty za dom są kolosalne, spłacamy również samochód kupiony na kredyt, życie w Anglii drogie jak cholera… Nie wiem, co to będzie. Jestem za dumna, żeby pójść do pierwszej lepszej pracy – nie po to studiowałam sześć lat w dwóch krajach, aby teraz, no nie wiem, np. fish and chips podawać.

Simon jak zwykle stanął na wysokości zadania. Szybko obliczył, że po uiszczeniu wszystkich stałych opłat z jego pensji zostanie nam 400 funtów miesięcznie. Na jedzenie wydamy ok. 200, a za pozostałe 200 sobie nie poszalejemy, oj nie… „ale nie martw się, damy radę – najwyżej wypiję w pubie tylko jedno piwo, a nie pięć – jeszcze mi wyjdzie na zdrowie! A jeśli już będzie bardzo źle, to zjemy kota” – starał się mnie rozśmieszyć, całą we łzach.

Wciąż nie mogę w to uwierzyć. Wszystko było „great” i „fantastic”, i „you’re doing so well”, a potem niestety dziękujemy. Nie rozumiem!

Od razu zarejestrowałam się w urzędzie dla bezrobotnych, czyli JobCentrePlus. Jutro idę na rozmowę, mam nadzieję, że coś mi znajdą – sama też oczywiście będę szukać. Pani magister z czterema językami będzie stać w kolejce po zasiłek, o tak:


Jeśli przyznają mi zasiłek, dostanę 67 funtów tygodniowo i może nawet dzięki temu kot się uchowa.

Muszę coś znaleźć i to szybko – ale w okresie przedświątecznym jest ciężko, chyba że zdecyduję się na sprzedawanie na deptaku grzanego wina przebrana w kostium renifera…

PS. Wszystkie zdjęcia z Lille miałam na służbowym iPhonie, dlatego nic nie mogę Wam pokazać.

Reklamy

4 Komentarze »

  1. Wiem, że to może brzmiec dziwnie, ale.. może byłaś dla nich za dobra. Może ktoś postrzegał Cie jako konkurencję?
    Powodzenia w szukaniu pracy. Może ten facet od Auchan..?:)

    Komentarz - autor: Anna — 8 grudnia 2011 @ 7:46 pm | Odpowiedz

    • Dokładnie to samo powiedziała mama Simona – że ktoś mnie postrzegał jako konkurencję. Na początku wydawało mi się to niemożliwe, ale teraz już sama nie wiem – Angole są fałszywi, tutaj niby wszystko great, a potem do widzenia, więc może coś w tym jest. Dostałam już ofertę pracy w Barcelonie…. gdybym była sama, to pewnie bym pojechała, ale chcę być z Simonem… i kotem ;-) Ech, życie.

      Komentarz - autor: swiatmartyw — 9 grudnia 2011 @ 11:57 am | Odpowiedz

  2. Boże, jakie szuje. Popatrz na to z perspektywy zemsty – może zbankrutują, jak Cię stracą :* i będą się przebierać za renifery. Take care :*

    Komentarz - autor: Agata — 11 grudnia 2011 @ 1:50 pm | Odpowiedz

  3. […] nigdy nie miała miejsca i że firma się zabezpiecza „w razie czego”. Uwierzyłabym, ale po ostatnich przejściach zaczęłam się robić ostrożna i już nie mielę językiem na prawo i lewo, nie zwierzam się, […]

    Pingback - autor: Cyrograf « Świat Marty W. — 17 kwietnia 2012 @ 7:18 pm | Odpowiedz


RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: