Świat Marty W.

5 lipca 2010

Wieśniaczka w Wielkim Mieście

Filed under: Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 11:27 pm

Gordon Matthew Thomas Sumner, lepiej znany jako Sting, w jednej ze swoich najbardziej znanych piosenek śpiewa tak: „oh-oh, I’m an alien, I’m a legal alien, I’m an Englishman in New York …” Już zapomniałam jak bardzo mi brakowało wielkiego miasta. Zeszły weekend spędziłam u koleżanki w Londynie i podziałało to na mnie jak – nie przesadzam – katharsis. Muzea, teatry, szerokie ulice, wielkie parki, sklepy otwarte dłużej niż do 18:00, więcej niż jedno (zapyziałe) kino, ciekawy, wielokulturowy tłum, mnóstwo restauracji, kawiarni, knajpek i pubów… Z drugiej strony co chwila traciłam orientację – Agnieszka wiedziała dokładnie na której stacji trzeba się przesiąść, którym wyjściem wydostać na powierzchnię i w którym kierunku pójść, a ja… prawie trzymałam się jej spódnicy jak dziecko ;). Boże, Boże, co za szok w porównaniu z moją wioską z dwoma (dosłownie!) ulicami na krzyż. Zawsze świetnie się czułam w dużych miastach, ale że od ponad roku mieszkam na angielskiej prowincji, prawie zapomniałam, jak to jest. Pewnie, wszystko ma swoje złe strony – tłok, w metrze horror, wszędzie kolejki, dostanie się z punktu A do punktu B zajmuje wieczność (nie to, co moja wioska – 30 minut piechotą to absolutne maksimum ;), sporo podejrzanych typów, wszędzie znaki „W tej okolicy działają profesjonalni złodzieje, uważaj na portfel!”, itd. Tym niemniej, plusów jest zdecydowanie, zdecydowanie, bez porównania więcej. Przynajmniej dla mnie.

Piątek wieczór skończył się na wypiciu butelki dobrego wina i plotach do 5:00 rano. W sobotę przeszłyśmy się głównymi ulicami i obok głównych zabytków, oko nacieszyć. To był mój piąty raz w Londynie, więc niekoniecznie chciałam po raz kolejny wszędzie wchodzić, ale za to spełniło się moje wielkie marzenie – the London Eye. Ostatnio kolejka nas odstraszyła, tym razem – mimo dość przerażającej ceny – nie dałyśmy się zastraszyć ;). Każdy wie, jak wygląda London Eye, ale kto nie był, nie wie, jaki rewelacyjny widok roztacza się z samej góry:

Zdjęcie zrobione telefonem, więc jakość lekko średnia

Cieszyłam się jak mała dziewczynka, której mama kupiła watę na patyku. Chłonęłam atmosferę, miasto, ludzi, no po prostu przez dwa i pół dnia byłam tak szczęśliwa, że chciało mi się tańczyć ;). Oczywiście nie byłoby tak świetnie, gdyby nie towarzystwo – Agnieszka jest moją koleżanką ze studiów, a że lingwiści mają szczególną nić porozumienia (czyli głównie analizują dyskurs ;), w wielu dziedzinach życia rozumiemy się jak mało kto. Obie biadoliłyśmy nad naszym coraz gorszym polskim – zdarzało nam się źle odmienić, brakowało nam słówek, zaczynałyśmy rozmawiać po angielsku nie zdając sobie z tego sprawy… Poza tym, ponieważ obie mamy partnerów, którzy gadają psim językiem (określenie moich rodziców na każdy język oprócz polskiego ;), zastanawiałyśmy się jak to jest, że kobiety mają takie tendencje do cierpienia – to my zostawiłyśmy swoje rodziny i znajomych, wywróciłyśmy swoje życie do góry nogami i przeprowadziłyśmy się dla nich do obcego kraju, gdzie – nie oszukujmy się – zawsze będziemy obce i traktowane gorzej, choćby nie wiem co; to my nauczyłyśmy się ich języka, to my musimy się przyzwyczaić do nowej kultury, do wszystkich „dziwactw”, do różnic, do innego jedzenia, do innego sposobu myślenia…. A oni? Ich wiedza o Polsce i Polakach zamyka się na „Kocham cię” i „Jesteś piękna”. Czytałam kiedyś artykuł na Wirtualnej Polsce – dokładnie nie pamiętam tytułu, ale było mniej więcej tak: „Czy mógł(a)byś być z kimś, kto nie wie, kto to Reksio??” Brakuje nam tego, brakuje nam takich zwykłych wspólnych tematów z naszymi partnerami, typu: „A uczyłeś się w szkole śpiewać ‚Kundel bury’? A ‚Pierwsza żaba rzekła kum?’ [mój ulubiony hicior ;)]. A pamiętasz piosenkę do Smurfów, Chip & Dale i Gumisiów?” To wszystko jest niby małe i nieistotne, ale lingwiści naprawdę cierpią w takich chwilach ;). Z Agnieszką rozumiałyśmy się bez słów, śpiewając sobie zgodnie „Ogórek, ogórek, ogórek…”, „Szczotka, pasta, kubek, ciepła woda…”. Żadnego tłumaczenia co to, gdzie to, skąd to. Katharsis. Potrzebne mi to było.

Wieczorem przeszłyśmy się po Soho i China Town, a potem musiałyśmy się rozpychać łokciami, bo trafiłyśmy na paradę Gay Pride, na którą przybyło podobno milion osób. Tyle całujących się dziewczyn, panom nie-czestnikom parady bardzo to się podobało ;).

W niedzielę poszłyśmy na festiwal muzyki międzynarodowej, potem do rewelacyjnej restauracji, a potem… musiałam wracać na wiochę. Simon wypucował cały dom, przygotował kolację, kupił wino… Prawie mu wybaczyłam, że nie wie, kto to Reksio ;).

Wchodzę do kuchni, a tam koszyk z supermarketu. Oto wytłumaczenie:

Przed moim przyjazdem Simon poszedł na zakupy. Idzie do kasy:

Pani: Daleko pan mieszka?

Simon: Jakieś 20 minut piechotą. Why?

Pani: Jest pan samochodem?

Simon: No właśnie mówię, że 20 minut piechotą. Why??

Pani: Skończyły nam się siatki, więc będzie musiał pan wziąć zakupy w koszyku i jutro nam pan odda.

OK, wraca do domu z koszykiem. Zaczepia go starsza pani na ulicy:

Pani: Ukradł koszyk z supermarketu i tak bezczelnie idzie sobie po ulicy!!

Simon: ???? Nie ukradłem, nie mieli siatek, więc mi pożyczyli na jeden dzień!

Po 10 minutach:

Inna Pani: I don’t believe this!! Ukradł zakupy i nawet nie stara się ich schować, bezczelnie koszyk niesie!!

Simon: Nie ukradłem żadnych zakupów!!!! Nie mieli siatek i…

Inna Pani: I jeszcze na mnie krzyczy!! Ta dzisiejsza młodzież!!!

W Londynie nikt by na niego nie spojrzał, co drugi z koszykiem łazi ;).

Reklamy

3 Komentarze »

  1. Hej Marta, świetne z tym koszykiem:)

    Po części mam podobne odczucia jak Ty, uwielbiam Londyn (z doskoku) i też jestem z wykształcenia lingwistką (tylko od innego języka), i też czasem mam fazę na Reksia.. ale coraz żadziej. Czy rzadziej.. ;) Pomaga tez świadomość tych wszystkich nowych rzeczy, których doświadczyłam i wciąż się uczę, cała nowa gama informacji wciąż do wchłonięcia. Oraz świadomość, że ja tu przyjechałam przede wszystkim dla siebie, a nie dla kogoś, to był mój wybór i nie mogę tak na prawdę winić swojego faceta, że mu się dla mnie nie chce nauczyć po polsku (drań!:)) bo dzięki temu ja szlifuję angielski. A moja rodzina jest daleko i nie ma to wiekszego znaczenia, że on nie może się z nimi porozumieć. Jak mi się robi sentymentalnie (coraz rzadziej) to też sobie przypominam, dlaczego wyjechałam, i że przedtem wszystko było do bani, a teraz też bywa, ale w mniejszej skali;) No i jest przecież sporo rzeczy które lubię w tej nowej rzeczywistości.
    A ten Londyn jest taki boski własnie przez to, że zdarza sie sporadycznie:)

    Jak tam konferencja po hiszpańsku?
    pozdr.

    Komentarz - autor: Anna w Walii — 6 lipca 2010 @ 7:50 am | Odpowiedz

    • Ja przeprowadziłam się dla Simona z… Pekinu ;) gdzie miałam super pracę, mieszkanie w centrum i prywatnego trenera fitness ;). Uczyłam się chińskiego, bardzo dużo imprezowałam, bo tanio, jadałam w restauracjach, bo tanio… a tu co :P. Nawet miałam problemy z otworzeniem konta, udało mi się dopiero w Lloyds, którzy chyba wszystkie odpadki przyjmują ;). Ech, serce nie sługa! Tęsknię za Gdańskiem, za morzem, za spacerami po plaży, za rodziną i znajomymi – wyjechałam w 2000 r., 10 lat to szmat czasu. Tak się nabuzowałam tym Reksiem ;) że napadłam na biednego Simona i kazałam mu się uczyć polskiego – zgodził się na 60-minutową lekcję raz w tygodniu, hurra! :)

      Komentarz - autor: swiatmartyw — 6 lipca 2010 @ 10:46 pm | Odpowiedz

      • A, skoro Pekin, i cała ta reszta, to niech się lepiej bierze za ten polski, ale już :)

        Komentarz - autor: Anna w Walii — 9 lipca 2010 @ 9:18 pm


RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: