Świat Marty W.

18 Maj 2010

Meksyk – część IV i ostatnia

Filed under: Podróże małe i duże — swiatmartyw @ 10:27 am

Widzę, że moje meksykańskie opowieści mają stosunkowe niskie notowania (tylko kilkanaście wejść dziennie; dużo lepiej „sprzedaje się” narzekanie na Anglików – do stu wejść! Wniosek – lubicie, gdy mi źle ;), więc dzisiaj będzie ostatni odcinek.

Po Acapulco nastąpił cały szereg mniejszych i większych miast i miasteczek, które między Bogiem a prawdą wyglądały malowniczo, ale dość podobnie – ryneczek zwany zócalo, katedra, jeszcze jakiś kościół, uliczne kramiki z różnościami. Była to najbardziej męcząca część podróży, gdyż co noc spaliśmy w innym hotelu i wyjeżdżaliśmy bardzo wcześnie rano. Tym niemniej, nikt się nie skarżył, bo przecież czytaliśmy program i wiedzieliśmy, w co się pakujemy – a poza tym, wizyta np. w wytwórni tequili i mezcalu wyraźnie wszystkich ożywiła ;). Innymi atrakcjami podczas tego długiego przejazdu z zachodu na wschód były:

a) niesamowite wodospady (z dość zimną wodą, ale chętnie się wykąpałam w ten upał!)

Jeden z wielu wodospadów, ciągną się one dosłownie kilometrami

b) rejs łódeczką do wybrzeża Gwatemali i dwudziestominutowa wizyta w przygranicznej wiosce (nic tam nie było ciekawego, ale zawsze inny kraj ;),

c) najstarsze i największe drzewo obu Ameryk (mama: „Jezu, nasz dąb Bartek padłby ze wstydu!” ;) oraz

c) fantastyczny kanion Sumidero, w którym oprócz stad małp, pelikanów oraz iguan zobaczyliśmy również kilka krokodyli (niektórzy się upierali, że sztuczne, ale ja widziałam, jak jeden z nich mrugnął okiem ;)

Żywy, gumowy? ;)

Któregoś dnia przyjechaliśmy do małej indiańskiej wioski, w której miał być niesamowity kościół. Przewodnik zaklinał nas i błagał, żebyśmy nie robili w środku zdjęć, bo będą z tego straszne kłopoty, z ogromną karą grzywny i zatrzymaniem przez policję włącznie. Kupił bilety wstępu, wchodzimy.

Chyba mogę tutaj wypowiedzieć się za całą wycieczkę – opadły nam szczęki i bardzo długo się nie podnosiły. Podłoga wyłożona była sianem, przy ścianach  i na środku kościoła stało mnóstwo figur świętych, wielkości człowieka. Paliły się setki świec i drugie tyle lampek. Ludzie siedzieli przed figurami, modlili się na głos, śpiewali, zawodzili. Powietrze przenikał duszący zapach kadzideł, z rogu dobywała się muzyka grana na tradycyjnych instrumentach. Ci, którzy się nie modlili, siedzieli trochę bliżej wejścia i albo spali na podłodze, albo pili tequilę oraz… Coca-Colę w ilościach industrialnych, wszędzie stały puste zgrzewki po tym napoju. W moim przypadku to głównie ten zapach oraz setki świec przyprawiło mnie, dosłownie i w przenośni, o zawrót głowy. Coś niesamowitego, nie bardzo dającego się opisać. Jeśli będziecie mieli okazję, pojedźcie koniecznie, kościół znajduje się nieopodal miejscowości San Cristobal de las Casas.

Podczas wycieczki zobaczyliśmy tak wiele piramid, że teraz, gdy patrzę na zdjęcia, często nie wiem, która była gdzie. Ale piramidy w Chichen-Itzy nie da się zapomnieć:


Odkryli ją w XIX w. dwaj pasjonaci, dyplomata i pisarz Amerykanin John Lloyd Stephens oraz rysownik Brytyjczyk Frederick Catherwood. Oczywiście cały teren był zarośnięty dżunglą, więc wyobraźcie sobie ile pracy kosztowało ich (oraz cały zespół, z którym podróżowali) odnalezienie i odkopanie piramidy oraz wszystkich budynków znajdujących się dookoła.
Na tę akurat piramidę nie można wejść, gdyż 5 lat temu pośliznęła się i spadła z niej amerykańska turystka – niestety ze skutkiem śmiertelnym. Od tego czasu można podziwiać to cudo jedynie z oddali (a podobno środek jest niesamowity).

Wreszcie, po 14 dniach życia na walizkach, dotarliśmy do najbardziej rozreklamowanego, najsłynniejszego, naj, naj, naj resortu Meksyku – Cancun. Hotel był przeogromny, czegoś tak wielkiego chyba jeszcze nie widziałam. All-inclusive oczywiście, więc już wiecie, jak się kończyły wszystkie wieczory ;). Jedzenie rewelacja, a wybór taki, że nawet mi – osobie, która je tylko dlatego, że musi (niektórzy posuwają się nawet do stwierdzenia, iż nie posiadam kubków smakowych ;) – rozbiegły się oczy na widok np. kilkudziesięciu rodzajów sushi. A plaża… raj sam w sobie! Leżałam na niej plackiem cały boży dzień (jak nie ja!), a kolega donosił drinki. Było cudownie, leniwo, a jakie widoki!

Trzy baseny i Morze Karaibskie

Wygrzałam się, naładowałam baterie i… wróciłam do Anglii, w której na szczęście też jest ciepło – nie tak jak w Meksyku, ale na 21 C nie mam prawa narzekać.

KONIEC

Od jutra znowu będę narzekała na Angoli, więc będziecie zadowoleni ;).

Reklamy

Dodaj komentarz »

Brak komentarzy.

RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: